Strona główna / Literatura światowa / Dom na szczycie klifu

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Dom na szczycie klifu

Hannah Richell

Prolog

Pociąg, niemal pusty, toczy się hałaśliwie przez łąki i pola uprawne ku betonowym przedmieściom. W najdalszym zakamarku ostatniego wagonu siedzi zgarbiona młoda kobieta. Włosy niczym woal zakrywają łzy. W dłoni ukrytej w kieszeni ściska zabytkową broszę. Muska palcami chłodny łuk i zaczyna go obracać w takt rytmicznego stukotu kół. Gdy nie potrafi się dłużej pohamować, odpina zatrzask i wbija szpilkę głęboko w ciało.
Mimo bólu nie cofa ręki. Wciska szpilkę jeszcze głębiej, aż ciepła krew spływa jej po nadgarstku i na podłodze przedziału pojawiają się karmazynowe rozpryski.
Wreszcie pociąg zwalnia z szarpnięciem. Piszczą hamulce.
Kiedy dociera do celu, dziewczyna wsuwa zakrwawioną broszę głęboko do kieszeni płaszcza, sięga po plecak i wychodzi na peron.
Ludzie mijają ją w pośpiechu. Dwie kobiety wołają coś do siebie, a potem padają sobie w objęcia. Wysoki mężczyzna w turbanie biegnie do bramki biletowej. Pryszczaty nastolatek przestępuje z nogi na nogę, z zadartą głową gapiąc się na tablicę odjazdów i pakując do ust frytki. Wokół panuje ruch i gwar, tylko dziewczyna stoi nieruchomo na peronie – jedyny stały punkt – oddychając głęboko.
Ignorując strzałki wskazujące drogę do metra, zarzuca plecak na ramię i rusza ku wyjściu do miasta. Przechodzi na pasach przez ruchliwą ulicę i skręca w lewo na most. W oddali majaczy Big Ben; jest za trzy dwunasta.
Idzie zdecydowanym krokiem; wie, dokąd zmierza i co powinna zrobić. Gdy jednak dostrzega rzekę, wzdryga się na widok ruchomej czarnej masy, torującej sobie drogę przez miasto. Zawsze kiedy sobie wyobrażała tę chwilę, woda była szara i płaska, nie ciemna i lepka niczym ściekający olej. Teraz jednak nie ma to znaczenia. Już się nie cofnie.
Zatrzymuje się w połowie mostu i opiera plecak o mur. Potem szybko rozgląda się na boki, błyskawicznie przechodzi nad barierką i chwyta się balustrady po zewnętrznej stronie.
Stopy w tenisówkach balansują ryzykownie na betonowym występie. Przytrzymuje się muru, krzywiąc się, gdy krwawiąca dłoń ociera się o kamień, potem obraca się twarzą do płynącej w dole wody. Wiatr rozwiewa jej włosy, smaga ją po twarzy i szczypie w oczy, tak że napływają do nich gorące łzy. Dziewczyna mruga, by je odpędzić.
„Hej!”, słyszy za sobą. „Hej, co ty wyprawiasz?”.
Czas się skończył.
Ze wzrokiem utkwionym w morzu szarych budynków daleko na horyzoncie bierze ostatni oddech i puszcza balustradę. A potem spada, spada, spada…
Lodowata woda wyciska jej z płuc resztki powietrza. Dziewczyna opanowuje impuls, by wierzgać i walczyć, i zamiast tego poddaje się atramentowej czerni; pozwala, by ciężar ubrania pociągnął ją jak kamień na dno.
Nim Big Ben zacznie wybijać południe, zniknie w mętnej toni.

Rozdział 1. Dora

Teraz

Dora późno wraca do domu. Otwiera ciężkie metalowe drzwi dawnej fabryki guzików i wspina się po trzech kondygnacjach stopni. Na klatce schodowej panuje chłód i mrok, lecz obracając klucz w zamku, słyszy dolatującą z kuchni muzykę oraz zapraszający brzęk rondli i sztućców.
