Strona główna / Literatura polska / Zalotnice i wiedźmy

Aktualności

09.11.2021

Spotkanie online z Grażyną Jeromin-Gałuszką

We wtorek 9 listopada o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Grażyną Jeromin-Gałuszką, autorką książki "Gdybyś wiedziała".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.10.2021

Rozmowa z Kasią Bulicz-Kasprzak

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Kasią Bulicz-Kasprzak, autorką książki "Zielone pastwiska".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski

Zalotnice i wiedźmy

Joanna Miszczuk

Asia, luty 2010, Paryż

Logika podpowiadała, że paryski świt w lutym powinien być szary i ponury. Logika sobie, a fakty sobie… Obudziła mnie przejrzysta biel za oknem. Śnieg sypał gęstą ścianą białego błyszczącego konfetti. Nie wiem, może go rozświetlało słońce zawieszone gdzieś hen nad śnieżnymi chmurami? Cokolwiek by to było, z pewnością nie byłam to ja! Nie czułam się ani trochę rozświetlona wewnętrznym ogniem miłości. W sypialni mojego apartamentu w Bersolys St. Germain posapywał przez sen André, mój paryski notariusz, mój paryski kochanek. Spędziliśmy razem noc, więc chyba ten pierwszy raz już się liczy i powinnam się oswoić z myślą, że właśnie mam kochanka. Termin rozprawy rozwodowej z Piotrkiem został wyznaczony na koniec lutego, co oznacza, że jestem jednak, choć teoretycznie, mężatką z kochankiem. Może ja jestem przedpotopowa, może i mam moralne prawo żyć jak kobieta wolna, ale jakoś wcale nie zachwyca mnie ta sytuacja. Zresztą, kto wie, może na mój minorowy nastrój wpływa fakt, że ta noc wcale nie okazała się zachwycająca. Było miło i przeciętnie. Bez fajerwerków. Żadnych porywów serc, żadnych uniesień szalonych, żadnego dzikiego seksu. Jak już, jakby nie było, w miarę przyzwoita, mężatka bierze sobie kochanka, to chyba coś z tego powinna mieć?
Gdzieś kiedyś wyczytałam, zapewne w jakimś idiotycznym kobiecym piśmie w poczekalni u dentysty, że jeśli partnerzy są zgrani w tańcu, to doskonale się komponują również w sypialni. Zawsze miałam wrażenie, że te wszystkie tak zwane pisma kobiece kantują czytelniczki. André tańczy fantastycznie… Jest fenomenalnym kompanem do zabawy, interesującym rozmówcą, dysponuje rozległą wiedzą z tak wielu różnorodnych dziedzin, że niekiedy czuję się przy nim zwyczajnie niedouczona, do tego jest dżentelmenem w każdym calu i jest romantyczny w zakresie absolutnie wystarczającym. Jest też przystojny i za mną szaleje. Co ze mną jest nie tak? Powinnam się była w nim po uszy zakochać. A się nie zakochałam. I tu właśnie leży problem. Intymne chwile z Piotrkiem były wspaniałe, ale gdyby obok łóżka siedział recenzent i komentował, to pewnie komentarz z akcji Asia-Piotruś wypadłby mizernie na tle sprawozdania tego samego recenzenta z wczorajszej nocy. Ale Piotrusia kochałam. A w łóżku jest jednak miejsce na troje. Ona, On i Miłość. I tej miłości wczoraj mi zabrakło… Szlag by to trafił. Czy ja, nieszczęsna idiotka, nadal po tym wszystkim kocham Piotrka?! Stanowczo nie powinnam, a już na pewno po tej paskudnej rozmowie przed Wigilią zeszłego roku nie powinnam! Nie zgadzam się absolutnie, nie chcę go już kochać, nie! No tak, Piotrka na pewno nie, ale czy ja chcę pokochać kogokolwiek? Spojrzałam w oczko brylantu lśniącego na mojej dłoni. Miłość? Czy mnie jest pisana jakakolwiek miłość? Pogrążyłam się we wspomnieniach.

