Strona główna / Biografie, wspomnienia / Marlena Dietrich

Aktualności

08.07.2020

Spotkanie z Wiktorem Krajewskim w Warszawie

We wtorek 21 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Restauracji Endorfina Foksal w Warszawie (ul. Foksal 2) na spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Marlena Dietrich

Charlotte Chandler

Rozdział 1. Berlin

Mogę się z panią spotkać, bo nie znała mnie pani wcześniej, kiedy byłam młoda i bardzo piękna. – Tak brzmiały pierwsze słowa Marleny Dietrich, kiedy spotkałam się z nią w Paryżu w 1977 roku.
Zgodziła się ze mną rozmawiać tylko dlatego, że nie będę jej porównywać do niej samej z młodości, a co ważniejsze, ponieważ zostałam jej przedstawiona przez madame Meerson z Cinémathèque Française w Paryżu.
Poznałam madame Meerson, wdowę po Lazarze Meersonie, scenografkę operowej sceny francuskiej i artystkę, w późniejszych latach jej życia, kiedy pracowała w Cinémathèque Française. Współpracowała tam z legendarnym założycielem tej instytucji, Henrim Langlois, żeby zachować jak najwięcej ważnych filmów naszych czasów. W czasie
II wojny światowej on i madame Meerson wiele razy ryzykowali życie, aby ocalić filmy potępiane przez nazistów.
Dla Marleny znaczyło więcej, że zadzwoniła do niej Mary, niż gdyby zrobił to Langlois. Darzyła go najgłębszym szacunkiem, ale wiedziała, że Mary dobrze rozumiała, jak ona, Marlena, się czuje. Madame wybrała życie bez nieustannej walki o zachowanie urody w obliczu upływającego czasu.
– Mary była prawdziwie wielką rosyjską pięknością – wyjaśniła mi Marlena, kiedy się poznałyśmy. – I modelką znanych artystów. Jednak ponieważ tak bardzo przytyła, nie chce, żeby ktokolwiek, kto ją znał, kiedy była taka szczupła i piękna, teraz ją widział. Najczęściej rozmawia z ludźmi przez telefon, czasami spotyka się z bardzo młodymi ludźmi, którzy wcześniej jej nie znali.
Może pani uwierzyć, że jako młoda dziewczyna była równie szczupła jak ja, a nawet szczuplejsza? Ale poddała się. Zbyt ciężko przychodziło jej utrzymywanie tej wagi, a skoro nie mogła być piękna, nie dbała o półśrodki. Zdecydowała, że woli jeść i zostawić to pierwsze życie za sobą. W pewnym momencie nie było już powrotu, nawet gdyby tego chciała.
Nosi tylko te obszerne szaty, które maskują jej sylwetkę, żeby nie było widać, gdzie kończy się sukienka, a zaczyna madame. Jednak nieważne, jak bardzo jest gruba, zawsze widać, jak piękna była kiedyś. To nieprzeciętna uroda. Nawet teraz jeszcze nią emanuje. Błyszczy.
Dlatego ona rozumie, jak ja się czuję. Bycie piękną może być przekleństwem, po pewnym czasie, kiedy uroda zaczyna znikać, kiedy czas ją kradnie.
Od kiedy pamiętam, jeszcze kiedy byłam małym dzieckiem, ludzie mówili mojej mamie: „Jakie śliczne ma pani dziecko”, mając na myśli mnie. Wtedy specjalnie się w to nie zagłębiałam, po prostu przyjmowałam tę opinię jak coś, co mi się należy. To stanowiło dla nas po prostu część naszej codzienności.
Kiedy podrosłam, okazało się to bardzo przydatne, przyjemne i zabawne. Stwarzało cudowne możliwości, ale nie było czymś, co decydowało o moim życiu.
Potem zjawił się Jo [Josef von Sternberg]. Kiedy to on przejął kontrolę nad moim wyglądem, czasami miewałam wrażenie, że moja uroda należy do niego, a nie do mnie. Waga przywiązywana do tego, jak wyglądam, stała się brzemieniem dźwiganym na barkach, niemal zbyt wielkim, by się tym cieszyć.


