Strona główna / Literatura światowa / W kleszczach lęku

Aktualności

23.06.2021

Wojciech Karolak nie żyje

Z ogromnym smutkiem żegnamy Wojciecha Karolaka, wybitnego jazzmana, świetnego autora, mądrego i dobrego człowieka, największego Zająca na świecie.

Wywiady

23.06.2021

Daję głos tym, którzy go nie mają - wywiad z Marcinem Margielewskim

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Marcinem Margielewskim. Z autorem książki "Koszmar arabskich służących" rozmawiał Artur Krasicki z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.07.2021

Rozmowa Agnieszką Cubałą

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Agnieszką Cubałą, autorką książki "Warszawskie dzieci '44. Prawdziwe historie dzieci w powstańczej Warszawie".

Bestsellery

TOP 20

  1. Koszmar arabskich służących Marcin Margielewski
  2. Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach Praca zbiorowa
  3. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

W kleszczach lęku

Henry James

Siedzieliśmy wokół kominka, słuchając opowieści, która trzymała nas w dość silnym napięciu. Poza oczywistą wzmianką o jej niesamowitym charakterze, zgodnym całkowicie z nastrojem, jaki tak dziwne opowiadanie może wywołać w Wigilię Bożego Narodzenia w starym dworze, nie przypominam sobie, by ktokolwiek dorzucił jeszcze jakąś uwagę. Wreszcie ktoś mimochodem napomknął, że jest to jedyny znany mu przypadek, w którym dziecku ukazało się widmo. Przypadek ten, pragnąłbym tu zaznaczyć, dotyczył pojawienia się zjawy w takim właśnie starym dworze, w jakim i myśmy się znaleźli przy sposobności – zjawy wyjątkowo okropnej, która objawiła się małemu chłopcu, śpiącemu w pokoju ze swoją matką; pełen grozy wskutek tego przeżycia chłopiec przebudził matkę; przebudził ją nie po to, by rozproszyła jego przerażenie i ułożyła go na nowo do snu, lecz po to, by zanim jej się to udało uczynić, sama również ujrzała widziadło, które tak nim wstrząsnęło. Dopiero to spostrzeżenie wywołało u Douglasa – nie zaraz, lecz później wieczorem – pewien oddźwięk, niepozbawiony ciekawych następstw, na które chcę zwrócić uwagę. Ktoś jeszcze coś opowiadał, nic szczególnego zresztą, czego, jak zauważyłem, on prawie nie słuchał. Wziąłem to za oznakę, że sam chce nam coś opowiedzieć i że należy tylko zaczekać. W rzeczywistości musieliśmy czekać jeszcze dwa dni. Tego zaś wieczoru, nim się rozeszliśmy, podzielił się z nami tym, co mu wówczas zaprzątało głowę.
– Zgadzam się w zupełności, jeżeli chodzi o ducha Griffina lub cokolwiek to było, że jego pojawienie się najpierw małemu chłopcu, tak przecież wrażliwemu w tym wieku, nadaje tej sytuacji szczególną wymowę. Wiem jednak, że ten fascynujący wypadek nie należy do wyjątków, jeżeli chodzi o dzieci. Jeśli dziecko tak potęguje atmosferę grozy, to cóż powiecie o dwojgu dzieci…?
– Powiemy oczywiście – wykrzyknął ktoś – że dwoje dzieci spotęguje ją dwukrotnie, a także, że chcemy o tym usłyszeć.
Widzę jeszcze Douglasa, jak wstaje, obraca się plecami do kominka i trzymając ręce w kieszeniach, patrzy na swego rozmówcę i mówi: „Nikt poza mną do tej chwili o tym nie słyszał. Ta historia jest aż nazbyt niesamowita”. Oczywiście kilka głosów orzekło, że owa okoliczność czyni całą sprawę tym bardziej godną uwagi, a nasz przyjaciel gotował swój triumf spokojnie, po mistrzowsku, i przenosząc wzrok ponad nami, ciągnął:
– To przechodzi ludzkie pojęcie. Nie znam nic takiego, z czym można by to choć trochę porównać.
Pamiętam, że zapytałem wtedy:
– Jeżeli chodzi o uczucie samego strachu?
Wydawało się, jakby chciał powiedzieć, że to nie jest takie proste, jak gdyby rzeczywiście sam nie wiedział, jak to określić. Przesunął ręką po oczach, a po jego twarzy przebiegł nikły grymas.
– Ze względu na okropne… okropność tej historii!
– Och – wykrzyknęła jedna z pań – ależ to wspaniałe!
Nie zwrócił na nią uwagi, spoglądał na mnie tak, jak gdyby widział nie mnie, lecz to, o czym mówił.
