Strona główna / Literatura światowa / Wiatr z północy

Aktualności

20.09.2019

Spotkanie z Marcinem Margielewskim w Łodzi

W sobotę 5 października o godz. 17.00 zapraszamy do Empik Manufaktura w Łodzi (ul.Karskiego 5) na spotkanie z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Była arabską stewardesą".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Wiatr z północy

Susan Abulhawa

Rozdział 26. Madżid

1981

Gdy wysiadłam z samolotu na libańską ziemię, powitał mnie podmuch ciepłego, suchego wiatru. Międzynarodowe lotnisko w Bejrucie było złowrogim miejscem za sprawą zbyt wielu karabinów, przytroczonych do zbyt wielu żołnierzy w mundurach. Lecz gardłowe, jedwabiste tony arabszczyzny zapulsowały we mnie, kiedy usłyszałam melodyjne nawoływania i odpowiedzi w ojczystym języku. Tak naprawdę to nic innego jak powietrzny taniec. Gdy przechodziłam przez wykrywacz metalu, mężczyźnie przy biurku zaproponowano herbatę. „Chwała twoim rękom”, podziękował, słysząc w odpowiedzi: „I twoim, i niech Allah darzy cię swoją łaską”. Nawoływania i odpowiedzi, co tańczą w powietrzu.
Po skończonej odprawie moją uwagę przykuł wysoki, chudy mężczyzna z obojętną miną, stojący z tabliczką z moim nazwiskiem. Miał głęboko osadzone ciemne oczy pod krzaczastymi brwiami, rzadki zarost i wydatne usta pod równiutkim wąsem, które na mój widok rozciągnęły się w uśmiechu.
Al hamdulillah ala salama – powiedział, wyciągając rękę. – Jestem Madżid. Przysłał mnie po ciebie twój brat.
– Niech Bóg strzeże i ciebie – odrzekłam. Nawoływania i odpowiedzi.
– Od razu cię rozpoznałem. Wyglądasz zupełnie jak Jusef.
– Oboje jesteśmy podobni do matki.
Z uśmiechem sięgnął po mój bagaż.
Ruch na ulicach Bejrutu odbywał się zrywami przy wtórze ryczących klaksonów. Rowery śmigały między samochodami, a Madżid prowadził cierpliwie wśród tego zgiełku, przepraszając za uliczną „łacinę”, gdy wąsaci kierowcy, spoceni i podminowani, obrzucali się nawzajem kwiecistymi obelgami. Arabskie przekleństwa to często nic innego jak niczym nieuzasadnione nawiązania do anatomii jakiejś krewnej. Ot, wzmianka. „Jedź, durniu! Nie bądź cipą swojej matki”. Albo: „Na co czekasz, baranie? Ty cipo swojej siostry!” No i nieodzowne: „Klątwa na twojego ojca i jego ojca!”.
Wśród tego pandemonium handlarze sprzedawali gazety, kwiaty i słodycze, a woń świeżego chleba – na straganach leżał kaak1 z kruszonym tymiankiem i serem – sączyła się poprzez zmysły do wspomnień o Palestynie.
– Dobrze znów stanąć na arabskiej ziemi – pomyślałam głośno.
– Ponoć chwilę cię tu nie było – odrzekł po krótkiej chwili Madżid.
– Tak, chwilę.
– Wybacz. Nie chciałem być wścibski.
– Nic nie szkodzi. Wyjechałam na stypendium i nie mogłam wrócić do Dżeninu. Wiesz, jak to jest po długiej nieobecności. Izraelczycy niechętnie wpuszczają z powrotem… – Poza tym nie miałam do czego, do kogo wracać. I prawdę powiedziawszy, chciałam być Amerykanką. Spakować bagaż przeszłości i tragedii i dla odmiany zostać Amy.
Zwróciłam głowę do otwartego okna, aby uciąć temat i wciągnąć w płuca aromat gorącego dżibneh2 i zaataru3 na sezamowym kaaku z ulicznych straganów.
Madżid zawołał przez okno i sprzedawca, szczupły, dobroduszny staruszek, podszedł z dwoma kaakami zawiniętymi w gazetę.
– Niech Bóg obdarzy cię długim życiem, hadż – podziękował mu Madżid i zapłacił.
– I zapewni szczęście tobie i twojej rodzinie, synu – odpowiedział staruszek.
– Założę się, że dawno nie jadłaś. – Podał mi chleb. I znowu ten uśmiech.
Podziękowałam mu serdecznie.
– Chwała twoim dłoniom. Ulepione są z życzliwości i wielkiego serca.
– Wiedziałem, że w końcu się uśmiechniesz.
Nieśmiała kurtuazja Madżida przeczyła szorstkiej aparycji, która najpierw przyciągnęła moją uwagę.
– Kiedy byłem mały, często chodziłem z mamą na długie spacery i zawsze prosiłem, żeby kupiła mi coś pysznego – odparł łagodnymi słowami, przerywając ciszę.
Słuchałam w milczeniu, nie chcąc psuć mu wspomnień rozmową ani przerywać brzmienia jego głosu.
Ledwo mieścił się w poobijanym starym fiacie, lekko pochylając głowę, aby nie stuknąć w sufit, z kolanami tuż pod kierownicą. Zjedliśmy kaaki w słonecznej ciszy samochodu, z rzadka przerywanej rykiem klaksonu, przy zamkniętych oknach. Zaczerwienił się, gdy przerzucając biegi, przypadkowo musnął dłonią moją nogę.
– Wybacz. Bardzo przepraszam.
– Nic się nie stało.

