Strona główna / Literatura polska / A miało być tak spokojnie

Aktualności

21.01.2020

Spotkanie z synem Seweryny Szmaglewskiej

W niedzielę 2 lutego o godz. 16.30 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul.Tłomackie 3/5) na spotkanie z Jackiem Wiśniewskim, synem Seweryny Szmaglewskiej, autorki książki "Dymy nad Birkenau".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

A miało być tak spokojnie

Anna Makos

Kolejny piękny poranek i kolejna kawa, którą wypiję na tarasie, leniwie, jak zwykle, bo na szczęście nigdzie nie muszę się śpieszyć. Od rana wsłuchuję się w śpiew ptaków cieszących się wiosennym słońcem.
I ten zapach! Nie ma nic bardziej kuszącego niż kawa z odrobiną cynamonu. Moja kuchnia wypełnia się powoli aromatem świeżo mielonej kawy.
Dziś nie odbieram telefonów, nie ma mnie dla nikogo. Filiżanka cynamonowej kawy z mlekiem i zabieram się do pisania!

Kiedy byłam w kuchni, moje miejsce w fotelu na drewnianym tarasie zdążył już zająć Bolek. Podniósł głowę, przeciągnął się i odwrócił do mnie plecami.
– Nie przeszkadzaj sobie, Boluś.
Usiadłam na ławce obok. No ładnie. Do czego to doszło, żeby ustępować kotu miejsca we własnym ulubionym fotelu! Boluś wie, że dzięki urokowi osobistemu bez problemu zaskarbia sobie sympatię gości i na każdym kroku wodzi za nos właścicielkę.
W momencie kiedy otwierałam komputer, zadzwonił telefon. Miałam nie odbierać, w końcu mogło mnie nie być w domu, ale dzwonił i dzwonił.
– Halo.
– Cześć. Jesteś w domu?
Jola.
– Nie, w pracy – odpowiadam bez grama entuzjazmu.
– No co się wygłupiasz, przecież dzwonię na domowy!
– No to po co się pytasz?
– No to skoro jesteś w domu, to zaraz wpadnę. Mam niusa.
– Ale ja…
Nie kończę myśli, bo Jola odkłada słuchawkę i już pewnie jest w drodze.
No to sobie popisałam.

