Strona główna / Literatura światowa / Ocalone z Titanica

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Ocalone z Titanica

Kate Alcott

Rozdział 1.

Cherbourg, Francja, 10 kwietnia 1912

Tess naciągnęła świeżo zdjęte ze sznura prześcieradło, próbując wsunąć jego rogi równo pod materac. Odstąpiła o krok i sprawdziła efekt. Wciąż było nieco pofałdowane i trochę się marszczyło. Gospodyni na pewno je sprawdzi, a potem będzie kręcić nosem i utyskiwać, ale to już nie miało znaczenia.
Wyjrzała przez okno i zobaczyła przechodzącą w pobliżu kobietę we wspaniałym kapeluszu, bogato zdobionym wstążką w głębokim odcieniu zieleni, kręcącą jasnoczerwoną parasolką. Twarz damy była ożywiona, postawa nacechowana pewnością siebie i swobodą. Tess spróbowała wyobrazić sobie, że i ona kroczy z taką śmiałością i nikt nie zarzuca jej wynoszenia się ponad stan. Niemal czuła, jak jej palce zaciskają się na gładkiej, wypolerowanej rączce… Dokąd to podąża ta nieznajoma?
Tess obejrzała się na niezasłane łóżko. Dość fantazjowania, nie ma ani chwili!
Wyszła do głównego holu i przystanęła na widok własnego odbicia w sięgającym posadzki, złoconym lustrze w głębi korytarza. Z niedbale upiętego koka jak zwykle wysuwały się długie, ciemne włosy. Broda uniesiona wysoko, też jak zwykle; bardzo często brano postawę Tess za zuchwałość. Nijak jednak nie dawało się ukryć obrazu chudej, młodej dziewczyny, ubranej w czarną suknię i biały fartuszek i niosącej stos brudnej bielizny. Na domiar złego ze stanowczo i idiotycznie tkwiącym czepkiem służącej na czubku głowy. Uosobienie niewoli. Tess zerwała swój nieodłączny atrybut i cisnęła nim w stronę szklanej tafli. Nie była służącą, tylko krawcową, wcale przy tym niezłą, i za to właśnie powinna otrzymywać zapłatę! Do obecnych zajęć zmuszono ją podstępem.
Wrzuciła nieświeżą pościel do zsypu na bieliznę i wdrapała się po schodach na trzecie piętro, do swojego pokoju, po drodze rozwiązując fartuch. Tak, dzisiaj. Żadnego wahania. Dokerzy mówili, że na wielkim statku, który właśnie dziś wypływa do Nowego Jorku, są posady do wzięcia. Tess rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. Sakwojaż… Mogła go sobie darować. Przy drzwiach pracodawczyni zatrzymałaby ją z miejsca, gdyby tylko zorientowała się w jej zamiarach. Zdjęcie matki – tak. I pieniądze. Jeszcze szkicownik ze wszystkimi projektami. Dziewczyna zdjęła robocze ubranie, włożyła lepsze, wyjściowe, a do płóciennej torby wcisnęła trochę bielizny, pończochy i jedyną sukienkę na zmianę. Spojrzała na niedokończoną suknię balową, udrapowaną na maszynie do szycia, na maleńkie kokardki z gniecionego białego weluru, które z takim pietyzmem naszywała na wydymający się błękitny jedwab. Ktoś inny będzie musiał to skończyć, ktoś, komu faktycznie zapłacą. Co jeszcze? Nic.
Wzięła głęboki oddech, usiłując odegnać od siebie pobrzmiewające w myślach echo ojcowskich słów. „Nie wynoś się ponad stan”, karcił. „Jesteś zwykłą wiejską dziewczyną, głowę noś nisko. Zarobki masz całkiem przyzwoite, więc uważaj, żebyś nie zrujnowała sobie życia tą swoją bezczelnością”.
– Nie zrujnuję! – szepnęła na głos. – Polepszę.
Ale obracając się na pięcie i wychodząc z tego pokoju po raz ostatni, miała wrażenie, że goni ją głos ojca, równie gniewny i zachrypnięty, co zwykle: „Jeszcze się doigrasz, niemądra dziewczyno!”.

