Strona główna / Literatura faktu, historia / Arabski świat

Aktualności

15.04.2020

Mądra Książka Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że nasze książki nominowano w konkursie Mądra Książka Roku 2019. 

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Arabski świat

Emire Khidayer

Osobliwe relacje w społeczeństwie arabskim

Sama arabska seksualność jest specyficzna. Seksualność wszędzie na świecie stanowi temat do wiecznych rozważań, ale w każdym państwie podejście do tej tematyki jest zupełnie inne. Jeśli nawet zaakceptujemy to „inne”, to i tak zdarzają się sprawy, które ewidentnie wykraczają poza normy i nawet przedstawicielom danej kultury jawią się jako coś dziwnego.
Podkreślam jednocześnie, że wiele arabskich małżeństw funkcjonuje tak samo jak u nas. Dotyczy to szczególnie wykształconych i wyższych warstw społecznych, gdzie kobieta zachowuje swoją niezależność, całkowitą bądź choćby częściową. To zależy od rodziny, męża, kraju...
Miejsce zamieszkania ma istotny wpływ na pojmowanie instytucji małżeństwa. Na przykład specyfiką Jemenu jest to, że rodzice wydają za mąż córki, które skończyły zaledwie siedem czy osiem lat. Córka jest wówczas wydawana za nastolatka w wieku lat siedemnastu czy osiemnastu lub za dorosłego mężczyznę w wieku około trzydziestu lat. Współżycie seksualne z nieletnim dzieckiem nie jest oczywiście uważane za pedofilię. Chodzi tu o niedopuszczenie do pierwszego zakochania się młodej dziewczynki; w tym kraju jest ono traktowane na równi ze zhańbieniem rodziny, do którego w żadnym wypadku nie wolno dopuścić. Nikogo nie dziwi, że dzieci rodzą dzieci. Przepisy określają wprawdzie wiek dziewczyny, która może zostać wydana za mąż, i opiewa on na siedemnaście lat, jednakże zasada ta nie jest oczywiście respektowana. O wiele silniejsza od prawa jest tradycja. Tradycji przeciwstawiają się najwyżej jednostki. Należy tu wyraźnie zaznaczyć, że większość Jemeńczyków to ludzie zacofani, niewykształceni i biedni. Zaklęty krąg ubóstwa skutecznie uniemożliwia proces postępu.
Pewnego razu przeglądałam internetowy portal muzułmańskiej organizacji kobiecej. Toczyła się na nim dyskusja muzułmanek z imamem, brały w niej udział także konwertytki. Zadawały duchownemu pytania o relacje małżeńskie i stosunki seksualne. Jedna z nich spytała, czy to w porządku, jeśli ona wychodzi z pomieszczenia, gdzie jest jej mąż, obrócona do niego plecami. Czy raczej nie powinna opuszczać pomieszczenia tyłem. Czy przypadkiem, przy wychodzeniu pokazując mężowi zadek, a nie twarz, nie okazuje mu braku szacunku? Prosiła o wyjaśnienie. Podobnych pytań na tym portalu było więcej. Dość szybko zakończyłam przeglądanie strony. Przyznam, że po prostu szkoda