Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / Sztafeta

Aktualności

30.09.2019

Film o Grzesiuku na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Z radością informujemy, że film dokumentalny o Stanisławie Grzesiuku "Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” w reżyserii Jarosława Wiśniewskiego został zakwalifikowany do 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, który odbędzie się w dniach 9-24 listopada w Chicago.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Sztafeta

Melchior Wańkowicz

NA CO KOZA ROGI MA 

Dziesięć milionów ludzi na samej roli nie dojada i nie dopracowuje. Dziesięć milionów ludzi na samej wsi, bezrobotnych urzędowych, zarejestrowanych miejskich nie licząc, jest materiałem martwym, którego nie dźwigniemy, który nie nadaje się na obywatela, bo go trzeba odżywić, dać mu jaką taką nadwyżkę w dochodzie społecznym na to, by był w stanie choć coś nie coś pomyśleć o sprawach wybiegających poza zakres najprymitywniejszych zwierzęcych potrzeb.
I oto – zdarzył się COP. Pięć szóstych Polski jest poza jego granicami, ale marzy o nim, podnosi głowę, czeka lepszej przyszłości, rewiduje sąd o Polsce.
Czyż nie są charakterystyczne listy, które na przykład otrzymałem z Wileńszczyzny i Nowogródczyzny, z tego „kurytarza traktatu ryskiego”, z tego kikuta obciętego, który wznosi Polska w pustkę rojstów, w bezmowę trzech granic, z których dwie dotąd są tak jak zamknięte, a trzecia prawie martwa.
Od chłopa ze wsi Cerkiewnej gminy Szczorse pow. nowogródzkiego, Pawła Monicza, którego nie znam, otrzymuję list:

Nie mogłem wytrzymać i do końca przeczytać Pańskiego dzieła, aby nie zwierzyć się, że byłem w złym zrozumieniu o wszystkim mnie otaczającym.
Rumienię się ze wstydu, przetrząsając w pamięci swoje błędne domysły, wirujących w ciemnej głowie. Szukałem zawsze winnych poza sobą, a siebie liczyłem zawsze oszukanym, skrzywdzonym, poniewieranym przez wszystkich, nawet tych, którzy spełniali swój obowiązek. Nie wiedziałem, że płaceniem przez ojca podatku za swój grunt wspomagamy tym rozwojowi Państwa, budujemy lepsze jutro dla takich samych jak ja. Myślałem, że nasz podatek idzie tylko na pensje urzędnikom. Nie widząc rozwoju w swej wsi, nie mogłem tak nie myśleć, a wytłumaczyć o tym nie było komu.
W roku 1927 zbudowany został na rzece Niemen duży most. Przedtem, wiosną lub przy wezbraniu rzeki prom nie chodził i nie można było przejechać furmanką. Lecz ludzie nie widzieli w zbudowaniu mostu wygody dla siebie, lecz mówili tylko, że zarobił inżynier. Ciemnota rozpościera swoje skrzydła nad naszymi wsiami, z czego korzystają szkodeczne elementy.
Pozostaję z dobrą nadzieją i poważaniem
Monicz Paweł

Michaś Maszara, dwuhektarowy gospodarz z powiatu dziśnieńskiego, to nie jest poeta ludowy regionalny, chłopska osobliwość, jak nasz Kuraś albo mazurski Kajka. Wydał szereg dużych poematów – wymieniamy się książkami: ja mu posyłam swoje, w które wydawcy wkładają cały kunszt – on w zamian mi śle ubogie tomiki, niedające zysku, wydrapane pazurami.
Zastałem Michasia Maszarę w tym roku w polu, tak jakby o sobie napisał ten wiersz:

W białej koszuli lnianej
Wyszedłem z siewnią na rolę
I sieję owies złoty
Na rozpachnione pole.
Bułany koń w ślad skibą czarną
Brnie jak mój wierny cień
Szeroką ręką miotam ziarno,
Idąc w słoneczny dzień.
Słońce przenika włosy,
twarz, piersi, nogi, ręce.
Stopy – w świeżości mam rosy
Duszę – spieczoną w udręce.

(Wiersz jest w istocie wiele lepszy. Nie mam kogo prosić o przetłumaczenie z białoruskiego).
Michaś Maszara siedział w swoim czasie za sprawy białoruskie w więzieniu na Łukiszkach. Pisał do mnie o swoich troskach i sprawach i w liście tym tak pisze o mojej ksią?eczce o?COP-ie:

żeczce o COP-ie:

Jest to pyszny poemat na powitanie nowych czasów. Tym budowniczym zasyłam szczere pozdrowienia i całym sercem łączę się z nimi.

Napisali też do mnie dwaj osadnicy.
Osadnik Kostrzewski, spod Chocieńczyc, mieszkający przy samych drutach granicznych, pisze ze znamionującą go żywością:

Dziwi mnie tylko jedno, a mianowicie że dopiero teraz wobec tak wielkiej propagandy całego świata, a szczególnie Sowietów o różnego rodzaju „Dnieprostrojach”, dopiero wychodzi teraz tak cenna książka.
Książka uczy, że jest dużo zapalonych budowniczych, inżynierów, krzyczących mimo wszystko z wymachiwaniem czapek „Jest, cholera, jest” zdanie z książki, a choć nie mają oni dyplomów, to gdyby jednak wyszukano, wygrzebano ich z szarych kątów, w jakie się ich spycha – o jakżeż wówczas budowaliby oni wielką, wspaniałą Polskę.

