Strona główna / Literatura polska / Wakacje od życia

Aktualności

17.01.2020

Biesiada Literacka z Jerzym Dziewulskim

W dniach 31 stycznia - 2 lutego zapraszamy na cykl spotkań z Jerzym Dziewulskim, autorem książki "Jerzy Dziewulski o kulisach III RP".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Wakacje od życia

Agnieszka Topornicka

(…)
– Hej, no jak tam, przetrwałaś?
B. wraca z pracy lekko wymięta, ale wciąż pachnąca, z włosami potarganymi przez wiatr, jakby przed chwilą przemknęła otwartym kabrioletem po serpentynach Kalifornii. Objuczona siatami. Rzuca reklamówki z jedzeniem na podłogę.
– Chciałam zrobić zakupy, ale nie mogłam znaleźć sklepu – tłumaczę się.
Ukłucie poczucia winy na widok tych siat. Nie chcę, żeby B. mnie utrzymywała.
– Nie wygłupiaj się. – B. zrzuca ciuchy robocze, zwija rajstopy w kulkę, wskakuje w sukienkę-mgiełkę, w której przywitała mnie na lotnisku. – Na piechotę? Kobieto, tutaj się robi zakupy na cały tydzień, żeby mieć spokój. Nie tak, jak w Polsce, dziesięć deko szyneczki na śniadanko i dyrdanie skoro świt po chrupiące bułeczki, zawracanie głowy. Tutaj nikt nie ma na to czasu. Za tydzień zabiorę cię do marketu i wtedy kupisz sobie, co będziesz chciała.
– Aaa! – Rzuca się na kanapę i leży tak bez ruchu przez chwilę, rozciągnięta na całe swoje sto siedemdziesiąt trzy centymetry, z rękami za głową. – Dzięki Bogu, już piątek! Pamiętasz?
– Debra Winger wchodziła do dyskoteki przez okno od kibelka. Młody Jeff Goldblum, zanim jeszcze zamienił się w muchę. I Donna Summer – wyliczam.
– Ta jej twarz spłaszczonego pudelka – chichocze B. – Wiesz, że jest sieć restauracji, która się tak nazywa? – Macha bosymi stopami o polakierowanych na bordowo paznokciach.
Czółenka z płatków piwonii, nadal sterylne, jakby dopiero co wyjęła je z pudełka, zostały w hallu. B. wsadziła w nie prawidła.
– Jak się nazywa?
– Dzięki Bogu już piątek. Thank God It’s Friday. TGI Friday’s. W hołdzie weekendowi, najlepszemu wynalazkowi kapitalizmu. Serwują typowe amerykańskie jedzenie.
– Chciałam ci zrobić obiad, jako niepracująca żona z przedmieścia.
– Żartujesz, ja nigdy nie gotuję. – B. wygina wargi i potrząsa głową. – A już w piątek zawsze gdzieś wychodzę albo zamawiam chińczyka. Chcesz chińczyka?
– Takiego chińczyka jak na filmach? W takich białych pojemniczkach z papieru? Takiego chińczyka, jakim na filmach żywią się samotne japiszony? Którzy tak machają tymi pałeczkami, jakby całe życie nic innego nie robili?
– Na lodówce jest menu na wynos.
Siadamy ramię w ramię na kanapie.
– Wiesz – mówi B. – odkąd przyjechałaś, czuję się, jak na koloniach. Jakby czas się cofnął. W ogóle czuję się coraz młodsza, a przecież jestem tu już cztery lata. Jakbym trafiła do jakiegoś innego wymiaru, gdzie czas płynie do tyłu. Jezus. – Wytrzeszcza z udawanym przerażeniem oczy. – Przecież nam za chwilę stuknie trzydziestka! Kiedy to przeleciało?!
Patrzę z bliska na twarz B., o gładkiej, śniadej skórze i wysokich, kocich kościach policzkowych. To jest uniwersalna twarz. Istnieje poza czasem, czas się jej nie ima. Tak wyglądała, kiedy jako szesnastka paliła papierosy na skwerku za szkołą, i tak będzie wyglądać na łożu śmierci.
– Nasze biedne koleżanki w Polsce mają już tabuny zasmarkanych dzieci. I harują całymi dniami za darmo. Na etatach kucharek i sprzątaczek – mówię.
– A my wciąż wolne i swobodne.
Ten Robert, który jej uciekł.
– I mają mężów, którzy je zdradzają, bo brzydzą się flejowatej żony ze sflaczałym brzuchem, i uciekają z domu przed wrzaskiem bachorów i smrodem pieluch.
