Strona główna / Literatura światowa / Romans / Teraz będzie inaczej

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Teraz będzie inaczej

Linda Lael Miller

Drodzy Czytelnicy!

Zapraszam do lektury pierwszej z trzech powieści o niesfornych kuzynach McKettricków, braciach Creed.
Logan Creed, najstarszy z trzech skłóconych braci, powraca do miasteczka Stillwater Springs w stanie Montana oraz do zrujnowanego rancza, które od ponad wieku było w posiadaniu jego rodziny. Jest zdecydowany odbudować nie tylko samo ranczo, ale także dobre imię Creedów. Wkrótce poznaje swoją wielce niezależną sąsiadkę Brianę Grant i jej dwóch niezwykle żywiołowych synków. Od tej pory słowo „rodzina” nabiera dla niego zupełnie nowego znaczenia.
Chcę dzisiaj także opowiedzieć Wam o niezwykłej grupie ludzi, z którymi jestem od niedawna związana. To Humane Society of the United States – HSUS (Towarzystwo Ochrony Zwierząt), a zwłaszcza ich program Pets for Life (Zwierzęta dla życia).
Program Pets for Life to jeden z najlepszych sposobów, aby pomóc miejscowym schroniskom tak opiekować się zwierzętami, żeby nie musiały tam trafiać. Osoby biorące w nim udział prowadzą szeroką akcję propagandową w zakresie odpowiedzialności właściciela za zwierzę. Udzielają podstawowych wskazówek, takich jak obowiązek zaopatrzenia każdego domowego zwierzęcia w obrożę z wizytówką właściciela, żeby w razie zagubienia wiadomo było dokąd je odprowadzić, oraz konieczność kastracji i sterylizacji naszych ulubieńców. Tłumaczą, aby nie poddawać się, jeśli z początku nie wszystko układa się dobrze. Jeśli Wasz pies kopie na podwórzu, a kot drapie meble, wiedzcie, że są to problemy, z którymi możecie się do nas zwrócić. Na stronie www.petsforlife.org znajdują się wszelkie potrzebne informacje. Kampania koncentruje się na tym, aby zwierzęta i ludzie trzymały się razem przez całe swoje życie.
Jak wielu z Was wiadomo, do moich domowników należą dwa psy, dwa koty i cztery konie, dlatego jest to sprawa bliska i droga mojemu sercu. Mam nadzieję, że i Wy dacie się w nią wciągnąć.

Serdecznie pozdrawiam
Linda Lael Miller


Rozdział pierwszy.
Ranczo Stillwater Springs

Między słupkami bramy wisiała sczerniała drewniana tabliczka, dyndająca na trzech ogniwach zardzewiałego łańcucha. Litery, które Josiah Creed osobiście wyrył na niej ponad sto pięćdziesiąt lat temu, a które następnie wypalono krawędzią starej cechownicy bydła, zdążyły już wyblaknąć i stały się prawie nieczytelne.
Siedząc jeszcze w samochodzie (używany dodge pikap, określony przez dilera jako wóz „z drugiej ręki”), ale już z nogą w kowbojskim bucie na stopniu, Logan Creed zaklął pod nosem.
Wystraszony zmokły pies, którego rano zabrał z postoju pod Kalispell, zaskomlił cicho, z głębi gardła. Nic dziwnego, że biedne stworzenie było płochliwe; najpewniej miało za sobą piekło porzuconych zwierząt.
– Przepraszam, stary – mruknął Logan, czując, jak kłąb splątanych emocji zaciska mu gardło niczym drut kolczasty. Wiedział, że rodzinne ranczo, które odziedziczył do spółki z dwoma młodszymi braćmi, Dylanem i Tylerem, będzie w kiepskim stanie. Przez całe lata, właściwie... No tak, odkąd rozstali się po pogrzebie taty, nikt tutaj palcem nie ruszył. Od tej pory on, Dylan i Tyler podążali uparcie każdy swoją drogą.
Pies wybaczył mu chętnie, jak to pies. Wyglądało, że wręcz współczuje swojemu wybawcy, kiedy tak siedział po drugiej stronie dźwigni biegów, patrząc na niego brązowymi, niemal płynnymi oczami.
