Strona główna / Literatura światowa / Pół życia

Aktualności

28.06.2022

Spotkanie z Zuzanną Gajewską w Elblągu

W poniedziałek 4 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Biblioteki Elbląskiej (Świętego Ducha 3-7, Elbląg) na spotkanie z Zuzanną Gajewską, autorką książki "Burza".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

26.06.2022

Rozmowa z Beatą Sabałą-Zielińską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Pół życia

Jodi Picoult

CARA

Zanim nasza ciężarówka wpada na drzewo, przypominam sobie swoją pierwszą próbę ratowania czyjegoś życia.
Miałam trzynaście lat i właśnie wprowadziłam się z powrotem do ojca. Moje ubrania wprawdzie znów zawisły w dawnym pokoju, ale ja zamieszkałam z plecakiem w przyczepie na północnym krańcu redmondzkiego Parku Dinozaurów. Mieszkały tam wilki ojca wraz z gibonami, sokołami, spasionym lwem oraz mechanicznym tyranozaurem, ryczącym o pełnej godzinie. Ponieważ ojciec spędzał tam dziewięćdziesiąt dziewięć procent swojego czasu, oczywiste było, że pójdę jego śladem.
Uważałam, że to lepsze rozwiązanie od pobytu z mamą, Joem i cudownymi bliźniętami, ale nie poszło tak gładko, jak myślałam. Wyobrażałam sobie chyba wspólne smażenie naleśników z tatą w niedzielne poranki, granie w karty i spacery po lesie. Owszem, tata spacerował po lesie, lecz las znajdował się w zagrodzie, wybudowanej dla wilków, a tata zachowywał się jak jeden z nich. Tarzał się w błocie z Sibo i Sobagw, unikał Pekedy, bety stada. Jadł surowego cielaka z wilkami u boku, mając zakrwawione usta i dłonie. Wierzył, że infiltracja watahy jest bardziej pouczająca niż obserwacja z daleka za przykładem biologów. Kiedy się wprowadziłam, pięć watah zdążyło go zaakceptować jako pełnoprawnego członka – mógł z nimi mieszkać, jeść i polować, mimo że był człowiekiem. Z tego powodu niektórzy uważali go za geniusza. Inni za wariata.
Kiedy zostawiłam mamę i jej nową rodzinę, tata niezupełnie czekał na mnie z otwartymi ramionami. Siedział z Mestawe, która pierwszy raz spodziewała się młodych, i usiłował pozyskać jej zaufanie, żeby wybrała go na opiekuna swojego potomstwa. Nawet tam spał, ze swoją wilczą rodziną, podczas gdy ja przesiadywałam do późna i oglądałam telewizję. W przyczepie czułam się samotna, lecz w pustym domu byłoby mi jeszcze gorzej.
Latem w okolicy roiło się od turystów, ale w marcu głupi tyranozaur ryczał do pustego parku. Jedynymi osobami, które tkwiły tutaj poza sezonem, był mój tata opiekujący się wilkami oraz Walter, dozorca i jego zastępca. Czułam się jak w widmowym mieście, więc po szkole zaczęłam włóczyć się przy zagrodach, a Bedagi, tester, kroczył po drugiej stronie płotu, oswajając się z moim zapachem. Patrzyłam, jak ojciec wykopuje jamę do porodu dla Mestawe, i opowiadałam mu o kapitanie drużyny futbolowej, którego przyłapano na ściąganiu, i oboistce ze szkolnej orkiestry, która zaczęła nosić tuniki i podobno jest w ciąży.
W rewanżu tata opowiadał mi, dlaczego martwi się o Mestawe: była młoda i nie polegał zbytnio na jej instynkcie. Nie miała wzoru do naśladowania, który nauczyłby ją bycia dobrą matką, to jej pierwsza ciąża. Czasem wilczyca porzucała młode, gdyż było to dla niej jedyne wyjście z sytuacji.
Kiedy urodziła, zdawało się, że wszystko idzie jak z płatka. Ojciec uczcił to butelką szampana i pozwolił mi wypić jeden kieliszek. Chciałam zobaczyć maluchy, ale odparł, że miną tygodnie, zanim się pokażą. Mestawe spędzi cały tydzień w jamie, karmiąc co dwie godziny.
Zaledwie dwa dni później obudził mnie w środku nocy.
– Cara – powiedział. – Potrzebuję twojej pomocy.
Naciągnęłam kurtkę i buty, i pobiegłam za nim do jamy, gdzie miała leżeć Mestawe. Sęk w tym, że nie leżała. Włóczyła się, byle jak najdalej od młodych.
– Próbowałem wszystkiego, żeby ją zwabić z powrotem, ale nie chce – wyjaśnił rzeczowo. – Mamy jedyną okazję, żeby uratować młode.
