Strona główna / Literatura światowa / Hinduskie zaślubiny

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Hinduskie zaślubiny

Sharon Maas

ROZDZIAŁ 3. SAVITRI

Madras, Indie, 1921

Była córką kucharza, jego najmłodszym i najdroższym dzieckiem, oczkiem w głowie, jasnym punktem na ziemskim padole. Owego długiego, gorącego lata miała sześć lat, włosy opadające na ramiona w dwóch grubych warkoczach, związanych kawałkami nici i pędami jaśminu, szczupłe i gibkie brązowe ciało i pomimo długich, luźnych spódnic, sięgających jej do kostek, była dzika jak chłopak. Kochała Davida i wiedziała, że zawsze będzie go kochać.
Kucharz Iyer i jego żona, Nirmala, wiedzieli o tej miłości i budziła w nich mieszane uczucia. To niedobry pomysł, by służąca bawiła się z paniczem, a czyż Savitri nie była służącą Davida? Skoro oni – Iyer i Nirmala – byli służącymi państwa Lindsayów, to ich córka automatycznie stawała się służącą ich syna. Nie powinna przyjaźnić się z młodym paniczem. To niestosowne. Ale przyjaźń mimo wszystko połączyła tę dwójkę dzieci, a kimże byli Iyer i Nirmala, by zabraniać im tego, czego życzył sobie panicz David i na co zezwalali jego rodzice?
Savitri miała więc swobodny dostęp do domu państwa Lindsayów i do ich ogrodu. Bynajmniej nie zachowywała się jak dziewczynka. Wspinała się na drzewa i grała w krykieta, potrafiła trafić z procy owoc mango równie dobrze jak David, a śmiech tych dwojga konkurował ze śpiewem ptaków w całej dzielnicy Oleander Gardens. Gdy Savitri wspinała się na drzewo, zawijała spódnicę i halkę pomiędzy nogami i zatykała ich brzegi za stan spódnicy, a gdy grała w krykieta, unosiła spódnicę powyżej kolan, nigdy też nie nosiła bransoletek na nogach, choć powinna. Była bardzo nieobyczajną małą dziewczynką. Jej rodzice byli bezradni, bo gdy upominali ją, by nie zadzierała spódnic, patrzyła na nich swymi wielkimi niewinnymi oczyma, kiwała główką i obiecywała przestrzegać ich zaleceń, ale później jakoś zawsze o tym zapominała.
Inne dzieci się tak nie zachowywały. Czterej bracia Savitri – Mani, Gopal, Natesan i Narayan – trzymali się swoich pokoi, podobnie jak dzieci pozostałych służących. Iyerowie mieszkali przy tylnej bramie, przez którą wy­chodziło się na Old Market Street, zatłoczoną i hałaśliwą jak wszystkie ulice Madrasu. Fairwinds, posiadłość Lindsayów, kończyła się szeregiem domów dla służby. Z ulicy wchodziło się do nich przez oddzielne furtki, od tej strony wyglądały więc jak stojące obok siebie zwyczajne małe domki i żadnemu przechodniowi nie przyszłoby do głowy, że każdy z tych budynków ma po drugiej stronie jeszcze jedno wyjście – prowadzące do raju.
Tylna droga dojazdowa dzieliła zabudowania dla służby na dwie grupy. Po jednej stronie mieszkali Iyerowie – ich dom był nieco większy i oddzielony od pozostałych, ponieważ należeli do kasty braminów; kolejny budynek zajmował ogrodnik Muthu z rodziną, dalej mieszkał dhobi Kannan z rodziną i kierowca Pandian, także z rodziną. Po drugiej stronie mieszkali: zamiatacz Kuppusamy z rodziną, nocny stróż Shakoor z rodziną i Khan – nieżonaty. Zadaniem Khana było popychanie wózka inwalidzkiego admirała. Pielęgniarz admirała, chrześcijanin Joseph, mieszkał w dużym domu razem z sahibami. Nikt nie wchodził do raju, jeśli akurat w nim nie pracował, zakaz dotyczył zwłaszcza dzieci – wszystkich z wyjątkiem Savitri.
Podjazd od frontu wychodził natomiast na Atkinson Avenue, główną arterię przecinającą Oleander Gardens, szeroką, spokojną aleję obsadzoną jakarandami, na której od czasu do czasu jakiś sahib w kapeluszu korkowym i w białym drelichowym ubraniu pedałował w stronę Klubu, wyprostowany jak struna na siodełku swego roweru, albo dwie memsahib spacerowały po chodniku, wymieniając się plotkami lub wieściami z Anglii, albo jakaś aja pchała dziecięcy wózek. W istocie aje były jedynymi Hinduskami widywanymi na alei Atkinsona – oczywiście jeśli nie liczyć dumnych kierowców w czarnych, podobnych do karawanów limuzynach, które sunęły majestatycznie środkiem ulicy, oraz drzemiących przy bramach stróżów, i jeśli nie liczyć Savitri, zjawiającej się tu każdego popołudnia o trzeciej.