– I mają pachnące sekretarki. Takie jak ty. O które ocierają się przy dystrybutorach na wodę i ekspresach do kawy. Z którymi pracują po godzinach i jeżdżą w podróże służbowe.
– I na wyjazdy integracyjne, gdzie, jak wiadomo, odbywają się orgie.
– I kupują tym sekretarkom złotą biżuterię, a zaniedbywana żona w szale grzebie im po szafach i garniturach, i odkrywa dziwne rachunki…
– …w szufladzie pod majtkami…
– …i płacze ukradkiem w jego brudne koszule pachnące Inną Kobietą…
– …i szarpie kołnierzyki poplamione szminką Tej Drugiej…
– Naoglądałyśmy się filmów.
– No.
– Ale przynajmniej na razie mnie ominęło. Dobrze, że wyjechał. – B. przełyka ślinę. – Bo przy nim na pewno by mnie nie ominęło.
– Dobrze, że to już wiesz. Nie żałuj. On taki był. Motyl, ale nie dla ciebie. Będzie inny, zobaczysz.
Głaszczę B. po plecach. Rozkładamy od nowa menu od chińczyka.
– Dzięki, mądra Cyganko.
– To teraz ty mi poradź.
B. błądzi wymanikiurowanym palcem po karcie.
– Może garlic chicken? To dobre danie dla początkujących.
– Dlaczego ten chicken jest na czerwono?
– Bo on jest hot.
– To ja go chcę.
– Wiedziałam. Widzisz, jeszcze pamiętam, że lubisz ostre. Też zaczynałam od garlic chicken.
– A teraz jakiego jadasz chińczyka?
Wciąż nie mogę się nadziwić, ile dań jest w tej karcie.
Z samego kurczaka chyba z dziesięć.
– Kaczkę pieczoną?
– Za sucha. I za droga. – Marszczy się B. – Nie, kaczka nie. Przerzuciłam się na seafood.
– Owoce morza.
– Krajst, ależ to pretensjonalnie brzmi
– U nas to wciąż rarytas hotelowy jest.
– Fajnie, że jesteś. – Przytula mnie B. i cmoka w policzek.
Telefon.
– Haj, Hans, no. – B. przewraca oczami. – Właśnie wróciłam. No jest, przyleciała. Jasne, wpadaj.
Odkłada słuchawkę.
– No to poznasz sąsiadów z góry.
– To oni dzwonili?
– Uhm. A konkretnie Hans.
– A czemu po prostu nie przyszedł?
B. wzrusza ramionami.
– Normalnie wpada jak do siebie, ale czasem miewa takie amerykańskie przebłyski.
I tłumaczy mi, że tu z zasady nikt do nikogo tak po prostu, z ulicy, nie wpada.
– Nawet Polacy do Polaków? Sąsiedzi do sąsiadów w bloku?
– Zdarza się, pewnie. Im – B. pokazuje oczami na sufit – zdarza się chronicznie. Prawie tu mieszkają. Ale generalnie każdy szanuje cudzą prywatność. I cudzy czas. – Edukuje mnie. – No i bardzo dobrze. Pamiętasz, w Polsce zawsze ktoś wpadał. Niby niewinnie, na kawkę, herbatkę, a potem siedział i siedział do północy, i palił, i palił, i pił, alkohol cały wypijał, nawet zapasy nalewek spleśniałych…
– …i wyżerał ci wszystko z lodówki. – Nakręcam się. – I to w czasach kartkowych. A człowiek kulturalny, delikatny i śpiący nie miał odwagi powiedzieć takiemu: „Spie…”.
Drzwi otwierają się na oścież i jednocześnie rozlega się energetyczne, rytmiczne stukanie.
– „…przaj” – kończę kulturalnie i ciszej, niż zamierzałam, a głos mi grzęźnie w jelitach.
Nie przyjechałam tutaj dostać zawału. A tymczasem serce mi stoi, wgniata się w żebra i płuca, zamiast serca i płuc mam wielki kłąb surowej gliny. Zablokowane i krew, i powietrze. Nic nie krąży. Siedzę na kanapie bez ruchu, z bezmyślnie otwartymi ustami, w których w dodatku mam przecież ten mój zgryz. Siedzę w brzydkich, polskich, krótkich spodenkach socjalistycznych, wykonanych z obciętych w połowie ud przedwiecznych teksasów, które jeszcze w liceum ścierałam pumeksem na mokro w wannie, żeby były wytarte jak prawdziwe levisy z peweksu, i gdzieś pomiędzy zamarłymi na moment neuronami szamocze mi się myśl, jakiś nanoułamek myśli, że nie wyglądam dobrze. A jednocześnie czuję się całkowicie piękna, pomimo tych teksasów obciętych, niewprawnie udających profesjonalne postrzępienie fabryczne made in USA, pomimo niedoskonałego zgryzu i pomimo nawet nieopalonych ud, bo lato w Polsce było deszczowe.