Zanurkował w jamie i wyszedł z dwoma małymi, pomarszczonymi szczurkami. Przynajmniej tak wyglądały: oczka miały zaciśnięte i wiły się w jego rękach. Podał wilczki mnie: wsunęłam je za pazuchę, a on wrócił po resztę. Jeden wyglądał gorzej od pozostałych trzech; nie ruszał się i zamiast mruczeć, tylko z rzadka posapywał.
Poszliśmy do szopy z narzędziami, stojącej za przyczepą. Kiedy spałam, powyrzucał wszystkie graty na śnieg i podłoga wewnątrz była teraz wyłożona sianem. Wewnątrz niedużego kartonu leżał puszysty koc w czerwoną kratkę.
– Włóż je do środka – polecił ojciec, a ja zrobiłam, co kazał. Gorąca butelka pod spodem ogrzała koc i trzy młode zaraz zaczęły się mościć. Czwarty był zimny jak lód, więc zamiast położyć go obok rodzeństwa, wsunęłam go pod kurtkę i przytuliłam do piersi.
Ojciec wrócił z butelkami pełnymi esbilacu, czegoś w rodzaju mleka modyfikowanego, ale dla zwierząt. Sięgnął po wilczka w moich objęciach, ale nie chciałam go puścić.
– Nakarmię resztę – oznajmił, i kiedy ja przekonywałam małego, żeby liznął choćby parę kropelek, pozostałe trzy wypiły wszystko aż do denka.
Karmiliśmy młode co dwie godziny. Następnego ranka nie poszłam do szkoły, a tata nie oponował. Nie ulegało wątpliwości, że robimy tutaj coś ważniejszego niż to, czego mogę się nauczyć w klasie.
Trzeciego dnia nadaliśmy im imiona. Ojciec wierzył w nadawanie niezwykłych imion niezwykłym stworzeniom, dlatego wszystkie pochodziły z języka Abenaków. „Nodah”, które znaczyło „Usłysz mnie”, przypadło największemu z gromadki, hałaśliwemu, czarnemu wulkanowi energii. Kina, inaczej „Spójrz tutaj”, wiecznie zaplątywał się w sznurowadła i wiązł pod pokrywą kartonu, a Kita, lub „Posłuchaj”, trzymał się na uboczu i nic nie umykało jego uwadze.
Ich siostrzyczce nadałam imię Miguen, czyli „Piórko”. Zdarzało się, że piła tak samo jak bracia, i wierzyłam, że najgorsze minęło, ale potem wiotczała mi w objęciach i znów musiałam ją masować i wkładać pod bluzę.
Byłam tak wykończona, że ledwo widziałam na oczy. Czasem zasypiałam na stojąco, zapadałam w krótką drzemkę, by zaraz znów się ocknąć. Nie rozstawałam się z Miguen ani na chwilę. Obudziwszy się o czwartej w nocy, napotkałam wzrok ojca: patrzył na mnie z miną, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widziałam.
– Kiedy się urodziłaś – powiedział – też nie chciałem cię puścić.
Dwie godziny później Miguen zaczęła dygotać. Błagałam tatę, żebyśmy pojechali do weterynarza, do szpitala, gdziekolwiek. Płakałam tak strasznie, że zapakował pozostałe wilczki do kartonu i zaniósł je do swojej wysłużonej ciężarówki. Karton stał między nami na przednim siedzeniu, a Miguen trzęsła się pod moją kurtką. Ja też się trzęsłam, choć nie jestem pewna, czy z zimna, czy może ze strachu przed tym, na co się zanosiło.
Umarła, zanim dojechaliśmy do weterynarza. Od razu wiedziałam, zrobiła się lżejsza w moich ramionach. Jak skorupka.
Zaczęłam krzyczeć. Nie mogłam znieść myśli o Miguen, martwej tak blisko mnie.
Ojciec zabrał ją i owinął w swoją flanelową koszulę, a następnie umieścił na tylnym siedzeniu, poza zasięgiem mojego wzroku.
– W lesie nie przeżyłaby nawet jednego dnia – tłumaczył uspokajająco. – Tylko dzięki tobie wytrwała tak długo.
Marne pocieszenie. Wybuchłam głośnym płaczem.
Nagle karton z małymi znalazł się na tablicy rozdzielczej, a ja w ramionach taty. Pachniał miętą i śniegiem. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, dlaczego nie może zerwać z nałogiem, jakim była dla niego więź z wilkami. W porównaniu z czymś takim czy to ważne, że zapominał odebrać pranie i przyjść na konsultacje z wychowawcą?
Na wolności, mówił, wilczyca przechodzi trudną szkołę życia. Lecz w niewoli, gdzie młode rodzą się tylko co trzy lub cztery lata, panują inną zasady. Nie można stać z założonymi rękami i patrzeć, jak umierają.
– Natura dopomina się o swoje – podsumował. – Ale to nam wcale nie ułatwia sprawy, prawda?
Przed przyczepą mojego ojca w Redmond stoi drzewo, czerwony klon. Posadziliśmy go latem po śmierci Miguen, w miejscu, gdzie ją pochowaliśmy. Cztery lata później to samo drzewo zdaje się pędzić prosto na nas. I uderzamy w nie czołowo.