Logan rozchmurzył się i usadowił znów za kierownicą.
– Gdybym chociaż w połowie był taki, jak myślisz – powiedział psiakowi – mógłbym kandydować na świętego.
Już sama myśl, że jakikolwiek Creed miałby doczekać się kanonizacji, doprowadziła go do złośliwego chichotu.
Pies szczeknął radośnie, jakby chciał poprzeć dobrym słowem każdego, kto podejmował tego rodzaju decyzje.
– Trzeba będzie nadać ci imię. – Logan westchnął. – Kurczę, jakoś nic nie przychodzi mi do głowy... – Obróciwszy się w fotelu patrzył przed siebie i sporządzał w myśli rejestr zwalonych płotów, rozpadających się rupieci... – Mamy tu huk roboty, wiesz? I najlepiej wziąć się do niej od razu.
Przejeżdżając przez bramę, zawadził dachem o tabliczkę, a kiedy opony natrafiły na szczeble dziewiętnastowiecznej kratki tak zwanego stróża bydła, zadzwoniły mu zęby.
Długi, kręty podjazd ginął pod chwastami, ale koleiny po furgonach, pierwszych pojazdach na tej drodze, zachowały się całkiem nieźle. Do listy niezbędnych zakupów Logan dopisał w myślach kilka ton żwiru.
Na terenie posiadłości znajdowały się trzy domy, a ponieważ Logan był najstarszy w tym pokoleniu Creedów, przypadł mu w udziale największy. Zawsze to jakieś dziedzictwo, pomyślał. Będzie miał szczęś­cie, jeżeli nada się do mieszkania.
– Tyle dobrego, że mam śpiwór i sprzęt kempingowy – pocieszył psa. Wychylony do przodu, z wzrokiem utkwionym ponuro w szybie, przedzierał się przez trawiaste wzniesienie. – Zgodzisz się, koleś, spać pod gwiazdami, gdyby się okazało, że nie ma dachu?
Oczy psa mówiły, że jest gotów na wszystko dopóty, dopóki obaj trzymają się razem. Miał już dość samotności, żebrania o jedzenie i ciepłe miejsce przy złej pogodzie.
Logan uznał, że czas poprawić sobie humor. Przechylił się, żeby poklepać zmierzwiony łeb zwierzaka. Nie dało się określić koloru tej kupki nieszczęścia pod warstwą brudu. Co do rasy, pies był po części labradorem, po części seterem, z domieszką wielu innych składników. Sterczały mu żebra i brakowało kawałka lewego ucha. Z pewnością nie zagrzał u nikogo miejsca na dłużej.
Kiedy po długiej jeździe z Las Vegas Logan zatrzymał się dla rozprostowania nóg, bynajmniej nie zamierzał zabierać czworonożnego autostopowicza, ale nie mógł nie zauważyć psa, który na jego widok wynurzył się chyłkiem z krzaków. W pobliżu nikt się nie kręcił, a jeśli zwierzę miało kiedyś obrożę lub znaczek z adresem, to dawno je utraciło.
Wiedział, że jest dla tego psa ostatnią nadzieją, a ponieważ sam znajdował się kilka razy w takim położeniu, nie potrafił odwrócić się do niego plecami. Podsadził zwierzaka do furgonetki i w następnym miasteczku wspólnie zjedli śniadanie w barze z fast foodem. W niedługim czasie pies wszystko wyrzygał, a patrzył przy tym z taką skruchą, że Logan nie miał sumienia wymawiać mu dodatkowego postoju w myjni w celu doprowadzenia gruchota do porządku.
Teraz, kiedy po wielu bogatych w wydarzenia latach szykował się do pierwszego spojrzenia na ranczerski dom, cieszył się, że ma towarzystwo, choć konwersacja była jednostronna.
Wreszcie pokonali ostatnie wzniesienie i Logan najpierw zobaczył stajnię – chociaż mocno przechylona w jedną stronę, wciąż stała. Dopiero potem zmusił się do skierowania wzroku na dom i jego widok podniósł go na duchu. Część dachu się zapadła, ale chaotyczna parterowa konstrukcja z drewnianych bali, która pierwotnie była jednopokojową chatką, mniejszą niż szopa na narzędzia, zdołała przetrwać. Nie zawalił się też żaden z trzech kamiennych kominów, a we frontowych oknach – staromodnych, o zielonkawych ramach z purchlami – zachowały się nawet szyby.