Zanim odwiedziłam Marlenę DIETRICH, zapytałam madame Meerson, czy pani Dietrich jada czekolaDĘ. Chciałam ofiarować jej pudełko czekoladek, ale nie byłam pewna, czy ktoś tak szczupły kiedykolwiek pozwala sobie na jedzenie słodyczy. W odpowiedzi usłyszałam, że Marlena może zjeść całe pudełko naraz.
– Kiedyś jadałyśmy razem czekoladki. Ja zjadałam dwie, a ona dwadzieścia. Też uwielbiam czekoladę, ale każda czekoladka, którą kiedykolwiek zjadłam, pozostawała częścią mnie już na zawsze.
Jak pani widzi, jestem teraz sześć razy grusza od niej, ale jako młoda modelka byłam równie szczupła jak ona. Może pani to sobie wyobrazić? Sama ledwo mogę w to uwierzyć.
Proszę zapytać ją o tajemnicę tego, że je tyle, i wszystko, co chce, i wciąż jest taka szczupła. Jeśli uda się pani rozwikłać ten sekret, będzie pani miała bestseller.
Oprócz szwajcarskich czekoladek przyniosłam francuską konfiturę. Była w zestawie słoiczków od Fouqueta, sklepu tuż za rogiem kamienicy, gdzie mieszkała, przy Avenue Montaigne.
– Doskonale – oświadczyła Marlena. – Konfitura, nie dżem, z kawałkami całych owoców.
Jest we mnie wiele rzeczy, które nie są już tak dobre jak kiedyś, ale jedno, co się nie zmieniło, to moje kubki smakowe.
W tej okolicy jest kilka cudownych restauracji, które przysyłają przepyszne posiłki. Bywałam w świetnych lokalach na całym świecie. Teraz nie potrzebuję jeść tyle, ile jadłam, kiedy byłam bardzo aktywna. Gotuję sobie na kuchence. Potrafię się też zadowolić porządną kanapką z wątrobianką.
Jestem doskonałą kucharką. Znam bardzo dobry sklep mięsny, a naprzeciwko mojego mieszkania znajduje się Plaza Athénée. Jeśli nie chcę gotować, dostarczają mi posiłek do domu.
Proszę mi powiedzieć, jeśli pani zgłodnieje. Mam tu kilka pysznych rzeczy i zawsze mogę zadzwonić też do której z restauracji w okolicy, nie uwierzy pani, jak szybko dostarczą jedzenie.
Teraz wolę jeść w domu. Wystarczy kanapka tostowa z pysznym bekonem, sałatą i pomidorami z Plaza Athénée. Prawdę mówiąc, to jeden z moich ulubionych przysmaków.
Zapytała, czy chcę zapalić. Odpowiedziałam, że nie palę.
– Rzuciła pani?
– Nie, na szczęście nie musiałam, bo nigdy nie zaczęłam.
– No cóż, ominęło panią coś wspaniałego. To było takie przyjemne. Rzuciłam palenie, ale nie jestem całkiem zadowolona, że to zrobiłam. Może pani zapytać, dlaczego się zdecydowałam.
Sporo mówiło się o tym, że to niezdrowe, mój przyjaciel Noël Coward powiedział mi, że zamierza rzucić palenie, i oświadczył: „Wiem, że ty nie będziesz w stanie tego zrobić”.
Nie musiał mówić nic więcej. Czerwona płachta przed nosem byka. To było wyzwanie.
Przyjęłam je i rzuciłam palenie. Za każdym razem, kiedy widziałam się z Noëlem, pytał mnie: „Nie palisz?”.
„Nie, już nie palę” – odpowiadałam. – „Rzuciłam to na dobre”. I tak było.
Noëla zadziwiało, że udało mi się to tak łatwo. Ale to wcale nie było łatwe. To była nieustająca i czysta tortura. Całe lata trwało, żeby wreszcie wygasła ochota na papierosa, to pragnienie. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek zniknęło zupełnie. Zanim rzuciłam palenie, prawie nie piłam. Potem, no cóż, musiałam czymś zastąpić utraconą rozkosz, więc zwiększyłam ilość spożywanego alkoholu.
Noël mi uwierzył, ponieważ tak mu powiedziałam. Niewiele wiedział o tym, co przeżywałam w chwili, kiedy tak kategorycznie zapewniłam go, że to nie będzie dla mnie problem. Nigdy nie brałam pod uwagę powrotu do palenia; ponieważ tak trudno było je rzucić, wiedziałam, że gdybym znowu zaczęła, nigdy nie dałabym rady znowu z tego zrezygnować.
Ludzie pewnie mówią pani, że miała pani szczęście, że nigdy nie zaczęła. Ja nie mogę tego powiedzieć, ponieważ wiem, co panią ominęło.
Na podłodze w salonie stało kartonowe pudełko z uchylonym wieczkiem.
– To mój skarb – powiedziała gwiazda. – Pokażę pani.
Sięgnęła do środka i wyjęła słoiczek kremu oczyszczającego.
– To sekret mojej urody. Kupuję go w Londynie, w Bootsie, sieci sklepów drogeryjno-farmaceutycznych. To nie jest jeden z tych drogich kremów, chyba że doliczy się koszty przesyłki.
Zaproponowała mi, żeby wzięła sobie jeden ze słoiczków. Odpowiedziałam, że będę w Londynie, więc nie chcę uszczuplać jej zapasu.