– Kochanie, wróciłam! – woła, zsuwa z nóg niewygodne szpilki i skopuje je na rosnący stos przy wejściu.
Zza zniszczonej skórzanej sofy wysuwa się wilgotny nos i wielkie brązowe oczy, a potem długi machający ogon.
– Cześć, Gormley. – Dziewczyna klepie psa czule po grzbiecie. – Miałeś pracowity dzień?
Brązowy jak czekolada labrador Dana macha ponownie ogonem, ziewa i wraca na legowisko.
– Nie wchodź do kuchni! – woła Dan. – Przyrządzam coś… to eksperyment… bardzo w stylu Hestona Blumenthala… będziesz zachwycona.
Dora uśmiecha się; oboje wiedzą, że Dan nie potrafi gotować. Przegląda pocztę na stoliku przy drzwiach – same rachunki.
– Nie wiedziałam, że mamy coś do jedzenia – pyta podejrzliwie.
– Ee… nie mamy. Szlag! – Słychać, jak coś się rozbija.
– Byłeś na zakupach?
– Tak jakby. Nie wchodź jeszcze przez moment, już prawie gotowe.
Dziewczyna kieruje się do części dziennej mieszkania – rozległej, otwartej białej przestrzeni z sięgającymi sufitu oknami po przeciwległych stronach. Wzdryga się, kątem oka dostrzegając poruszenie, i zaraz się uspokaja, uświadamiając sobie, że to jej własne blade odbicie w szybie; jest podenerwowana. Posłusznie zostaje w pokoju, zapala dwie lampy, odkłada na regał obok telewizora kilka otwartych książek o sztuce, należących do Dana. Gormley leży zwinięty na legowisku obok sofy, jednym okiem leniwie śledząc jej ruchy. Dora rozgląda się wokół, dumając, czy kiedyś poczuje, że to ich miejsce. Minęło pół roku, a ich ambitny projekt jest ledwie rozpoczęty. Odsłonięty ceglany mur został pomalowany na biało, deski na podłodze wypiaskowane i polakierowane. Jest czysto i przestronnie, ale pomieszczenie sprawia wrażenie przestrzeni wystawowej, czekającej na eksponaty. Nie mieli czasu zmienić go w dom; ciągle coś im wypadało.
– Okej, możesz wejść! – woła Dan.
Dziewczyna otwiera drzwi kuchni; natychmiast zahaczają o podarte linoleum. Popycha je energicznie ramieniem; ustępują, uderzając o ścianę.
Dan stoi przy chwiejnym blacie na krzyżakach, udającym na razie kuchenny stół. Uroczystym gestem wskazuje dymiące miski z zupą pomidorową oraz talerz kromek białego chleba, posmarowanych masłem. Na blacie za jego plecami Dora zauważa otwartą puszkę po zupie. Podchodzi i obejmuje mężczyznę za szyję, całuje w zarośnięty podbródek.
– To najmilsza rzecz, jaką dzisiaj widziałam.
– Aż tak źle, co? Jak poszła prezentacja?
Dziewczyna wzrusza ramionami.
– Trudno powiedzieć; klienci niewiele dawali po sobie poznać.
– Ale szef był zadowolony?
– Chyba tak. Ucieszy się bardziej, jeśli podpiszemy umowę. To by oznaczało spore osiągnięcie dla agencji… i dla mnie też – dodaje. – To byłby mój klient.
Dan wypuszcza ją z niedźwiedziego uścisku i prowadzi do stołu.
– Zjedzmy, zanim wystygnie.
Dora siada i sięga po kromkę chleba.
– Dzięki ci za to.
– Drobiazg, naprawdę. – Podsuwa jej kubek herbaty. – Wszystko w porządku? Wyglądasz trochę blado.
– Nic mi nie jest; po prostu miałam ciężki dzień. Jestem zmęczona.
Dan spogląda z troską.