Z powodu tych wieści o Centralnym Okręgu Przemysłowym napisał do mnie jeszcze jeden korespondent: Piotr Krzywiec z wilejskiego powiatu, ze wsi Zajelniaki.
Ten Krzywiec, tak jak i Monicz, jak i Maszara, siedział już w więzieniu za dawanie zbyt wielu pytań. Ale wszyscy oni mają czujące serca i myślące głowy.
Z listu Krzywca, jak i z listu Monicza, przebija żal, że tak długo nie wiedział o rzeczach, o których powinien był wiedzieć.
Nikt nigdy nie mówił, że istnieją w Polsce takie dzielnice. Starano się Polskę przedstawić w kolorach sztucznych...
Czytałem książkę Katajewa pt. Naprzód czasie, podobną nieco do Pańskiej. Ale Katajew stawia na pierwszym miejscu rekord, budujący się zlepek przesiąknięty sabotażem. Tam robotnik nagania do pracy inżyniera, u Pana inżynier jest arterią ciała pracującego, a całe dzieło jest czynem całego narodu.

Krzywiec pisze, że w 1932 roku chodziła w ich stronach po rękach książka o budownictwie sowieckim. „Wszyscy wspólnie powiadali: „A u nas co?”.
I wraca myślą do swojej ziemi:

Wiatr jęczy, skrzypi mroźna droga, jakieś głosy wołają: „Żyć warto, będzie lepiej!”.

Żyć warto, będzie lepiej!... Oto bezpośrednia reakcja szarego człowieka na wieść, że się coś buduje, że się ku czemuś idzie.
Praca, idea pracy, szacunek dla tworzenia – to jest potężny magnes. Przyciąga on nawet tych, którzy siedzieli w więzieniach za tendencje odśrodkowe.
A jakże zmienia się człowiek w tej jednej szóstej Polski? Człowiek, który mieszka i pracuje na terenie COP-u ? Bo przecież w ostatecznym rzeczy wyniku każdej sprawy tylko o człowieka chodzi.
Gdy rok temu przybyli pierwsi inżynierowie na teren COP-u, stawka robotnika zatrudnionego w lesie (bo innych robót nie było) wynosiła 80 groszy dziennie.
Gdy byłem w COP-ie w październiku 1937 roku, wszystko było jeszcze pod znakiem zapytania. Gdy teren odwiedzałem w lutym 1938, stosunki poczęły się ustalać. Pojechałem im się przyjrzeć latem 1938 roku; stwierdziłem, że kanty spraw zarysowały się dosyć ostro, a przynajmniej dosyć wyraziście na to, aby o nich mówić.
Do wsi Zaleszany, 12 kilometrów od Sandomierza, trafiłem w niedzielę. W kościółku skończyła się właśnie msza.
Szary ludek wyległ na ulicę wsiową, wzdłuż której leżały rury gazociągu. Właśnie układanie ich doszło do wsi Zaleszany.
Wśród tłumu gapiącego się wzdłuż drogi nikt nie wie, do czego te rury mają służyć i na co są potrzebne. To są jeszcze ci, którzy pracowali za 80 groszy dziennie. Mają rzekomych swobód konstytucyjnych w bród, łącznie z prawem decydowania o losie kraju przez powszechne wybory, ale co to za rury idą przez wieś i do czego służą – nie wiedzą, choć tam przecie harmider z tej roboty trwa od paru tygodni.
Ci, co się zebrali przed budynkiem, w którym się mieści kierownictwo robót – już wiedzą, że mogą otrzymać pracę, już od jutra kilkunastu ich idzie do roboty. Otrzymają około 2 złotych 60 groszy dniówki z widokami awansu.
W tym dniu, kiedy otrzymają pierwszą dniówkę – z martwego bloku dziesięciu milionów niedoludzi oderwie się znów jedna drzazga. Z drugiego boku osiada na tym bloku rokrocznie 400 tysięcy nowego przyrostu. Ciężki jest wyścig ku Polsce, zamieszkanej przez pełnego obywatela.
Idę ku domkowi, w którym mieszkają spawacze. Spawacz – to najwyższa kategoria robotnika; trzeba mieć talent w ręku, aby być spawaczem; ale też i zarabiają do sześciuset złotych miesięcznie; nie dziw, że im się tak płaci; cóż by to było, gdyby te rury, przez które z takim ciśnieniem płynie strumień gazu, miały szczeliny w spojeniach.
Toteż spawacze, przeważnie młodzi chłopcy, noszą się jak primadonny. Mają od święta porządnie skrojone ubrania. Ci czterej – pochodzą z różnych części Polski: z Borysławia, ze Lwowa, z Zagłębia Dąbrowskiego i z Warszawy (patrz strona tytułowa rozdziału). Brukarzy COP sprowadza z Gdyni, rutynowanych robotników ziemnych znad Bugu, monterów ze Śląska i z Warszawy, mularzy aż z Iwieńca w wołożyńskim powiecie, kwalifikowanych metalowców z Poznania i Radomia. Tak wszystkie ręce z Polski budują jej serce.
Karczmarka Żydówka, do której zaszliśmy wypić piwa, chwali sobie tych spawaczy, że spokojni ludzie, że oszczędzają i wysyłają rodzinom. Jakiś staruszek, borykając się z kapciuchem, uważa za stosowne wstawić swoje:
– Taki przybytni kwaternik (rozwodził się, jaki to profit wynająć kwalifikowanemu robotnikowi stancję), choć to niby robotnik, ale przyobleczenie ma ładne i po pajsku se żyje. Co dzień jada myiyso (!) i to nie takie proste, jęno siękane z cybuląm i przyskworzone na obie strony, a przepijo toto wódkom. Mądre juchy, nie tak jak nasze chłopy, nicego se nie łodmówi i wi, że żyje na świecie. Nie śparuje grosa, bo go mo doś. Taki wi, na co koza rogi mo.