Od domu Lindsayów do Atkinson Avenue było daleko – prowadził do niej długi, wysypany piaskiem podjazd wijący się pomiędzy palmami i korytarzami z niebotycznych bugenwilli, znikający za istnym lasem butei i jakarand. Bliżej domu Vijayana podjazd uspokajał się, łagodniał. Tutaj rosły wzdłuż niego krzewy czerwonych, różowych i żółtych hibiskusów, kilka oleandrów i plumerii, a przy samej jezdni – kanny. Rodzina Vijayana mieszkała w ślicznej, pomalowanej na biało chatce koło głównej bramy. Przed budynkiem, od strony ulicy, rosły aksamitki i krzewy jaśminu, a w ogródku na tyłach domu Vijayana, wokół studni – kępy drzew papai. Nawet wtedy, gdy Vijayan nie był na służbie, jego zawsze radosna żona prała ubrania w ogrodzie za domem, a jego psy szczekały na każdego, kto znalazł się w pobliżu. Na każdego z wyjątkiem Savitri, ponieważ ją kochały i kiedy się zbliżała, podbiegały, machając ogonami i skomląc, skakały na nią i tarzały się w piasku, by mogła podrapać je po brzuchach. Nie wolno jej było dotykać psów, bo to nieczyste zwierzęta, ale robiła to, ponieważ je uwielbiała i one o tym wiedziały.
Gdy na Atkinson Avenue skręciło się w lewo i szło przez pięć minut wzdłuż posiadłości państwa Wyndham-Jones, docierało się do wspaniałego czerwonego półokręgu, gdzie gałęzie butei przelewały się przez żywopłot z hibiskusa i zrzucały płatki kwiatów na chodnik, i jeśli dokładnie w tym miejscu przeszło się na drugą stronę alei, można było znaleźć niewielką ścieżkę pomiędzy posesjami Toddów i Penningtonów. Idąc tą ścieżką – chociaż Savitri nigdy nie szła, lecz zawsze podskakiwała, tańczyła lub biegła tyłem obok Davida, śpiewając mu przez drogę – a zatem podążając tą ścieżką przez kolejne dziesięć minut, dochodziło się na plażę nad Oceanem Indyjskim. Tamtego lata David i Savitri uczyli się pływać. Oczywiście, póki był na to czas przed wyjazdem Lindsayów do letniej rezydencji w Utakamandzie; przez te kilka tygodni, które wciąż mieli dla siebie.

Był kwiecień. Upał panował nieznośny, a woda była chłodna, wyborna, tyle że życie okazało się niesprawiedliwe. Savitri wiedziała, że z łatwością nauczy się pływać, ponieważ znała wszystkie ruchy i ćwiczyła je nocą, siedząc na macie: poruszała nogami jak żaba i wykonywała ramionami wdzięczne, koliste ruchy. Była zazdrosna, ponieważ David już się wszystkiego nauczył od swojego nauczyciela, pana Baldwina, który czasem o świcie zabierał go nad morze, a ona chciała robić wszystko to co David, wszystko, wszyściuteńko – tyle że życie okazało się niesprawiedliwe. Bo gdyby nosiła szorty, jak David, z pewnością już dawno umiałaby pływać; ale musiała nosić tę długą marszczoną spódnicę i kiedy pływała, spódnica nie chciała się trzymać zatknięta za stan. Kilometrowa bawełniana tkanina przylepiała się do jej nóg, wirowała pomiędzy nimi albo owijała się wokół nich ciasno jak lina, a jeśli nie można swobodnie poruszać nogami, wówczas wiadomo – nie da się pływać. To było po prostu nie fair.
– Dlaczego więc nie zdejmiesz spódnicy? – spytał David, gdy mu się na to poskarżyła. Wiedział, na czym polega problem: Savitri, stojąc w płytkiej wodze, sięgającej do łydek, wyglądała tak, jakby miała na sobie spodnie, ponieważ spódnica przyklejała się do jej nóg tak, że z trudem nimi poruszała, a nawet jeśli dziewczynka pociągnęła za tkaninę i udało jej się odczepić ją od skóry, materiał znajdował inny kawałek ciała, by natychmiast do niego przylgnąć.