mi czasu na śledzenie dyskusji, w których ludzie z zasady lekceważą życie i samych siebie. Osobiście szanuję każdego człowieka i nie wprowadzam rozróżnień ze względu na pochodzenie, wyznanie czy zajęcie. Ważne jest natomiast to, aby każdy człowiek potrafił racjonalnie myśleć, używał własnego rozumu, miał swoje zdanie i potrafił je szczerze wyrazić. Kiedy jednak jest zdolny jedynie do klepania wyuczonych argumentów i cytatów, dyskusja z nim nie ma dla mnie sensu. Takich sytuacji doświadczyłam bardzo wiele i wolałabym raczej nie przeżywać powtórki z rozrywki.
A oto zupełnie inna historia: przykład Egipcjanki, która bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z arabskiego podejścia do seksualności. Jest jedną z tych, które starają się zastosować tę wiedzę z korzyścią dla siebie. Pewnego razu, podczas emirackiego przyjęcia w Kairze, mój kolega z Hondurasu przeżył wyjątkową przygodę. Stał w kolejce po poczęstunek, który serwowali kelnerzy. Wszyscy, jak zwykle, tłoczyli się, aby jak najszybciej się najeść, niektórzy zaś wręcz napchać. Honduranin, mężczyzna niewielkiego wzrostu, czekał grzecznie na swoją porcję. Nagle poczuł na ramionach dotyk czegoś niezwykłego – kobiecych piersi. Piersi Egipcjanki. Kobieta z pewnością należała do tej żarłocznej hordy Egipcjan, którzy przychodzili i zmiatali ze stołów jedzenie na wszystkich przyjęciach w Kairze. Aby jak najszybciej dorwać się do pełnej miski, Egipcjanka użyła fortelu, który miał wprawić Honduranina w zakłopotanie. I rzeczywiście! Był tak speszony, że natychmiast puścił kobietę przed siebie, aby tylko nie zostać oskarżonym o grzeszny dotyk.
W prawie arabskim istnieje specjalne pojęcie, określające mężczyznę w rodzinie – męża, ojca, brata; zwą się oni mahram. Dosłownie termin ów oznacza tego, który ma chronić „zakazane”. (Zapewne znacie słowo „harem”, które ma ten sam rdzeń słowotwórczy
– h-r-m). „Zakazane” to kobieta w obecności obcego mężczyzny. Znów powołam się na niezależną egipską gazetę „Daily News Egypt”, która często pisze o sprawach dziwacznych nawet dla samych Arabów i muzułmanów. Tym razem dziennikarz wziął na warsztat dwóch saudyjskich szachów, którzy wydali fatwę, czyli islamski zakaz, zabraniający kobietom korzystania z Internetu. Powoływali się przy tym na „wrodzoną” złośliwość każdej kobiety. Radzili, aby kobiecie chcącej korzystać z Internetu towarzyszył mahram, ale tylko taki, który spełnia warunki ujęte w fatwie, czyli musiałby to być człowiek mający świadomość wrodzonej kobiecej przebiegłości i skłonności do niemoralnych czynów.
Egipski dziennikarz i redaktor naczelny pisma Muhammad Salmawi kończy artykuł refleksją, że w XXI wieku muzułmanie nadal tkwią u progu średniowiecza...