Kobieta klęczy obok mnie.
– Ocknęła się – stwierdza. W oczach mam deszcz, czuję dym i nie widzę ojca.
– Tato? – Słyszę to tylko w mojej głowie.
Moje serce bije po niewłaściwej stronie. Patrzę na pulsujący bark.
– Wygląda na złamanie łopatki i pewnie połamane żebra. Cara? Masz na imię Cara?
Skąd ona to wie?
– Miałaś wypadek – mówi kobieta. – Zabieramy cię do szpitala.
– Mój… ojciec… – wykrztuszam. Każde słowo wierci jak nóż wbity w ramię.
Odwracam głowę, żeby go znaleźć, i widzę strażaków, polewających z węża ognistą kulę, która była jego ciężarówką. Woda na mojej twarzy to nie deszcz, tylko mgiełka ze strumienia pod ciśnieniem.
Nagle sobie przypominam: pajęczyna roztrzaskanej szyby, ślizg samochodu, zapach benzyny. I że nie odpowiedział, gdy go zawołałam. Dygoczę.
– Jesteś bardzo dzielna – mówi kobieta. – Wywlec ojca z samochodu w takim stanie…
Oglądałam kiedyś w TV wywiad z nastolatką – podniosła lodówkę przygniatającą jej małego kuzyna. Adrenalina i te sprawy.
Odchodzi strażak, który zasłaniał mi widok, i widzę drugą grupkę ratowników wokół ojca, leżącego nieruchomo na ulicy.
– Gdyby nie ty – dodaje kobieta – twój tata mógłby nie żyć.
Potem przyjdzie mi do głowy, czy to nie z powodu tych słów zrobiłam to, co zrobiłam. Ale teraz po prostu zaczynam płakać, bo wiem, że nie ma nic bardziej dalekiego od prawdy.

LUKE

Bez przerwy zadają mi pytanie: Jak mogłeś tego dokonać? Jakim cudem porzuciłeś cywilizację i rodzinę w celu zamieszkania w kanadyjskiej puszczy z watahą dzikich wilków? Jak mogłeś wyrzec się prysznica, kawy, kontaktu z drugim człowiekiem, rozmowy, dwóch lat życia swoich dzieci?
No cóż, nie tęsknisz za prysznicem, jeśli mydło zabija zapach, po którym cię rozpoznają.
Nie tęsknisz za kawą, jeśli cały czas masz napięte wszystkie zmysły bez jej udziału.
Nie tęsknisz za kontaktem z drugim człowiekiem, kiedy grzejesz się w cieple wilczych braci. Nie tęsknisz za rozmową, gdy uczysz się ich języka.
Nie porzucasz rodziny. Zyskujesz kolejną.
Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi, dlaczego zostawiłem ten świat, aby zamieszkać w lesie.
Sęk w tym, co skłoniło mnie do powrotu.