Butwiejące drewniane deski pod stopami Lucile zdawały się jak gąbka; zaczepiała o nie obcasami butów, torując sobie drogę przez tłum na nabrzeżu w Cherbourgu. Ściślej otuliła szyję etolą ze srebrnych lisów, rozkoszując się luksusową miękkością puszystego futra i uniosła wysoko głowę, przyciągając wiele spojrzeń. Niektóre wabił widok jej jaskraworudych włosów, inne – świadomość, kim jest.
Lucile spojrzała na siostrę maszerującą w jej stronę szybkim krokiem. Elinor nuciła jakąś nową piosenkę i kręciła czerwoną parasolką.
– Rzeczywiście lubisz udawać niefrasobliwy nastrój, prawda?
– Staram się być sympatyczna – mruknęła tamta.
– Walczyć z tobą o lepsze nie mam potrzeby. Możesz się nacieszyć zainteresowaniem – rzuciła Lucile najbardziej suchym i wyniosłym tonem, na jaki było ją stać.
– Och, przestań Lucy! Żadnej z nas pod tym względem nic nie brakuje. Naprawdę, ostatnio bywasz marudna.
– Gdybyś miała za parę tygodni zaprezentować w Nowym Jorku swoją wiosenną kolekcję, też byś marudziła. Tyle mam zmartwień z tą ciągłą gadaniną o kobietach, które skracają spódnice i spłaszczają sobie piersi! A tobie wystarcza, że napiszesz o nich kolejną powieść.
Zaczęły obie przeciskać się wśród dziesiątków waliz i kufrów chwytających zanikające światło w mosiężne okucia. Spódnice z lekkiej wełenki zagarniały całe pokłady kurzu, który miejscami zamieniał się w błoto.
– To prawda. Narzędzia używane w mojej profesji są zdecydowanie bardziej przenośne niż twoje – stwierdziła beztrosko Elinor.
– Bez wątpienia. Zmuszona jestem do tej przeprawy, bo nie mam nikogo dość kompetentnego, żeby mógł się zająć pokazem, więc moja obecność jest niezbędna. Proszę zatem, daruj sobie te żarciki.
Elinor z trzaskiem zamknęła parasolkę i popatrzyła na siostrę, unosząc idealną brew.
– Lucy, czy ty zupełnie nie masz poczucia humoru? Jestem tu wyłącznie po to, żeby życzyć ci dobrej podróży i pomachać na do widzenia, kiedy statek będzie odpływał. Mam już sobie iść?
Lucile westchnęła i wzięła głęboki oddech, ale zanim odpowiedziała, odczekała dobrą chwilę.
– Nie, proszę. Żałuję po prostu, że nie płyniesz ze mną. Będę za tobą tęskniła.
– Z całego serca chciałabym popłynąć, ale mój redaktor chce mieć korektę na koniec tygodnia. – Głos Elinor znów się rozpogodził. – Zresztą, masz Cosmo. Taki jest kochany, nawet jeśli nie zna się na poezji…
– Niewielka wada.
– Jest słodki, a jego tytuł był najwspanialszym prezentem, jaki mógł ci ofiarować. Czy to też cię uraziło? Choć faktycznie, dla literatury nie ma zrozumienia. – Elinor westchnęła. – I bywa nudny.
– Nonsens.
– Wiesz o tym równie dobrze, jak ja. Gdzie on jest?
Lucile rozglądała się, szukając wzrokiem w tłumie wysokiej, kościstej sylwetki sir Cosmo Duff-Gordona.
– To opóźnienie jest nieznośne. Jeśli ktokolwiek zdoła sprawić, żeby sprawy zaczęły się toczyć sprawnie i na czas, to chyba tylko Cosmo…
– Oczywiście. Taka jego rola.
Lucile spojrzała ostro na Elinor, ale siostra patrzyła już w inną stronę z miną niewiniątka.

Na wzgórzu, z dala od portu, wśród rozłożystych ceglanych posiadłości na skarpie normandzkiego wybrzeża, Tess schodziła szybkim krokiem po schodach do salonu. Oczekiwała tam na nią gospodyni, sztywna Angielka o zasznurowanych w wąską kreskę wargach.
