Strona główna / Literatura polska / Dziewczynka, która widziała zbyt wiele

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Dziewczynka, która widziała zbyt wiele

Małgorzata Warda

Mam na imię Anna.
Kiedy byłam bardzo mała, z samego rana na bosaka i w nocnej koszulce biegłam do pokoju mamy, gdzie ona już siedziała przed lustrem. Opierałam policzek o jej kolana i patrzyłam na rozłożone na toaletce kosmetyki.
– Zamknij oczy.
Pędzelek dotykał mojej skóry i łaskotał tak, aż wybuchałam śmiechem.
– Nie odsuwaj się! – Mama też się śmiała. – Jak będziesz duża, polubisz to!
Uwielbiałam wdychać wszystkie jej zapachy: puder pachniał słodko, krem – kokosem, pastele do oczu całkiem jak odżywka do włosów, a mama jak mama. Byłam taka szczęśliwa, gdy gładziła mnie potem po policzku i szeptała: „Zdobi cię młodość, Aniu…”.
Widziałam nas w lustrze – byłyśmy tak różne. Strasznie chciałam mieć jej niebieskie oczy, śliczne jasne loki jak z portretu Złotowłosej w książce, którą dostałam kiedyś od Gabi... Oplatałam jej szyję rękami, przyciskałam serce do jej serca i słuchałam, jak każde bije w innym rytmie.

Dzisiaj jest niedziela. Policjant, robiąc pierwszy wpis w protokole, mówi, że mamy piąty grudnia dwa tysiące dziesiątego roku. Za oknami komisariatu dopiero wstaje szary, zimny świt. Słyszę pług odśnieżający podjazd, szczęk łopaty. Gdzieś daleko kołuje dźwięk syreny pogotowia.
W domu mojej mamy dzwoni telefon.
– Pani Cecylia Budzisz? – pyta policjant i rzuca na mnie okiem. Wyjaśnia, że dzwoni z komisariatu. – Jest tu pani córka Anna. Powinna pani do nas przyjechać… Tak, to ważne. Ania twierdzi, że stało się coś złego.
I tak to się zaczyna.

Rozdział 1.