Marlena pokazała mi śliczne zdjęcie w secesyjnej srebrnej ramce. Przedstawiało ją jako małą złotowłosą dziewczynkę o długich lokach. Na tej starej fotografii byli też Josephine i Otto Dietrich, jej rodzice. Marlena miała na tym zdjęciu jakieś trzy lata, pochodziło z roku 1904.
– To są moi rodzice. Zawsze mówię „są”, nie „byli”, ponieważ mimo że już od dawna ich nie ma, mamy od kilku lat, taty od wielu, wielu lat, na zawsze są częścią mnie. Tak szczerze, to nie za dobrze pamiętam, jak ojciec wyglądał. Jego obraz w mojej pamięci to ta stara fotografia. Ale to nie ma znaczenia. Moi rodzice będą żyli, dopóki ja żyję.
Zdjęcie zostało z jednej strony przycięte przez kogoś, kto chyba użył nożyczek do manikiuru, żeby zniknęła z niego niepożądana osoba, która jednak nie została do końca usunięta. Widoczny był kawałek ramienia i sukienki.
– Pewnie zastanawia się pani, kto został wycięty i dlaczego – powiedziała Marlena. – Wycięłam moją starszą siostrę, Liesel, która była tylko o rok starsza, z tego zdjęcia przedstawiającego nas jako małe dziewczynki. Pokazałabym pani ten kawałek, który odcięłam, ale nie mogę go znaleźć. Wiem, że gdzieś tu jest, bo go zachowałam.
Może się wydawać, że usunęłam osobę, której nie lubiłam. Wygląda, jakbym wycięła kogoś, kogo nie cierpię. Jest zupełnie odwrotnie. Zrobiłam to, bo bardzo ją kochałam.
Dlatego że chciałam ją chronić. Całe lata mówiłam każdemu, absolutnie każdemu, że nigdy nie miałam siostry. Upierałam się przy tym, ale teraz czuję, że mogę powiedzieć pani prawdę, bo znowu wolno mi mieć siostrę.
Różniłyśmy się od siebie, chociaż myślę, że wyglądałyśmy dość podobnie, jednak bardzo się kochałyśmy, kiedy byłyśmy dziećmi. Powierzałam Liesel wszystkie swoje sekrety. Ona mnie żadnych. Pewnie dlatego, że żadnych nie miała.
Utrata ojca była czymś okropnym, a potem straciłyśmy ojczyma; nie byłyśmy z nim zbyt blisko, ale mama tak, więc dla nas to też stało się ciężkim przeżyciem. To zbliżyło nas do siebie jeszcze bardziej.
Kiedy moja matka zdecydowała się zostać w Berlinie podczas
II wojny światowej, oczywiście nie mając pojęcia, co ta decyzja znaczy, Liesel również postanowiła nie opuszczać Niemiec. Choć może raczej powinnam powiedzieć, że jej mąż tak postanowił, a Liesel, która zawsze była posłuszną żoną, tak jak nauczyła ją nasza mama, została u jego boku. Zazwyczaj raczej zostawała kilka kroków za nim, a kiedy urodziło się jej jedyne dziecko, trzymała małą rączkę synka, Hansa, który stał się dla niej wszystkim.