Gdzież obserwować zmiany, którym ulega ludność, jak nie w Pławiu. Pławo, zapadła wioseczka na lewym brzegu Sanu, którą ponoć trzysta lat temu flisacy założyli (stąd nazwa) – spała sobie w lasach od wieków wiecznych. Lud w tej wsi sam siebie nazywa lasowiakami i mówi zabawnym dialektem, na poły góralskim, na poły kurpiowskim.
Spała sobie wioseczka Pławo, żyjąc z lasu i z flisactwa. Na wielki dzwon przybijano na papierach pieczęć wsi; pieczęć z drzewa rzezana, wyobrażała flisaka; zakopcano ją nad świecą i przybijano do papieru.
Teraz tuż przy Pławiu wyrosły Zakłady Południowe. Miesięcznie około stu tysięcy złotych wpływa do kieszeni okolicznych wieśniaków za podwody, żywność i komorne. Sklepik, który na wsi posiadał według przeprowadzonych badań około stu złotych miesięcznego obrotu, dziś samych tylko artykułów monopolowych sprzedaje na kwotę ponad 1000 złotych.
Gdzież zaczerpnąć języka, jeśli nie u miejscowego nauczycielstwa. Dobrze trafiam. Kierowniczka szkoły panna Trzeplówna prowadzi tę szkołę od piętnastu lat. Szkoła ta była zawsze jednoklasowa i dopiero niedawno z wielkim wysiłkiem przez gminę na trzyklasową rozbudowana.
Pokój nauczycielek (bo to i drugą siłę, p. Koprównę, dodano) – a to poduszeczka, a to figureczka, jednym słowem – oświaty kaganek. Babinka jakaści na pogaduszce – ulatnia się sprzed przybyszów, którzy zwalili się autem.
Aut wprawdzie dużo obecnie przez Pławie furkocze, ale mają swoje wielkie sprawy; rwą w las, w którym staje największa huta...
A przecież to mieszkanko i ta szkoła to jak zatoczka, w której lubiliśmy się, będąc dziećmi, bawić pod wiosnę; kiedy wielka woda rwała rzeką, w zatoczce coś się burliło i piekliło; kiedy na rzece była piana, to i w zatoce; kiedy tam szła kra, to i w zatoce po brzegach stało lodowe szkliwie. A przecież łatwiej było w niej wyrozumieć samą istność wody; wychylały się pod powierzchnię jakieś wodorosty, przeświecało dno, łaziły jakieś stwory; wiosna się szykowała niby w obozie wypadowym i potem szła na rzekę, na wielkie wody.
– To nagle spadło, 1 kwietnia 1937 roku – mówi p. Trzeplówna. Ponajeżdżało inżynierów i poczęli mierzyć; burzyli się ludzie, zwłaszcza kobiety. Zmawiały się siłą rozgonić robotników: że to serwitutowe lasy Frankego zabiorą.
To było rok temu, kiedy wieś miała 1750 dusz wszelkiej płci i wieku. A teraz dwa tysiące ponadto luda doszło, przeważnie mężczyźni. Za kąt płacą po osiem złotych miesięcznie, więc za stancję ponad sto złotych za jedną izbę gospodarz otrzymuje.
Ciekawska kobiecina, którą spłoszyliśmy, wsuwa się znowu i przyłącza do rozmowy:
– Każda kobieta co sie tycy (?) ma po kilkoch na stole i daje im nocnik (nocleg) nie tylko w stancyi, ale i w komoze, w sopie, gdzie sie da. Za to cłek jak jaki miesięcnik (biorący pensję co miesiąc) garnie piniondze.
Naturalnie te wzmożone dochody pociągają według kobiecinki konieczność wzmożonych wydatków:
– „...musi sie cłek inacy ocharyzić (przyodziać), złotne zemby już robio – lepi pod śmiech psypadajo (ładniej w uśmiechu)... Endulowane znacy sie kandziorowate... gemby po ślachecku nakryte puzdrami (puzdro w ustach tutejszego ludu oznacza namordnik; kobiecina ma na myśli woalki).
– Właśnie – wtrąca p. Koprówna – nasi lasowiacy już coraz częściej stwierdzają, że „giupota(!) ubierać sie po wiesku”. Ale bo też zarobki im się otworzyły!... Wie pani – zwraca się do p. Trzeplówny – ta gospodyni obok elektrowni za domek i stodołę zażądała 30 000 złotych. Sami nie wiedzą, ile żądać.
Przypomina mi się opowiadanie, które słyszałem od ministra Kwiatkowskiego i które się tyczy tych czasów, kiedy Mościce tak się budowały jak obecnie Stalowa Wola.
Trzeba było wykupić grunt. Dawano chłopom sąsiadom po dobrawoli cenę dobrą – nie chciały chłopy. Ciągnęły sprawę przez trzy instancje, przegrały sprawę w trzech instancjach, cóż teraz będzie, głupie chłopy, przymusowo trza oddać ziemię za kumiśną cenę.
Przyszły z delegacją do pana derechtora Kwiatkowskiego, sklamrzą. Nie chce tam chłopskiej krzywdy dyrektor Kwiatkowski, mówi do chłopskiej delegacji:
– Wybierta se jednygo gospodarza, ja drugiego, niech ta oni rozsądzą.
Co ta miały robić gospodarze, kiej mus i nie po dobrawoli?
Szepnął dyrektor Kwiatkowski słowo swojemu przedstawicielowi: że to Mościce nie zbankrutują – trza tam chłopom dać w sąsiedztwie półtora morga za mórg.
Osądziły tak rozjemce, a tu chłopy przychodzą, kłaniają się w pas:
– Straśno krzywdo – ich spotkała. I nic, tylko – straśno krzywdo...
