Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Celebryci i śmierć

Aktualności

06.08.2020

Najlepsza książka miesiąca Lipiec 2020!

Z radością informujemy, że książka "Chciałbym nigdy cię nie poznać" została uznana przez czytelników serwisu hultajliteracki.pl za najlepszą książkę miesiąca Lipiec 2020 a Wiktor Krajewski za Autora Miesiąca oraz Wydawnictwo Prószyński za Wydawcę miesiąca.

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Celebryci i śmierć

J.D. Robb

Rozdział 1.

Z frustracją i pewnym żalem przyglądała się zamordowanemu mężczyźnie. Leżał na kanapie koloru dobrego merlota, krew utworzyła plamę na jasnoszarej koszuli poniżej serca, w którym tkwił srebrny skalpel. Beznamiętnie i z ponurą miną spoglądała na trupa, pokój, a także tacę z artystycznie ułożonymi owocami i serem, ustawioną na niskim stoliku.
– Znowu z bliskiej odległości. – Jej głos, podobnie jak wzrok, był wyprany z wszelkich emocji. Wyprostowała się. – Wyłączył androida, zaprogramował domowy system zabezpieczeń na „Nie przeszkadzać”. A potem się położył, nie przejmując się, że ktoś może tu wejść, pochylić się nad nim. Może zażył środki uspokajające. Zlecimy badanie toksykologiczne, ale nie sądzę, żeby wyniki coś wykazały. Znał ją. Nie obawiał się o życie, kiedy weszła do tego pokoju.
Skierowała się do drzwi. Na korytarzu ładna blondynka siedziała na podłodze, głowę wsparła na rękach; obok niej stała, uśmiechając się z wyższością, świeżo upieczona pani detektyw, mocno zbudowana młoda kobieta o krótkich włosach.
Zatrzymała się na progu, tyłem do zamordowanego.
– Cięcie! Kapitalnie zagrane.
Na znak reżysera w makiecie gabinetu nieżyjącego Wilforda B. Icove’a juniora zapanował zgiełk i harmider.
Porucznik Eve Dallas, która kiedyś stała w prawdziwym gabinecie Icove’a nad trupem – lecz wtedy denat nie usiadł i nie podrapał się po tyłku, jak teraz ten mężczyzna – otrząsnęła się z dziwnego uczucia déja vu.
– Ale super, no nie? – Peabody wykonała obok niej krótki, powściągliwy taniec, unosząc i opuszczając obcasy różowych, kowbojskich butów. – Naprawdę jesteśmy na planie zdjęciowym i oglądamy siebie. I całkiem dobrze się prezentujemy.
– To upiorne.
A jeszcze bardziej upiorne, pomyślała Eve, było widzieć siebie – albo kogoś bardzo do siebie podobnego – zmierzającego ku niej z szerokim, zadowolonym uśmiechem na twarzy.
Chyba się tak nie uśmiecha, co? To naprawdę upiorne.
– Porucznik Dallas, świetnie, że udało się pani wpaść na plan. Marzyłam o poznaniu pani. – Aktorka wyciągnęła rękę.
Eve nie pierwszy raz widziała Marlo Durn, ale poprzednio ta kobieta była lekko opaloną blondynką o ciemnozielonych oczach. Patrząc teraz na jej krótkie, zmierzwione, brązowe włosy, brązowe oczy, a nawet płytki dołeczek w brodzie, taki sam jak jej, poczuła się odrobinę nieswojo.
– I detektyw Peabody. – Marlo oddała garderobianej długi, skórzany płaszcz, w którym przed chwilą grała – kopię płaszcza podarowanego Eve przez męża, kiedy prowadziła śledztwo w sprawie Icove’ów.
– Jestem pani zagorzałą fanką, pani Durn. Widziałam wszystkie filmy z pani udziałem.
– Marlo – poprawiła aktorka Peabody. – Ostatecznie jesteśmy partnerkami. A więc co panie o tym myślą? – Wskazała dekoracje, a na jej palcu błysnęła obrączka ślubna, identyczna z tą, którą nosiła Eve. – Bliskie to rzeczywistości?
– Tak – przyznała Eve. Zupełnie jak prawdziwe miejsce zbrodni z kręcącymi się wokół ludźmi.