Segregacja jest męcząca

Moi beduińscy znajomi z Kuwejtu zaprosili mnie na ślub. Dokładnie zaś na przyjęcie po obrzędzie zaślubin, na które zaproszeni zostali tylko najbliżsi. Wiedziałam wprawdzie, dokąd mam jechać, ale nawet bez tej informacji miejsce przyjęcia było absolutnie oczywiste. W wieczornej szarówce „dom weselny” rozświetlały tysiące świateł. Na miejscu już na mnie czekali moi dobrzy znajomi z plemienia Al-Marri. Wyjaśnili mi, że ceremonia ślubna odbywa się w dwóch miejscach – na parterze bawią się mężczyźni, a na piętrze kobiety. Nic zaskakującego. Kiedy przechodziłam przez parter, u mężczyzn brzmiała typowa kuwejcka beduińska muzyka, którą uwielbiam. Na piętrze u kobiet panowała cisza. Weszłam do sali, która wyglądała jak niewielki amfiteatr i w większości zapełniona była całkowicie zasłoniętymi kobietami, czarnymi od stóp do głów. Kobiety miały zasłonięte także twarze, pomimo że przebywały jedynie we własnym towarzystwie. Kuwejckie beduinki są nieprzejednane! W pewnej chwili puściły taką samą muzykę jak na dole i na środek sali wyszła panna młoda oraz jej siostry w kosztownych sukniach. Takie święto, zresztą jedno z nielicznych, to okazja, by kobiety mogły wystąpić bez chusty czy kaptura. Zaczęły więc falować w rytm bębnów. Piękne długie włosy kołysały się swobodnie, kobiety przerzucały je z jednej strony na drugą. Do tańczących dołączyło kilka innych, reszta cały czas siedziała na ławkach i obserwowała przez szpary w swoich zasłonach, co się dzieje. Kobiety z rodziny przyniosły przekąski – koreczki, które jednak nie cieszyły się zbytnim powodzeniem. Około jedenastej w nocy zabawa weselna się skończyła. Następnego wieczoru w domu panny młodej kontynuowano zabawę. Zeszło się około pięćdziesięciu kobiet. Mężczyźni, jakżeby inaczej, świętowali u pana młodego. Wszystkie kobiety odłożyły swoje czarne abaje i po wielkim pokoju gościnnym przechadzały się w różnobarwnych sukniach w duchu najnowszych trendów kuwejckiej mody, często z odsłoniętymi ramionami i mocnym makijażem. Gwarna zabawa przy głośnej muzyce odbywała się w najlepsze, gdy nagle przerwały ją histeryczne krzyki. Do pomieszczenia weszli dwaj bracia panny młodej w wieku szesnastu czy siedemnastu lat, którzy chcieli coś wziąć z pokoju znajdującego się za pokojem gościnnym. Takich pisków i krzyków jeszcze nigdy nie słyszałam! Kobiety zarzucały na siebie, co tylko miały pod ręką. Chciały się zasłonić czymkolwiek, bo ich okrycia wisiały na wieszaku przy wejściu. Zaczęły zakrywać i chować twarze za tackami, kwiatami, poduszkami, odwracały się, aby tylko dwaj młodzi, jeszcze nawet niepełnoletni chłopcy ich nie zobaczyli! Oni byli bodaj równie zmieszani – jak szybko przyszli, tak szybko poszli. Po ich wyjściu przez następne dwie godziny nie mówiło się o niczym innym, tylko o tym niesłychanym incydencie. Nieoczekiwane zdarzenie stało się tematem wieczoru, ale przygnębiające jest to, że zakrywanie ciała i twarzy stanowi tu jeden z głównych tematów, i wielu – często są to właśnie kobiety – chętnie podsyca te rozmowy!