Przyszedł na drugi dzień jeden, co trzy ćwierci morga miał. Już ta on rozmyślił, bo to i z nowego miejsca wózkiem mu będzie wygodniej, którym pracuje przy fabryce, dojeżdżać i zawsze o pół więcej ziemi dostanie.
Ucieszył się dyrektor Kwiatkowski:
– Idźcie w trzecie drzwi na lewo, do radcy prawnego, to z wami układ podpisze.
Mało wiela wraca chłop, drapie się w głowę. Że to zahaczył zapytać:
– Jak to będzie z onom wirzbom?
– Z jaką wierzbą?
– A no z wierzbom-żywicielką. Bo to kobieta z wiesny natnie gałązek, poplecie se koszyki i żyje z tego człowiek. Taka wierzba to lepszo jak świnia.
– No to cóż chcecie?
To on sobie kalkuluje tak: żeby gront za gront z tym, że to obiecane pan derechtur przyrzucą, boby (znowu) – „straśno krzywdo” beła. A za tę wierzbę, to on i żona i cztery dziecka do kuńca życia utrzymanie mieć powinni. Tak on sobie wykalkulował. Boby inaczej – „straśno krzywdo...”.
– Z początku to szczyt marzeń było otrzymać grunt za grunt, bo bali się bezpłatnego wywłaszczenia – mówi p. Trzeplówna – a teraz to już się nie boją pieniędzy. Mówią: „Po co koniecznie grunt; weźmiemy pieniądze, zbudujemy kamienicę, będziemy mieszczanami”.
Widać, że to jest aktualny w Pławiu konik – to różniczkowanie się społeczne, to przymierzanie się do nowych możliwości, bo Wolaninka (tak nazywają kobiecinę panie nauczycielki) wybucha skargami na żony robotników, które przyjechały do Pławia i odgrywają wielkie panie: ona, Wolaninka, sama stwierdziła, jak jedna taka kazała gospodyni statki po sobie myć. A to była zwykła „koźlarka” (mąż „koźlarz”, to znaczy noszący w koźle na plecach cegły do budowy).
– Cy ty osalała? – perswadowała Wolaninka gospodyni – twój na kolei i psez telefon godo i inocy potrafi, a tu mos ty koźlarce usługować?
Do przemysłu, na wyższą pozycję społeczną, pcha się kto może. Po raz pierwszy jak świat światem, fornale po okolicznych majątkach na 1 kwietnia w szeregu wypadków nie odnowili umowy rocznej, twierdząc, że pójdą szukać szczęścia w przemyśle.
W zatoczce szkoły to ruszenie wód odbiło się przybyciem 37 dzieci pozamiejscowych (przy komplecie 180 dzieci miejscowych).
Liczba ich będzie rosła szybko, bo teraz dopiero robotnicy importowani poczynają sprowadzać rodziny.
Autor cyklu artykułów w „Gazecie Polskiej” o społecznym obliczu COP-u, pisze, że „te dzieci będą stanowiły o ostatecznym zatarciu wielu uprzedzeń i różnic dzielnicowych”. Zapewne. Na razie jednak obniżają, a nie podnoszą poziomu cichego dotąd ludu lasowiaków. Jest to element brudny, zapuszczony, hardy, rozlatany, mający najgorsze przykłady w kłębowisku ludzkim, które spłynęło na wieść o nowym eldorado. Panna Trzeplówna skarży się, że i miejscowe dzieci ogarnia newroza środowiska, że na przykład charakter pisma „zrobił się jakiś wariacki”.
Ten stan rzeczy odbywa się obecnie na terenie całego COP-u. Uskarżał mi się wizytator Ministerstwa Oświaty, że wlano do obwodu szkolnego w Kielecczyźnie 150 etatów – wsiąkły jak atrament w bibułę i nic nie zelżało.
W Ćmielowie w ciągu paru miesięcy wlało się 150 nowych dzieci.
W Benkowie koło Ostrowca mieści się już 600 dzieci w jednym budyneczku; uczą się na dwie zmiany. Czternastoletnie dryblasy kurczą się w prokrustowych ławkach dla siedmiolatków.
Podobnie duże szkoły widziałem dwie, na dwóch krańcach Rzeczypospolitej. Ta w Tarnowskich Górach, na 800 dzieci, pałac wspaniały, zajmujący cały kwartał miasta od przecznicy do przecznicy, o salach jak świątynie, o korytarzach, że czwórką by wykręcił. I ta w Stołpcach, niewiele mniej liczna, bo na siedemset dzieci – mieszcząca się w ruderce drewnianej siedmiopokoikowej. W tych klitkach, wiejących wszystkimi szparami (podczas mej obecności wyprowadzano kilkoro dzieci zaczadziałych czadem torfowym z pieców, w których się pali w bezsilnej rozpaczy), dzieci uczą się na trzy zmiany. Kierowniczka pokazywała mi pod zzieleniałym sufitem w korytarzyku okrągły grzyb wielkości głowy niemowlęcia.
Nie można powiedzieć, żeby Polska nie miała gradientów spadku kultury i zamożności z zachodu na wschód. Te gradienty ma wyrównać COP, który pono zbliży Śląsk z Kresami.
A w tym COP-ie?...
A w tym COP-ie w pow. iłżeckim zwaliło się w ciągu kilku miesięcy z Francji 1000 reemigrantów z dziećmi.
W Radomiu trzeba by co najmniej siedmiu nowych szkół.
To samo wystąpi w widłach San-Wisła; na przykład w Rozwadowie o trzy kilometry od Pławia miejscowa szkoła powszechna jest rozrzucona w siedmiu rozsianych po miasteczku ruderkach. Dzieci skaczą jak żaby wprost z tych zgniłków zagrzybionych w błoto.
A co będzie z Mielcem? Przecież rośnie jak na drożdżach, ale o budowie szkół nie słychać.