– Roundtreemu, to znaczy reżyserowi, zależy na maksymalnym autentyzmie. – Marlo skinęła głową w kierunku przysadzistego mężczyzny, pochylonego nad monitorem. – I zawsze udaje mu się dopiąć swego. Między innymi dlatego uparł się, żeby wszystko kręcić w Nowym Jorku. Mam nadzieję, że udało się paniom tu rozejrzeć, zorientować się, jak wygląda nasza praca. Jak tylko się dowiedziałam o zamiarze nakręcenia tego filmu, bardzo chciałam dostać tę rolę. Nawet jeszcze przed przeczytaniem książki Nadine Furst. A pani, obie panie, to przeżyły naprawdę. Och, plotę trzy po trzy.
Roześmiała się krótko, swobodnie.
– Skoro już mowa o wielkich fankach... Od miesięcy staram się wczuć w postać Eve Dallas. Nawet parę razy towarzyszyłam parze detektywów, kiedy Roundtreemu nie udało się nakłonić pani ani pani komendanta, byście się zgodzili, żebym razem z K.T. z bliska przyjrzała się waszej pracy. I – ciągnęła, nie dając dojść Eve do słowa – dopiero wtedy w pełni zrozumiałam, dlaczego nie wyraziliście zgody.
– Cieszę się.
– Znów mówię od rzeczy. K.T.! Chodź tu i poznaj prawdziwą detektyw Peabody.
Pochłonięta dyskusją z Roundtreem aktorka spojrzała w ich stronę. Eve dostrzegła na jej twarzy irytację, którą dopiero po chwili zastąpiła mina, przybierana – zdaniem Eve – na użytek publiczności.
– Cóż za zaszczyt. – K.T. uścisnęła im ręce, zmierzyła Peabody wzrokiem od stóp do głów. – Zapuszczasz włosy.
– Tak jakby. Dopiero co widziałam cię w filmie „Łza”. Byłaś absolutnie rewelacyjna.
– Porwę Dallas na kilka minut. – Marlo wzięła Eve pod rękę. – Napijmy się kawy – zaproponowała, odciągając Eve z planu zdjęciowego i prowadząc przez makietę drugiego piętra domu Icove’ów. – Producenci załatwili dla mnie gatunek kawy, którą pani pije, no i się od niej uzależniłam. Poprosiłam swoją asystentkę, żeby przygotowała dla nas wszystko w mojej przyczepie.
– Nie musi pani wrócić na plan, Marlo?
– Moja praca w dużej mierze składa się z czekania. Przypuszczam, że podobnie, jak praca policjantów. – Maszerując szybkim krokiem w wysokich butach, spodniach z szorstkiej tkaniny, z bronią w kaburze – Eve przypuszczała, że to rekwizyt – Marlo poprowadziła ją przez studio filmowe. Mijały plany zdjęciowe, sprzęt, grupki ludzi.
Eve przystanęła na widok makiety sali ogólnej wydziału. Biurka pełne papierzysk, tablica, której widok sprawił, że cofnęła się w czasie do poprzedniej jesieni, boksy, porysowana podłoga.
Brakowało jedynie gliniarzy... I zapachu rafinowanego cukru, kiepskiej kawy oraz potu.
– Wszystko jak trzeba?
– Tak... Chociaż chyba jest trochę większa niż w rzeczywistości.
– Na ekranie nie będzie wyglądała na taką dużą. Tuż obok odtworzyli również pani gabinet, więc mogą mnie czy innych kręcić, jak tędy przechodzimy. Chce pani rzucić okiem?
Minęły atrapę ściany, jakieś puste pomieszczenie, które – jak przypuszczała Eve – też nie będzie widoczne na ekranie, i znalazły się w niemal idealnej makiecie jej gabinetu w komendzie. Odtworzono nawet wąskie okno, ale wychodziło na studio, nie na Nowy Jork.
– Komputerowo wygenerują widok, budynki, ruch powietrzny – powiedziała Marlo, kiedy Eve podeszła do okna, żeby przez nie wyjrzeć. – Już kręciliśmy tu kilka scen, podobnie jak scenę w sali konferencyjnej, gdy przedstawiła pani spisek... Icove, Unilab, Brookhollow Academy. Dialog bez żadnych poprawek wzięto z książki. Podobno moje kwestie niewiele się różnią od tego, co naprawdę pani wtedy mówiła. Nadine świetnie udało się wpleść wydarzenia autentyczne we wciągającą fabułę. Chociaż przypuszczam, że rzeczywistość była równie emocjonująca. Ogromnie panią podziwiam.