Mój brat Aaron jest starszy ode mnie tylko o trzy i pół roku, ale jak go ktoś o to pyta, mówi, że o cztery. „Trzy i pół!” – upieram się, na co on się uśmiecha, bo przyłapałam go na kłamstwie. „No dobra, trzy i pół. Co to zmienia?”.
To on nauczył mnie wiązać buty, kiedy miałam cztery lata albo pięć.
– Popatrz – kucnął przy moich nóżkach, którymi machałam w powietrzu, siedząc na pufie w przedpokoju naszego domu. – Widzisz? Tu łapiesz i wiążesz…
Zawiązał mi naprawdę śliczne kokardki. Zaraz potem przyjechała po nas ciocia Gabrysia i zabrała nas do Gdańska na Jarmark Dominikański. W samochodzie siedzieliśmy z tyłu, przypięci pasami bezpieczeństwa, a ciocia paliła papierosa za papierosem i każdy niedopałek wkładała do wąskiej popielniczki, która była już tak zapchana, że w ogóle nie chciała się zamknąć.
– Wysyp ją – zwróciła się do Aarona.
– Gdzie? – zdziwił się mój brat, na co Gabi odpowiedziała takim tonem, że od razu było wiadomo, że lepiej z nią nie zaczynać:
– Gdzieś. Sam pomyśl gdzie!
Aaron zwolnił więc pas, który wcześniej ciocia kazała mu zapiąć, żeby w razie wypadku nie uderzył głową w przednią szybę, a potem wyjął całą popielniczkę i wysypał jej zawartość za okno.
W Gdańsku ciocia kupiła nam watę cukrową, która miała bajecznie niebieski kolor i którą rwaliśmy z patyka palcami mimo ostrzeżeń, że nie będziemy mieli gdzie umyć rąk.
– Stójcie tu! – rozkazała w pewnym momencie, wskazując nam murek przy kiosku Ruchu. – Aaronie, pilnuj siostry, ja tylko wejdę do tamtej galerii…
Było strasznie gorąco, żółta sukienka w groszki lepiła mi się do ciała. Odklejałam ją co chwila, ale kleiły mi się też palce, więc musiałam je dokładnie oblizać, każdy po kolei.
– Patrz! – Brat szturchnął mnie i wskazał coś, co górowało nad straganami.
Przysłoniłam dłonią oczy i mrużąc je, popatrzyłam we wskazanym kierunku. O rety! Widok całkiem zaparł mi dech w piersiach.
Spomiędzy budek, prześwietlony przez słońce, w mieniących się kolorami ubraniach, które powiewały za nim jak błyszczące welony, nadchodził człowiek na szczudłach! Wydawał mi się tak wysoki, że niemal wyższy od kamienic i latarni. Za nim kroczyła kobieta – też na szczudłach. Miała umalowaną na biało twarz i mnóstwo wstążek we włosach. Kiedy przyłożyła do swoich warg plastikowe kółeczko i puściła kilka baniek, poczułam się tak, jakbym zobaczyła prawdziwe czary! Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do niej. Z krzykiem podskakiwałam, kiedy w powietrzu pojawiała się kolejna bańka. Goniłam je, machając rękoma i piszcząc jak inne dzieci.
Kiedy w końcu przypomniałam sobie o Gabrysi i Aaro­nie, nigdzie nie było murku, stoisk z goframi i tamtej brukowanej ulicy. Jakaś kobieta wpadła na mnie i skrzyczała mnie tak, jakby to była moja wina:
– Patrz, jak chodzisz, niegrzeczna dziewczynko!
I natychmiast odczarowała cudowną chwilę. Słońce ukryło się za chmurami, od rzeki wiał chłodny wiatr. Bardzo starałam się znaleźć powrotną drogę, ale zamiast zbliżyć się do brukowanej ulicy i straganu z goframi, dotarłam do mostu i rzeki. Usiadłam na ławce i czekałam. W końcu zaczęłam płakać.
– Maleńka, co ci się stało? – Starsza kobieta miała zapadniętą twarz i sińce pod oczami, które wyglądały całkiem jak u mojej mamy.
– Nie ma mojej cioci i brata!
Kobieta przywołała jakiegoś pana.
– Ta mała się zgubiła.
Oboje zaczęli się rozglądać po straganach. Kobieta wołała:
– Halo! Czy to nie pani dziewczynka?! Ta mała nie może znaleźć swojej cioci!
– A jak wygląda twoja ciocia? – spytał mężczyzna, kucając przede mną.
Pytanie było dziwne. No bo jak miała wyglądać ciocia? Ciocia to ciocia!
– Nie płacz. – Mężczyzna pogłaskał mnie po włosach. – Ciocia na pewno zaraz się znajdzie. No, no! Wiele dzieci się gubi i zaraz się odnajdują! Nic się nie martw…
Tak bardzo szukałam cioci, że wszędzie ją widziałam. Co chwila podrywałam się z ławki i zaraz siadałam, bo pani, która miała nią być, okazywała się kimś innym.
Płakałam już na całego, kiedy w końcu w uliczce pojawiła się Gabrysia. Zobaczyłam ją, wyrwałam się starszej pani i biegiem rzuciłam w jej ramiona. Przytuliła mnie naprawdę mocno, tak że ledwie mogłam oddychać.
– Tak się o ciebie bałam… – westchnęła z ulgą. – Tak się bałam! Jak mogłaś odejść tak daleko?!...
Aaron stał za nią i wyglądał na naprawdę przerażonego, aż dostał rumieńców.
– Wracamy do domu, skarbie…
Gabi wzięła mnie na ręce, chociaż byłam na to za duża i za ciężka.
– Mogła pani zgubić dziecko! – wtrąciła się starsza pani. – Siedziała tu dobre piętnaście minut, zanim się pani znalazła!
– Trzeba uważać na dzieci – dorzucił miły starszy pan.
– Tylko bez takich komentarzy! – rzuciła podniesionym głosem Gabi.
– Bez komentarzy! – fuknęła kobieta. – Znalazła się odpowiedzialna „ciocia”!
Gabi w drodze do samochodu milczała, ale gdy przypięła już nas pasami, usiadła za kierownicą i zamknęła drzwi, odwróciła się i syknęła ze złością:
– Zabiję cię, jeśli to się powtórzy!
I zanim zdążyłam się zorientować, co właściwie się dzieje, uderzyła brata w policzek. To nie był taki cios, jakiego byłam świadkiem kiedyś w domu Daniela, kolegi z podstawówki, gdy poszłam do niego z dzienniczkiem pełnym uwag, którego Daniel zapomniał ze szkoły, a jego tata walnął go tak, że Daniel runął na ziemię i nakrył się nogami. Potem opowiadał, że widział przed oczami kręgi i paski jak na kreskówkach w telewizji. Ale kiedy ciocia plasnęła otwartą dłonią Aarona, ten natychmiast pochylił głowę, a mnie do oczu znowu napłynęły łzy.