Później, na dziurawych, częściowo tylko asfaltowych drogach ruch stał się nieco mniejszy.
– Czemu Jusef sam po mnie nie przyjechał?
– Patrz, wyleciało mi z głowy! – wykrzyknął, lekko stukając się w czoło. – Fatima urodziła. Masz bratanicę! – Oczy mu się rozszerzyły, jak zawsze u posłańców dobrych nowin. – Jusef liczył na chłopca, lecz i tak jest w siódmym niebie – dodał.
Jestem ciotką!
– Czy nie wszyscy Arabowie pierwszego wolą chłopca? – zażartowałam, czując się coraz swobodniej. Roześmialiśmy się.
– Ja właściwie marzę o córce. Dałbym jej na imię Sara, po matce, niech spoczywa w pokoju. Ale niech się dzieje wola Allaha – odpowiedział Madżid. Miał głos jak aksamit, z jego profilu biła pewność siebie, a obecność tego mężczyzny działała na mnie krzepiąco. Wygląda jak Che Guevara.
Szatila była jednym z trzech obozów dla uchodźców na terenie Bejrutu. Obok znajdowała się Sabra, obie zaś przypominały obóz w Dżeninie, labirynt lepianek z betonu i gliny, wyrosłych z poniżenia nędznych namiotów dla Palestyńczyków, którzy uciekli przed wojną 1948 roku. Ścieki odprowadzano za pomocą drenów na ulice, na których malcy puszczali papierowe stateczki.
Gdy wokół zaroiło się od dzieci, wiedziałam, że jesteśmy na miejscu. W dzieciństwie robiliśmy tak samo. Napastowaliśmy zwłaszcza gości i przedstawicieli ONZ, pchając się przed obiektywy ich aparatów fotograficznych. Wprawdzie nigdy nie dane nam było zobaczyć tych zdjęć, lecz kłóciliśmy się o to, kto zajmie lepsze miejsce. Widok dzieci w Szatili uświadomił mi, jak sama musiałam wyglądać, nadgorliwa i zachłanna. Lecz, prawdę powiedziawszy, byliśmy podekscytowani każdą wizytą i z rozkoszą grzaliśmy się w cieple zachodniej chwały. Pragnęliśmy tylko aprobaty tych ludzi, wyrażanej błyskiem flesza, uśmiechem, pytaniem, a czasem słodyczami, którymi zawsze sprawiedliwie dzieliłyśmy się z Hudą po połowie.
Madżid sięgnął do schowka i wyjął garść cukierków.
– Raz tak zrobiłem i zapamiętały. Teraz nie ważę się przyjeżdżać z pustymi rękami.
Madżid pośrodku, roześmiane dzieci dokoła, słodycz łakoci. Ależ kochałybyśmy go z Hudą w dzieciństwie!
– Doktor Madżid! Doktor Madżid! – wołały dzieci, a on spostrzegł zdumienie na mojej twarzy. Nie sądziłam, że jest człowiekiem wykształconym. Patrzyłam na niego oczami Amy. Zauważył to. Teraz opuściłam wzrok, zakłopotana swym bezpodstawnym, pochopnym osądem.
Białe słońce podążało za nami przez zaśmiecone miasto do domu Fatimy i Jusefa. Był to jednopiętrowy budynek z dwoma wyszczerbionymi schodkami, prowadzącymi do frontowych drzwi. Podobnie jak w pozostałych domach, jego dach zrobiono z arkuszy blachy falistej i azbestu, które unieruchomiono kamieniami, starymi oponami, czymkolwiek – dla ochrony przed wiatrem. Na zewnątrz zebrał się tłumek około dwudziestu mężczyzn, którzy siedzieli na czym popadło, śmiejąc się, paląc i podając sobie tackę z knafe, serowym przysmakiem w słodkim syropie. Niewątpliwie świętowali narodziny mojej bratanicy.
Był wśród nich.
Jusef! Mój brat, dobry Boże!
Po trzynastu latach rozłąki dzieliła nas odległość może dwudziestu kroków. Tyle co nic. Krótki spacer udeptaną ścieżką, gdzie klatka z kanarkiem i kwiaty w doniczkach próbowały zadać kłam ubóstwu.
– Amal! – Zobaczył mnie i zerwał się na równe nogi, nawoskowane wąsy zawinęły się do góry, ponad jego uśmiechem.
Rzuciłam torebkę i podbiegłam do niego. Bezpieczna w objęciach Jusefa, pozostałam w nich, jak długo mogłam, usiłując odzyskać utracone lata na jego rozłożystej piersi, tak bardzo przypominającej pierś ojca. Ramiona brata złagodziły na chwilę moją samotność.
Na podwórku grupa kobiet, żon zgromadzonych mężczyzn, czuwała nad matką i dzieckiem. Na nasz widok zerwały się, by mnie uściskać.
– Miło wreszcie cię poznać! – powtarzały jedna przez drugą. – Fatima tyle o tobie opowiadała.
Kobieta w czerwonej chuście w kropki zacisnęła usta.
– Wspomniała też, że postrzelili cię w dzieciństwie. Oby Allah wystrzelał ich wszystkich.
– Amen – uzupełniła druga. – Proszę, częstuj się herbatą. I knafe.
Najstarsza z nich, w tradycyjnej haftowanej thobe i białej chuście na głowie, podniosła się z pewnym wysiłkiem, przerywając pozostałym.
– Myślicie, że przyszła tu do was czy do rodziny i dziecka? – Wprowadziła nas do głównego pomieszczenia trzyizbowego domu mojego brata. Całość uzupełniały kuchnia i łazienka.
Fatima wyglądała niczym pogrążona w śpiączce, wyczerpana ponaddwudziestogodzinnym porodem, a moja malutka bratanica spała obok niej jak aniołek. Dali jej na imię Falastin, co po arabsku znaczy „Palestyna”.
– Bardzo oryginalnie – zażartowałam pod adresem Jusefa, który wziął córeczkę na ręce.
To dopiero był widok, kawał chłopa z taką kruszynką w objęciach. Kiedy myślę o nim dzisiaj, widzę tamtą chwilę bezgranicznego oddania rodzinie. I wciąż słyszę jego słowa:
– Oto trzymam w rękach najdoskonalsze z dzieł bożych. Twoja kolej, siostrzyczko!
– Ismallah, ismallah! – Ostrożnie wzięłam dziecko, z sercem stąpającym na palcach w tej świątyni miłości. Słodko ziewnęła, więc przysunęłam się bliżej, aby wciągnąć w płuca jej oddech. Nie ma nic równie czystego, jakby Bóg tchnął weń część siebie. W oddechu Falastin wyczułam powiew boskiej obietnicy, przekazanej również nam.
Ułożyłam bratanicę przy matczynej piersi, patrząc, jak brat, przepełniony miłością, przenosi wzrok z żony na nowo narodzoną córkę. W obozie, który Izrael nazwie później „wylęgarnią terrorystów” i „ośrodkiem przemocy”, byłam świadkiem uczucia, które przewyższyło wszystko.