GEORGIE

Zawsze obawiałam się telefonu ze szpitala. Tak jak podejrzewałam, dzwoni w środku nocy.
– Tak? – Siadam, zapominając na chwilę, że mam nowe życie, drugiego męża.
– Kto to? – pyta Joe, przewracając się na drugi bok.
Ale nie dzwonią w sprawie Luke’a.
– Jestem matką Cary – potwierdzam. – Co się stało?
– Miała wypadek samochodowy – informuje pielęgniarka. – Doznała poważnego pęknięcia barku. Jej życiu nic nie zagraża, ale musi przejść operację…
Wyskakuję z łóżka, po omacku szukam spodni.
– Zaraz będę – rzucam do słuchawki.
Joe siada na łóżku i zapala światło.
– Chodzi o Carę – mówię. – Miała wypadek samochodowy.
Nie pyta, dlaczego nie powiadomili Luke’a, który jest jej opiekunem prawnym. Może powiadomili. Ale może go nie ma, jak zawsze. Wciągam sweter i wkładam buty, usiłując skupić się na sprawach praktycznych i nie ulec emocjom.
– Elizabeth nie lubi naleśników na śniadanie, a Jackson musi zanieść zgodę na wycieczkę klasową… – Podnoszę głowę. – Ty rano nie musisz być w sądzie?
– O mnie się nie martw – odpowiada łagodnie Joe. – Zajmę się bliźniętami, sędzią i całą resztą. Ty zajmij się Carą.
Czasem nie wierzę własnemu szczęściu, że jestem żoną tego człowieka. Czasem myślę, że zasłużyłam na to po tylu latach małżeństwa z Lukiem. Czasem jednak – na przykład teraz – czuję, że jeszcze przyjdzie mi za to zapłacić.

Gdy wpadam do szpitala, w izbie przyjęć jest niewiele osób.
– Cara Warren – wykrztuszam. – Przywieziono ją karetką, to moja córka.
Pospiesznie wyrzucam sylaby.
Pielęgniarka prowadzi mnie przez drzwi w głąb korytarza przeszklonych sal, zacienionych zasłonami. Niektóre drzwi są otwarte. Widzę starą kobietę w szpitalnej koszuli, siedzącą na łóżku. Mężczyznę w dżinsach rozciętych do kolana, z uniesioną spuchniętą kostką. Usuwamy się z drogi, kiedy obok przewożą na wózku ciężarną, skupioną na miarowym oddechu.
To Luke nauczył Carę prowadzić samochód. Na przekór wrodzonej lekkomyślności, w kwestii bezpieczeństwa córki był nieugięty. Zamiast obowiązkowych czterdziestu godzin jazdy przed egzaminem na prawo jazdy zmusił ją do pięćdziesięciu. Cara jest przezornym, ostrożnym kierowcą. Ale co robiła tak późno na drodze w dzień powszedni? Ona spowodowała wypadek? Ucierpiał ktoś oprócz niej?
Wreszcie pielęgniarka odsuwa jedną zasłonę. Cara leży na łóżku, jakby skurczona i ledwo żywa ze strachu. Na jej ciemnych włosach, twarzy i swetrze jest krew. Rękę ma przybandażowaną ciasno do tułowia.
– Mamusiu – szlocha. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie tak nazwała.
Wydaje okrzyk, kiedy otaczam ją ramionami.
– Wszystko będzie dobrze – mówię.
Podnosi na mnie wzrok, leci jej z nosa.
– Gdzie tata?
Te słowa nie powinny mnie boleć, ale bolą.
– Na pewno go powiadomili…
Nagle wchodzi lekarka.
– Czy to pani jest mamą Cary? Potrzebujemy zgody na przeprowadzenie operacji. – Dodaje coś jeszcze – wyłapuję słowa „łopatka” i „pierścień rotatorów” – po czym wręcza mi kartę do podpisania.
– Gdzie tata? – krzyczy Cara.
Lekarka odwraca się do niej.
– Jest pod dobrą opieką – odpowiada i dociera do mnie, że Cara nie jechała sama.
– Luke też tam był? Nic mu nie jest?
– Jest pani jego żoną?
– Byłą – precyzuję.
– W takim razie nie mogę ujawnić żadnych informacji. Takie przepisy. Ale owszem – przyznaje. – Jest w naszym szpitalu. – Patrzy na mnie, ściszając głos, żeby Cara nie słyszała. – Musimy powiadomić jego najbliższą rodzinę. Ma żonę? Rodziców? Czy mogłaby pani do kogoś zadzwonić?
Luke nie ożenił się drugi raz. Wychowali go dziadkowie, którzy umarli przed laty. Gdyby to od niego zależało, kazałby mi zadzwonić do Waltera, żeby nakarmił wilki.
Ale może nie zależy. Może właśnie tego nie może – nie chce – powiedzieć mi lekarka.
Zanim mam czas odpowiedzieć, wchodzą dwie sanitariuszki i odsuwają łóżko Cary od ściany. Czuję, jakby grunt umykał mi spod nóg, w głowie szumią mi pytania, które powinnam zadać, i fakty, które należałoby potwierdzić, nim odwiozą ją na salę operacyjną, lecz działanie pod presją nigdy nie należało do moich mocnych stron. Uśmiecham się z przymusem i ściskam wolną rękę Cary.
– Nigdzie się stąd nie ruszę! – zapewniam trochę zbyt dziarskim tonem. Po chwili zostaję sama w sterylnej sali, cisza dźwięczy w uszach.
Sięgam do torebki po komórkę. Ciekawe, która może być godzina w Bangkoku.