Piękno spływa na mnie od progu. Cząsteczki piękna wibrują w powietrzu, pulsują od granicy sieni z living roomem, którą formalnie wyznacza pomalowana na biało pusta ościeżnica; chwyt czysto dekoracyjny, bo nikt nigdy nie planował tutaj przecież żadnych drzwi.
– No, haj Nowa – odzywa się na moje rwane „spieprzaj”
Hans.
Spod ościeżnicy. Śmieję się kokieteryjnie, z bezsilności. Wycieram ręce o brzydkie szorty. Głos nadal mi nie wraca. On za to ma głos leniwy, zaciera samogłoski. Ten akcent. Gdyby Hans był Amerykaninem, byłby Południowcem. Świadomie dobiera i moduluje słowa; wiem to już, chociaż powiedział do mnie raptem trzy, z czego jedno angielskie. Po tych trzech słowach wiem, że on też już wie, jakie na mnie zrobił wrażenie. Zapewne robi takie na każdej. Ciekawe czy na B. też. Zapewne wie, że chciałabym, żeby zacierał te samogłoski tak leniwie, wymawiając moje imię, jakby nie było na świecie żadnej innej. Musiałam przyjechać aż do Ameryki, żeby ujrzeć na własne oczy, jak polskie geny potrafią się ułożyć w taki bezwysiłkowy, naturalny wdzięk? I zaraz od tego umrzeć na zawał?
– Hans jestem – mruczy i wyciąga do mnie rękę.
Jest duża, sucha, za paznokciami tak sobie. Kiedyś podrywał mnie chłopak z technikum mechanicznego, też miał takie ręce. Smar nie schodził z nich nawet po paście BHP. Tej w wielkim, zakręcanym pudełku. Ciekawe, przełykam ślinę, czy dłonie Hansa też pachną smarem? Wstaję.
– A ja Nowa – mówię trochę za głośno, z zachwytu i nagłej nieśmiałości.
Uśmiecham się szeroko, po amerykańsku. Z bliska Hans pachnie czymś słodkim i korzennym, łagodnym i mdłym.
B. wraca z kuchni z kubkiem kawy i bez słowa podaje ją Hansowi.
– Moja troskliwa żoneczka. – Hans przejmuje kubek i obejmuje B. – Zawsze wie, czego mi potrzeba, normalnie.
Cmoka B. w czubek głowy. Spali ze sobą czy to tylko przyjaźń? Długoletnie sąsiedztwo, niemal rodzina, czy coś więcej?
– Zamawiamy chińczyka. Dołączysz się? – B. mówi lekko, rzeczowo.
Nic między nimi nie ma. Co ja sobie ubzdurałam. Wczoraj płakała po Robercie.
– Myśleliśmy, że wyciągniemy was na sushi. – Hans spogląda na mnie, jakiś ubawiony. – Pokażesz koleżance. W Polsce jeszcze nie ma japońskich knajp, co, Nowa?
Brzmi to jak: Nooo-wa.
– Chyba jest coś w Warszawie. – Wzruszam ramionami. – Nie wiem, nie interesowałam się.
– A potem do Wild Flamingo. – Hans unosi brew od niechcenia.
– Przestań trenować na nas miny Hans – mówi B. – Wyglądasz jak ten bubek z tej kiczowatej reklamy Calvina Kleina. Brakuje ci tylko koszuli zmoczonej morską bryzą.
Hans podbiega do zlewu i z natchnionym wyrazem twarzy opryskuje się wodą z kranu. Krople lądują na czarnym podkoszulku i na podłodze. I na nas. On sam wygląda jak tańczący pies. W ekstazie.
– Porąbało całkiem. – Śmieje się życzliwie B. i klepie go w pupę. – Głupek.
Nie widziałam reklamy Calvina Kleina z morską bryzą, ale też się śmieję. Zapewne wkrótce ją zobaczę, może nawet dzisiaj, a może nawet już ją widziałam, tylko o tym nie wiem. To musi być coś bardzo oczywistego, skoro zadomowiło się nawet pod polonijnymi, tymczasowymi strzechami.
– Sushi? Świetny pomysł – mówi B.