– Chciałabym poprosić o wypłatę – powiedziała Tess, chowając płócienną torbę w fałdach sukni. Dostrzegła kopertę, czekającą na nią na narożnym stoliku przy drzwiach, i zaczęła powoli przesuwać się w tamtą stronę.
– Nie dokończyłaś jeszcze mojej wyjściowej sukni – odparła kobieta tonem bardziej płaczliwym niż zazwyczaj. – A mój syn dziś rano nie mógł znaleźć ręcznika w bieliźniarce na korytarzu.
– Teraz go znajdzie.
Tess nie zamierzała wracać na górę. Już nigdy więcej nie da się przycisnąć do drzwi tej przeklętej bieliźniarki, zmuszona walczyć z natarczywymi, pająkowatymi palcami dorastającego syna tej kobiety. Tam leży jej koperta. Tess widziała wypisane na niej swoje nazwisko i nie zamierzała stać tutaj dłużej i wysłuchiwać zwyczajowych utyskiwań przed wręczeniem wypłaty. Przysunęła się bliżej stolika.
– Mówiłaś tak już wcześniej. Zaraz pójdę na górę i to sprawdzę… – gospodyni urwała, widząc, że Tess sięga po kopertę. – Jeszcze ci tego nie dałam!
– Być może. Ale ja już zarobiłam te pieniądze – stwierdziła Tess ostrożnie.
– Niegrzeczność nie jest cechą godną podziwu, moja droga. Ostatnio bardzo dziwnie się zachowujesz. Jeśli sięgniesz po tę kopertę, zanim sama ci ją wręczę, spalisz za sobą mosty. Jeśli chodzi o mnie.
Tess odetchnęła głęboko, aż zakręciło się jej w głowie. Wzięła do ręki kopertę i przycisnęła do piersi, jakby się spodziewała, że kobieta ją wyrwie.
– W takim razie, właśnie je palę – oznajmiła.
I nie czekając na odpowiedź, otworzyła ciężkie, bogato zdobione drzwi, których już nigdy nie będzie musiała polerować. Ruszyła w stronę portu. Po wszystkich tych marzeniach i rozmyślaniach przyszła pora na działanie.

W porcie było ślisko od wodorostów. Z walącym sercem Tess przeciskała się wśród chaosu i krzątaniny przez tłoczących się ludzi i wciągała w płuca ostre, słonawe morskie powietrze. Gdzie się podziały afisze z ogłoszeniami o pracę? Natknęła się na jakiegoś mężczyznę w mundurze z wielkimi, mosiężnymi guzikami i zapytała go niepewną francuszczyzną, a następnie naglącym angielskim, kto jest odpowiedzialny za zaokrętowanie personelu na tym wielkim statku.
– Spóźniłaś się, moja droga. Cała służba została już najęta, a pasażerowie wkrótce zaczną wchodzić na pokład. Obawiam się, że miałaś pecha. – Nieznajomy odwrócił się w drugą stronę.
Nieważne, jak ładnie się uśmiechała, plan Tess właśnie legł w gruzach. Idiotka, powinna była przyjść do portu wcześniej! I co teraz? Przełknęła nieprzyjemne poczucie niepewności jutra i spróbowała pomyśleć. Poszukać jakichś rodzin, rozejrzeć się za małymi dziećmi… Byłaby dobrą nianią. Czyż siedmioro młodszych braci i sióstr nie liczy się jako doświadczenie? Była gotowa wyjechać, bez chwili wahania, musiała tylko znaleźć właściwą osobę i mówić właściwe rzeczy, a wtedy na pewno uda jej się stąd wyrwać. Nie da się złapać w pułapkę. Za nic się nie da. Ucieknie!