– Zdjąć spódnicę? – Savitri nie słyszała nigdy czegoś podobnego. Kobiety nie zdejmowały spódnic ani swych sari, nawet gdy kładły się spać lub brały kąpiel. Stawały w miejscu do kąpieli przy pompie ulicznej na Old Market Street niedaleko jej domu albo w łaźni w pobliżu domów dla służby w Fairwinds i bez zdejmowania odzieży polewały się wodą, tak że sari przylegały do ich ciał jak druga skóra; myły się i przebierały w suche sari, nie pokazując ani skrawka zakazanego ciała. Teraz Savitri już wiedziała, chociaż nie powiedziano jej tego wprost, że kobieta nie może pokazywać nóg. Nie może pokazywać ich mężczyźnie. A przecież ona była kobietą, a David był mężczyzną, chociaż zaledwie trzy miesiące od niej starszym. Mężczyzną dzieckiem. Pierwszy raz w życiu taka myśl przyszła jej do głowy i wydała się jej dziwna.
– Nie mogę – odpowiedziała i gdyby potrafiła się czerwienić, z pewnością by się zaczerwieniła. I to też było dziwne – to uczucie wstydu przed Davidem, który mimo wszystko był jak brat, bliższy jej i droższy niż jej rodzeni bracia, którzy na ogół nie zwracali na nią uwagi.
– Dlaczego nie? Przecie możesz pływać w majtkach.
Savitri wiedziała, co to są majtki, widziała je na sznurze z suszącą się bielizną i spytała o to dhobi, a on jej wyjaśnił. Starsza siostra Davida nosiła majtki – Savitri wiedziała o tym – tak samo jego matka, i on też je nosił oraz jego ojciec, ale te były innego rodzaju – w każdym razie nie były to damskie majtki.
Ona i David stali nieruchomo w płytkiej wodzie przy brzegu i patrzyli na siebie. I wówczas zaczerwienił się David, jak gdyby on także uświadomił sobie ni stąd, ni zowąd, że kobiety nigdy nie pokazują majtek mężczyźnie.
Po raz pierwszy zrozumieli, że różnią się od siebie – że Savitri jest małą kobietą, a David małym mężczyzną, i zdali sobie sprawę od razu ze wszystkich konsekwencji wynikających z tej niespodziewanej wiedzy.
– W takim razie możesz zatknąć spódnicę za majtki – mruknął David i lekko odwrócił głowę, ponieważ uświadomił sobie, że nawet wzmianka o majtkach wobec damy może być poczytana za niegrzeczną, a Savitri była przecież młodą damą.
– Ale ja nie mam na sobie majtek! – wykrzyknęła Savitri i zaniosła się chichotem.
I nagle David też zaczął chichotać, ponieważ majtki to taka śmieszna rzecz, i znów byli dziećmi, a nie mężczyzną i kobietą. Śmiejąc się, zapomnieli o całym swoim zakłopotaniu i skrępowaniu, i znów byli sobą.
– My nie nosimy majtek – dodała Savitri, kuląc ramiona i przykrywając usta dłonią. To była zuchwałość, tak o tym mówić, wiedziała doskonale, ale nie mogła się powstrzymać. – Indyjskie kobiety nie noszą majtek! Tylko memsahib je noszą!
Odpięła spódnicę i pozwoliła jej opaść na piasek razem z halką, wyskoczyła z niej i razem z Davidem roześmiana wbiegła do wody. Pływała. Całkiem zapomniała, że spodziewają się jej w domu o czwartej, by pokazać ją ciotce pewnego chłopca z dobrej bramińskiej rodziny, być może kandydata na jej przyszłego męża.
Mani zastał ich kąpiących się w oceanie, ich główki wyskakiwały ponad białe spienione fale – główka Savitri czarna, Davida o barwie pszenicy. Iyer wysłał go na poszukiwanie Savitri i Mani przeszukał całe Fairwinds, pytając o nią każdego, kogo napotkał. Vijayan powiedział mu, że poszli na plażę, i kiedy Mani tam dotarł, Savitri pływała w oceanie – naprawdę pływała! – a jej spódnica i halka leżały porzucone na piasku. Starszy brat wołał ją głośno, ale minęło dużo czasu, nim usłyszała, bo wiatr porywał jego słowa. Gdy wreszcie go zauważyła, wyszła z oceanu ubrana jedynie w swoją mokrą, przylegającą do ciała bluzkę, która kończyła się zaraz nad jej biodrami, i Savitri zawstydziła się teraz, ponieważ starszy brat oglądał jej nagość, a to było zakazane. Mani był wściekły. Wytrzaskał ją po uszach i nie patrząc na nią, nakazał jej włożyć spódnicę. Następnie, nie dając jej nawet czasu, by mogła się odwrócić i pomachać Davidowi na pożegnanie, złapał ją za kark i tak ją trzymając przez całą drogę, zaprowadził ociekającą wodą do domu.