– To jest głównie surowa ryba, prawda?
Boję się surowej ryby.
– Nie tylko. Niektóre potrawy są genialne – ekscytuje się B. – Zakochasz się.
Robi mi się gorąco, więc pytam szybko:
– Co to jest ten „dziki flaming” ? Jakaś dyskoteka?
– Klub nocny.
– Klub nocny? To wy tu chodzicie do klubów nocnych? Takich ze striptizem?
Smętna pani z rozstępami i spalonym blond tapirem na głowie wije się wokół zimnego, metalowego pala wbitego w zdartą obcasami miniscenę, zostawiając na nim odciski i zapachy różnych części swojego ciała. Nad głową mrugają jej kolorowe disco-lampki. W końcu finał, pani zdejmuje biustonosz i smętny, przepracowany biust, pozbawiony sztucznego rusztowania, z rezygnacją opada jej na brzuch. Dookoła sceny stoliki ze znudzonymi panami typu kwiat kryzysu wieku średniego, a przed każdym portfel, popielniczka i koniaczek. Wizja klubu nocnego, jaką znam z serialu 07, zgłoś się.
Hans kładzie się ze śmiechu na kanapie. B. szuka równowagi pod ścianą.
– Nowa! – rechocze Hans. – I love you, man!
Hm.
– Normalna dyskoteka – uspokaja mnie B. – Night club, bo tutaj wszystko nazywa się club.
– Disco is dead – wcina się Hans, unosząc tym razem i brew, i kącik ust. – Nikt już nie mówi disco, kumasz? Chodzi się na clubbing. Od klubu do klubu. Od baru do baru. I tak do rana. Albo aż wyrwie się jakiś towar. – Mruga.
– W Polsce chodziłyśmy na jedną dyskotekę i wystarczało na całą noc – wspominam sceptycznie.
W Polsce nie znałam osobiście ludzi, którzy mówili „kumasz”.
– Bo była przecież tylko jedna dyskoteka. – Wzrusza ramionami B. – Jedyna właściwa. Wypadało chodzić tylko Pod Jaszczury. Cała reszta to była siara. Nawet Rotunda.
Ciekawe czy B. też czasem mawia „kumasz”. Żeby komunikacja między nimi przebiegała klarownie i bez zgrzytów. Wspólny język daje poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Tutaj bardziej niż gdzie indziej.
– Siara, znaczy obciach? Fajnie. – Kiwa Hans sam do siebie głową. – Fajniście.
– On jest młodszy – wyjaśnia B. – To jego pokolenie wymyśliło obciach.
Przykleja z powrotem menu z chińszczyzną do drzwi lodówki. Innym razem.
– Więc co z tym flamingiem?
– Spoko jest. – Hans uśmiecha się tylko do mnie.
Najwyżej niepełne średnie, myślę, może zawodowe. W Polsce nie spojrzałabym nawet połową oka na niepełne średnie, a co dopiero zawodowe, nawet o takiej przygważdżającej urodzie. Na samo „kumasz” uciekłabym, gubiąc obcasy, w objęcia jakiegoś doktoranta z kompleksami. A teraz zupełnie mi to nie przeszkadza. Patrzę na Hansa i wiem, że w Polsce nigdy żaden los nie skrzyżowałby mi z takim Hansem ścieżki. Ale w Polsce nikt nie wie, nie musi wiedzieć, że zachwycił mnie jakiś Hans z innej intelektualnej półki. Hans, który ma oczy sugerujące najrozmaitsze głębie, zapewne nieistniejące, ale nie szkodzi. Nie będę z nim prowadzić intelektualnych dysput. Nie po to wygląda Hans tak, jak wygląda. Poza wszystkim, to jest miły chłopak. I całkiem bystry, w imprezowym sensie. Wielki, emigracyjny wyrównywacz wrzucił nas do jednego worka. B., nawet ta samozwańcza snobka B. nie ma z Hansem problemu. Może dlatego że wkrótce, już całkiem niedługo, wystawi z tego worka głowę na prawdziwy, amerykański świat. Jako realtor-aligator w ołówkowej spódnicy. Na razie jest swojsko i dobrze. Ten pokój, ta kawa pita wspólnie, nas troje, ta chwila. Przedsionek prawdziwego życia, wieczny piątkowy wieczór, wieczny weekend, którego końca się jednocześnie chce i nie chce.
– I nie ma striptizu? – upewniam się. – Striptiz mnie nudzi.
Znowu rozbawiłam Hansa.
Ni z tego, ni z owego przypomina mi się tytuł mojej pracy magisterskiej.
(…)