Strona główna / Dla dzieci i młodzieży / Zapomniane

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Zapomniane

Cat Patrick

Rozdział 2.

Sala gimnastyczna jest blisko wyjścia, więc jako jedne z pierwszych znajdujemy schronienie na parkingu dla grona pedagogicznego. W otoczeniu dziwnej zbieraniny pojazdów, od starego kombi po wiśniowoczerwone porsche, patrzę, jak uczniowie z apatią wylegają z betonowego bloku, w którym mieści się nasze liceum. Zupełnie jakby byli ognioodporni.
Oczywiście, nie wierzę w wybuch pożaru. Przypuszczam, że jakiś dureń włączył alarm dla jaj, tylko że zabrakło mu pomyślunku, żeby przewidzieć, że razem z całą resztą będzie musiał stać przez godzinę na zimnie, czekając, aż przyjadą strażacy, którzy sprawdzą cały budynek i dopiero wtedy wyłączą tę zgrzytliwą syrenę.
Wieje wiatr i wydaje mi się, że widzę tumany śniegu. Żeby nie zmarznąć, z każdym podmuchem coraz mocniej się kulę. Ale to nic nie daje.
Rozplątuję bezładny węzeł na karku i rozpuszczam włosy w nadziei, że okryją mnie jak szalik. Ale wiatr natychmiast porywa ognistorude kędziory, oślepiając mnie i jednocześnie chłoszcząc nimi po twarzy.
Gdy zbierają się uczniowskie hordy, słyszę szepty i chichoty, przypuszczalnie z mojego stroju. I przysięgam, że usłyszałam pstryknięcie aparatu w komórce, ale zanim wyjrzałam zza burzy włosów, sprawca zdążył schować narzędzie zbrodni. Mimo to echo śmiechów z wnętrza ścisłego kręgu cheerleaderek gra mi na nerwach.
Wpatruję się w ich plecy, aż Alex Morgan zarzuca lśniącymi czarnymi włosami, odwraca się i spogląda mi prosto w oczy. Jestem niemal pewna, że przed opuszczeniem budynku w ostatniej chwili podrysowała sobie jeszcze oczy czarną kredką. Grunt to priorytety.
Alex uśmiecha się z wyższością, odwraca do koleżanek i z ich kręgu znowu dobiegają śmiechy.
W tej chwili żałuję, że nie ma przy mnie Jamie, mojej najlepszej przyjaciółki. Dziewczyna ma swoje wady, ale nigdy nie stchórzyłaby w pojedynku z takimi sztucznymi lalami.
Samotna, w żółtej koszulce i z gołymi nogami, słyszę strzępy rozmów o planach na weekend, o kartkówce, która nas omija, i „zwińmy się stąd i pojedźmy po prostu do Reggiego na śniadanie, skoro już wyszliśmy z klasy”. Oplatam się ramionami jeszcze mocniej – częściowo po to, żeby osłonić się przed zimnem, a częściowo, żeby zasłonić kota.
– Ale wyczesana koszulka – mówi dźwięczny męski głos z nutką drwiny.
Lewą ręką zgarniam tyle włosów, ile mogę, i odwracam się w stronę, z której dobiegł.
I czas staje.
Najpierw widzę uśmiech. A potem stwierdzam, że przez drwinę wyraźnie przebija słodycz. Serce zaczyna mi mięknąć, chociaż jeszcze nie podniosłam wzroku na oczy, na których widok zupełnie stracę głowę. Lśniące, fiołkowoniebieskie, z ciemniejszymi cętkami, okolone rzęsami, których mogłaby pozazdrościć każda dziewczyna.
Patrzące na mnie.
Prosto na mnie.
I jeszcze bardziej roześmiane niż usta.
Gdyby obok mnie stał jakiś mebel albo ktoś mi życzliwy, wyciągnęłabym rękę i oparłabym się o niego, bo pojawienie się nieznajomego wytrąciło mnie z równowagi. Normalnie kolana się pode mną uginają.
O, kurde.
A potem wszystkie problemy znikają: koszulka, komórka, koszykówka, Alex Morgan... Nie ma niczego oprócz tego chłopaka.
Wygląda, jakby przyjechał prosto z Hollywood albo właśnie spadł z nieba. Mogłabym się na niego gapić przez cały dzień.