– Ze względu na ohydę i grozę, i ból.
– No, w takim razie – powiedziałem – siadaj i mów.
Odwrócił się do ognia, trącił nogą kłodę i przyglądał się jej przez chwilę. Potem znów stanął twarzą do nas i oznajmił:
– Nie mogę tego opowiedzieć. Będę musiał posłać do miasta.
Jęknęliśmy wszyscy; posypały się wyrzuty; wówczas, z charakterystycznym dla niego skupieniem, wyjaśnił:
– Ta historia została spisana. Leży w szufladzie pod kluczem… nie widziała światła dziennego przez długie lata. Mogę zawiadomić mojego służącego i dołączyć klucz; będzie mógł przesłać tutaj ten pakiet, kiedy go odszuka.
Wydawało się, że zwraca się z tym specjalnie do mnie; wydawało się, że niemal błaga o pomoc, aby przezwyciężyć wahanie. Przełamał warstwę lodu narosłą w ciągu wielu lat, miał swoje powody do tak długiego milczenia. Chociaż inni nie mogli pogodzić się z tym opóźnieniem, moim zdaniem, te jego skrupuły miały w sobie właśnie coś urzekającego. Wymogłem na nim przyrzeczenie, że napisze list i wyśle go pierwszą pocztą oraz że spotkamy się tu znowu jak najprędzej. Potem zapytałem Douglasa, czy wydarzenie, o którym mowa, przytrafiło się jemu osobiście. Odpowiedział mi od razu:
– Och nie, dzięki Bogu, nie!
– A te zapiski są twoje? Ty je sporządziłeś?
– Nie, wywarły tylko na mnie ogromne wrażenie. Zapisałem wszystko tutaj – wskazał ręką na serce – i nigdy tego nie zapomnę.
– A zatem ów manuskrypt…?
– Pisany jest atramentem, dziś już wyblakłym, i przepięknym charakterem pisma. – Znów zamilkł na chwilę. – Ręką kobiecą. Ich autorka od dwudziestu lat już nie żyje. Zapiski, o których mowa, przesłała mi przed śmiercią.
Teraz słuchali go wszyscy i jak zwykle znalazł się ktoś, kto z góry domyślał się wszystkiego bądź też chciał wyciągnąć wnioski. Trzeba przyznać, że jeżeli Douglas wysłuchał tej uwagi bez uśmiechu, to nie okazał również rozdrażnienia.
– Autorka, nadzwyczaj urocza osoba, liczyła jednak dziesięć lat więcej ode mnie. Była guwernantką mojej siostry – wyjaśnił ze spokojem. – Kobieta wyjątkowo sympatyczna, najsympatyczniejsza spośród wszystkich guwernantek, jakie kiedykolwiek znałem; mogłaby doprawdy objąć każde stanowisko. Było to już dawno temu, a ten wypadek zdarzył się jeszcze znacznie wcześniej. Studiowałem wówczas w Trinity College i zastałem ją w domu po przyjeździe latem na wakacje po ukończeniu drugiego roku. Tego lata prawie się stamtąd nie ruszałem… było ono piękne. Gdy nie miała zajęć, chodziliśmy do ogrodu na spacery i pogawędki… a jej uwagi zawierały tyle rozsądku i tak była przy tym miła, że mnie wprost oczarowała. Ależ tak, nie uśmiechajcie się. Polubiłem ją ogromnie i rad jestem po dziś dzień, gdy pomyślę, że i ona mnie lubiła. Nie opowiedziałaby mi tego, gdyby mnie nie lubiła. Nikomu innemu o tym nie opowiadała. Wiem, że tak było, chociaż nigdy mi tego nie mówiła, po prostu sam się domyśliłem. Byłem tego pewny; to dało się zauważyć; sami osądzicie dlaczego, po wysłuchaniu tej historii.
– Czy dlatego, że było to tak straszne? – Nie odrywał ode mnie wzroku.
– Sami łatwo to osądzicie – powtórzył. – Przeko­nacie się.
Z kolei ja utkwiłem w nim wzrok.
– Rozumiem. Była zakochana.
Po raz pierwszy się roześmiał.
– Ależ jesteś bystry. Tak, była zakochana. To znaczy, była kiedyś zakochana. To wyszło na jaw… nie mogłaby mi opowiedzieć tej historii, nie zdradziwszy się jednocześnie. Uprzytomniłem to sobie, a ona pojęła, że się domyślam; żadne z nas jednak o tym nie wspominało. Pamiętam, kiedy to było i w którym miejscu… narożnik trawnika, cienie wielkich buków i to długie, upalne letnie popołudnie; otoczenie nie miało w sobie nic niepokojącego, lecz, och…!
Odszedł od kominka i opadł z powrotem na krzesło.
– Czy otrzymasz tę przesyłkę w czwartek rano? – zapytałem.
– Przypuszczam, że dopiero z drugą pocztą.
– A więc dobrze, po obiedzie…