Dom, pomyślał Logan, czując jednocześnie determinację i smutek. Ranczo Stillwater Springs właśnie takie, a nie inne, było domem.
Nadzieję, że wodociąg działa, uznał za przesadną, ale dzwonił wcześniej, gdzie trzeba, i przynajmniej włączono mu elektryczność i telefon. Czworonożny asystent pilnie potrzebował kąpieli, a wędrówki w tę i we w tę do źródła to zbyt wielkie poświęcenie na rzecz powrotu do natury. Luksusowy styl życia, jaki Logan prowadził w Vegas, nie przygotował go do koczowania.
Asystent... W skrócie: As... – zadumał się Logan po wyjściu z auta – może to ujdzie na razie?
Rozradowany As przeskoczył dźwignię biegów i konsolę wprost na siedzenie, które jego nowy pan właśnie opuścił. Logan zachichotał i delikatnie przeniósł go na ziemię. Przy najbliższej okazji zabierze psa do weterynarza na badanie i jakieś szczepienia. Być może zwierzak ma pod skórą mikroczip z adresem właściciela, ale szczerze w to wątpił.
Najprawdopodobniej Asystent, jeśli w ogóle kiedyś miał pana, został przez niego wyrzucony.
Pies obwąchał otoczenie, a potem zadarł łapę przy zagrzebanym do połowy w piachu starym kole furgonu. Gdy Logan zbliżał się do domu z zapadniętym gankiem, As z zapałem truchtał za swoim panem.
Każdy rozsądny człowiek, myślał Logan z żalem, zrównałby z ziemią tę niegdyś imponującą budę i zaczął od początku. Jednakże on do takich nie należał – miał za sobą dwa nieudane małżeństwa, karierę w rodeo i morze smutku.
Naparł ramieniem na drzwi, aż zawiasy zaskrzypiały, i po kolejnym głębokim wdechu przekroczył próg. Oczywiście było tam strasznie brudno, wszędzie poniewierały się gazety, puszki po piwie i Bóg wie co jeszcze, ale podłoga z desek się trzymała, a wielki kominek z surowego kamienia wyglądał solidnie, jakby go dopiero co wymurowano.
Stojąc pośrodku kupy rodowych odpadków – kupa była tu jedynym właściwym słowem – Logan zastanawiał się nie po raz pierwszy, czy czasem w jego głowie nie ma też tak dużo kamieni, jak w tym kominku. Odkąd pół roku temu odnalazł swoich dalekich kuzynów, McKettricków, i odwiedził Triple M w północnej Arizonie, pytania o stan rancza i o to, co zostało z jego rodziny, pulsowały mu w tyle głowy jak wielki siniak.
Ten siniak miał imię: wina.
Przeszedł przez duży pokój, usiadł na wysokim występie naprzeciwko kominka i rozluźniwszy nieco ramiona pod zwykłym białym T-shirtem westchnął ciężko. Przesunął dłonią po ciemnych włosach i uśmiechnął się smutno do Asa, który położył mu pysk na kolanie.
Niektórych ludzi – zwierzył się psu – nigdy nie omijają kłopoty i przykrości. A ja, mój stary, jestem jednym z nich.
Rancza w Montanie, bez względu na stopień zaniedbania, były żyłą złota na rynku nieruchomości. Szczególnie takie, jak właśnie to, które miało zapierającą dech historię. Gwiazdy filmowe chętnie kupowały je za astronomiczne pieniądze, urządzały korty tenisowe, instalowały studia dźwiękowe i baseny o powierzchni ćwierci hektara. Razem z Dylanem i Tylerem mieliby do podziału fortunę, gdyby sprzedali ranczo. Przetnij emocjonalne więzy, nie baw się w sentymenty i spadaj, proste, ale nie w jego wypadku.