– Dzięki – mówię po nie wiadomo jak długiej chwili i mrugam z niedowierzaniem.
Jego twarz wygląda jakoś znajomo, ale bez żadnych złych skojarzeń. Zaraz, czy go pamiętam? Och, proszę, żebym go pamiętała.
Wertuję w głowie albumy z twarzami z kolejnych lat. Ale tej nigdzie nie ma.
Na ułamek sekundy robi mi się z tego powodu smutno. A potem optymizm bierze górę. Pewnie się mylę. Musi tam gdzieś być.
Na czym to stanęliśmy? Ach, tak, ubranie...
– Dzięki. Próbuję wylansować nową modę – żartuję.
Odwracam się tak, żeby wiatr odgarnął mi włosy z oczu, i z wysiłkiem odrywam wzrok od jego twarzy.
– Podobają mi się twoje buty – dodaję.
– Ee, dzięki – mówi z zakłopotaniem i spogląda na swoje czekoladowobrązowe converse’y. Nie ma nic więcej do powiedzenia na temat obuwia, za to rozpina i zdejmuje beżową bluzę z kapturem.
Zanim się zorientowałam, co się dzieje, okrywa mi nią ramiona i mam wrażenie, jakby osłonił mnie przed całym światem, a nie tylko żywiołami. Polarowa podszewka jest ciepła od jego ciała i pachnie leciutko mydłem, płynem do płukania tkanin i po prostu... facetem. Megafajnym facetem.
Stoi trochę za blisko jak na kogoś obcego, teraz tylko w koszulce wyglądającej na vintage, bo nigdy nie słyszałam o zespole, którego nazwa widnieje na piersi.
– Dzięki – powtarzam, jakby to było jedno z dzie-­­
sięciu słów po angielsku, jakie znam. – Ale nie jest ci zimno?
Śmieje się, jakby to było najgłupsze pytanie na świecie, i odpowiada po prostu:
– Nie.
Czy facetom nie może być zimno?
– Okej. No to dzięki – mówię po raz tysięczny w ciągu dwóch sekund.
– To naprawdę żaden problem – stwierdza. – Pomyślałem, że może ci się przydać. Robisz się sina – wyjaśnia, wskazując głową na moje nogi. – A tak w ogóle, to jestem Luke.
– A ja London – udaje mi się wykrztusić.
– Fajne imię – rzuca z uśmiechem. Dostrzegam dołeczek w jednym z jego policzków. – Łatwe do zapamiętania – dodaje.
Bardzo zabawne, myślę.
Z wywołanego przez Luke’a transu wyrywa mnie krzyk.
– London! Co ty na siebie włożyłaś?!!! – Jamie Connor woła tak głośno, że co najmniej pięć osób przerywa rozmowę i odwraca głowę w moją stronę. – Proszę, powiedz mi, że masz jakieś gacie pod spodem!
Cofam swoje życzenie: Już nie chcę, żeby się pojawiła. Teraz może sobie odejść. I to szybko.
– Ciii, Jamie, ludzie się gapią – przyciągam ją do siebie i próbuję uciszyć. Czuję perfumy, których moja najlepsza przyjaciółka będzie używać zawsze.
– Sorki. Ale wyglądasz katastrofalnie – dodaje, śmiejąc się pod nosem.
Gromię ją wzrokiem.
– Kiepski dzień? – pyta, biorąc mnie pod ramię.
– No – mówię ściszonym głosem, wciąż jak najbardziej świadoma obecności Luke’a. – Zapomniałam koszulki na WF. Znowu.
Jamie szturcha mnie współczująco łokciem, a potem zmienia temat:
– Nie chcę nawet pytać, kto pożyczył ci tę. Widziałaś tu może Anthony’ego? – pyta, rozglądając się w tłumie. Ale zainteresowanie Anthonym przechodzi jej gwałtownie, gdy jej wzrok pada na Luke’a. Mojego Luke’a. – Hej – mówi do niego.
– Hej – odpowiada on.
Nie patrzy prosto na Jamie i to mi się podoba.
– Kim jesteś? – pyta, przekrzywiając głowę jak ciekawski kot.
– Luke Henry – przedstawia się on i wreszcie obrzuca ją przelotnie wzrokiem. – To mój pierwszy dzień w Meridan. – Odwraca się i rozgląda po ludziach, jakby się nudził.