LUKE

Wataha jest jak mafia. Każdy ma tutaj swoje miejsce, każdy musi robić swoje.
Wszyscy słyszeli o alfie, przywódcy stada. To ojciec chrzestny, mózg, obrońca i ten, który mówi pozostałym, dokąd mają iść, gdzie polować i na co. Alfa podejmuje decyzje, jest capo di tutti capi , który z odległości trzech metrów wychwyci zmianę tętna ofiary. Ale daleko mu do twardego służbisty, jakiego pokazują w filmach. Jest zbyt cenny jako decydent, żeby się narażać.
I dlatego przed każdym alfą stoi beta, czyli goryl. Beta to nieustraszony zabijaka, agresja w czystej postaci. Podejdziesz za blisko do szefa, to popamiętasz. Nie jest niezastąpiony; jego śmierć nie zrobi na nikim wrażenia, bo zawsze znajdzie się inny twardziel na jego miejsce.
Jest również tester, ostrożny i podejrzliwy, który nikomu nie ufa. Wszędzie go pełno; wypatruje zmiany, każdego odstępstwa od normy, aby w razie potrzeby powiadomić alfę. Jego czujność jest nieodzowna dla bezpieczeństwa watahy. Jest też swoistym kontrolerem jakości: jeśli ktoś w stadzie miga się od obowiązków, tester prowokuje sytuację, gdy tamten ma pokazać, ile jest wart – na przykład musi zmierzyć się z betą. Jeżeli beta nie zdoła go powalić, przestaje zasługiwać na swoje miano.
Odludkowi nadawano różne nazwy, począwszy od Kopciuszka, na omedze skończywszy. Choć wcześniej przypisywano mu rolę kozła ofiarnego z miejscem na najniższym szczeblu w hierarchii, dzisiaj wiemy, że odgrywa kluczową rolę. Niczym mały, łebski prawnik na usługach mafii, który wnosi szczyptę humoru i potrafi studzić emocje, omega jak nikt rozładowuje wewnętrzne konflikty stada. Gdy dwa wilki biorą się za łby, omega wchodzi między nich i zaczyna błaznować dopóty, dopóki tamci trochę nie ochłoną. Wreszcie każdy wraca bez uszczerbku do swoich zajęć. Omedze daleko do Kopciuszka, który zawsze dostaje baty: odgrywa istotną rolę rozjemcy. Bez niego wataha nie mogłaby funkcjonować, bo wszyscy bez przerwy skakaliby sobie do oczu.
Mówcie o mafii, co chcecie, lecz taki układ się sprawdza, ponieważ każdy ma konkretną rolę do odegrania. Robi, co do niego należy, dla wyższego dobra organizacji. I bez wahania nadstawiłby karku za pozostałych.
Drugi powód, dla którego wataha przypomina mafię?
Dla obu nie ma nic ważniejszego od rodziny.
(…)