Kiedy pracowałam w Dubaju, nawiązałam współpracę z pewną poważną firmą z Arabii Saudyjskiej. Kontakty się pogłębiały i po pewnym czasie konieczna stała się podróż do Arabii, do stolicy państwa, Rijadu. Zdecydowałam, że wybierzemy się we trójkę, chociaż osobiście, mając w pamięci poprzednie wizyty w Arabii, nie miałam większej ochoty tam jechać. Wiedziałam, że z okazji tej wizyty powinnam sobie kupić abaję, a zdecydowanie wolałabym wydać pieniądze na elegancki kostiumik. Przytłaczała mnie świadomość, że przez całe trzy dni będę chodziła cała w czerni i z chustą na głowie, czego nigdy dotąd nie byłam zmuszona robić w świecie arabskim. Wydawało mi się to czymś okropnym.
Termin spotkania biznesowego w Generalnym Inspektoracie Drogowym miasta Rijad, z jego szefem w randze pułkownika, został wcześniej ustalony, a bilety zarezerwowane. Był już ostatni dzień na odebranie paszportów wraz z wizami. Zgłosiłam się do konsulatu saudyjskiego, gdzie się okazało, że moim dwóm kolegom wbito wizy, a mnie nie. Rzekomo potrzebne było pozwolenie z ministerstwa spraw zagranicznych, którego nie posiadałam. Faktem jest, że przedtem wiele razy dostawałam wizę do Arabii Saudyjskiej, wówczas jednak byłam posiadaczką paszportu dyplomatycznego, a saudyjskich konsulów znałam osobiście. Wystawiali mi nawet wizy z możliwością wielokrotnego wjazdu, których raczej odmawiano Europejczykom. Teraz zaś miałam podróżować sama, bez męża, co dla władz saudyjskich było czymś niewyobrażalnym. Albo podróż w obecności męża, albo pozwolenie z ministerstwa. Spojrzałam na zegarek, była środa, godzina trzynasta, wiedziałam, że w instytucjach państwowych w Rijadzie właśnie zaczyna się weekend. Mogłam wprawdzie uczynić pewien krok, który w uzyskaniu wizy z pewnością by mi pomógł, ale tego nie zrobiłam. Tym razem nie wygrałam z biurokracją, lecz wcale nie czułam się zawiedziona. Przynajmniej nie musiałam się stresować robieniem tego, czego w tej sytuacji nie chciałam robić. Znacie to uczucie: kiedy nie macie na coś ochoty, a jednak na siłę w to brniecie, skutek jest taki, że lepiej by było, gdybyście nigdy się w to nie wdawali. Do Rijadu wyjechali tylko moi dwaj koledzy. Prezentacja wypadła dobrze, wrócili zgodnie z planem. Po powrocie jednak do pracy przyszedł tylko jeden z nich, ale i on czuł się jakoś niewyraźnie. W rezultacie obaj do końca tygodnia musieli zostać w domu, na zwolnieniu lekarskim.
Ich niedyspozycja była skutkiem przebywania w atmosferze permanentnej segregacji społecznej, jak twierdzili. Cały Rijad był czarno-biały. Dosłownie i w przenośni. W fast foodzie w jednej kolejce stali tylko mężczyźni w białych diszdaszach, kobiety natomiast w innej, oddzielonej ścianą. Wiele sklepów było przeznaczonych wyłącznie dla mężczyzn lub jedynie dla kobiet. Na ulicach widzieli samych mężczyzn.
Moi koledzy na myśl o powrocie do Dubaju, na który przedtem tak narzekali, cieszyli się jak dzieci. Byli pełni entuzjazmu, że już są z powrotem. Powrócili ze świata skrajności, przymusowo podzielonego społeczeństwa, tłamszenia natury ludzkiej. Wszystko w ściśle określonych granicach. Świat bez uczuć. Świat bez kobiet. Wrócili zmęczeni, zatruci. Byli to jedni z niewielu Słowaków i Czechów, którzy w ogóle chcieli pracować w krajach arabskich. Po powrocie z Arabii Saudyjskiej oświadczyli: „Nigdy więcej!”.