Zauważam, że cały czas ma pochyloną głowę, jakby nie chciał zwracać na siebie uwagi.
Jamie nie jest przyzwyczajona do tego, że chłopcy na nią nie patrzą, i szczerze mówiąc, przy kusej spódniczce i obcisłej bluzce, które moja przyjaciółka ma na sobie, dziwię się, że Luke nie jest zainteresowany. Tymczasem Jamie przestępuje z nogi na nogę, wypina biodro i nie daje za wygraną:
– W której jesteś klasie? – pyta.
– W jedenastej – odpowiada Luke.
– Jedwabiście. My też – oznajmia.
Mam nadzieję, że to już koniec, ale Jamie nie odpuszcza:
– Skąd pomysł, żeby zacząć szkołę już w piątek?
Luke zerka na Jamie, a potem spogląda mi w oczy i znowu widzę te iskierki. Już się nie nudzi.
– Nie miałem dziś nic lepszego do roboty – rzuca rzeczowym tonem. – Rozpakowaliśmy się. Więc czemu nie?
– Kapuję... A skąd przyjechaliście?
Niech ona już skończy!
– Z Bostonu.
– Nie masz akcentu – zauważa Jamie.
– Nie urodziłem się tam.
– Kapuję – oświadcza Jamie i odgarnia blond włosy z czoła.
To jedna z jej typowych zagrywek – będzie ją stosować w college’u i później. I chociaż to moja przyjaciółka, wysuwam pazurki. Musiałam wyraźnie zesztywnieć, bo Jamie odsuwa się trochę, żeby mi się przyjrzeć. Patrzy na Luke’a, potem znowu na mnie.
– Hmm – mruczy i boję się, że zaraz wypowie na głos to, co i tak jest oczywiste, ale zamiast tego kontynuuje przesłuchanie: – To gdzie mieszkałeś przed Bostonem...
Przerywa jej nagła głucha cisza. Wyłączyli alarm. Dyrektor Flowers bierze megafon i zaczyna zaganiać nas z powrotem do środka tonem, który wyraźnie sugeruje, jak bardzo nienawidzi każdej minuty na jawie spędzonej w naszej obecności.
Jamie i ja patrzymy na siebie, a potem wybuchamy śmiechem na dźwięk dudniącego głosu wydobywającego się z ust konusowatego dyra. Przynajmniej ja z tego się śmieję.
Kiedy nam przechodzi, spoglądam znowu na Luke’a. To znaczy, chcę na niego spojrzeć, ale jego już nie ma.
Rozglądam się więc nerwowo, lecz w morzu ciemnych ubrań rzucają się w oczy tylko jaskrawe czerwono-biało-czarne swetry cheerleaderek. Stanowczo nie o nie mi chodziło. Zaczynam wpadać w panikę jak wtedy, gdy człowiek zgubi coś, co naprawdę lubi, na przykład ulubiony zegarek, długopis albo dżinsy.
Ruszamy teraz z miejsca, Jamie i ja, ręka w rękę. Właściwie jestem prawie pewna, że właśnie dlatego się poruszam: Jamie mnie ciągnie.
Wreszcie widzę.
Czuję motylki w brzuchu, kiedy dostrzegam koszulkę Luke’a. Wciąż ma spuszczoną głowę i idzie powoli, ale bez wahania, manifestując luzacką obojętność i niewzruszoną pewność siebie. Na jego widok przebiega mnie przyjemny dreszczyk, a zaraz potem dopada rozczarowanie. Jak mógł tak po prostu sobie odejść? Przecież coś między nami zaiskrzyło, nie?
Zaiskrzyło, pożyczył mi bluzę, a potem sobie poszedł. A teraz wraca do klasy, jakby nic się nie stało. Jakby nigdy nie spotkał interesującej, chociaż niezbyt wysokiej rudowłosej dziewczyny.
Zaiskrzyło, a teraz Luke Henry z Bostonu to olewa, a ja, patrząc na jego oddalające się plecy, ściskam ramię przyjaciółki tak mocno, że ta posyła mi karcące spojrzenie i wyplątuje rękę z uścisku.
I natychmiast nastrój znowu mi siada, i czuję się jeszcze bardziej zdołowana niż rano, kiedy odkryłam, że padła mi komórka. Zabawne, jak możliwości dodają skrzydeł. Zabawne, jak rzeczywistość ściąga z powrotem na ziemię.