Asia, Wigilia 2009, Wrocław

Ostania Wigilia wypadła co najmniej głupio. Dopracowaliśmy wcześniej kwestie organizacyjne telefonicznie. Ferie w niemieckiej szkole Kamili zaczynały się dopiero od dwudziestego trzeciego grudnia, a niemieckie przepisy zakazują zwalniać dziecko z zajęć tuż przed feriami i tuż po nich.
Co oznaczało, że przyjedziemy do Wrocławia dopiero wieczorem w przeddzień Wigilii. Oczywiście mogłam przygotować święta w jeden dzień, ale jedynie pod warunkiem, że wcześniej Piotrek zrobi zakupy, a mój mąż, niestety, odmówił współpracy. Tłumaczył się gęsto, plątał, kombinował, składał sprzeczne zeznania, tak że kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. Zanim zdążyłam skojarzyć, że durne wymówki w postaci niesprecyzowanych obowiązków służbowych nie mogą przecież dotyczyć okresu świąt, kiedy wszystkie biura są pozamykane i nikt nie pracuje, dałam się wmanewrować w spędzenie świąt u mojej mamy. Jedynymi logicznymi argumentami w tej rozmowie było, że Szewską przecież wynajęłam Justynie, a mieszkanie na Powstańców jest za małe na święta.
Wigilię od czasu przeprowadzki do mieszkania po babci zawsze obchodziliśmy u mnie. Wcześniej byliśmy gośćmi mamy i Kazia. Rodzice Piotrka każdą kolejną Wigilię spędzali u dzieci, a że Piotrek urodził się w rodzinie wielodzietnej, nasza kolejka wypadała za dwa lata. Powrót na Szewską obudził jednak moje wszystkie najlepsze wspomnienia wigilijne i mimo wstrętu do gotowania i mnóstwa pracy związanej z przygotowaniem tradycyjnej kolacji, to właśnie tam, w otoczeniu najbliższych ukochanych osób, czułam prawdziwego ducha Bożego Narodzenia. Ale Szewską wynajęłam Justynie… Mimo to jednak, i mimo głupiej, nie do końca jasnej sytuacji z Piotrkiem postanowiłam, że święta muszą być rodzinne, ciepłe i wesołe. Niech sobie będzie Wigilia u Krystyny i Kazia. Dogadałam szczegóły z mamą i postanowiłam, że nie będę się czepiać.
Jednak w kolejnej rozmowie telefonicznej z Piotrkiem wyskoczyła następna głupota. Kamila miała ferie do trzeciego stycznia, a mnie, niestety, w pierwszym roku pracy urlop nie przysługiwał. Dieter poszedłby mi na rękę i dałby mi bez problemu te cztery dni wolnego, ale po pierwsze, chciałam być lojalna wobec moich biurowych kolegów, bo jeśli oni muszą pracować, to dlaczego ja nie, a po drugie, niczym powietrza potrzebowałam jasnej sytuacji z Piotrkiem. To oczywiste, że święta spędzimy razem w gronie rodziny, ale potem jest sylwester i Nowy Rok.
Nie wiedziałam, jaki ten nowy rok będzie, nie wiedziałam, czy rozstanie związane z moją niemiecką posadą pogłębiło kryzys naszego małżeństwa, czy wręcz przeciwnie, otworzyło Piotrkowi oczy na to, że jesteśmy rodziną i że mnie kocha. Krótko mówiąc, nie wiedziałam nic o nas, czy coś takiego jak MY jeszcze w ogóle istnieje. Wyjaśnianie tej sprawy przez telefon było bzdurą, wiedziałam, że czeka nas poważna decydująca rozmowa, ale ze strachu przed tą rozmową postanowiłam wybadać grunt, rzucając przynętę w postaci sylwestra. W trakcie jednej z rozmów przez skype’a, po sprawozdaniach z postępów Kamili w szkole zapytałam:
– Co my właściwie zrobimy z sylwestrem w tym roku?
– A co planujesz? – odpowiedział ostrożnie pytaniem mój mąż.
– No właśnie nie wiem. Zawsze spędzaliśmy sylwestra w górach na nartach, ale widzisz…
– Jak ty to sobie wyobrażasz? – wszedł mi w słowo. – Takie wyjazdy rezerwuje się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i to kosztuje. A ja nie stoję finansowo najlepiej, miałem wydatki i…
– Przecież ja też zarabiam – wtrąciłam głupio, zapominając, że i tak nie mogę nigdzie jechać, bo nie mam urlopu.
Na szczęście niechęć Piotrka do wspólnego wyjazdu była silniejsza od chęci skorzystania z mojej wielkodusznej oferty finansowej i małżonek, nie zwracając uwagi na moją wypowiedź, kontynuował rozpędem:
– Samochód musiałem zmienić, mieszkanie utrzymywać, a pensja jedna. I Kamila przecież całe wakacje była tylko na mojej głowie, teraz jeszcze prezenty pod choinkę, przecież wiesz, że chcę jej kupić i-phon, to kosztuje. No i jak przyjeżdża na ferie, to chcę, żeby miała dużo rozrywek i zawsze kupuję jej wszystko, o czym marzy… Przecież wiesz sama…
Wiem, pomyślałam. Wiem, że młoda wraca od Piotrka z masą nowych gadżetów. Schowałam głęboko pytania, które lęgły się we mnie od trzech lat. Co mają zastąpić te wszystkie podarunki? Wiem, że Piotrek kocha Kamilę nad życie. Czy na pewno? A może prezentami usiłuje zagłuszyć wyrzuty sumienia, że bardziej niż ją kocha kogoś innego? I jeszcze ta granitowa pewność, że ja na pewno tym kimś nie jestem… Westchnęłam ciężko. Nie da się skleić potłuczonej szklanki bez śladu, rysy pozostaną zawsze, a na naszej szklance to nie rysy są problemem, tylko wielka dziura, przez którą wyciekają wszelkie próby naprawienia szkody.
– Wiem – przyznałam smutno. – Piotrek, musimy porozmawiać. Musimy wyjaśnić sobie całą sytuację bez niedopowiedzeń, bo już życie na odległość jest wystarczająco trudne. Jeśli zaczniemy się okłamywać, to będzie jeszcze trudniej. Popsuło nam się już dawno i jak idioci próbujemy udawać, że dajemy sobie z tym radę. Nie dajemy.
– Asia, to nie jest rozmowa na telefon. Porozmawiamy, jak przyjedziesz, dobrze?
– Dobrze. – On ma rację pomyślałam, porozmawiamy przed Wigilią. – Piotrusiu, przyjedziemy późno dwudziestego trzeciego. Położymy młodą spać i pogadamy. Okej?
– Asiu, zróbmy inaczej. Jedź od razu do matki. I tak całą Wigilię będziecie tam z Kamisią zajęte przygotowaniami. Zadzwoń, jak wjedziesz do Wrocławia. Przyjadę do was i może jeszcze wyskoczymy do La Scali. Chcesz?
Do La Scali chciałam zawsze, ale dlaczego Piotrek wysyła mnie do mamy? Czyżby to była zapowiedź końca? Z jednej strony byłam przerażona i zrozpaczona, z drugiej… chyba poczułam ulgę. Nie mogłam i nie chciałam z nim dłużej rozmawiać.
– Dobrze. Zdzwonimy się jeszcze. Dobranoc, Piotrusiu.
– Dobranoc. – Uciekł spojrzeniem gdzieś w bok. Klik! – i zniknął z ekranu mojego laptopa.