Jednakże poza psem i starą furgonetką (kupił ją tylko dlatego, że pasowała do jego rodowej siedziby w Stillwater Springs w stanie Montana) ostatnią rzeczą, jakiej Logan potrzebował, były dodatkowe pieniądze. Miał ich do cholery i trochę, a to dzięki stronie internetowej usług prawnych „Zrób to sam”. Założył ją zaraz po ukończeniu studiów prawniczych, a ostatnio sprzedał za górę szmalu, i jak dotąd, ta forsa przysporzyła mu samych zmartwień.
Był jednak inny, głębszy powód, dla którego nie mógł sprzedać rancza.
Chociaż zrujnowane, siedem czy osiem pokoleń Creedów żyło tutaj i umierało, kochało i nienawidziło, modliło się i klęło. Ci, którym przyszło urodzić się w tych domach, pracowali w pocie czoła aż do końca swoich dni, a potem znajdowali miejsce spoczynku na cmentarzu za jabłoniowym sadem.
Logan po prostu nie mógł ich opuścić, tak samo, jak na tamtym postoju nie mógł wsiąść do furgonetki i odjechać bez Asystenta.
Ta horda przeklętych, niesfornych duchów była jego.
Podobnie jak ich skłonność do ustawicznego rozpętywania piekła.
Kiedy Logan zobaczył Triple M, coś się w nim zmieniło. Postanowił wycofać się z wyścigu, postawić stopy w jednym miejscu i zapuścić korzenie tak głęboko, żeby ich końce mogły wychynąć gdzieś w Chinach. Niestety trudno zaprzeczyć, że dziedzictwo Creedów w niczym nie przypominało dziedzictwa McKettricków.
McKettrickowie trzymali się razem, a ich nieprzerwana linia sięgała wstecz aż do patriarchy rodu – starego Angusa.
Creedowie się rozpadli.
Nazwisko McKettrick było synonimem honoru, uczciwości i mocnego charakteru.
Z kolei nazwisko Creed oznaczało tragedię, pecha i niedolę.
Logan wrócił, by objąć posterunek i zmienić kolej rzeczy. Zbudować od podstaw coś nowego, dobrego i trwałego. Jego własne dzieci, jeśli szczęście mu dopisze, by je spłodzić, będą z dumą nosić nazwisko Creed, tak jak jego bratanice i bratankowie. Nie miał ich na razie – z tego, co wiedział, Dylan i Tyler ciągle uprawiali rodeo, przynajmniej w niepełnym wymiarze godzin, uganiając się przy tym za kobietami, z którymi żaden mężczyzna nie chciałby mieć dziecka, a także wdawali się w rozróby po barach dla wiejskich ćwoków.
Nie miał złudzeń, że łatwo da się zmienić dotychczasowy kurs Creedów, ale zasadniczo rzecz biorąc, czyż nie była to kwestia dokonania wyboru, podjęcia decyzji i trzymania się jej bez względu na wszystko?
Dylan się do tego nie nadawał, Tyler także; prawdę rzekłszy, wszyscy inni mieli to w nosie.
Znaczy, że padło na Logana: został wybrany miażdżącą przewagą jednego głosu.
Wstał i ruszył do kuchni. Wprawdzie wyglądała gorzej niż pokój, ale kiedy odkręcił kran nad zlewem, popłynęła z niego czysta źródlana woda z Montany – najpierw mętna, a później przejrzysta jak promień światła.
Podniesiony na duchu, wyszukał w kredensie starą miskę dla Asa, umył ją, nalał wody i ustawił na podłodze pokrytej brzydkim linoleum. Pies chłeptał głośno, a potem czknął jak kowboj po wypiciu duszkiem kufla piwa.
Snuli się potem razem po pokojach – pies i człowiek – przy czym Logan cały czas notował w myślach. Gdy tylko wykupi cały towar z lokalnego marketu budowlanego, zatrudni setkę cieśli i paru hydraulików, od razu te wszystkie pokoje nabiorą blasku.


Briana nie pojawiła się na cmentarzu aż do późnego popołudnia, a gdy wreszcie tam dotarła, jak zwykle dziwiła się sobie, że w ogóle tam przyszła. Podczas gdy jej synowie, ośmioletni Alec i dziesięcioletni Josh biegali między powykrzywianymi kamiennymi nagrobkami i spróchniałymi drewnianymi tabliczkami, Briana rozłożyła na miękkim gruncie piknikowy koc, a potem wyciągnęła sok i kanapki. Jej stara suka, spasiona czarna labradorka imieniem Wanda, obserwowała spokojnie chłopców śmigających po cmentarzu w ostatnich promieniach czerwcowego słońca.