Jola była w niesamowitej euforii. Wpadła do kuchni.
– Poratujesz kawą? Dziś jeszcze nie piłam i czuję, jak mi ciśnienie spada.
– A co się stało? Dostałaś podwyżkę? W końcu cię doceniono.
– Co tam praca! Mam randkę! Słuchaj, to fantastyczne! Jadę rano do pracy, patrzę na wskaźnik paliwa, a tu prawie pusty zbiornik. No to zmiana trasy. Dałam lewy kierunkowskaz, żeby dojechać do stacji, a tu słyszę, jak mi ktoś w zderzak wjeżdża. No nie, gdzie ten facet ma oczy! Wyobrażasz sobie? Tak o dziewiątej rano?
– I co, mocno cię uszkodził?
– Co tam uszkodził! Słuchaj, nie byle kto we mnie wjechał! Normalnie młody bóg. No, może nie taki młody… W moim wieku, ale za to jakie oczy!
– To w końcu czyja to wina? Jego? – Zaniepokoiłam się poważnie.
– W sumie to ja mu się naraziłam, bo za późno włączyłam kierunkowskaz… Ale mówię ci, warto było!
– Nie wątpię. – Chyba niewiele się dowiem o tej stłuczce, bo Jola już żyje randką. – Ale z kim?
– Co: z kim?
– No z kim się umówiłaś?
– Ty naprawdę mnie nie słuchasz! No z tym od zderzaka!
– To mało mu było? Musiał się jeszcze z tobą umawiać?
– Chyba nie jesteś zazdrosna?
Chyba nie. Nie zastanawiałam się nad tym do tej pory. W końcu mam Bolka. Nie sądzę, żeby dwóch osobników płci męskiej potrafiło żyć w zgodzie pod jednym dachem…
– Chyba nie. Nawet go nie widziałam. Tego twojego Adonisa.
Jola wzięła filiżankę z kawą i skierowała się w stronę tarasu. Zabrałam szarlotkę, którą wczoraj upiekłam, i również poszłam na werandę. Gdzie się nagle podział ten błogi spokój i zapach różowego klematisa? Nawet Bolek dał nogę z fotela i pewnie teraz ukrywa się gdzieś daleko stąd. A Jola nie przestawała mówić ani na sekundę. W sumie wcale jej się nie dziwiłam; z tego, co opowiadała, faktycznie warto było wjechać przed tego lexusa.
– Chwilkę, wszystko się zgadza, tylko po co macie się spotkać?
– A po co ludzie chodzą na randki? Pomyślże chwilę! A może już zapomniałaś, jak to jest? Nosa nie wyściubiasz poza ten swój ogródek i kuchnię. Wyszłabyś czasami do ludzi z tego zaścianka!
– Nie muszę, ludzie przychodzą do mnie. I co, on ot tak zaproponował ci tę randkę?
No co, byłam ciekawa, w jaki sposób umawiają się ludzie na randki. Może rzeczywiście czegoś się nauczę? Z drugiej strony wcale się nie dziwiłam temu lexusowi, bo Jola jest zupełnie niczego sobie.
– No i o której macie spotkanie?
Trzeba wykazać odrobinę zainteresowania, żeby Joli było przyjemnie. Cieszę się jej szczęściem, ale znam moją przyjaciółkę i podejrzewam, że to nic innego jak słomiany zapał. Za chwilę się okaże, że pomyliła się po raz kolejny, i obie będziemy topiły smutki w butelce markowego wina.
– Około osiemnastej. Weźmie własny samochód, bo ten firmowy ma odstawić do serwisu. Nie wiem, gdzie mamy pojechać, jak myślisz? Może Starówka? A może spokojniej będzie w Nałęczowie? Wzięłam dziś wolne. Wiesz, pod pretekstem, że muszę zrobić badania po wypadku i załatwić wszystkie formalności. No przecież muszę się przygotować na wieczór!
Mam cichą nadzieję, że facet okaże się tym właściwym, bo Jola straci fortunę na fryzjera przed randkami i specjalne kreacje na swoje rendez-vous. Zastanawiam się, jak ja bym się czuła. W moim przypadku nawet tydzień mógłby się okazać niewystarczający… Trzeba się wziąć za siebie, bo jak widać „nie znasz dnia ani godziny”. W końcu jest wiosna, a ja nie zamierzam spędzić kolejnej najpiękniejszej pory roku z Bolkiem na tarasie czy w ogródku, trując mszyce, w kuchni przy szarlotce dla moich częstych gości, tudzież przy innych dobrach. Jola ma rację, trzeba umówić się z fryzjerem. Można też pomyśleć o odświeżeniu garderoby.
– Może wybierasz się w najbliższym czasie na zakupy? Przydałoby mi się coś nowego.
– Wiesz co, dopiję kawę i możemy lecieć. Widziałam taką cudną sukieneczkę w pastelowe kwiatki. Mówię ci, cudo. Cenę też miała atrakcyjną. Myślę, że na dzisiaj będzie jak znalazł do mojego białego żakietu.
– No, szybka jesteś!
– A na co tu czekać?
Prawda. Nie ma na co czekać. A miało być tak spokojnie…