– Za dużo pracujesz.
– Nic mi nie jest – powtarza dziewczyna ze wzruszeniem ramion. – A poza tym, jak dzień minął tobie? – pyta, nie chcąc rozmawiać o sobie. – Zrobiłeś duże postępy?
Twarz mężczyzny rozpromienia się jak oświetlona lampą.
– Fantastyczne. To wielki przełom. Wiem dokładnie, jak ma wyglądać moja najnowsza praca. I Kate Grimshaw oddzwoniła, żeby potwierdzić zamówienie na trzy rzeźby z ekspozycji, więc na najbliższych kilka miesięcy robotę mam zapewnioną.
– Wspaniale! – Dora unosi kubek i stukają się z Danem. – Naprawdę świetna wiadomość.
Oboje wiedzą, jak czekał na przypływ natchnienia. Ostatnią grupę rzeźb z brązu, wystawioną w maleńkiej londyńskiej galerii, kupił ceniony kolekcjoner, lecz od tamtej pory Dan żył pod presją, by stworzyć coś lepszego. Dora zdaje sobie sprawę, że w głębi ducha zadręczał się zwłoką, więc to ulga słyszeć, że w końcu znalazł inspirację.
– Opowiesz mi o nowym projekcie?
Mężczyzna kręci głową.
– Przykro mi, nie tym razem. To będzie niespodzianka.
– Intrygujące. Rozumiem, że od tej pory nie mam wstępu do składziku na tyłach?
– Tak, i zapamiętaj, że to pracownia, a nie żaden składzik.
Dziewczyna uśmiecha się do miski; zapada swobodne milczenie. Siorbią zupę i wkrótce przed obojgiem stoją puste naczynia.
– Ja pozmywam – proponuje Dora.
– Momencik, coś ci kupiłem. – Podaje jej na dłoni dwie brązowe kapsułki.
– Co to? – pyta dziewczyna, szturchając je podejrzliwie. – Wyglądają jak środki uspokajające dla konia.
– Witaminy. Pani Singh ze sklepiku na rogu mówi, że powinnaś je teraz brać.
Patrzy rozpromieniony, gdy Dora bierze je z jego wyciągniętej dłoni i kładzie obok pustej miski.
– Dzięki – mówi, zastanawiając się, komu jeszcze wypaplał nowinę.
Uświadamia sobie, że naprawdę będą musieli porozmawiać. Ale nie teraz – nie kiedy jest taki uszczęśliwiony pracą. Sprawa może poczekać.


Później tej samej nocy budzi ją bębnienie deszczu nad głową i Dan w panice miotający się po pokoju.
– Nie, zostań w cieple. Dam sobie radę. – W szumie wody rozpryskującej się na podłodze słyszy, jak Dan potyka się o rondel. – Chrzaniony, beznadziejny dach!
Dora uśmiecha się w ciemności i słucha, jak Dan sprawnie rozstawia kolekcję misek i rondli, aż plusk wody kapiącej do blaszanych naczyń zaczyna się mieszać z szumem deszczu na zewnątrz.
– Niedługo przyjdzie lato – próbuje go podnieść na duchu.
– Hmmm… – mruczy tylko Dan, budząc jej zaniepokojenie.
Zwykle to on jest optymistą. Agent nieruchomości, który ich oprowadzał po zrujnowanej starej fabryce, dumnie nazwał to miejsce „apartamentem w stylu nowojorskich loftów”, lecz wszyscy troje doskonale zdawali sobie sprawę, że to marketingowa ściema. W istocie znajdowali się na obskurnym i zdewastowanym najwyższym piętrze starej fabryki na East Endzie. Mieszkanie miało potencjał i mogło zapewnić Danowi przestrzeń niezbędną do tworzenia skomplikowanych rzeźb, lecz wciąż daleko mu do pięknego, nowoczesnego, otwartego wnętrza, jakie Dora zobaczyła w wyobraźni, kiedy oglądali je pierwszy raz. Rzeczywistość okazała się trudniejsza do zaakceptowania; odkąd kupili ruinę, to Dan rozwiewał żartami jej troski o przegniłą podłogę, cieknącą kanalizację i dziurawy dach.