A co będzie z Rozalinem? Robota nad dźwiganiem nowych kolosów trwa dniem i nocą, a w promieniu najbliższej okolicy rozsiane tylko jednoklasowe szkoły.
A Kraśnik? Całe miasto pod nim powstaje. Za ośmiokilometrowym płotem tętni budowa. Cóż poradzą na to ściekające się mrowie ludzkie szkółczyny przez Popowice, Skorczyce aż po Urzędów?
Najgorzej, że zwykle bogactwo przedsiębiorstw budujących nic nie da gminie, a więc i szkołom. Przedsiębiorstwa mają siedziby po stolicach i stolice od nich inkasują podatek gminny. Taki Ostrowiec nie może sobie dać rady z opanowaniem powszechności. Bogate przedsiębiorstwo siedzi w biednej gminie i nie partycypuje w jej troskach.
Ten stan należy szybko zmienić, bo odbije się na ogólnej sprawności. Przemysł niechętnie bierze robotników bez 7 oddziałów szkoły powszechnej, a tymczasem takich szkół niemal nie ma. Trzeba jak najszybciej podnieść kategorie szkół i wzmóc udział przedsiębiorstw w budżetach lokalnych gmin. Należy uregulować to w drodze specjalnej ustawy o powstawaniu osiedli robotniczych, podobnej do ustawy, jaka jeszcze obowiązuje w byłej dzielnicy pruskiej.
Należy wielkie baczenie położyć na oświatę poza­szkolną. Należy zdrenować, skomasować, zmeliorować grunt ludzki w Centralnym Okręgu, bo pocznie gnić albo dziczeć.
I znowu – doświadczalne spojrzenie w zatoczkę szkolną panien Trzeplówny i Koprówny.
Pewnego dnia obserwują wielkie poruszenie wśród pędraków. Wreszcie są tego widome skutki: zjawia się uroczyście w jednej z klas sołtys, dobrawszy sobie dla kurażu dwóch innych kolegów.
Delegacja długo stoi w progu, przestępując z nogi na nogę i wypychając się naprzód.
– No co? Czy da się powiedzieć?... – pyta ciało pedagogiczne. Ciało pedagogiczne jest świadome różnych trudności. Czasem odpowiadają „Ni...”. Wówczas ciało pedagogiczne podsuwa delegacji ołówek, ale i tu czasem sytuacja staje się bez wyjścia, skoro delegat oświadcza, że „jo ty jedny litery nie wim”.
W danym wypadku daje się powiedzieć, aczkolwiek straszną rzecz. Aż szczecina blond jeszcze bardziej staje jeża nad piegowatą buzią pana sołtysa. „Bo to, proszę pani, ten chłopak powiada, że orzeł biały to je polsko swynia”.
Innym delegatom, skoro już to straszliwe słowo padło, przybywa animuszu:
– On już drugi raz tak... Na pirsze to my myśleli, co to na wrzecy (na żarty?).
Sołtys i ławnicy są oburzeni. W ciche życie lasowiaków wlała się mętna fala z całego świata, wnosząc do COP-u swoje nędze, obolenia, sceptycyzm, obtłuczenie po wszystkich ścieżkach bezrobocia Polski. Ciemnymi wieczorami grają harmonie po chałupach Pławia, płynie wódka, nikt nie zna swojej przyszłości, nikt nie umie obchodzić się ze swoim budżetem, który dziś mu urósł i nie wiadomo, jaki będzie jutro.
Chłopak, który tak szpetnie powiedział o orle, siedzi teraz na lekcjach sam jak sowa, bo inni nie chcą z nim siedzieć; ale ci inni przychodzą zwalniać się do nauczycielek z przyrzeczenia abstynenckiego. Teraz w przemysłowym Pławiu trudniej go dotrzymać, niż ongiś było dać.
W tym mętliku ludzkim jedna istnieje możność wprowadzenia ładu w stosunki – ta co zawsze i wszędzie na każdym szczeblu: hierarchia i kwalifikacje. Żeby nie było przypadkowych zarobków na zdarzonej kupce piasku, żeby miejscowy człowiek jak najdalszy szmat drogi uszedł od owych 80 groszy dniówki, żeby jak najwięcej umiał i jak najwięcej za rzetelną pracę zarabiał.
Kiedyśmy zwiedzali Mościce, minister Kwiatkowski mówił, jak to tu przy montowaniu zakładu pracowało sześć tysięcy chłopa, miało jednak pozostawać na stałe 1600. Przychodzili więc prosić, by ich z dobrej woli i bez zapłaty pozostawiać na drugą szychtę. Chcieli się nauczyć, chcieli być robotnikami kwalifikowanymi. Ale z wolna ich ogarniała pasja, żeby wiedzieć więcej, lepiej. Zasklepiały się turbogeneratory, opancerzały się maszyny – i już nigdy nie mieliby zobaczyć tego cuda, jak się rodzi, niby żywa istota – życie maszyn.
Potem postanowili, że nie będzie między nimi analfabetów. Już dawno minął ten czas, kiedy do dyrektora fabryki przyszedł ostatni z analfabetów, stuknął buciorami i z dumą wręczył własnoręcznie wyślabizowany, wystękany, wypisany... utwór o wiośnie.
O Boże – jakżeż ta polska wiosna przemysłowa jest kulawa, jak naiwna, jak tuż-tuż z analfabetyzmu pochodząca... i jak urocza.
Do małej szkółki w Pławiu co dzień wieczorem ciąg­nie sznur tych, co pragną uczyć się pozaszkolnie. Nauczycielki uczą, uczą, aż im się w oczach ćmi, tylko szkodują sobie, że muszą wypalać własną naftę bez rekompensaty. To, że wypalają bez rekompensaty własne siły, nie przychodzi im do głowy.
Inspektor szkolny w Nisku, p. Ginter, pisze do mnie:

Dążenie ludności do oświaty przez szkołę i kursy wystąpiło naprawdę ogromne. Ludzie wiedzą, że przybywający do pracy robotnicy z innych okolic stoją wyżej pod względem kulturalnym – chcą im dorównać, a prócz tego łatwiej dostaje pracę człowiek, mający lepsze świadectwa i kulturę. Stosunki oświatowe zmieniają się w terenie gruntownie na lepsze.

Zawodowe kształcenie i dokształcanie już rozpoczęto; każdy niemal większy zakład w COP-ie robi to na własną rękę. Prócz tego Poznań, najbardziej zasobna w fachowców dzielnica, idzie z pomocą. Zwiedzałem w Poznaniu roczny kurs dokształcający wykwalifikowanych pracowników fizycznych w przemyśle. To stąd pójdą ludzie do COP-u. Na 700 kandydatów wyeliminowano do egzaminu 300, z tego zakwalifikowano 79. Są to chłopcy do 28 lat przeważnie z wykształceniem 7 klas szkoły powszechnej.
Kiedyśmy siedzieli przy wspólnym obiedzie, mój sąsiad, chłopak z czupryną blond, w łatanym niebieskim kombinezonie (przyszli wprost od warsztatu), zwierzył mi się:
– Mamy za wiele ludzi do łopaty...
Dorzuciłem:
– I takich co umieliby tylko w biurze przepisywać.
Chłopak sięgnął po chleb; została jedna tylko piętka wielgachna; przełamaliśmy się nią. Na pohybel niekwalifikowanym robotnikom i inteligentom. Na zdar nauce.
Bo naszemu przemysłowi metalowemu w chwili obecnej brak 450 inżynierów. Bo politechniki polskie wydają rocznie 140–150 dyplomów, a ubytek roczny (śmierć, emerytura, przejście do innego zawodu) wynosi 130 osób. Bo geologów poszukuje się ze świecą w ręku, bo armatorzy wnoszą podania o niepowoływanie na ćwiczenia oficerów i mechaników marynarki handlowej, których nie ma kto zastąpić, bo gminy wiejskie rozbijają się za jakim takim lekarzem, bo na dnie worka z zapasem nauczycieli ukazuje się płótno...
A niedawno z goryczą patrzono na nasz czterdziestotysięczny tłum akademików i, zda się, pytano: „Po co was tylu?...”.
Jeszcze gorzej sprawa się ma ze średnimi i z niższymi studiami technicznymi. Za drogo nas kosztuje produkcja poszczególnego inżyniera, byśmy sobie pozwalali na tłumy niedojdów po politechnikach. Lepiej z nich zrobić za tańsze pieniądze dobrych techników, a techników też przesiewać i robić dobrych majstrów. Tak że reformę trzeba poczynać na wszystkich odcinkach, a przede wszystkim od dołu.
Słyszałem, że w pewnej fabryce w COP-ie kierownictwo zorganizowało kursy trzymiesięczne. Wszyscy robotnicy kończący te kursy z dodatnim wynikiem otrzymują specjalne premie, chociażby pozostawali na dawnej niekwalifikowanej robocie. Dodatek za „wyższe studia”.
I znowu chwytam zanikający obrazek – przemówienie prezesa jednej z organizacji w pewnej wsi w COP-ie, które złośliwy przybysz, siedząc w kątku, wynotował in extenso. (Co za przybysz i co za prezes – ci co byli, poznają, a zaś innym zasię). Prezesa bardzo przyciśnięto do muru i nie uchwalono mu absolutorium.
Oto fragmenty z jego mowy obrończej:
„Taki jeden z drugim zakuty żłób co wi? Czy zna się na księgach, pieczątkach, czy wie, co to jest aspolutorium, dezederat, despezyt i zamknięcie?
Pirszy raz nie uzyskałem aspolutorium – był jeden taki markotent, znaczy co mu się markociło w zgodzie żyć. Ja oświadczyłem, że wyciągnę (konsekwencje? przyp. mój). Danego markotenta proszę wyaprobować pojedynczo i ju! Albo ja coś znaczę, albo nie!
Co się tyczy tej zabawy lasowej... Niejednokrotnie miałem sposobność namacalnie policzyć, ile kieliszków mieści się w litrze czystej. Doszedłem do przekonania, że ten interes można załatwić bezbloczkowo. Wyłoniły się jednakowoż takie incydenty, że dochód się rozleciał, ponieważ jeden z niepowołanych członków komitetu nie wyrównał swoich obowiązków względem tańcówek (pragnący tańczyć płacą za każdy taniec oddzielnie, przyp. mój). Doszło do takiego faktu, że zmuszono mnie zastawić mój własny zegarek akonto kredytów, które pozwoliłem sobie udzielić inspirowanym czasowo przezpieniężnym osobnikom.