***
– Możemy wpaść dziś do ciebie z Tomaszem? – Potrzebuję chwili na ocenę sytuacji. Sen czy jawa?
– Jola, która godzina?
– Chyba cię nie obudziłam? Już dziewiąta.
– Dopiero dziewiąta. Nie zaczynam pracy o ósmej, jak ty.
– No to co, możemy się wprosić na popołudniową kawę?
O rany, czy ona musi o nim wspominać co sekundę?
– Jasne, nie ma sprawy. Wpadnijcie po osiemnastej. Zdążę zrobić jakieś zakupy i trochę ogarnąć dom.
– Tak się cieszę, że się w końcu poznacie. Zobaczysz, jaki on słodki…
Super! W takim razie nie muszę piec ciasta. Będziemy karmić zmysły Tomaszem.
– Bolek! Zlituj się i zejdź ze mnie!
Śniadania domaga się właśnie dziesięć kilo kota. A może i mnie przydałaby się kawa? Pogoda nie zachęca wprawdzie do wypicia jej na tarasie; kwiecień rządzi się swoimi prawami. Brr! Rozpalę w kominku i dziś wypiję poranną kawę przy ogniu. Bolek, zamiast wyjść na dwór jak każdego ranka, szybko zajmuje miejsce przed paleniskiem. Jednak to prawda, że zwierzęta upodabniają się do swoich właścicieli… A może odwrotnie? W każdym razie zauważyłam, że obydwoje uwielbiamy leniwie zaczynać dzień. Ale, ale, dziś mamy gości, trzeba się wziąć do porządków. Od kilku dni piszę, więc mieszkanie nie wygląda reprezentacyjnie. Ma nas w końcu odwiedzić nie byle kto.
A czym nakarmimy ciało? Duszę załatwi widok Tomasza, to już ustalone. Może wobec tego na przystawkę awokado z sosem vinegrette? Nie, nie znam upodobań kulinarnych głównej atrakcji popołudnia; lepiej przygotować coś neutralnego. Pozostanę przy tradycyjnej francuskiej przystawce: bagietce z pasztetem (może lepiej: bagietce z paté; brzmi bardziej stosownie). Do tego bor­deaux moelleux; będzie pasowało idealnie. Wprowadzę trochę klimatu śródziemnomorskiego: tapenada z czarnych oliwek z kaparami i oliwą z oliwek na grzankach. A danie gorące? Hm, sprawdzony numer z tartą. Delikatny suflet z wędzonym boczkiem na kruchym cieście – jest niezawodny. Dla zaostrzenia smaku zrobię pachnącą toskańską sałatkę z pomidorów z czosnkiem i świeżą bazylią. Już nie mogę się doczekać bazylii w ogródku. Zaplanowałam małą ziołową grządkę pod kuchennym oknem, tuż obok tarasu z klematisem. Nie wyobrażam sobie udanej potrawy bez dobrze dobranej kompozycji ziół albo herbaty bez świeżej mięty.