Był zbyt głupi, by zdać sobie sprawę, że nie powinien przyprowadzić jej do domu w ten sposób. Ale tak właśnie zrobił i w swej zapalczywości wypaplał całą historię przed ciotką tamtego chłopca, zamiast zachować się taktownie, znaleźć jakieś wytłumaczenie dla nieobecności Savitri i poczekać z awanturą, aż gość sobie pójdzie. Toteż ciotka chłopca zobaczyła Savitri ociekającą wodą jak zmokły szczur, otwarła szeroko oczy na wiadomość, że dziewczynka zdjęła spódnicę, by pływać z małym sahibem, po czym znalazła byle jaką wymówkę, by czym prędzej opuścić dom Iyerów. Nigdy więcej nie odezwał się już żaden krewny tamtego chłopca.
Mani powiedział ojcu, że David psuje Savitri i może uczynić ją niezdolną do zamążpójścia, więc Iyer zabronił córce bawić się z paniczem Lindsayem. Savitri postanowiła powiedzieć o tym Davidowi.
Gdy zapadła noc, poczekała, aż wszyscy zasną, owinięci w prześcieradła chroniące ich przed komarami. Thatha, czyli jej dziadek, spał sam na tinnai – werandzie od frontu. Pozostali mężczyźni spali na bocznych werandach, a ona i Amma, czyli jej matka, spały na werandzie na tyłach domu, wychodzącej na ogród; w kwietniu nikt nie spał w środku – było na to za gorąco. Tak cicho, jak cicho pióro pawia sunie po piasku, Savitri pobiegła tylnym podjazdem to rezydencji państwa Lindsayów, po czym okrążyła budynek, by dostać się tam, gdzie znajdowało się okno sypialni Davida, oczywiście otwarte na oścież.
Wydała odgłos kukułki rudopręgiej. Tak dobrze naśladowała ptaki i zwierzęta, że nikt nie był w stanie wydawanych przez nią dźwięków odróżnić od autentycznych. Potrafiła doskonale oddać krzyk pawia, umiała trajkotać jak małpka lub wiewiórka, a wołanie kukułki rudopręgiej w jej wykonaniu było tak podobne do prawdziwego, że okazało się bezużyteczne – David ani drgnął. Zajrzała w mrok wnętrza; z powodu krat nie mogła wejść do środka, ale wiedziała, że łóżko chłopca jest zaraz pod oknem, wyciągnęła więc rękę i szarpnęła za brzeżek moskitiery. David spał dalej; ponieważ nie obudził się nawet wtedy, gdy niebezpiecznie głośnym szeptem kilkakrotnie wypowiedziała jego imię, Savitri poszła poszukać jakiegoś patyka. Znalazła bardzo długi drąg używany do przycinania gałęzi drzew mango, zakończony niewielkim zakrzywionym nożem, i przy odrobinie wysiłku zdołała wsunąć go między kraty – pamiętała oczywiście, by uważać na ostrze noża – następnie przesuwała nim wzdłuż ściany, dopóki nie udało jej się dźgnąć Davida w kość krzyżową.
– Au! – krzyknął chłopiec, zrywając się ze snu i siadając na łóżku.
Savitri zachichotała i wypowiedziała jego imię, trochę głośniej niż przedtem, a kiedy David zdał sobie sprawę, że to ona, podszedł do okna, by mogli porozmawiać przez kraty.
– Szukają dla mnie męża – zaczęła Savitri – i dlatego nie mogę się już z tobą bawić.
– Co to za głupota? – zdziwił się David. – Przecież ja się z tobą ożenię!
– Wiem. Ale oni mimo to szukają dla mnie męża.
– Mogłabyś poślubić kogoś innego? Nie poślubisz, prawda? Obiecasz mi, że nie poślubisz?
– Obiecuję, Davidzie. Nie potrafiłabym wyjść za nikogo innego. Kocham cię bardziej niż kogokolwiek na całym świecie. Bardziej niż mamę i tatę. Bardziej nawet niż samego Boga.
– A zatem to postanowione. Ja też nie poślubię nikogo innego, tylko ciebie. Nigdy nie myślałem o tobie jak o dziewczynie, ponieważ nie jesteś taka jak inne – jak Maybelline Todd, Joan Pennington i pozostałe. Zawsze wydawało mi się, że nienawidzę dziewczyn, i dlatego nie zaliczałem cię do nich, ale teraz już wiemy, w czym rzecz, prawda?
Savitri pokiwała gorliwie głową w ciemności.
– I będziemy mieli mnóstwo dzieci – dodał David. – A teraz…
Wsunął dłoń między kraty i delikatnie przyciągnął twarz Savitri – tak blisko, że pręty wpiły jej się w policzki. Wówczas nachylił się i złożył pocałunek na jej wystraszonych wargach.
– Już dobrze – powiedział. – Jesteśmy zaręczeni i dam ci zaręczynowy pierścionek tak szybko, jak tylko będę mógł, i nikt nie zabroni nam bawić się razem. Nigdy. Obiecuję ci, Savitri. Zajmę się tym. Jestem młodym paniczem i mogę robić, co zechcę.
(…)