Tyle że nikt nie chciał z nią rozmawiać. Jakieś starsze wiekiem angielskie małżeństwo aż się cofnęło, kiedy Tess zapytała, czy nie potrzebują towarzystwa w podróży. Kiedy podeszła do rodziny z dziećmi, popatrzono na nią krzywo i odsunięto się od niej z uprzejmym kręceniem głową. Czego się spodziewałam? – pomyślała. Z tymi potarganymi włosami na pewno wyglądam na desperatkę…

– Lucy, popatrz na tę dziewczynę. O, tam. – Elinor wskazała delikatnym, zadbanym palcem zdenerwowaną Tess. – Mój Boże, co za piękność! Wspaniała. I te oczy. Popatrz, jak się kręci i zagaduje ludzi. Chyba próbuje dostać się na statek. Myślisz, że przed czymś ucieka? Może przed policją? Jakimś mężczyzną?
– Nie mam pojęcia, ale jestem pewna, że wysnujesz z tego jakąś niezłą opowieść – zbyła siostrę Lucy, machając dłonią w stronę zbliżającego się Cosmo. Jak zwykle, sprawiał wrażenie nieco obojętnego na otoczenie. Chłodne oczy, spokojne zachowanie, zawsze opanowany. Tuż za nim dreptał pokornie wyglądający posłaniec.
– Lucile, jest pewien problem… – zaczął Cosmo.
– Wiedziałam – powiedziała Lucile, sznurując usta. – To Hetty, tak?
– Mówi, że nie może płynąć. Jej matka zachorowała – wtrącił się goniec; pochylił głowę z pełną zdenerwowania uniżonością. I nie od rzeczy, bo Lucile była już wściekła.
– Powtórz tej dziewczynie, że nie może się wycofać tuż przed rejsem! Za kogo ona się niby uważa? Jeśli nie wsiądzie z nami na pokład, zwolnię ją. Powiedziałeś jej to? – Spiorunowała chłopaka wzrokiem.
– Powiedziałem, madame… – odważył się odezwać.
Tess dosłyszała niespokojną wymianę zdań i przystanęła, oszołomiona widokiem obu kobiet. Czy to możliwe? Tak! Jedna z nich miała na głowie ten sam wspaniały kapelusz z bogatą, zieloną wstążką, który dostrzegła z okna! Teraz stała tuż obok, bezmyślnie postukując w ziemię czerwoną parasolką.
Jej uwagę odwrócił ostry głos tej drugiej.
– Żałosna wymówka! – rzuciła dama.
Ktoś nie mógł popłynąć w tę podróż, jakaś służąca. Niewysoka osoba o jaskraworudych włosach i szkarłatnej szmince na wargach była wściekła. Jej wygląd onieśmielał. Nieruchoma twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych nie dopuszczała żadnych kompromisów, a szeroko rozstawione oczy wyglądały tak, jakby ich zmiana z łagodnych na groźne zachodziła błyskawicznie. Teraz nie było w nich jakiejkolwiek łagodności.
– Kim jest ta pani? – zagadnęła Tess młodego mężczyznę, stojącego na skraju tłumu. Głos nieco jej zadrżał. Nic nie szło dziś tak, jak trzeba.
– To pani nie wie?
Tess zerknęła na kobietę ponownie, dostrzegając, że ludzie, mijając ją, zwalniają kroku, szepcą i rzucają jej pełne podziwu spojrzenia. Tak, coś w tej twarzy było znajome…
– O mój Boże! – westchnęła. – To Lucile Duff-Gordon!
– Oczywiście. Haute couture, wielkie krawiectwo, wie pani. A ta druga dama to jej siostra, Elinor Glyn. Ona jest z Hollywood, pisze powieści. Niektóre, prawdę mówiąc, mocno skandalizujące.
Tess ledwie go słyszała. Ta kipiąca gniewem osobistość to najsłynniejsza projektantka na świecie! Jej piękne suknie widuje się w gazetach. A teraz tak po prostu stoi zaledwie o parę kroków. Jest szansa! Jej szansa.
– Lady Duff-Gordon, w głowie mi się nie mieści, że to naprawdę pani – wypaliła Tess, przepychając się naprzód. – Tak bardzo panią podziwiam… Jest pani taka utalentowana. Widziałam zdjęcia pani kreacji, pobudzały mnie do marzeń… – plotła głupstwa, ale było jej wszystko jedno. Chciała tylko zwrócić na siebie uwagę Lucile.