Zaskoczona i lekko speszona, Eve się odwróciła.
– To, czym się pani zajmuje na co dzień – ciągnęła Marlo – jest niezwykle ważne. Jestem dobra w tym, co robię. Jestem cholernie dobra w tym, co robię, i uważam, że moja praca jest ważna. Może nie tak ważna, jak rozpracowanie szajki o światowym zasięgu, zajmującej się klonowaniem ludzi, ale bez sztuki, opowieści i tych, którzy w nich występują, świat byłby smutniejszy.
– Z całą pewnością.
– Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, uświadomiłam sobie, że nigdy nie grałam postaci, której tak bardzo chciałam oddać sprawiedliwość. Nie tylko z uwagi na to, że może mi ona przynieść Oscara – chociaż ta złota błyszcząca statuetka pięknie by się prezentowała na kominku – ale ponieważ to ważna rola. Wiem, że przyglądała się pani kręceniu tylko jednej sceny, ale mam nadzieję, że gdyby dostrzegła pani jakiś fałsz, coś, co by pani nie pasowało, powiedziałaby mi pani o tym.
– Wszystko mi pasowało. – Eve wzruszyła ramionami. – Tyle tylko, że to dziwne i według mnie trochę niesamowite patrzeć, jak ktoś, udający mnie, robi to, co ja robiłam, mówi to, co powiedziałam. Skoro więc czułam się dziwnie, musiało być wszystko jak należy.
Marlo uśmiechnęła się szeroko. Nie, pomyślała Eve, z całą pewnością ja tak się nie uśmiecham.
– Świetnie.
– A tutaj... – Eve obróciła się wśród dekoracji, udających jej gabinet. – Odczuwam nieprzepartą ochotę, by usiąść za biurkiem i zabrać się do pracy papierkowej.
– Carmandy byłaby zachwycona, gdyby to usłyszała. Jest głównym scenografem. Napijmy się tej kawy. Wkrótce znów będę potrzebna na planie.
Kiedy wyszły na październikowe słońce, Marlo powiedziała, wskazując ręką:
– Jeśli pójdziemy tędy, zobaczy pani makiety niektórych pomieszczeń z domu Roarke’a i Dallas. Są olśniewające. Czy Preston, asystent reżysera, powiedział pani, że chcą zrobić kilka zdjęć pani i Peabody podczas waszej wizyty w studiu? Wykorzystają je później w kampanii promocyjnej. Zajmuje się nią Valerie Xaviar, rzeczniczka prasowa wytwórni. Ona tym wszystkim dyryguje.
– Coś mi się obiło o uszy.
Marlo znów się uśmiechnęła i krótko, lekko uścisnęła ramię Eve.
– Wiem, że niespecjalnie się pani do tego pali, ale to będzie ogromna reklama dla filmu... Wszyscy aktorzy i cała ekipa realizatorska bardzo się ucieszą. Mam nadzieję, że dziś wieczorem pojawi się pani na kolacji razem z Roarkiem.
– Mamy taki zamiar. – Nie uda się od tego wymigać, pomyślała Eve.
Marlo spojrzała na nią i wybuchnęła śmiechem.
– Żałuje pani, że nie ma pani jakiejś pilnej sprawy, by móc się wykręcić od tej kolacji.
– Chyba rzeczywiście jest pani dobra w tym, co robi, Marlo.
– Będzie fajniej, niż pani przypuszcza. Co nie takie trudne, bo uważa pani, że to będą katusze.
– Czy założyliście podsłuch w moim gabinecie?
– Nie, ale lubię sobie wyobrażać, że wiem, co się dzieje w pani głowie. – Marlo dotknęła skroni. – Dlatego wiem, że będzie się pani bawiła znacznie lepiej, niż pani przypuszcza. I pokocha pani Juliana. Doskonale naśladuje Roarke’a – jego akcent, mowę ciała, to nieuchwytne poczucie władzy i zmysłowość. A poza tym jest przystojny, zabawny, czarujący. Bardzo lubię z nim pracować. Czy prowadzi pani teraz jakieś śledztwo?