– Wracaj do łóżka. Zajmiemy się tym rano – próbuje Dora.
– Powtarzamy to od sześciu miesięcy.
– Wiem. Ale tym razem to zrobimy, okej?
Mężczyzna ulega i nurkuje pod koc, a potem pociera zimnymi stopami o jej stopy, aż Dora piszczy.
– Przepraszam, jesteś taka rozkosznie ciepła.
Dziewczyna odwraca się plecami i wtula w krzepiącą krzywiznę jego ciała. Leżą wtuleni w siebie jak dwie przysłowiowe łyżki. Obejmuje ją w pasie, jego dłonie, szorstkie i silne, układają się na spoczynek na jej brzuchu. Dora czuje, jak oddech owiewający jej szyję zwalnia, i uświadamia sobie, że Dan już odpływa w sen. Zazdrości mu umiejętności łatwego zasypiania: sen niewinnego. Sama nie potrafi tak od bardzo dawna; leży całkowicie rozbudzona, a jej umysł zaczyna pracować na pełnych obrotach.
Najpierw przeżywa ponownie prezentację dla firmy Sunrise Cereals; wspomina swoją rolę w przedstawieniu. Wydawało jej się, że wypadła dobrze, lecz teraz, w ciemności, słuchając deszczu, zaczyna powątpiewać. Wie, że jeśli zacznie to roztrząsać, nie zaśnie przez wiele godzin, więc próbuje rozluźnić palce u stóp. Czy nie to zalecają poradniki w razie bezsenności? Zacznij od palców stóp i posuwając się w górę, odprężaj kolejne części ciała. Zanim dojdziesz do nosa, bez wątpienia uśniesz. Na pewno gdzieś o tym czytała.
Dotarła jednak dopiero do kolan – na których bardzo trudno się skupić, nie mówiąc o ich odprężeniu – kiedy czuje chłodną panikę wzbierającą w brzuchu. Coś takiego powtarza się od paru nocy; lodowaty ucisk jelit i nagłe przytłaczające uczucie, jakby coś wypchnęło powietrze z jej płuc; jak gdyby przygniotło ją coś ciężkiego, wtłaczając w materac. Serce dziewczyny zaczyna się tłuc jak szalone w klatce piersiowej.
– Dan? – mówi w ciemność.
Żadnej odpowiedzi, tylko bębnienie deszczu i głośny stukot serca.
– Dan, śpisz? – szturcha go.
– Mmmmm… – mruczy mężczyzna. – Nie.
– Musimy porozmawiać. – Nie wytrzyma leżenia w samotności ani sekundy dłużej.
Ramiona Dana ciaśniej obejmują ją w talii.
– Śpij. Rano zajmiemy się dachem.
– Nie chodzi o dach. – Dora przełyka kwaśną ślinę. – Tylko o… o dziecko.
Czuje, jak jego ramiona lekko się napinają; oddech na jej szyi na moment się zatrzymuje.
– Co z dzieckiem? – mruczy Dan.
– Chyba powinniśmy o tym porozmawiać.
– W tej chwili?
– Tak.
Mężczyzna unosi się na łokciu i patrzy na nią w ciemności.
– Co się stało?
Dora bierze głęboki oddech, próbując uspokoić drżące kończyny.
– Mam wrażenie, jakbyśmy dryfowali bez kontroli, poddając się nurtowi życia. Myślę, że powinniśmy zdecydować, czy naprawdę go chcemy. Dziecko to wielka odpowiedzialność. To znaczy, jak możemy w ogóle myśleć o jego wychowaniu, skoro nie mamy nawet porządnego mieszkania?
Dziewczyna słyszy we własnym głosie histeryczny ton.
Dan milczy chwilę.