Projektantka ją zignorowała.
– Tak bardzo chciałabym pracować dla pani – zaczęła błagać Tess. – Znam się na branży. Sama jestem krawcową, potrafię bardzo dobrze szyć, mogłabym stać się dla pani wielką pomocą. – Zastanawiała się w popłochu, co jeszcze może powiedzieć. – Świetnie obszywam dziurki do guzików… Wszystko, czego tylko pani potrzebuje. Proszę…
– Jest zdesperowana, mówiłam ci – szepnęła Elinor z cichym chichotem, poprawiając swój wymyślnie modny kapelusz.
Lucile odwróciła się w stronę Tess.
– A wiesz w ogóle, o jaką pracę chodzi? – zapytała ostro.
Tess się zawahała.
– Chodzi o posadę mojej osobistej pokojówki. Wciąż jesteś zainteresowana?
– Mogę być nawet pokojówką.
Wszystko, byle się dostać na ten statek! Praca u lady Lucile mogłaby przed nią otworzyć drzwi do kariery!
– Gdzie jesteś teraz zatrudniona? Czym się zajmujesz?
– Jestem… Pracuję w pewnym domu w Cherbourgu. I szyję suknie. Moje klientki są bardzo zadowolone.
– Aha, służąca… To raczej nie niespodzianka – mruknęła Elinor.
Lucile zignorowała również siostrę.
– Nazywasz się?
– Tess Collins.
– Tessie. Ach, rozumiem.
– Nie Tessie. Tess.
– Jak sobie życzysz. Umiesz czytać i pisać?
– Oczywiście! – oburzyła się dziewczyna.
Oczy lady Duff-Gordon z uwagą zarejestrowały ten przebłysk temperamentu.
– Referencje?
– Każę je dosłać pocztą. Co tylko pani potrzebuje.
– Na środek Atlantyku?
– Przecież zawsze pozostaje radiotelegram…
Tess czytała kiedyś o takim wynalazku i miała nadzieję, że dobrze pamięta jego nazwę.
Lucile znienacka znużyło to odbijanie piłeczki.
– Wybacz. Nic o tobie nie wiem. To nie ma sensu – powiedziała i obróciła się, by zwrócić się do Cosmo.
Zrozpaczona Tess rozpięła kołnierzyk bluzki.
– Proszę, niech pani popatrzy – zademonstrowała. – Zrobiłam go sama. Próbowałam skopiować kołnierz z jednej z pani sukien ze zdjęcia w gazecie. To kiepska kopia, oczywiście, ale…
– Nieźle. – Elinor zerknęła na kołnierzyk. Zręcznie wszyty, mógł być noszony w wersji zapiętej, ale równie dobrze wyglądał po rozpięciu i wyłożeniu, a to dowodziło zręczności w posługiwaniu się igłą. – Bardzo przemyślnie. Zaskakująco, jak na służącą.
Lucile raz jeszcze spojrzała w stronę Tess, a potem sięgnęła dłonią. To jeden z jej lepszych projektów, a ta dziewczyna, nie dość że skroiła go w idealnych proporcjach do swojej sukienki, to jeszcze całkiem zręcznie wszyła… Na materiale nie było ani jednej zmarszczki.
– Twierdzisz, że to twoja robota? – zapytała ostro.
– Tak.
– Kto nauczył cię szyć?
– Matka. Jest bardzo dobrą szwaczką. – Tess wyprostowała się dumnie. – Jestem znana w całym hrabstwie. I sama robię wykroje.
– Chodzi ci o to, że sama projektujesz, jak mniemam? Bo wyciąć wykrój potrafi każdy, moja droga. Do tego potrzebne są wyłącznie nożyczki. – Lucile wyciągnęła rękę i bez pytania o pozwolenie uniosła rękaw sukienki Tess, zauważając przy okazji wcale zręcznie porobione wstawki.
– Tak. Projektuję i szyję. Robię wszystko.
– Pracodawczyni ci płaci?