Później, gdy znaleźliśmy się we dwoje z bratem, nadeszła odpowiednia chwila.
– Mam coś dla ciebie – powiedziałam, wyjmując z kieszeni fajkę ojca. Uroczyście wręczyłam mu zawiniątko, tak jak przed laty Ammo Jack O’Malley wręczył je mnie, gdy przyjechaliśmy do Jerozolimy.
Wstał przejęty moim namaszczeniem. A gdy w powietrzu rozniosła się woń ojcowskiego tytoniu, zamarł w bezruchu. Opuścił ramiona i po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, jak mój brat płacze.
– Skąd ją masz? – spytał, ocierając łzy.
Ciągłe, wszechobecne pragnienie spędzenia z ojcem choćby jednej chwili dłużej zwieńczyło kolejne godziny bliskości między bratem i siostrą, którzy odnaleźli się jako dorośli ludzie. Przepraszał, że zostawił mnie w Dżeninie. Zabrałby mnie ze sobą, gdyby mógł.
– Wybacz, że nie byłem przy tobie po śmierci mamy. – Dopiero po roku dowiedział się, że zostałam postrzelona. Życie nie było łatwe. Nie dla mnie. Ale znów byliśmy rodziną i pojawiło się dziecko, obietnica, której mogliśmy się trzymać. – Nie wiedziałem, co innego robić, Amal. Ale chcę ci to wynagrodzić. Od tej pory będę przy tobie.
– Starałeś się, braciszku. Wiem o tym – odpowiedziałam.
– Są rzeczy, o których ci nigdy nie mówiłem – zaczął Jusef. Popatrzył na swoje dłonie, jakby najpierw składał tam słowa, nim wypowiedział je na głos. – Nasz brat Ismael, dziecko zaginione w 1948 roku, żyje – dodał, spoglądając na mnie badawczym wzrokiem.
Zdziwił się na wieść o tym, że wiem, a przynajmniej zawsze to podejrzewałam, odkąd podsłuchałyśmy z Hudą, jak opowiada o Jahudim, którego zwą Dawidem.
– Huda też wie?
– Nie wydaje mi się, aby twoje słowa wywarły na niej takie samo wrażenie, jak na mnie. W każdym razie nigdy o tym nie rozmawiałyśmy.