– Załatwimy sprawę z mieszkaniem. Nie martw się. Nowe zamówienia oznaczają przypływ gotówki. Na razie, póki jest wiosna, możemy załatwić sprawę dachu, a później zajmiemy się położeniem izolacji w kuchni i łazience. Wtedy zostaną tylko kosmetyczne drobiazgi. – Tłumi ziewnięcie. – Od początku było wiadomo, że to mieszkanie to długoterminowy projekt. Sądziłem, że byłaś na to przygotowana?
– Byłam, to znaczy, jestem – poprawia się dziewczyna. – Tak naprawdę nie chodzi o mieszkanie. To znaczy o to też, ale i o coś więcej. – Przełyka ślinę. – Nie zastanawiałeś się, czy jesteś gotowy zostać rodzicem?
W pokoju zapada cisza.
– Ja nie jestem pewna – ciągnie zdławionym głosem – czy chcę zostać matką. To taka odpowiedzialność. Nie będziemy już parą. Będziemy… rodziną.
Dan wzdycha.
– Z pewnością każdy tak myśli. To zupełnie naturalne. Wiem, że tego nie planowaliśmy – ziewa znowu – ale to fantastyczna sprawa, nie sądzisz? Rodzina. – Milknie na moment. – Jak dla mnie, brzmi okej.
Dziewczyna porusza się lekko w jego ramionach, obraca się i spogląda w pustkę nad ich głowami. Danowi wszystko zawsze wydaje się takie proste. Widzi świat w czerni i bieli. I za to Dora go kocha. Jej życie jednak nie jest czarno-białe. Ma wiele odcieni szarości, przypomina burzowe chmury na obrazie olejnym, wiszącym nad kominkiem. Jak ktoś taki jak Dan, o sercu wypełnionym jasnością, patrzący optymistycznie na świat, mógłby zrozumieć jej uczucia?
– Dora, chodzi o twoją rodzinę? O… no wiesz?
Kiwa głową w ciemności, lecz nie potrafi wykrztusić słowa.
– Wiem, że to było straszne. Z tych paru razy, kiedy o tym wspomniałaś, wiem, że wciąż cię to dręczy. Uwierz mi, chcę zrozumieć, naprawdę.
Dziewczyna leży zupełnie nieruchomo.
– Ale to dla ciebie szansa, by iść dalej, nie rozumiesz?
Jego uścisk staje się mocniejszy; gładzi jej brzuch delikatnymi, uspokajającymi ruchami.
– To nowe życie… nowy początek… my i dziecko. Będziemy mieli naszą własną, osobistą rodzinę. Nie chcesz tego?
Dora nie wie, co odpowiedzieć. Oczywiście, że pragnie się zestarzeć z Danem. Kocha go i ich wspólne londyńskie życie. Dan jest jej opoką. Lecz równocześnie czuje się jak sparaliżowana. Choć minęły lata, pozostała tamtą dziewczynką. W gruncie rzeczy nic się nie zmieniło. Jak w ogóle ma rozważać przytłaczający obowiązek zostania matką… jak ma wziąć odpowiedzialność za drugą istotę ludzką, skoro w przeszłości okazała się tak katastrofalnie nieodpowiedzialna? Jak ma rozważać założenie własnej rodziny, skoro ta, w której dorastała – którą uwielbiała i w której trwałość wierzyła – została gruntownie unicestwiona? W głębi ducha nie wierzy, że zasługuje na posiadanie rodziny. Nie zasługuje na drugą szansę u boku Dana. Nie zasługuje na szczęście. Tylko jak miałaby mu to powiedzieć?
– Śpij już – mruczy mężczyzna w jej szyję. – W nocy wszystko wydaje się gorsze. Pogadamy jutro.
Jego uścisk słabnie lekko i dziewczyna wie, że Dan znowu ją opuszcza i odpływa w sen.
– Rano poczujesz się lepiej – powtarza jeszcze.
– Dobranoc – odpowiada Dora, obraca się w jego ramionach i znowu wpatruje się w ciemność sypialni.