– Nigdy więcej nie waż się spuścić z niej oczu! – dodała Gabi, a słowa wypływały z niej lodowatym, mrożącym krew w żyłach strumieniem. – To jest twoja siostra i masz o nią dbać! Jesteś od niej starszy, musisz być odpowiedzialny! Rozumiesz?! Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! Powiedziałam: patrz!
Kolejne uderzenie. Potem następne i następne, aż ­Aaron cofnął się w róg samochodu, gdzie ciocia nie mogła go dosięgnąć, bo nie ma aż tak długiej ręki. Posłusznie wbił w nią przerażony wzrok. Na policzku miał odcisk jej dłoni, normalnie taki, jakby go narysowała. Odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu ciocia zajęła się uruchomieniem silnika, wciąż jednak mrucząc pod nosem:
– Jesteś taki sam jak twój popaprany ojciec! Nawet wyglądasz identycznie!
Kawałek drogi udało nam się pokonać w milczeniu. Potem Aaron chrząknął i stwierdził:
– Nie wolno ci mówić źle o tacie…
Gabi popatrzyła na nas przez ramię. W mojego brata wycelowała palec:
– Ostrzegam cię! Jeszcze słowo i wylecisz z samochodu!
Jechaliśmy w kompletnej ciszy, a ja ciągle łykałam łzy, które nie chciały przestać płynąć. Wsunęłam dłoń w rękę Aarona, żeby nie myślał, że ja też go nie lubię. W odpowiedzi spróbował się dzielnie uśmiechnąć.

Rozdział 2.

W słuchawkach eksplodował kawałek My Chemical Romance „Destroya”:

You don’t believe in God
I don’t believe in luck
They don’t believe in us
But I believe we’re the enemy