***
Zwyczaje niemieckich szkół podobają mi się coraz bardziej, co prawda o wiele bardziej podobają się Kamili niż mnie, ale też powody entuzjazmu nas obu są inne. Misię zachwyca znikoma ilość zadań domowych, częste wycieczki edukacyjne i to, że nikt jej nie zmusza do wytężonej pracy, tłumacząc cały czas, że mała jeszcze słabo zna język. W szkole motywują pozytywnie to moje dziecko dobrymi ocenami i życzliwą opieką. Nie zauważają, że smarkula wykorzystuje to na maksa, starannie pielęgnując lenistwo. Mnie natomiast zachwyca ta opieka właśnie, która nie tylko jest życzliwa, ale i kompetentna. Od pierwszego dnia roku szkolnego Misia ma prywatną nauczycielkę niemieckiego i codzienne dodatkowe półtoragodzinne zajęcia. Efekt jest taki, że młoda już po trzech miesiącach całkiem poprawnie mówi po niemiecku. Powiedziałabym nawet, że dużo lepiej niż ja, przynajmniej od strony gramatycznej, i, co jest cudem, wcale nie słychać u niej obcego akcentu. Dodatkowo na mój zachwyt systemem niemieckiej edukacji wpływa zdroworozsądkowe podejście do zajęć. Przed feriami dzieciaki nie siedzą w ławkach, wyczekując niecierpliwie ostatniego dzwonka do upragnionej wolności. Dyrekcja szkoły, sensownie wychodząc z założenia, że w ten ostatni dzień towarzystwo i tak się niczego nie nauczy, wysyła dzieciaki pod opieką wychowawcy na parogodzinne wycieczki na świąteczne jarmarki. Tak, więc Misia, zaopatrzona przeze mnie wcześniej w kieszonkowe, dwudziestego trzeciego grudnia wróciła do domu obładowana świątecznymi drobiazgami już o jedenastej.
Spakowałam nas dzień wcześniej, dlatego już o szesnastej byłyśmy we Wrocławiu. Krystyna i Kazio czekali na nas z obiadem i piękną, rozłożystą choinką gotową do ubierania. Kamila z radością ruszyła do pracy, uznając, że ozdób jest oczywiście za mało i że ona koniecznie musi zrobić łańcuchy. Już po chwili po dywanie turlały się sterty popcornu, który Krystyna, znając pasję wnuczki do tworzenia ozdób choinkowych, przezornie przygotowała wcześniej. Zadzwoniłam do Piotrka. Odebrał po paru sygnałach. W tle szemrały odgłosy centrum handlowego, czyli Piotrek robił zakupy świąteczne, przed którymi tak zajadle się bronił.
– Już jesteście? – Zadowolony to on z tego nie był. Przynajmniej jego głos nie brzmiał entuzjastycznie. – Mówiłaś, że będziecie dopiero wieczorem. Ja mam jeszcze pracę, to znaczy jeszcze jestem zajęty. Nie dam rady przed osiemnastą.
– Dobrze, nie szkodzi. – Nie będę się czepiać, pomyślałam. – Po prostu przyjedź do mamy. Potem ustalimy, co dalej…
– Mamo, ja, ja, ja też. – Kamila usłyszała, że rozmawiam z Piotrkiem. – Ja też chcę z tatą rozmawiać.
Oddałam jej słuchawkę. Mama siedziała przy niskiej ławie i nawlekała na nitkę kuleczki popcornu. Kazio zanosił systematycznie nasze bagaże z samochodu do pokoju gościnnego. Zatrzymałam go w połowie drogi z torbą Kamili.
– Nie, Kaziu, nie wszystko. Tylko tę pomarańczową torbę i paczki z prezentami pod choinkę. Resztę zostaw w samochodzie. Dziś nocujemy, bo jutro od rana pomogę mamie, ale po Wigilii wracamy przecież do domu.
– Dobra. – Kiwnął zgodnie głową. – Tylko wjedź do garażu, nie zostawiaj na ulicy auta z bagażami i na niemieckich numerach. Tu u nas jest spokojnie, ale po co licho kusić. Mercedesy ponoć jeszcze kradną. – Uśmiechnął się do mnie. – Potem rozpalę w kominku, chcesz? Wiem, że lubisz.
Chciałam. Do przyjazdu Piotrka zostały jeszcze dwie godziny. Zadzwoniłam do dziewczyn. Z Jolką umówiłam się na długie smaczne ploty w drugi dzień świąt. Nie byłam do obłędu stęskniona za przyjaciółką. Przy okazjach służbowych widywałam się z nią i to średnio raz na miesiąc. Remont pałacu na placu Vendome był w fazie wykańczania wnętrz i Jolka przyjeżdżała do Paryża co dwa tygodnie. Zapowiadało się nawet na dłuższą współpracę. Dieter z otwartymi ramionami przyjął Jolkę do ekipy i właśnie się zastanawiał, jak ją przekonać do tej współpracy na stałe. Oczywiście wiadomo było, że Jola się nie przeprowadzi, ale to żaden problem. Potrzebna była w Berlinie jak dziura w moście. Dieter potrzebował jej rysunków, pomysłów i ewentualnie wizyt w obiektach rozsianych po całej Europie. A Jolka do podróży już się przyzwyczaiła. Na Kanadę jeszcze tylko psioczyła, że za daleko i traci kupę czasu. Na pewno jednak niedługo dojdą do porozumienia i Dieter znajdzie sposób na to, by związać Jolę z naszą firmą na stałe. Super.