– Spotkamy się tu wszyscy? – Spojrzał po nas wszystkich ponownie. Czy nikt nie wyjeżdża? – W jego głosie przebijała niemal nadzieja.
– Wszyscy pozostają!
– Ja zostaję… i ja zostaję! – wołały te panie, których odjazd był już postanowiony.
Pani Griffin poprosiła jednak o wyjaśnienie jej pewnych szczegółów.
– W kimże ona się kochała?
– Dowiemy się tego z opowieści – odpowiedziałem za niego.
– Och, nie mogę się już doczekać!
– Opowieść nie wyjawi tego dosłownie – powiedział Douglas – nie wyjawi tego w zwyczajny, pospolity sposób.
– Tym bardziej należy żałować. Tylko wówczas mogłabym wszystko zrozumieć.
– Nie powiesz nam tego, Douglasie? – zapytał jeszcze ktoś.
Ponownie zerwał się z krzesła.
– Tak… jutro. Teraz muszę pójść do łóżka. Dobranoc.
I pochwyciwszy szybko lichtarz, wyszedł, pozostawiając nas samych w pewnym oszołomieniu. Zgromadzeni w rozległym, brązowym holu słyszeliśmy odgłos kroków Douglasa na schodach, po czym odezwała się pani Griffin:
– No, jeśli się nie dowiedziałam, w kim ona się kochała, to wiem jednak, kim on był.
– Była o dziesięć lat starsza – rzekł na to jej mąż.
– Raison de plus… w tym wieku! Ale to naprawdę ładnie z jego strony, że przez tyle lat zachował dyskretne milczenie.
– Czterdzieści lat! – wtrącił Griffin.
– I naraz taka reakcja!
– Ta reakcja – odparłem – spowoduje, że czwartkowy wieczór stanie się dla nas niezwykłym wydarzeniem.
Wszyscy zgodzili się ze mną tak skwapliwie, że w obliczu tej sprawy nie zwracaliśmy uwagi na nic innego. Ostatnia z rzędu historia, jakkolwiek niecała i przypominająca raczej pierwszy odcinek powieści w gazecie, została rozpoczęta; uścisnęliśmy sobie nawzajem dłonie, „trąciliśmy się”, jak ktoś się wyraził, lichtarzami i ruszyliśmy na spoczynek.
Wiedziałem następnego dnia, że list wraz z kluczem został wysłany pierwszą pocztą do Londynu. Pomimo – a może właśnie dlatego – że pogłoski na ten temat zaczęły się prawdopodobnie rozpowszechniać, daliśmy spokój Douglasowi nawet po obiedzie, dopóki nie nastała pora wieczorna, najbardziej odpowiednia, jeśli chodzi o tego rodzaju emocje, jakie spodziewaliśmy się przeżyć. Potem nasz towarzysz stał się tak rozmowny, jak tylko można było sobie tego życzyć, i wyjawił nam nawet, jakie są tego powody. Dowiedzieliśmy się o tym, zebrani znowu przed kominkiem w holu, tak samo jak ubiegłego wieczoru, kiedy tak bardzo podrażnił naszą ciekawość. Okazało się, że opowieść, którą nam obiecał przeczytać, rzeczywiście wymagała kilku słów wstępu, abyśmy mogli wszystko należycie zrozumieć. Muszę tu wyraźnie zaznaczyć, by więcej do tego nie powracać, że tę opowieść, którą przepisałem później słowo w słowo, podam tutaj bez żadnego wstępu. Biedny Douglas przed śmiercią – gdy widział, że już się do niego zbliża – mnie powierzył manuskrypt.
Wtedy otrzymał go na trzeci dzień i w tym samym miejscu przy kominku, czwartego dnia wieczorem, wywołując niesłychane wrażenie, zaczął go czytać przed naszym pogrążonym w milczeniu gronem. Panie, mimo zapewnień, że wytrwają, zaczęły się powoli usuwać, i oczywiście, dzięki Bogu, nie dosiedziały do końca; pożegnały się pod pozorem poczynionych dawniej planów, choć przedtem umierały z ciekawości wywołanej uwagami, którymi Douglas nas tak zaintrygował. Ich odejście jednak przyczyniło się tylko do tym większej zwartości i doboru niewielkiego końcowego grona słuchaczy, skupionych wokół kominka, urzeczonych tym, czego wspólnie słuchali.