Pod moją furtkę podjeżdża taksówka. Jola wchodzi pierwsza, a za nią wysoki brunet z bukietem kwiatów. Wiedziała, kiedy zjechać na lewy pas! Ustrzeliła go jak szóstkę w lotto.
– Poznajcie się.
– Tomasz Małecki. Miło mi.
– Maja Leśniewska. Mnie również.
– Proszę. To dla pani domu.
– Dziękuję, są piękne.
Dostałam bukiet z siedmiu szkarłatnych róż! Nie dość, że nieziemsko przystojny, to jeszcze ma gest, pomyślałam. Siedem róż. Mężczyźni mego życia obdarowywali mnie standardowo pojedynczą. Nie można powiedzieć, że byłam obsypywana kwiatami, bo raczej trudno uznać za obsypywanie ukochanej jedną różą na pół roku.
– Zapraszam do środka. Myślę, że przy kominku będzie przyjemniej.
– Na pewno. Muszę powiedzieć, że przez tę moją pracę tracę kontakt z rzeczywistością. Cały czas w delegacjach, luksusowe hotele, spa, wystawne kolacje z kontrahentami… A omijają mnie takie chwile!
Jeden z tych przedstawicieli generacji wyścigu szczurów, pomyślałam.
– Nic straconego, wystarczy od czasu do czasu zorganizować sobie wolny wieczór i wpaść do mnie razem z Jolą.
Żal mi osób, dla których praca jest głównym celem w życiu. Może bywanie w luksusowych hotelowych apartamentach świadczy o prestiżu, ale nie zamieniłabym mojego małego domku z klimatem i duszą na taki, pożal się Boże, high life. Ma Tomasz szczęście, że spotkał na tej dwupasmówce Jolę. Może uda się jej choć trochę przeprogramować tego cyborga i nauczyć go radości z prostych rzeczy.
– Podano do stołu! Zapraszam i mam nadzieję, że będzie smakowało.
– Jak zwykle! Wiesz, Tomasz, my bardzo często robimy sobie takie wieczorki. Żyjemy szybko, ale mimo wszystko staramy się wykorzystywać każdą wolną chwilę na odrobinę przyjemności.
No tak, Jola powinna pracować w reklamie. W tym, co powiedziała, jest dużo prawdy, bo faktycznie spotykamy się wcale nierzadko i zawsze mamy frajdę z przygotowania czegoś smacznego. Czuję, jak zapach kawy na podgrzewaczu powoli wypełnia cały pokój.
Jestem zwolenniczką kawy z ekspresu lub tej parzonej w imbryku. Ba, należę do osób, które mają wysokie wymagania i nie zadowolą się byle neską. Wolę nie wypić niczego, niż popsuć sobie dzień sztucznym smakiem kawopodobnego produktu, profanacją naparu na miarę cywilizacji.
– Kawa jest rewelacyjna. Kupiona pewnie w „Pożegnaniu z Afryką”?
– A nie. Zaparzyłam ją według własnego, prostego przepisu. Wiesz, że kawa pita w towarzystwie zyskuje na aromacie i – przynajmniej mnie – sprawia ogromną przyjemność, a w samotności służy jedynie dostarczeniu odpowiedniej dziennej dawki kofeiny.