W zasłonie jest moc!

Pewnego razu odwiedziłam rodzinę mojego kuwejckiego beduińskiego znajomego. Poznałam jego braci, siostry, matkę, która mnie dość polubiła, i to z wzajemnością. Zawsze kazała mnie pozdrawiać. Pewnego razu, kiedy mężczyzn nie było w domu, urządziłyśmy tam babskie spotkanie. Była na nim mama kolegi, jego dwie siostry, żona i dwie szwagierki; obie były żonami najstarszego brata. Wszystkie zdjęły chusty i abaje, którymi miały przepasane ubranie. Od razu zaczęły wyglądać jak normalne młode kobiety w topach na ramiączkach i dopasowanych dżinsach. Wygodnie się rozsiadłyśmy na podłodze wokół rozłożonego obrusu, na który dziewczyny stawiały półmiski z jedzeniem. Każda brała, na co miała ochotę. Matka jednak nie odsunęła z twarzy zasłony, pomimo że były tam tylko kobiety. Tak więc jadła z zasłoną na twarzy, co nie było wygodne. Jedną ręką unosiła zasłonę, w drugiej trzymała łyżkę i jadła. Nie wytrzymałam i zapytałam, dlaczego nie zdjęła zasłony, skoro są tu same kobiety. Moje logiczne pytanie ją zaskoczyło. Chwilę się wahała i wreszcie odparła, że tak bardzo przyzwyczaiła się już do zasłony, że czuje się w niej lepiej, bezpieczniej, nikt jej nie zaczepia, nie dokucza. Wówczas szczerze mnie to zainteresowało. Naprawdę musi być dla niej rzeczą niewyobrażalną spoglądanie komuś prosto w oczy. Pewnie czuje się wtedy, jakby była zupełnie naga! Obcy człowiek zagląda do jej duszy, do tego najintymniejszego zakątka, do głębi jej tożsamości! Będzie zatem wiedział o niej wszystko, zostanie narażona na wpływy zewnętrzne, na jakieś reakcje, rozważania, decyzje. Przecież prościej, mniej uciążliwie i boleśnie jest pozostać w ukryciu, nikomu nie pokazywać twarzy. Lub przynajmniej udawać bezradną kobietę, którą trzeba się zaopiekować, co zresztą nie jest właściwie grą, ale czymś naturalnym. Dlatego lepiej ukryć swoją tożsamość. W taki sposób tłumaczyło mi to kilka arabskich kobiet, z którymi byłam w bliskich stosunkach. Sama sobie zadaję pytanie: „Gdzie jest zatem ich tożsamość? W zasłonie?”. Tak, tożsamość jest w zasłonie. Tak jak to pewnego razu ogłosiły kuwejckie demonstrantki.
Jako kierowniczka urzędu konsularnego w Kuwejcie zajmowałam się załatwianiem rozmaitych spraw konsularnych. Należało do nich także wyrabianie nowych paszportów obywatelom słowackim, przebywającym w tym kraju. Pewnego razu odwiedziła nas młoda Słowaczka, wydana za Kuwejtczyka, cała zakryta, czarna, widać było jej tylko oczy. Przyszła złożyć wniosek o wydanie nowego paszportu. Przyniosła mi zdjęcia w paszportowym formacie, które dołączyła do wniosku, i wszystko razem położyła na stole. W pewnym momencie Słowaczka poprosiła, abym odwróciła wniosek lub gdzieś go schowała, tak aby nikt oprócz niej i mnie nie zobaczył jej twarzy. Była u mnie nie po raz pierwszy. Jak zwykle spięta i jakby pełna obaw. Za parę tygodni znów się pokazała i zapytała, czy mogłabym ją zatrudnić jako pracownika konsulatu. Nie otrzymała jednak pracy w czasie, kiedy ja tam pracowałam. Na stanowisku konsularnym, które zawsze jest pierwszym buforem w kontakcie z petentami ubiegającymi się o wizy oraz przy rozwiązywaniu rozmaitych, najczęściej nieprzyjemnych spraw, gdzie najważniejsze jest nieustanne komunikowanie się z ludźmi, dawałam pierwszeństwo osobom z charakterem, otwartym i chętnym do pomocy i szybkiej reakcji, nie zaś takiej, która przy każdym spotkaniu z petentem starającym się o wizę kierowałaby się własnymi seksualno-religijnymi zasadami.