Z pierwszej wzmianki dowiedzieliśmy się, że pisemne oświadczenie ukazuje wypadki późniejsze, a nie te, od których historia się zaczęła. Według znanych Douglasowi szczegółów jego dawna przyjaciółka, najmłodsza spośród kilku córek ubogiego wiejskiego pastora, licząca podówczas dwadzieścia lat, miała objąć po raz pierwszy stanowisko wychowawczyni. W tym celu przybyła do Londynu, drżąc z przejęcia, gdyż miała stawić się osobiście w związku z ogłoszeniem, w wyniku którego nastąpiła wcześniejsza krótka wymiana korespondencji. Osoba, która dała ogłoszenie, chciała teraz poznać kandydatkę i powziąć decyzję o jej przydatności. Młoda dama przybyła na Harley Street, do domu, który wydawał jej się ogromny i imponujący. Przyszły jej chlebodawca okazał się dżentelmenem, kawalerem w kwiecie wieku, postacią, o której spłoszona, lękliwa dziewczyna z probostwa w Hampshire mogła marzyć tylko w snach lub też czytać w jakimś starym romansie. Należał do tego typu ludzi, których da się określić bez trudności, do typu, który na szczęście nigdy nie wymiera. Był przystojny, pewny siebie i miły, szczery, wesoły i dobry. Uderzyły ją – nie mogło być inaczej – jego kurtuazja i wielkoduszność, lecz najbardziej ujął ją i jednocześnie dodał jej odwagi – którą później wykazała – tak traktując ich spotkanie, jak gdyby to ona czyniła mu przysługę, a on zaciągał wobec niej nieoceniony dług wdzięczności. Wyobrażała sobie, że musi być bogaty, lecz straszliwie rozrzutny – widziała go w splendorze życia najwyższych sfer, w blasku męskiej urody, w przepychu luksusowych przyzwyczajeń, w uroku czarującego obejścia wobec kobiet. Miał w mieście wielki dom, wypełniony trofeami z podróży i wypraw myśliwskich. Życzył jednak sobie, by młoda dama udała się natychmiast do jego dworu na wsi w hrabstwie Essex, który stanowił starą posiadłość rodzinną.
Śmierć obojga rodziców jego bratanka i bratanicy w Indiach pociągnęła za sobą konieczność zaopiekowania się dwojgiem małych dzieci młodszego brata, wojskowego z profesji, który zginął dwa lata temu. Skutkiem najdziwniejszego zrządzenia losu, które dotknęło człowieka w jego położeniu – samotnego, bez żadnego doświadczenia w tej dziedzinie i bez odrobiny cierpliwości – owe dzieci ciążyły mu bardzo. Wszystko to było niesłychanie kłopotliwe i z pewnością popełnił cały szereg błędów, lecz pełen litości dla biednych sierot robił dla nich, co tylko mógł. Przede wszystkim wysłał je do swej drugiej rezydencji; wieś bowiem była oczywiście najbardziej odpowiednim miejscem dla dzieci; toteż od samego początku przebywały tam pod opieką najlepszych wychowawców, jakich tylko mógł znaleźć. Zrezygnował nawet z własnych służących dla wygody tych obojga biedactw i odwiedzał je, gdy tylko czas mu pozwalał, by przekonać się osobiście, jak im się wiedzie. Sytuacja byłaby o wiele znośniejsza, gdyby dzieci miały jeszcze innych krewnych i gdyby własne sprawy tak bardzo go nie absorbowały. Pozostawił im do dyspozycji dwór w Bly, gdzie miały zapewnione dobre warunki i były bezpieczne. Głową ich małego gospodarstwa mianował – choć tylko na niskim szczeblu – panią Grose, dawną pokojówkę jego matki, kobietę wyjątkowo porządną, którą, był przekonany, jego rozmówczyni polubi. Teraz prowadziła im dom, a jednocześnie sprawowała tymczasowy nadzór nad małą dziewczynką, do której, nie mając własnych dzieci, była na szczęście bardzo przywiązana. Nie brakowało tam ludzi do pomocy, lecz rozumiało się samo przez się, że młoda osoba, która tam się uda jako guwernantka, będzie miała najwyższy autorytet. Będzie też musiała podczas wakacji zająć się małym chłopcem, który przez cały okres szkolny przebywał w jednym z internatów, choć może był na to jeszcze za młody – lecz cóż innego można zrobić? – i który w związku ze zbliżającymi się wakacjami powinien lada dzień wrócić. Początkowo dziećmi zajmowała się pewna młoda pani, lecz nieszczęście chciało, że ją utraciły. Była to osoba zasługująca na najwyższy szacunek, zajmowała się nimi nader troskliwie aż do swojej śmierci, która spowodowała, ściśle mówiąc, wysoce kłopotliwą sytuację, toteż jedynym wyjściem, jakie pozostało, było wysłanie małego Milesa do internatu. Odtąd pani Grose zajęła się Florą, robiąc, co tylko mogła, aby ją nauczyć dobrych manier i właściwego postępowania; a poza tym mieszkali tam jeszcze kucharka, pokojówka, dziewczyna od krów, stary kucyk, stary stajenny i pewien stary ogrodnik, wszyscy również na wskroś porządni. (…)