Kamienica, w której mieszkał Paweł, była już w zasięgu wzroku – skąpana w porannym jesiennym słońcu. Aaron, idąc niespiesznie chodnikiem, wsłuchany w muzykę, minął kilku starszych chłopaków siedzących na placu zabaw na odartych z farby drabinkach. Cała trójka czujnie obrzuciła wzrokiem jego ciuchy, buty i białe słuchawki od iPoda, wystające spod włosów i ginące w kieszeni bluzy, a potem wróciła do rozmowy, sięgając po swoje piwa.
Drzwi otworzyła siostra Pawła. Oparła się o futrynę i zmierzyła Aarona rozbawionym spojrzeniem.
– Nie ma go, poszedł do szkoły. A ty? Nie powinieneś być przypadkiem na lekcjach?
– Czekaj, czekaj. – Aaron wyjął słuchawkę z ucha. – Ja mam dzisiaj wolne.
– Fajnie. – Uśmiechnęła się z przekąsem. – Też bym chciała mieć wolne w poniedziałek przed południem. Chodź. – Przesunęła się, robiąc mu przejście.
W kuchni ciasnego, dwupokojowego mieszkania panował totalny nieporządek, gorszy niż kiedykolwiek. Brudne garnki piętrzyły się w zlewie, rączka patelni wystawała z uchylonego piekarnika, wszędzie walały się opakowania po chipsach i paluszkach. W tosterze Aaron zauważył resztki spieczonych tostów, a cały stół zawalony był pomocami do fryzjerskich działań Magdy.
– Uczę się przedłużania włosów. – Magda usiadła na stołku i podkuliła jedno kolano pod brodę. – Dzieciaku, nie chcesz posłużyć mi za modela? Mogłabym dorobić ci kilka dredów albo warkoczyków, czy co tam zechcesz...
Aaron zajął krzesło naprzeciwko niej, zdjąwszy uprzednio z niego kilka opakowań czarnych sztucznych włosów, które obejrzał trochę uważniej.
– Jeezuu! Co z tym robisz?
– Doczepiam, przedłużam! – Magda roześmiała się i oparła brodę na kolanie. – Masz zapalniczkę?
Pokręcił głową, chociaż przypominał sobie, że chyba jednak ma ją przy sobie. Siostra Pawła skorzystała z zapałek. Włożyła papierosa do ust i sięgnęła po saszetkę, z której wysypała na stół kilka pomarańczowych zakończeń.
– Zrobię ci warkoczyki. Może być?
Zamiast na ozdoby Aaron zwrócił uwagę na jej palce – szczupłe i długie, z tipsami w zielone paski.
Wiele lat temu Magda, jako starsza siostra Pawła, zamykała się przed nimi w pokoju i wrzeszczała, że mają się odpieprzyć i iść na dwór, ponieważ ten pokój należy bardziej do niej niż do brata. „Przyjemności dwupokojowego mieszkania” – żartowała mama Pawła. Gdy Aaron miał czternaście lat, przegrał z chłopakami w karty i musiał wykonać wymyślone przez nich zadanie: przez pełne trzy minuty całować się z Magdą. Starsza o rok siostra Pawła w pierwszej chwili wyglądała na oburzoną, nawet nazwała ich palantami, ale dziwnie szybko dała się przekonać do zabawy. Położyła się na trawie i Aaron zauważył jej duże piersi, wyraźnie zaznaczone w opiętej bluzce. „No co jest?” – zapytała, nie zważając na jego zakłopotanie, podczas gdy Paweł nastawił stoper.
– Pokaż.
Magda stanęła przed Aaronem i sprawnie zaczęła rozdzielać pasma jego włosów.
– Będzie cię bolało – oznajmiła. – Ty chyba w ogóle nie używasz grzebienia! Jakby mi klient przyszedł z czymś takim do zakładu, to posłałabym go do stu diabłów! – Znowu przytrzymała papierosa ustami i sięgnęła po grzebień. – Matko Boska, Aaron, co ty w ogóle masz na tej głowie? Już lepiej by było, gdybyś zrobił sobie dredy jak mój brat! Nie myślałeś, żeby to ściąć? – Zebrała mu włosy w kitę i odsunęła się, żeby na niego popatrzeć. – W krótkich też byłoby ci fajnie. – Zawahała się, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. – We wszystkim jest ci fajnie, co? Laski pewnie za tobą wariują.
– Przestań – zbył ją, sięgając po kilka pomarańczowych zakończeń. – Mogą być te, wszystko mi jedno.
Kiedy zajęła się robieniem podziałów na jego głowie, na wysokości oczu miał jej płaski brzuch, częściowo zakryty bluzką, i piersi kołyszące się w rytmie ruchu jej rąk. Powstrzymał jej dłonie, nakrywając je swoimi.
– Boli? – zapytała zdziwiona.
Nie ruszaj się, pomyślał. Proszę, nie ruszaj się! Puścił jej ręce i delikatnie uniósł jej bluzkę, odsłaniając opalony brzuch z niebieskim błyszczącym koralikiem w pępku. Jego dłonie były tak zimne, a jej ciało tak rozgrzane, że prawdopodobnie odskoczyłaby, gdyby jej teraz dotknął. Więc zbliżył usta do jej skóry. Zamknął oczy i zaczął ją smakować, miejsce przy miejscu, okrążając pępek.
– Dzieciaku, w co ty ze mną pogrywasz?
Wstrzymała oddech, kiedy dotknął językiem koralika w jej pępku.
– Kurna, Aaron… – wyszeptała, wciągając głęboko powietrze w płuca. – Zabiję mojego brata. Powiedział, że masz z tym jakiś problem. Że dlatego nie masz dziewczyny!
Ja chyba też go zabiję, pomyślał, unosząc głowę, żeby spojrzeć jej w oczy.
– Wrobił cię. – Roześmiał się.
Wpatrywała się w niego dziwnie miękko, z uśmiechem, którego jeszcze nie znał.
– Co to było? – zapytała, kiedy ją puścił. – Dzieciaku, znam cię tyle lat, że to zakrawa na kazirodztwo! I co teraz? Mam dalej splatać ci warkoczyki? Oszalałeś? Trzęsą mi się ręce, człowieku!
– Mnie też – przyznał, pociągając ją za nadgarstek, żeby usiadła.