Justyna rzetelnie opiekowała się swoją matką i moim mieszkaniem na Szewskiej. Czynsz spływał mi regularnie na konto, sporadycznie plotkowałyśmy przez telefon lub Gadulca, kiedy dzwoniła, by donieść o nowej korespondencji. Ciągle przychodziły jakieś urzędowe zawiadomienia, wyciągi bankowe i same pierdoły. Kazałam jej zbierać wszystko na kupę, obiecując, że przy okazji pobytu we Wrocławiu odwiedzę ją i odbiorę całość hurtem. Właściwie dlaczego nie teraz. Po cholerę będę tu siedziała i czekała jak ta głupia na Piotrka. Zadzwoniłam. Justa była w domu i ucieszyła się, że wpadnę. Zostawiłam Misię z mamą i Kaziem w szale zdobnictwa choinkowego i pojechałam.
I znowu siedziałam w kolorowej kuchni mojego domu i piłam malinową herbatkę z kubka w słoneczniki. Justa bardzo niewiele zmieniła w mieszkaniu. Nawet czarodziejki Witch zostały na ścianach dawnego pokoiku Misi. Teraz mieszkała tam opiekunka matki Justyny, sympatyczna dwudziestopięciolatka, profesjonalna pielęgniarka i fizykoterapeutka. Justa ulokowała się w moim dawnym pokoju, a w dawnej sypialni Krystyny, a potem gabinecie Piotrka, urządziła swoją matkę. Logicznie, bo jedynie to pomieszczenie stało puste. Piotrek zabrał swoje meble na Powstańców, a reszta mieszkania, już jak je wynajmowałam Justynie, właściwie była gotowa do użytku. Justa kupiła do tego pokoju meble i wielki telewizor plazmowy i zrobiła mamie miłe, wygodne gniazdko. Ściany zdobiły zdjęcia rodzinne w ramkach, a na szafkach stały wszystkie bibeloty i drobiazgi z jej przeszłości.
Usiadłyśmy w kuchni, bo tam zawsze najlepiej się gada. Przyjaciółka dała mi stosik korespondencji i wypytywała mnie o Berlin i pracę. Niemrawo przeglądałam pocztę, większość przesyłek od razu rwąc na drobne kawałeczki, do wyrzucenia, i opowiadałam Justynie o Paryżu oraz perspektywach Jolki na stałe zatrudnienie u Dietera. Wśród starych, nieaktualnych wyciągów bankowych i zawiadomień o podwyżce czynszu i ofert różnorodnych „najlepszych” kredytów i leasingów natrafiłam na trzy listy z sądu. W pierwszym był pozew, w drugim wezwanie na rozprawę, trzeci zawierał zaoczne orzeczenie separacji małżeństwa Górskich Joanny i Piotra. Wszystkie przysłano poleconym za potwierdzeniem odbioru. Wszystkie były potwierdzone przez Justynę, która miała moje notarialne upoważnienie. Zatkało mnie.
– Justa, czemu mi o tym nie powiedziałaś?!
– O czym? – Spojrzała z ciekawością na list. – O cholera! Aśka, tak mi przykro. Mówiłam ci przecież, że przychodziło z sądu. Dzwoniłam do ciebie… Kazałaś odbierać i kłaść na kupę. Mówiłaś, że wiesz, co to, i że nawet na to czekałaś.
Owszem, dzwoniła, a wróżką nie jest, nie mogła wiedzieć, co zawiera koperta. Ja natomiast byłam święcie przekonana, że moi notariusze zgłosili spadek po Lavernie w polskim sądzie, i po prostu przyszło stamtąd zwyczajne zawiadomienie o uprawomocnieniu. Sama sobie jestem winna, że dopiero teraz się dowiaduję, iż od dwóch miesięcy jestem w separacji z Piotrkiem. No tak, to wiele wyjaśnia.
– I co teraz zrobisz? – zapytała Justyna głosem pełnym współczucia.
– Nic! Nie wiem! – odparłam podminowana. I rzeczywiście nie wiedziałam. Jedyne, co wiedziałam, to, że muszę z nim porozmawiać. Teraz, już, jak najszybciej.
– To Anka, prawda? – Justyna popatrzyła mi prosto w oczy. Odwzajemniłam spojrzenie.
– Nie wiem, Justyna. Zostaw. Sorry, nie mogę teraz o tym gadać. Obiecuję ci, że jeszcze przyjdę.
– Okej, idź i przychodź, kiedy chcesz. Nie musisz się zapowiadać, ja i tak jestem zawsze w domu. Przyjdź, Asia, jeśli czegokolwiek będziesz potrzebowała, nawet z kimś pomilczeć, to po prostu przyjdź.
(…)