Gdyby nie ja, w kamforę by się organizacja już raz tego, jak się nazywa, rozsumowała się. Czy ja mało zrobił? Jak u nas nastała siła żeńska do pracy, to aby powstrzymać szacunek w zebraniach, wydałem rozkaz jednemu z członków zarządu, aby całkiem pojedyńczo czuwał na referencie wygłaszanym przez panią referentkę” itd.
Teraz przychodzi nowe życie z konkretami, które aż wołają o organizowanie się społeczne. Na skutek tego w ośrodkach nowej pracy powstaje szereg placówek spółdzielczych, które starają się zapewnić zaopatrzenie odbiorców w produkty nabywane bezpośrednio u źródła. Typ takiego prezesa niedouka, bajdurzącego górnym stylem i klecącego narzucone z góry organizacje pokazowe, będzie zanikał. Uwieczniam go tu, jak uwieczniłem szyld „tandyta” na wiejskiej chałupie COP-u w Leżajsku. Aby przyszli ludzie COP-u, którzy już poczynają się formować, przeczytali z uśmiechem tę mowę pana prezesa i obejrzeli te problematy, które wywołały odmówienie mu… aspolutorium.
Zagadnienia człowieka w COP-ie, skoro już ten człowiek ma pracę, musi rozwiązywać nie tylko sprawę oświaty i kształcenia zawodowego, ale i sprawę zdrowia.
Chlubimy się największym przyrostem ludności w Europie, liczymy, że do 1955 roku będziemy większym narodem niż Francja, ale z pola naszego widzenia usuwa się ten straszliwy upust siły, jaki sprawia zły stan zdrowia ludności, ta gruźlica, zabierająca co siódmego człowieka i przynosząca strat w naszym majątku narodowym, według obliczeń Towarzystwa Przeciwgruźliczego, na 6 miliardów złotych rocznie, te choroby weneryczne, trzymające w swoich szponach koło 900 000 ludzi, jaglica, żrąca oczy setek tysięcy po zapadłych wsiach, infekcje, epidemie, degeneracje, straszliwa danina płacona przez kobiety ginące jak bezradne zwierzęta w mękach porodowych.
To tu, w COP-ie, do którego dotacza się cywilizacja innego rzędu, którego człowiek z nagła jest przerzucany w całkiem obcy klimat, pod inne ciśnienie, to tu, w COP-ie może powtórzyć się straszliwe żniwo chorób i wynaturzeń, przez które przeszła w swoim czasie chłopska ludność zagłębia naftowego.
W szpitalu w Rzeszowie i obecnie lokuje się na jednym łóżku po dwóch chorych, a jak dzieci – to i po troje. Przygotowalnia do operacji – miejsce, w którym lekarz się myje, wkłada biały fartuch, rękawice, maskę na twarz, odcina się od szatana infekcji i spraw jego – jest równocześnie... kancelarią. Jak za śp. przedpasteurowskich czasów. Chory, kiedy idzie leżeć na salę, oddaje ubranie na przechowanie rodzinie, bo w szpitalu ubranie szczury zjedzą; kiedy ma wychodzić ze szpitala, dopieroż się telefonuje, szuka krewniaków, aby oddali cenny i nieodzowny depozyt – dziurawe portki.
W Tarnowie – kiedy dr Turschmid obejmował dyrekcję szpitala, sale były podstemplowane i pomimo że groziły zawaleniem, musiano w nich trzymać chorych. Trupiarnia latem wydzielała taki odór, że siostry mdlały.
...na jesieni, przy czynnej pomocy Wydziału Samorządowego, który wyasygnował 300 000 złotych, stanie pod dachem szpital w Rzeszowie na 150 łóżek.
W Sandomierzu aż do tego czasu obsługiwała chorych fundacja z czasów jednego z Piastowiczów, sprzed najść tatarskich, z roku pono 1221. Było tam też nędzne przytulisko dla chorych i bric-à-brac wszelkiej filantropii i łataniny.
...od jesieni, dzięki znowuż subwencji 100 000 złotych Zakładu Ubezpieczeń, stara charytatywna buda zostanie przebudowana, będzie wyodrębniony oddział chirurgiczny, oddział dla interny, oddział rozpoznawczy zaopatrzony w laboratorium chemiczno-bakteriologiczne i pracownię rentgenologiczną.
Przy zakładaniu fundamentów pod te budowle znaleziono pod warstwą próchnicy leśnej kilkadziesiąt szkieletów ludzkich. Tak oto na kościach zmarłych i powyrzynanych przez Tatarów będą teraz pobłyskiwać nie ogniki fosforyzujące, ale rentgen.