Starałam się przekonać mojego gościa, że jedzenie to nie tylko podtrzymywanie funkcji życiowych organizmu, ale przede wszystkim niesamowita radość obcowania z feerią smaków i aromatów. Tego nie sposób odkryć w hotelowych restauracjach, można się za to nauczyć w odpowiednim towarzystwie i klimatycznym miejscu…

***
Dziś kupiłam nowe odmiany róż. Uprawiam je amatorsko, jestem zresztą pasjonatką ogrodnictwa. Pamiętam, jak jeszcze parę lat temu zarzekałam się, że nigdy, przenigdy!, nie będę grzebać się w ziemi, uważając to za idealne zajęcie dla mojej babci. A teraz nie wyobrażam sobie życia bez ogródka, bez pikowania sadzonek, planowania przytulnych i pachnących kącików spotkań ze znajomymi. Naprawdę nie ma nic przyjemniejszego od zapachu maciejki przy kolacji czy lawendy w upalny dzień przy szklaneczce zimnego ponczu.
– Majka! Majka!
Nie usłyszałam, kiedy podjechała Jola. Tak w południe? Zwolnili ją czy wzięła wolne?
– Cześć. Co tam?
– Wyobrażasz sobie? Tomasz zaproponował mi wyjazd na długi majowy weekend! Normalnie nie wierzę!
– To dobrze czy źle?
– No, wyłącznie dobrze! Mam problem z Zuzią. Jej tata wyjechał na dwa tygodnie, a ja jakoś nie mam serca zostawić jej samej, chociaż ona aż nogami przebiera z radości. Trzy dni wolności.
– A nie pomyślałaś, że z przyjemnością powychowuję twoją córkę, skoro nie mam własnej?
– Mówisz poważnie?
– Całkiem serio. Przyjedzie do ciotki na wieś; zawsze lepsze to niż siedzenie w blokowisku. Jak wy możecie mieszkać w takim betonie?
– Możemy odwiedzić ciebie, pooddychać świeżym powietrzem i zjeść sałatkę z ekologicznych warzyw bez ołowiu. To co, dzwonić do Zuzki?
– Może zadzwoń też do Tomasza, nie trzymaj go w niepewności. A tak na marginesie: dokąd się wybieracie?
– Chyba w Bieszczady. Na trzy dni nie opłaca się nigdzie dalej.
– Szczęściara! Spakowałaś się już?
Jola ma zwyczaj wożenia ze sobą co najmniej połowy szafy i przebierania się trzy razy dziennie. Po naszym ostatnim, czterodniowym babskim wyjeździe do Polańczyka mogę coś na ten temat powiedzieć. Nie dość że moja przyjaciółka miała najwięcej bagażu, to dopakowała rzeczy do plecaka córki.
– Nie zabieram dużo manatków, to bez sensu. W końcu to tylko na trzy dni. Zmieściłam się w dwóch walizkach plus mały bagaż podręczny z kosmetykami.
O rany! Mam nadzieję, że wybiorą się w te Bieszczady jeepem Tomasza.
Jola właśnie skończyła rozmawiać przez telefon.
– Dobrze, że Zuzia spędzi ze mną ten weekend. Przynajmniej będę miała towarzystwo. Bolek też się ucieszy.
– Moja panna poinformowała mnie właśnie, że wyjeżdża z przyjaciółkami do domku nad jeziorem…
A ja już zdążyłam przywiązać się do myśli o fajnym końcu tygodnia!