Po długim pobycie w świecie arabskim doszłam do wniosku, że kobiety chętnie skrywają swoją tożsamość pod zasłoną. Dlatego przekonanie, że na zasłanianie kobiecej twarzy wpływ mają jedynie mężczyźni z rodziny kobiety, jest tylko półprawdą. Dzisiaj wielu mężczyzn ma dość przychylny stosunek do odsłoniętej twarzy żony. Zasadniczo nie stwarzają problemów, jeśli kobieta chodzi z odsłoniętą twarzą, a także całą głową, czyli bez jakiejkolwiek chusty czy zasłony.
Szokujące jest, że najczęściej to same kobiety są tymi, które decydują o zasłonięciu oblicza! Jest to dla nich wygodne, nigdzie nie muszą pokazywać twarzy, walczyć o swoje zdanie, mieć świadomości, czego chcą, jeśli w ogóle czegokolwiek z własnej woli pragną. Nikt ich nie widzi, nikt nie wie, z kim rozmawia. Większość oczu spoglądających zza zasłony, zaobserwowałam, na świat patrzyło bojaźliwie, z lękiem, niezdecydowanie, ulegle. Prawie wszystkie kobiety, z niewielkimi wyjątkami, mówiły cienkim głosikiem, właściwie niedosłyszalnym. Tak samo było, kiedy rozmawiały ze mną, czyli przedstawicielką tej samej płci. Jeśli przychodziły do urzędu coś załatwić i w pierwszych drzwiach je odprawiono, to do drugich już nie pukały. Bywało też, że urzędnik zajął się nimi poza kolejką, bo wychodził z założenia, że nic nie rozumieją, nie znają się na niczym i dlatego trzeba im pomóc. Niedostępna powierzchowność tych kobiet kształtowała ich wewnętrzne wycofanie, i na odwrót. Wyraźnie dało się wyczuć, że zachowanie kobiet całkowicie zasłoniętych, łącznie z twarzą, różni się od zachowania kobiet noszących abaje, a na głowie tylko chustę, czyli mających twarz odkrytą. Obserwuje się zatem prawidłowość: im kobieta szczelniej zasłonięta, tym bardziej zamknięta w sobie.
Na początku lutego 2004 roku francuski parlament przegłosował ustawę zakazującą publicznego demonstrowania symboli religijnych. Chodziło o chrześcijański krzyż, żydowską jarmułkę oraz muzułmańską chustę. W Kuwejcie byłam świadkiem burzliwych protestów wywołanych tymi zmianami. Protestowały przede wszystkim Kuwejtki w związku z muzułmańskimi chustami. Protesty odbywały się przed kuwejckim parlamentem, mówiono o tym w telewizji i pisano w gazetach. Panowało ogólne przekonanie, że ustawa jest nietolerancyjna. Wszędzie była mowa tylko o muzułmańskich chustach. Fakt, że przepis dotyczył także zewnętrznych akcesoriów innych wyznań religijnych, zwykle pomijano. Wyglądało zatem na to, że pokrzywdzeni zostali jedynie muzułmanie. Kuwejckie bojowniczki o prawa kobiet wznosiły transparenty z napisem: „W zasłonie jest moc!”. To najlepsze potwierdzenie faktu, że niekoniecznie mężczyźni są tymi, którzy nakazują kobietom się zasłaniać. Wśród kobiet opowiadających się za prawem do zasłony były nie tylko Kuwejtki. Często spotykałam się z innymi Arabkami lub muzułmankami, łącznie ze Słowaczkami, Brytyjkami itd., które również broniły prawa do zasłony. Swoją wewnętrzną „siłę” czerpią właśnie z niej, argumentowały. Takim podejściem raczej potwierdzały, że ta siła nie tkwi w nich, ale w zasłonie. Dlatego pytam: „Jak chcą oddać się Bogu, jeśli nie potrafią nawet zajrzeć w głąb siebie, a do ochrony przed otoczeniem jest im potrzebny gruby filtr?”.
To także jeden z głównych powodów, dla których w świecie arabskim nie spotkamy psychologa. Choć paradoksem jest, że psychologia jako nauka zaczęła rozwijać się właśnie w świecie arabskim, i to już w XI i XII wieku! Z praktycznego punktu widzenia nie mogłaby ona spełniać tu swojej funkcji, którą jest przecież leczenie ludzkiej duszy, jako że w tych realiach dusze bynajmniej nie chcą się otwierać. Po co tu zatem w ogóle psycholog? Przecież zgodnie z tym, co prezentuje się na zewnątrz, w tym świecie nie ma problemów do rozwiązania.
(…)