Patrzę na plecy Luke’a, który pięć metrów przede mną idzie korytarzem w stronę stołówki, mija salę gimnastyczną, rzędy szafek i klasy nauki jazdy oraz przysposobienia do służby wojskowej. Zupełnie jakby nic się nie stało. Kompletnie nic. Zresztą kto wie? Może rzeczywiście się nie stało.
Ale gdy Luke Henry skręca za róg i znika mi z oczu, jedno wiem na pewno. Jedna rzecz daje mi odrobinę odrobiny nadziei, że jeszcze się zobaczymy. Jego bluza na moich plecach.

– Jak minął dzień? – pyta mama, gdy wskakuję do naszego priusa.
– W porządku – mówię, włączając radio.
– Wygląda na to, że jednak przeżyłaś bez swojej komórki. Wydarzyło się coś ciekawego?
Wyjeżdża ze szkolnego parkingu i skręca w stronę domu.
Wzruszam ramionami i mówię:
– Mamy w klasie nowego chłopaka.
Mama zerka na mnie, a potem spogląda znowu na drogę. Widzę, że usiłuje powstrzymać uśmiech, ale bez skutku.
– Przystojny? – pyta i mimowolnie ja też się uśmiecham.
– Tak.
– Jak ma na imię?
– Luke.
– Rozmawiałaś z nim?
– Trochę. Mieliśmy ćwiczenia przeciwpożarowe i akurat staliśmy obok siebie. Jest całkiem spoko.
Mama milczy przez chwilę, prawdopodobnie wyczuwając, że wolałabym skończyć tę rozmowę. Ale potem jak zawsze ulega ciekawości i jak gdyby nigdy nic zadaje jeszcze jedno pytanie:
– Miałaś go w swoich dzisiejszych notatkach?
Zastanawiam się, czy nie zmienić tematu albo nie rozkręcić radia jeszcze głośniej, ale ponieważ jest jedną z dwóch osób, z którymi mogę rozmawiać o swoim stanie, odwracam się i odpowiadam:
– Właśnie to jest najdziwniejsze!
– Co masz na myśli? – pyta podekscytowana.
– No bo nie było go w moich notatkach dziś rano, a przecież rozmawialiśmy całkiem długo i w ogóle – mówię. – Dziwne.
– Może po prostu zapomniałaś o nim napisać – podsuwa mama, podczas gdy wjeżdżamy właśnie w naszą ulicę.
Kręcę głową.
– Może – rzucam, żeby już o nim nie rozmawiać.
Tak naprawdę wiem, że nie ma mowy, żebym zapomniała napisać o Luke’u Henrym.
Jesteśmy prawie w domu, kiedy w schowku na rękawiczki dzwoni komórka mamy.
– Przepraszam, kochanie. Muszę odebrać.
– Nie ma sprawy – mówię zadowolona, że mogę sobie w spokoju pomarzyć.


Siedzę z długopisem w ręku w środku nocy i tracę resztki nadziei. Bluza Luke’a jest w praniu, ale jego twarz wkrótce zniknie. Przez trzy godziny usiłowałam znaleźć go w swoich wspomnieniach. Pytałam samą siebie: Czy mamy wspólnie jakąś lekcję? Czy będziemy z sobą chodzić? Czy będę go znała w następnych latach? Ale gdy zegar odlicza kolejne minuty do 4.33 nad ranem – godziny, w której mój umysł się resetuje, a pamięć zostaje skasowana – muszę przyznać, że nigdzie nie mogę Luke’a Henry’ego znaleźć.
Nie ma go w mojej przeszłości, co znaczy, że nie ma go też w mojej przyszłości.
Wreszcie przyjmuję to do wiadomości, choć prawda jest bolesna. Nie ma jednak czasu, żeby się rozczulać, a mój wybór jest ograniczony: mogę przypomnieć sobie w notatkach o kimś, kogo nie ma w moim życiu, albo przemilczeć go, żeby zaoszczędzić sobie tych wszystkich rozterek jutro.
O tak późnej porze, kilka minut od zresetowania mam już właściwie jedno wyjście. Zaciskam więc zęby, chwytam długopis i robię to, co muszę.
Okłamuję siebie.
(…)