Akurat siedziałam nad opisem kolejnego obiektu westchnień mojej bohaterki, kiedy zadzwonił telefon.
– Słuchaj, czy ta propozycja przechowania mojej Zuzki jest nadal aktualna?
– No tak. Ale ona chyba ma jechać nad wodę?
– Sprawa już nieaktualna; odradziłam jej. Później ci opowiem. To jak, możesz?
– Pewnie! Przynajmniej z kimś pogadam. Z Bolkiem jakoś trudno.
– Tyle że jest dodatkowa atrakcja… Zuza ma koleżankę. – Jola się zawahała.
– I jeszcze lepiej! Im więcej nas, tym więcej frajdy!
No tak, „nie znasz dnia ani godziny”. W ciągu kilku minut wizja samotnego spędzenia długich dni majowego weekendu stała się nieaktualna.
Dwie pełnoletnie panny zjechały do wsi w czwartek z samego rana. Tomasz wypakował ich walizki, Jola uściskała je czule na pożegnanie, po czym wskoczyła do samochodu.
– Bawcie się dobrze… – Chciałam wykazać się odrobiną kurtuazji, ale po jeepie została tylko chmura kurzu.
– Dziewczynki, nie wiem jak wy, ale ja jeszcze dzisiaj nic nie jadłam. A ponieważ to wasze pierwsze śniadanie u mnie, więc chyba nie odmówicie? – Starałam się, żeby Natalka i Zuzia czuły się u mnie jak najlepiej.
– Jadłyśmy przed odjazdem, ale jak tu odmówić? Wszystko wygląda tak apetycznie…
Naprawdę się starałam. Twarożek z ziołami (jeszcze nie z mojego ogródka, ale już niedługo), świeże bułeczki, które kupiłam zamrożone i odgrzałam w piekarniku, kawa z mlekiem, powidła jabłkowo-wiśniowe, własnoręcznie zrobione ubiegłego lata. Na szczęście znalazłam ostatni słoiczek tego przysmaku na otwarcie sezonu na moim ranczu. Pięknie prezentował się na stole, ozdobiony tkaniną w czerwono-białą kratkę. Ot, takie pobabcine nawyki…
Już dawno nie spędziłam tak uroczych chwil. Dziewczyny gadały jedna przez drugą, próbując opowiedzieć mi wszystko naraz: i to, co się działo ostatnio na uczelni, i najciekawsze sytuacje ze wspólnych spotkań i wyjazdów. Zawsze miałam dobry kontakt z młodzieżą, zwłaszcza gdy jeszcze byłam belfrem. Ale dopiero przy wspólnym śniadaniu zobaczyłam, jak bardzo brakowało mi tych sztubackich żartów, beztroskiego patrzenia na życie i ufności do świata. Teraz mogę dodać: naiwnej ufności. Życie w pewnym momencie wprowadza bowiem korektę: rosną w nas egoizm i zawiść, żeby obronić się przed tymi, którzy starają się zepsuć to, co najpiękniejsze, a zaufania i optymizmu jest w człowieku z upływem czasu coraz mniej. Dlaczego?
– Dziewczynki, muszę pojechać do sklepu na szybkie zakupy. Na co macie ochotę na obiad?
– A możemy się przyłączyć? Prosimy…
– Jasne, będzie mi przyjemniej!
Przy okazji zrobiłyśmy sobie krótką wycieczkę po okolicy. Nie wiedziałam, że okolice Miłkowa są takie piękne! Zawsze wybierałam się do miasta krótszą drogą, mniej urokliwą. Na polach widać już było pojedyncze bociany, pod lasem – biegające zające. Sielanka. Uwielbiałam jazdę drogą pomiędzy małymi brzozami, mimo że jest strasznie wyboista i piekielnie się kurzy. Brzozy szybko urosły, a nie widziałam ich raptem przez rok… Dziewczęta były zachwycone, nie ukrywam, ja też, chociaż mieszkam tutaj już jakiś czas. Ani się obejrzałyśmy, jak dojechałyśmy do miasta. Byłam zdziwiona, że nie wszyscy świętują. Trafiłyśmy na mały targ różności – szkółkarze eksponowali towar, począwszy od pelargonii rabatowych w całej gamie kolorów, na roślinach pokojowych skończywszy. Wśród ogrodników amatorów wypatrzyłyśmy starszą panią sprzedającą pachnące zioła. A mówiłam, że niedługo będę miała swoją ziołową rabatkę? Nie zastanawiając się długo, zaczęłyśmy pakować do wiklinowego koszyka sadzonki tymianku, rozmarynu, oregano, lubczyku, majeranku i oczywiście czerwonej i tradycyjnej, zielonej bazylii.
– Proszę pani, a tamta pani ma jeszcze bazylię cynamonową! – No proszę, kto z kim przestaje, nabiera podobnych nawyków…
– Bierzemy wszystko!
Już dawno zauważyłam, że wiosną człowiek jest bardziej podatny na pokusy związane z roślinami i ozdobami do ogrodu. A przynajmniej ja nie mogę się im oprzeć. Nabyłam więc niesamowicie pachnące zioła, według dziewczynek w ilości zapewniającej przyprawy wszystkim moim sąsiadom.
– I jak, dziewczyny? Może kupimy jeszcze warzywa na zupę jarzynową? A na drugie zrobimy mięso duszone w pomidorach, z czosnkiem i bazylią. Możemy pomyśleć o pachnącym kompocie z jabłek. Z cynamonem i goździkami…
– Nie wiem jak Zuzka, ale ja już jestem głodna! – roześmiała się Natalia.
– A ja już czuję ten zapach… – dodała Zuza.
Zawsze rozbierała na czynniki pierwsze wszystkie moje dania. Czasami zaskakiwała, bo potrafiła rozpoznać każdą użytą przyprawę.
– Słuchajcie, panny, a może poszalejemy i po obiedzie zrobimy sobie szarlotkę z dużymi rodzynkami i skórką pomarańczową?
– Zuza, ale fajnie, że ten wyjazd nad jezioro nie wypalił! Tu jest czadowo!
– Mówiłam ci przecież, że będzie fajnie.
Zawsze wiedziałam, że jestem stworzona do życia w stadzie. Im więcej gości w moim domu, tym większa we mnie ochota na życie i pasja do kulinarnych wyczynów!
(…)