Kiedy Fatima się obudziła, mój brat jej usługiwał, po czym wszyscy troje świętowaliśmy spotkanie po latach, podjadając nablus dżibneh4 i arbuza. Potrafię dziś odtworzyć w myślach ten dzień, ale w głowie pozostały mi same obrazy, bez dźwięku. Obraz chwały matki i dziecka, odmierzany miarowym ruchem niemowlęcej główki przyssanej do piersi. Fatima wygląda pięknie, wprost promienieje. Ktoś mówi coś zabawnego i widzę srebrną plombę w zębie Jusefa, gdy śmiejąc się, otwiera usta. Chleb – duży, cienki irański khobz, który uwielbiam – przechodzi z rąk do rąk.
Potem Jusef z dumą obchodzi obóz z dzieckiem w ramionach. Biorę małą na chwilę, a on zapala ojcowską fajkę, napełniwszy ją świeżym tytoniem. Wciąga dym, powieki mu opadają, usta rozszerzają się w nostalgicznym uśmiechu. Otwiera oczy i nurzamy się w krzepiącym zapachu, wskrzeszającym ojca. Czytam z ruchu warg brata, lecz nie słyszę dziś słów: „Tata i mama zatańczyliby dzisiaj”. Od dziecka marzył, by zatańczyli ponownie, jak wówczas, kiedy Dżiddo Jehja powrócił z Ein Hod z zakazanym owocem i wszyscy uchodźcy świętowali do późna.
Tamtego wieczoru w Szatili zrobiłam mnóstwo zdjęć, ale jedno cenię szczególnie, oprawiłam je i postawiłam na kominku. Przywołuje szczęśliwą atmosferę owego dnia. To zdjęcie opuści kiedyś mój dom jako dowód zabrany przez CIA, a ja będę rozpaczliwie szukać negatywu, by wywołać drugie. Mój brat z szerokim uśmiechem patrzy na swą pierworodną Falastin, a Fatima, miłość jego życia, stoi wsparta ufnie o ramię męża w ciasnym mieszkanku obozowego miasta.