W Tarnowie – Zakład Ubezpieczeń dał 100 000 złotych – dobudowuje się piętro, sam szpitalik rozbudowuje się na 300 łóżek nowocześnie uposażonych.
W Tarnobrzegu – Zakład Ubezpieczeń dał 100 000 złotych – rozbudowuje się oddział epidemiczny.
Na tereny, tonące w dzikości, po których uwijały się jeno babki „znające”, wkracza, łącznie z formami przemysłowymi, ubezpieczalnia. Ubezpieczalnia, na którą tyle wygaduje pseudointeligent, nawykły do lekarza epoki liberalistyczno-kapitalistycznej, który przy sposobności dowiedział się o zdrowie pani dobrodziejki i któremu wstydliwie wciskało się do ręki honorarium przy pożegnaniu. Od tej strony oglądane lecznictwo społeczne się nie podoba. Ale spójrzmy na nie od strony tych rzesz biedaków: będziemy mieli inny obraz. To tak jak kiedy ktoś patrzy na zegar od prawej strony i widzi, że dwunasta będzie za minutę, a gdy ktoś od lewej – konstatuje, że już jest minuta po dwunastej.
Teraz w COP-ie tworzy się coś w rodzaju generał­gubernatorstwa zdrowia. Bo też liczba ubezpieczonych rośnie w COP-ie w zawrotnym pędzie. Kiedy badałem te sprawy w maju 1938 roku, ilość ubezpieczonych w ubezpieczalni w Rzeszowie wzrosła z 10 377 w roku zeszłym do 15 550 w roku obecnym, a w ubezpieczalni w Tarnobrzegu z 9000 na 22 200. A przecież tymi liczbami nie są objęte liczne tysiące chłopów, wożących żwir, piasek, drzewo itp. Stworzono komisarza dla trzech ubezpieczalni: Tarnowa, Rzeszowa i Tarnobrzegu. Będzie on musiał tam stworzyć taką opiekę lekarską, jaką dziś zapewniają ubezpieczonym ubezpieczalnie krakowska czy poznańska.
Komisarz ma pełne ręce roboty w tym pustkowiu. Tworzy ośrodki zdrowia. Trzonem działalności poza szpitalnictwem jest opieka nad matką i dzieckiem – bo wszak od tego należy zaczynać. „Odfikcyjnia się” przychodnie przeciwgruźlicze, dając im rentgeny; bez nich były jak żołnierze za czasów ministra z czasów wielkiej wojny Suchomlinowa, których wysyłano do ataku bez karabinów – mieli tylko silnie wrzeszczeć.
W Pławiu – od Tarnowa 40 kilometrów w stronę Krynicy – tworzy się kolonia wypoczynkowa dla robotników COP-u na sto miejsc.
W lasach, które spały od króla Ćwieczka, pojawia się nie tylko niesłychana rzecz – cegła. Ale równocześnie – lekarz z apteczką.
Bo to dla ciebie, wszystko, człowieku, dla ciebie, a nie dla maszyny, dla teorii, dla abstrakcji.
Na razie – z problemem człowieka jest diablo trudny dylemat, trudniejszy niż z niejednym rozwiązaniem technicznym (dlatego należy jak najszybciej znieść anachronizm, że całe dwanaście powiatów wchodzących w skład COP-u to kompetencja jednego inspektora pracy, rezydującego w Przemyślu). Wyłożył mi to obrazowo chłop, spotkany przy drodze. Zapytany, co myśli o tej całej budowie, podniósł oczy znad jakiegoś kijaszka, który obrabiał kozikiem:
– Świat sie końcy abo sie zacyno... Dzień i noc trajkoco jakieciś masyny akurat tam, kiej sie niedawno gzyby zbirywało (wierzę, że wówczas wystarczał ten jeden inspektor).
A o tym problemacie ludzkim powiada tak:
– W gazycie pisało, co teroz w kuzdej wsi mo być najmnij dwóch umętalowanych chłopów. W Sodomie i Gomoze to ponoś już dziewiąci sprawiedliwych zdybali, a u nos dobze sie sołtysi i wójci nasosom (?), zeby tych dwóch zdybać.
Startujemy z zagadnieniem człowieka w COP-ie.
O tym człowieku w Polsce tak pisał Szczepanowski: „Otóż biorąc rzeczy przeciętnie, nasz materiał ludzki tak się ma do materiału ludzkiego w Anglii, Francji i Niemczech, jak piasek, glina i słoma, z których lepimy nasze lepianki, mają się do ciosu i żelaza, z których wznoszą gmachy publiczne gdzie indziej”.
Chciałbym, jeśli ta książka wpadnie w ręce młodym inżynierom i majstrom pracującym na terenie, żeby nie pominęli tego rozdziału. I pomyśleli, że ich rola nie kończy się w kreślarni albo w warsztacie i że dużo od nich zależy.