– Właśnie zakończyliśmy jedno kilka dni temu.
– Sprawę Ośrodka Whitwood? Tak przynajmniej określają ją w mediach. Jak już powiedziałam, jestem na bieżąco. Ale nawet jeśli sama nie prowadzi pani śledztwa, nadzoruje pani inne dochodzenia, zeznaje w sądzie, konsultuje się z pracownikami swojego wydziału. Ma pani mnóstwo spraw na głowie. Zajmowanie się...
Marlo urwała, bo nagle zabrzęczał komunikator Eve.
– Dallas.
– Dyspozytor do porucznik Eve Dallas. Proszę natychmiast udać się na Zachodnią Trzecią numer dwanaście. Podejrzenie zabójstwa.
– Potwierdzam. Już tam jadę razem z detektyw Delią Peabody. – Rozłączyła się i zatelefonowała do Peabody. – Mamy pilne wezwanie. Spotkamy się koło mojego wozu.
Wcisnęła komunikator do kieszeni i spojrzała na Marlo.
– Przykro mi.
– Ależ rozumiem. Dostała pani nową sprawę, akurat kiedy się tu zatrzymałyśmy. To prawdopodobnie głupie pytanie, ale jakie to uczucie, kiedy otrzymuje się wiadomość, że ktoś nie żyje?
– Że pora zabrać się do pracy. Dziękuję za oprowadzenie mnie po studiu.
– Pokazałam pani jedynie drobny jego fragment. Wytwórnia Big Bang Productions właściwie odtworzyła świat Dallas tu, w Chelsea Piers. Będziemy tu kręcić jeszcze przynajmniej przez dwa tygodnie, może trzy. Może jeszcze się uda pani tu zajrzeć.
– Może. Muszę już iść. Zobaczymy się wieczorem, jeśli obowiązki zawodowe mi pozwolą.
– Powodzenia.
Eve wróciła na parking dla VIP-ów, gdzie zostawiła swój wóz. Nie cieszyła się, że ktoś zginął, ale skoro ludzie i tak umierają, nie była nieszczęśliwa, że dzięki nowej sprawie uniknie tej głupiej sesji zdjęciowej. Pomyślała, że Marlo Durn jest ujmująca, może trochę afektowana, ale ujmująca, inteligentna i niemęcząca. Lecz musiała przyznać, że było trochę denerwujące patrzeć na kogoś tak podobnego do siebie. W dodatku w pomieszczeniu tak przypominającym to, gdzie ona zwykle przebywa.
Świat Eve Dallas.
Hm.
– Wiadomo było, że dostaniemy nową sprawę. – Pojawiła się zdyszana Peabody. – Ale tu fajnie! I Preston... Preston Stykes, asystent reżysera, powiedział, że mogę zagrać epizod! W przyszły weekend będą kręcili sceny plenerowe, mogę być przechodniem... Pokażą mnie z bliska, może nawet dostanę jakąś kwestię. Założę się, że wyskoczy mi jakiś pryszcz. – Dotknęła ręką twarzy, jakby sprawdzała. – Zawsze człowiekowi wyskakują pryszcze, kiedy pokazują go w zbliżeniu.
– To dla mnie nie pierwszyzna... Zbliżenia, nie pryszcze. Nie interesują mnie twoje pryszcze.
– To będzie mój pierwszy występ w filmie. – Delia usadowiła się na miejscu dla pasażera, a Eve usiadła za kierownicą. – A dziś wieczorem będziemy się zadawać z wielkimi tego świata na przyjęciu. Zjem kolację z gwiazdami filmu, z celebrytami, w eleganckiej rezydencji przy Park Avenue, należącej do jednego z najbardziej rozrywanych reżyserów z Hollywood, poznam najpotężniejszego i najbardziej szanowanego producenta, założyciela wytwórni Big Bang Productions. – Przestała sprawdzać, czy wyskoczyły jej jakieś pryszcze, i przycisnęła dłoń do żołądka. – Trochę mnie mdli.
– Będziesz mogła się wyrzygać w eleganckim kibelku w domu jednego z najbardziej rozrywanych reżyserów z Hollywood.
– Roundtree ciebie szukał. Już chciał wysłać gońca, żeby cię odnalazł.
– Doświadczałam surrealistycznego przeżycia, będąc oprowadzaną przez swojego sobowtóra po swoim własnym wydziale.