Tamtego lata w Libanie bardzo się z Fatimą zżyłyśmy. Przestałam być małą dziewczynką, która nosiła ich listy i na bosaka biegała po obozie, i stałam się młodą kobietą, którą ona mogła wziąć pod swoje skrzydła. Dzieliłyśmy się obowiązkami, odmierzając czas postępami Falastin, a Fatima postawiła sobie za cel mnie wyswatać.
Wzięła na celownik tylko jednego mężczyznę, który w podobnych okolicznościach jak ja dostał się na studia. Też był uchodźcą bez rodziców, który zdobył ONZ-owskie stypendium i spędził jedenaście lat w Oksfordzie, zdobywając specjalizację chirurga naczyniowego.
Oczywiście udawałam, że w ogóle mnie to nie interesuje. Ale Fatima podpuszczała mnie, żartując, że w moim wieku muszę być strasznie sfrustrowana bez mężczyzny.
– Pewnie coś o tym wiesz, skoro po raz pierwszy uprawiałaś seks dopiero w wieku trzydziestu dwóch lat! – odparowałam.
– Owszem. I warto było czekać!
– Błagam. Nie chcę nic słyszeć o seksualnych wyczynach mojego brata! – krzyknęłam, zatykając uszy.
Wybuchnęła śmiechem. Lecz gdy przyznałam się do serii nieudanych związków w Stanach, spoważniała.
– Zdaje mi się, że większość Amerykanów nie kocha tak, jak my. I nie chodzi tu bynajmniej o jakąś wewnętrzną ułomność czy niedostatek. Oni egzystują w bezpiecznych, płytkich rejonach, rzadko zapuszczając się w głąb takich emocji, z jakimi my obcujemy na co dzień. Widzę, że nie bardzo rozumiesz. Weźmy na przykład strach. Nasz zwykły strach to dla innych prawdziwa groza, gdyż zostaliśmy znieczuleni widokiem wiecznie wycelowanej w nas broni. Natomiast groza w naszym pojęciu to coś, czego wielu ludzi Zachodu nigdy nie doświadczy. Okupacja izraelska od dziecka pcha nas na granice własnych emocji i w końcu wpadamy w absolutne skrajności.
Korzenie naszej udręki są tak nierozerwalnie splecione z poczuciem straty, że traktujemy śmierć jak członka rodziny. Najchętniej unikalibyśmy go jak ognia, co nie zmienia faktu, że jest jednym z nas. Nasz gniew to furia niepojęta dla ludzi Zachodu. Nasz smutek wzruszyłby kamienie. Z miłością jest podobnie, Amal.
Tę miłość znasz, tylko jeśli doświadczyłeś głodu, od którego skręcało cię w środku. Jeśli ktoś zasłonił cię przed bombą spadającą z nieba i kulą, która miała cię przeszyć. To miłość, co rzuca się bez strachu ku nieskończoności. Miłość, w której mieszka Bóg.
W długim bytowaniu z dala od siebie, w miłości rozkwitłej na wojnie, Jusef i Fatima odkryli ten sekret.

Madżid przyszedł do mojego brata w piątek po modlitwie. Właśnie mijały dwa tygodnie, odkąd podjęłam pracę w ONZ-owskiej szkole dla dziewcząt. Był to również dzień przełomowy, bo mała Falastin po raz pierwszy się uśmiechnęła.
– To lekarz, o którym ci mówiłam – szepnęła Fatima, mijając mnie z orzeszkami i kawą na tacy dla gościa.
Mężczyzna, z którym chciała mnie skojarzyć, był tym samym, który odebrał mnie z lotniska.
Fatima postanowiła kuć żelazo, póki gorące, i zaproponowała, by Madżid pokazał mi miasto, gdyż przez cały miesiąc pobytu nie wysunęłam nosa z obozu. Zawahał się, a mnie ogarnęło zakłopotanie. Plan Fatimy był oczywisty i sytuacja stała się krępująca. Jusef nie był zachwycony, że jego niezamężna siostra miałaby się pokazywać z mężczyzną. Oczywiście ufał Madżidowi. Ale wszystko po kolei. Jak należy.
– Przecież Amal mogłaby ci pomóc przy porodach. – Fatima nie dała się zbić z tropu.
Madżid udzielał się w obozie jako ochotnik, w związku z czym asystował przy wielu porodach.
– Um Jusef, pokój jej duszy, była akuszerką i nauczyła Amal wszystkiego – ciągnęła Fatima. – We dwie odbierały porody w Dżeninie.
Dalia i ja byłyśmy zespołem.
Madżid zwrócił się do Jusefa; to jego głos był decydujący. Brat nie zaoponował i Madżid ucieszył się z tej propozycji.
– Um Laith ma rodzić w przyszłym tygodniu – powiedział. Będzie to dla niego wielka pomoc i zaszczyt, jeżeli wezmę na siebie część odpowiedzialności. Jeśli jestem zainteresowana, ma się rozumieć.
Spojrzałam na brata, by potwierdzić, że ostatnie słowo należy do niego. Docenił ten gest.
– Nie mam nic przeciwko temu. Niech Allah da wam siłę. – Związek siostry z najlepszym przyjacielem dopełniłby jego szczęście. Chciał tylko nadać rzeczom właściwy bieg. Dotrzymać słowa danego ojcu i mnie.
I uśmiechnął się swym sztubackim uśmiechem, wymieniając z Fatimą porozumiewawcze spojrzenie.
(…) 


1 Kaak – rodzaj pieczywa, rolada sezamowa.
2 Dżibneh – ser.
3 Zaatar – kruszony tymianek, kurkuma i sezam. 
4 Nablus dżibneh – gatunek owczego sera.