Dan się myli. Dziewczyna wie, że rano nie poczuje się lepiej. Przez ostatnich dziesięć lat każdego ranka pragnęła się otrząsnąć… poczuć się lepiej. I co rano budziła się z mdlącą świadomością, że to przez nią rodzinny dom przestał istnieć. Czasami czuje, jakby to bliscy ją opuścili; jakby została wydziedziczona i porzucona, by samotnie dryfować przez życie. Potem jednak przypomina sobie, że to z jej winy zostali rozrzuceni niczym unoszące się na wodzie szczątki wraku. Czuje swoją winę niczym głęboki, pulsujący ból.
Kiedy Dan zaczyna cicho pochrapywać, Dora zamyka oczy. Marzy, by sen ogarnął ją także, lecz wie, że nie ma na to szans. Pozwala więc myślom wędrować po ścieżkach przeszłości. Wolno przemierza szeroki, obrzeżony drzewami podjazd. Niemal słyszy wiatr szumiący w wysokich jaworach i czuje zapach soli, niesiony powiewem. Skręca za róg i oto ma go przed sobą: przysadzisty, stary farmerski dom wysoko na klifach Dorset; jego bielone ściany lśnią w blasku słońca jak latarnia. Podchodzi bliżej i widzi splątany bluszcz, pnący się po murze, sięgający okapu szarego łupkowego dachu. Zbliża się jeszcze bardziej i dostrzega solidne dębowe drzwi, zblakłe od deszczów i czasu. W wyobraźni popycha je – gładkie drewno jest znajome w dotyku – i wchodzi do korytarza, chłodnego i ciemnego, rozbrzmiewającego krokami pokoleń Tide’ów. Mija otwarte drzwi, nie zwracając uwagi na elegancką ciemnowłosą kobietę, pochyloną nad biurkiem zasypanym książkami i papierami. Odwraca się plecami do śmiechu rozbrzmiewającego na skrzypiących schodach, przechodzi obok przystojnego jasnowłosego mężczyzny, który czyta w salonie rozłożoną na kolanach gazetę. Opierając się urokowi domu, zmierza na oszkloną werandę, przez której otwarte drzwi napływa kuszący zapach róż i bzu. Przemierza ją i przez rozległy trawnik kieruje się ku syreniej pieśni morza, rozbijającego się o klify w dole.
Kiedy dociera do starej, powykręcanej wiśni w sadzie, odwraca się i uważnie ogląda budynek, podnosząc wzrok ku szerokim oknom. Wpatruje się w nie, szukając odpowiedzi skrytych w cieniu, lecz szkło wydaje się ciemne w blasku słońca.
Clifftops. Miejsce, które kiedyś nazywała domem.
Dan porusza się i wzdycha przez sen; Dora przesuwa dłońmi po wciąż płaskim brzuchu, rozmyślając o przyszłości, i nagle coś sobie uświadamia. Nie może się dłużej ukrywać. Musi wrócić do Clifftops. Musi wrócić, by stawić czoło przeszłości.


Rozdział 2. Helen
Szesnaście lat wcześniej

Helen stała w korytarzu, lustrując wzrokiem rosnący stos walizek, toreb, butów i płaszczy. Nie miałaby nic przeciwko temu, by Wielkanoc została odwołana. Już pakowanie było wystarczająco okropne. Należało posortować górę prania, opróżnić lodówkę, przekopać suszarkę w poszukiwaniu dawno zaginionych ręczników plażowych, a potem jakimś cudem upchnąć wszystko do trzeszczącego bagażnika samochodu. Jeśli dodać do tego fakt, że Richard wciąż tkwił w gabinecie, bo w ostatniej chwili ktoś zadzwonił z pracy, a dziewczynki snuły się bez celu jak na zwolnionym filmie – trudno się dziwić, że Helen miała ochotę na kogoś wrzasnąć, przeciągle i donośnie.
(…)