– Och! Moje biurko! Mogłam usiąść przy swoim biurku. Mogłam usiąść za twoim biurkiem.
– Nie.
– Przecież to tylko plan zdjęciowy.
– I tak nie.
– Jesteś wredna. Druga ty jest miła. Pozwoliła mi zwracać się do niej po imieniu. A druga ja wydaje się trochę jędzowata.
– No proszę. Znaleźli odpowiednie aktorki do obsadzenia w roli ciebie i mnie.
– Bardzo śmieszne, cha, cha, cha. Rozmawiała ze mną może przez trzydzieści sekund, a potem zaczęła mnie olewać. I wiesz, co powiedziała?
– Skąd mam wiedzieć, skoro mnie przy tym nie było?
– To ci powiem. – Peabody, z nachmurzoną miną wyglądając przez okno, włożyła swoje okulary przeciwsłoneczne ze szkłami we wszystkich kolorach tęczy. – Powiedziała, że jeśli Nadine przedstawiła w swojej książce mój wierny portret, to proponuje mi kurs asertywności. W przeciwnym razie wiecznie pozostanę podwładną albo w najlepszym razie pomagierką. Bo ze swoją uległą postawą nigdy nie awansuję.
Eve ogarnęła irytacja. Jej partnerka była wystarczająco asertywna, by spowodować wszczęcie śledztwa i położyć kres działalności nieuczciwych gliniarzy.
– Nie wydaje się trochę jędzowata, tylko jest stuprocentową jędzą. A ty nie jesteś podwładną.
– Racja. Jestem twoją partnerką. Zgoda, jesteś panią porucznik, ale to nie znaczy, że jestem podlizującą się podwładną, we wszystkim uległą.
– Wykonywanie rozkazów to nie przejaw służalczości, tylko cecha dobrego gliniarza. Poza tym często się mądrzysz.
– Wielkie dzięki. Bardzo się sobie nie podobałam.
– Mnie dużo się w tobie nie podoba. Mojej drugiej mnie też.
– Teraz już nic z tego nie rozumiem.
– Marlo i K.T. niezbyt się nawzajem lubią. Widać to, gdy nie pokazuje ich kamera. Kiedy reżyser zawołał „cięcie”, każda poszła w swoją stronę, nie rozmawiały ze sobą ani na siebie nie patrzyły, póki Marlo nie zawołała K.T., żeby przywitała się z nami.
– Chyba mam klapki na oczach, bo tego nie zauważyłam. Ale masz rację. Chyba trudno tak blisko z kimś współpracować, udawać wzajemną sympatię i szacunek, kiedy naprawdę czuje się coś innego.
– Dlatego nazywa się to grą.
– Mimo wszystko. Och, i myślę, że ta druga ja ma większy tyłek ode mnie.
– Z całą pewnością.
– Naprawdę?
– Peabody, właściwie nie przyglądałam się jej tyłkowi i rzadko mam okazję oglądać twój. Ale chętnie przyznam, że ma większy tyłek od ciebie, jeśli sprawi ci to przyjemność i będziemy mogły przestać rozmawiać o ludziach Hollywood.
– Dobra, tylko jeszcze jedno. Druga ja jest również kłamczuchą. Powiedziała, że musi się przygotować do następnej sceny, ale kiedy mijałam przyczepy w drodze na parking dla VIP-ów, zobaczyłam ją... I usłyszałam. Waliła w drzwi jednej z przyczep, wydzierając się na całe gardło: „Wiem, że tam jesteś, ty łobuzie, otwórz te cholerne drzwi”. I tym podobne rzeczy.
– Czyja to była przyczepa?
– Nie wiem, ale K.T. była maksymalnie wkurzona i w ogóle się nie przejmowała tym, że ktoś ją usłyszy, a kręciło się tam mnóstwo osób.
– Zawsze mówiłam, że jesteś jędzą, masz okropny charakter i brak ci klasy.
Peabody westchnęła i się uśmiechnęła.
– Ale nie jestem podwładną.
– Skoro to uzgodniłyśmy – powiedziała Eve, zatrzymując się za radiowozem – może zajmiemy się tym trupem.
– Wizyta na planie zdjęciowym, trup i kolacja z celebrytami. To naprawdę dobry dzień.
(…)