Na lekcji polskiego zapatrzył się w okno. Z drzew spadały liście, chodniki tonęły w kałużach, po trawniku przed szkołą hulał wilgotny wiatr. Myślał o matce. Ostatnio prawie jej nie widywał – całe dnie spała albo milczała, zatracona we wspomnieniach. O tym, że w ogóle wyszła z łóżka, orientował się po brudnym talerzu albo filiżance zostawionej na stole. Znał ten jej stan – chwile spędzone w bujanym fotelu, spojrzenie, które coraz częściej sprawiało wrażenie, jakby traciła zdolność widzenia – znał, chociaż nie potrafił powiedzieć skąd. Kiedy teraz wpatrywał się w okno, przyszedł mu na myśl ciasny pokój ze złażącymi ze ścian kolorowymi tapetami.
Pierwszy raz przypomniał sobie o nim, kiedy urodziła się Ania. Gabrysia zabrała go wówczas do szpitala, żeby zobaczył siostrę. Z tego pobytu zapamiętał głównie to, że Gabi była strasznie zdenerwowana i ciągle powtarzała, że Ania dostała tylko trzy punkty, a jej mózg jest dosłownie zamulony prochami łykanymi przez matkę. Siostra leżała na sali wraz z kilkorgiem innych noworodków. Nie umiała sama oddychać, więc podłączono ją do respiratora. Miała szeroko otwarte usta, z których wystawała jakaś rurka. Pod kocykiem zarysowywał się jej brzuszek i drobne ciałko. Wydała mu się mniejsza od innych dzieci, najmniejsza na całej sali.
Mama została umieszczona w prywatnym pokoju, za który płaciła Gabrysia. Leżała na łóżku, jedną ręką podpierając głowę, i wpatrywała się w ścianę naprzeciwko. Nie zareagowała, kiedy stanął przy niej. Jego spojrzenie obiegło jej twarz, próbując rozszyfrować, co się stało. Wyglądała jakoś inaczej. Jej oczy przestały błyszczeć. I dlatego że były takie matowe, po raz pierwszy pomyślał o tamtym pokoju. Mignął mu w pamięci jak sprane wspomnienie i zaraz znikł.
O szybę uderzyły pierwsze tego dnia krople deszczu i Aaron miał wrażenie, że wraca z bardzo daleka. Przeniósł spojrzenie na środek sali, gdzie polonistka właśnie przedstawiała klasie nową uczennicę.
– Jola przyjechała do nas z RPA – oznajmiła, podczas gdy rudowłose dziewczę przycisnęło do siebie torbę, wyraźnie onieśmielone. – Jolu, na pewno masz trochę zaległości w języku polskim, więc na razie usiądziesz z kimś, kto mógłby być pomocny…
Aaron przewidział, że polonistka wskaże jego, szczególnie że dzisiaj miejsce obok niego było wolne. Zawczasu sięgnął więc po swój plecak i odstawił go na podłogę.
– Jolu, zajmij miejsce w przedostatniej ławce koło ­Aarona.
Wzrok Joli obiegł klasę i w końcu spoczął na jedynym pustym krześle. Potem przeniosła go na chłopaka, który siedział obok.
Odsunął jej krzesło. Zbliżyła się do niego powoli, wciąż przyciskając torbę do piersi. Na ławkę wyłożyła zeszyt i długopis.
– Hej – szepnęła.
– Cześć – odpowiedział równie cicho, podczas gdy nauczycielka cofnęła się do swojego biurka i poprosiła, by klasa otworzyła podręczniki na wierszu Miłosza.
Aaron, wciąż trochę roztargniony, sięgnął po swoją książkę i zaczął ją wertować.
– Mogę? – zapytała Jola. – Jeszcze nie kupiłam.
Przysunęła się, a Aaron położył podręcznik na środku ławki. Pochylili się nad nim jednocześnie. Poczuł jej perfumy – pachnące dusznym, upalnym latem. Kiedy podniósł na nią wzrok, zauważył jej loki w bajecznym marchewkowym kolorze i opaloną, nakrapianą piegami skórę.
– Mam z tobą siedzieć na każdej lekcji? – Jej spojrzenie objęło jego twarz.
– Nie, nie sądzę – odpowiedział cicho. – Ktoś tu już siedzi. Po prostu nie ma go dzisiaj.
– Kto? – Pochyliła się trochę niżej, jakby chciała wyszeptać coś szczególnie ważnego.
Odruchowo zrobił to samo. Kiedy znalazł się jeszcze bliżej niej, ogarnęło go miłe i jednocześnie krępujące wrażenie, jakby ktoś dmuchnął mu w twarz gorącym powietrzem, jakby jego skóra zapłonęła. Z bliska jej oczy otoczone przez rudawe rzęsy miały barwę wody. Uśmiechnęła się, odsłaniając trochę długie, lekko rozsunięte jedynki.
– Twoja dziewczyna? – zapytała, a on bezwiednie cofnął się na swoje miejsce i pokręcił głową.
– Nie, nie dziewczyna. Kolega.
(…)