– Nawet nie znałam tych, którzy tu leżą – wyznała Wandzie Briana – to po co łamię sobie grzbiet, wyrywam chwasty i sadzę kwiaty na grobach obcych nieboszczyków?
Wanda patrzyła na nią cierpliwie.
Przez dwa lata, jakie upłynęły od wieczoru, kiedy to Vance, wówczas mąż Briany, po długiej kłótni zostawił ją z chłopcami i Wandą przed sklepem Wal-Marta w Stillwater Springs, Briana zaciekle walczyła o przetrwanie.
Wtedy się jej zdawało, że Vance pojeździ trochę po ulicach ich dychawicznym starym vanem, a potem ochłonie i po nich wróci. Ale on opuścił miasto, a zanim po trzech miesiącach pojawił się znowu, wielkodusznie gotów uznać, że „co było to było”, Briana zdążyła rozwieść się z nim metodą „Zrób to sam”. Znalazła sobie dach nad głową, a także pracę w kasynie, prowadzonym przez tutejsze plemię rdzennych Amerykanów, gdzie podawała darmowe napoje i kawę za same napiwki. Kilka dolarów, które zarabiała w ciągu ośmiogodzinnej zmiany, z trudem wystarczało na jedzenie, z czasem jednak dochrapała się biurowej posady w klubie graczy, a następnie rozdawała karty do blackjacka. Wreszcie – już jako kierowniczka sali – wymieniała pieniądze na żetony i wypłacała wygrane pule.
Kierownicy sal mieli porządne pensje, a poza tym ubezpieczenie zdrowotne, zasiłki chorobowe i płatne urlopy.
Doszła do tego wszystkiego sama, chociaż Vance jej wmawiał, że nie da sobie rady.
Wkrótce po przeprowadzce do domu za potokiem Alec i Josh zawędrowali na cmentarz, Briana zaś oczywiście musiała sprawdzić, czy dzieci mogą się tam bezpiecznie bawić. Miała bzika na punkcie bezpiecznych miejsc, choć te, jak dotychczas, okazywały się nieosiągalne. Mając trzydziestkę na karku, ciągle takiego miejsca szukała.
Chyba nic nie mogło przygotować jej do niezwykle silnego wrażenia, jakie wywarł na niej zapomniany wiejski cmentarzyk. Opuszczony, zarośnięty chwastami, zasłany odpadkami po imprezach nastolatków „piwo i zioło”, także i ją zdawał się jakoś dziwnie przyciągać.
Od tego czasu opieka nad porzuconym cmentarzem stała się jej misją. Przy pomocy chłopców wysprzątała teren, skosiła, a następnie przystrzygła trawę, zasadziła kwiaty i wyprostowała tabliczki. Robocze sesje zawsze kończyły się zabawą chłopców w berka. Wytracali przy niej nadmiar energii, po czym następowała piknikowa kolacja.
Nie spodziewała się, że dzisiaj będzie inaczej niż zwykle, co tylko dowodziło, że nadal zachowała podatność na zaskoczenie.
Z lasu wyszedł nieśpiesznym krokiem szczupły, rozczochrany mężczyzna w dżinsach, wysokich butach i T-shircie. Obok dreptał rudobrązowy pies, który na widok Briany dosłownie wrósł w ziemię.
Od pierwszej chwili poczuła dziwny dreszczyk – paniki, ale też czegoś jeszcze, co trudno określić.
Miał ciemne włosy, i chociaż smukły, był potężnej postury.
Wanda wydała niski, niepewny pomruk, ale nie ruszyła się ze swojego tradycyjnego miejsca na kocu.
– Przestań – uciszyła ją Briana. Chłopcy przerwali zabawę i zmierzali do niej, podekscytowani i być może trochę zaniepokojeni.
Nieznajomy uśmiechnął się, powiedział coś cicho do psa i przystanął w stosownej odległości.
Alec bez wahania ruszył w jego stronę.
– Cześć! Jestem Alec Grant. To moja mama Briana i mój brat Josh aka Dupek. A pan to kto?
(…)