– Nie za szycie. Ale jestem w tym dobra i zasługuję na zapłatę. – A może trochę to zbyt chełpliwe? Tess wzięła głęboki oddech i poszła na całość. – Chcę dla pani pracować. Jest pani najlepszą projektantką na świecie, a mnie w głowie się nie mieści, że mam takie szczęście i panią spotkałam. Pani suknie są dla mnie inspiracją. Nikt nie umie tak projektować… Proszę dać mi szansę. Nie pożałuje pani.
Lucile patrzyła na dziewczynę z miną, z której nic nie dawało się wyczytać. Coś zamigotało w jej oczach. Całe towarzystwo zamilkło w oczekiwaniu dalszego ciągu.
– Prawdopodobnie jest nieco zbyt niezależna, jak dla ciebie – powiedziała cicho Elinor na stronie do siostry. – Nigdy nic nie wiadomo. Może się jeszcze okazać, że nie jest osobą, za którą się podaje…
Mina Lucile nie zmieniła się nawet wtedy, gdy na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
– Być może. Ale biżuterię mogę przecież zamknąć w okrętowym sejfie, nieprawdaż? – Znów się obejrzała. Zwróciła do Tess. – Zadowolisz się rolą pokojówki? Bo nic innego nie mogę ci zaoferować.
– Będę robić wszystko, czego pani sobie zażyczy. Chciałabym tylko dostać szansę. Wykazać się i pracować dla pani.
Tak, tak, zrobi wszystko! Nie będzie śniła na jawie, rogi prześcieradeł przestaną się marszczyć, będzie pracować, uczyć się i wszystko odmieni. Tess z trudem łapała oddech. Miała wrażenie, że drzwi przeznaczenia uchylają się ze skrzypieniem. A może jednak zamykają? Niech ona mnie polubi! – modliła się w duchu.
– Wszystko?
Tess wyprostowała plecy.
– Wszystko w granicach przyzwoitości. I nic więcej – odparła.
Lucile z uznaniem obrzuciła wzrokiem sylwetkę dziewczyny, dostrzegając ciemne, niesforne włosy, wydatne kości policzkowe, rumieniec i uniesioną brodę oraz znoszone buciki z pękniętą sznurówką.
– Wkrótce wpuszczają na pokład. Jesteś gotowa wyruszyć za godzinę czy dwie? – zapytała.
– Tak, mogę ruszać natychmiast. – Tess dobierała krótkie słowa. To jedyna szansa, pomyślała. Nie zmarnuj jej.
Zdawało się, że członkowie niewielkiej grupki otaczającej Lucile wstrzymali oddech. Ona sama wahała się zaledwie chwilę.
– No dobrze. Zatrudniam cię – zdecydowała. – Jako pokojówkę, rzecz jasna.
Elinor rzuciła siostrze zaskoczone spojrzenie.
– Nie przesadzasz z impulsywnością, Lucy?
Ta nie odpowiedziała, nie przestając mierzyć Tess roztargnionym spojrzeniem. Jakby wpatrywała się w odległy krajobraz.
– Dziękuję. Nigdy pani tego nie pożałuje – powiedziała dziewczyna drżącym głosem, usiłując nie stracić entuzjazmu pod twardym spojrzeniem nowej chlebodawczyni.
– Będziesz potrzebowała stroju odpowiedniego do swego zajęcia, nieważne czy masz wykształcenie, czy nie. – Lucile znów znalazła się na pewnym gruncie. – I masz się do mnie zwracać per Madame. Potrzebny ci będzie czepek. – Skinęła głową w stronę Cosmo. – Mój mąż, sir Cosmo, zajmie się szczegółami.
Tess uśmiechnęła się z rezerwą do wysokiego, chudego mężczyzny z obfitym, zadbanym wąsem, który podszedł, żeby zamienić z nią parę słów. Zadał kilka pytań, a potem zwrócił się ściszonym głosem do jakiegoś urzędnika linii White Star. Oczywiście, ponieważ w grę wchodził bilet dla służby, żaden paszport nie był potrzebny. Na pewno nie będzie problemu? Krótka rozmowa zakończyła się mocnym uściskiem dłoni. Tess odetchnęła tak głęboko, że aż poczuła zawroty głowy.
Tak, drzwi zdecydowanie się otwierały.
(…)