Kiedy jasno dałam do zrozumienia nazistowskim władzom, że nie wrócę do Niemiec, i zostałam obywatelką amerykańską, a także potępiłam ich i aktywnie działałam przeciwko nim, bałam się o bezpieczeństwo siostry. Nie mogłam kontaktować się ani z matką, ani z nią, więc usunęłam Liesel z rodzinnego zdjęcia i usiłowałam ukryć jej istnienie. Obawiałam się, że naziści mogą ją ukarać; wie pani, w ramach zapłaty, zemsty.
Zaczęłam upierać się przy tej wersji z powodu wojny, ale kłamałam z takim zacięciem, że weszło mi to w nawyk i dalej brnęłam w to kłamstwo. Mama i ja nigdy nie lubiłyśmy jej męża, ale ona była bardzo zakochana.
Pamiętam, jak matka powiedziała mi: „Nic nie można na to poradzić. Poszłaby za nim w ogień”. W następnych latach wspominałam te aż nazbyt prorocze słowa matki.
– Wie pani, nie musiałam zostawać aktorką filmową – wyznała mi Marlena. – Istniały inne rzeczy, które mogłam robić z równym powodzeniem.
Jestem doskonałą szwaczką. Naprawdę potrafię szyć i cenię szwaczki, zwłaszcza te najlepsze. Tym w studiu przynosiłam upieczone własnoręcznie ciastka. Szanuję porządny szew.
Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam naprawiać swoje ubrania i szyć swoje stroje. Moja matka nauczyła mnie perfekcyjnie równego ściegu oraz sztuki stosowania go w taki sposób, by osiągnąć najrozmaitsze efekty. Mój ścieg był niemal jak haft. Ta umiejętność okazała się bezcenna, kiedy znajdowałam się w trasie, a moje kostiumy, sukienki i bielizna potrzebowały naprawy. Zazwyczaj nie było nikogo, kto szył równie dobrze jak ja, i zajmowanie się tym sprawiało mi przyjemność. Czasami zajmowałam się ubraniami innych członków obsady. Dziękuję ci, mamo.
Mogłam też być modystką. Robię cudowne kapelusze.
– Ale czy sądzi pani, że byłaby szczęśliwa, zajmując się całe życie robieniem kapeluszy? – zapytałam.
– Dlaczego nie? Ale nie wiem tego, ponieważ nie tak potoczyło się moje życie. Pamiętam, jak marzyłam, kiedy byłam bardzo zajęta, żebym mogła zatrzymać się na chwilę i zrobić kapelusz, jednak być może gdyby to było moje jedyne zajęcie i miałabym się tym zajmować całe życie, znienawidziłabym kapelusze. Człowiek nie wie, dopóki czegoś nie wypróbuje. Nic nigdy nie jest dokładnie takie, jak to sobie wyobrażałaś.
Ale mogę powiedzieć pani jedno. Nie muszę występować na scenie lub w filmach, żeby czuć się szczęśliwą. Jest wiele osób, które czują to inaczej – wszystkie nadzieje i marzenia pokładają w karierze, która może być krótkotrwała lub też nigdy się nie rozwinąć. Największym szczęściem było dla mnie zawsze moje kochane dziecko i rodzina. Mogłam przestać pracować w jakimś momencie, ale uznałam, że jestem na to zbyt biedna. Podatki, sama pani wie. I co niby miałabym robić? Siedzieć w domu i ściubolić na drutach?
Myślę, że byłabym wspaniałą pielęgniarką. Uwielbiam pomagać ludziom, którzy potrzebują opieki, sprawiać, że lepiej się czują. Lubię mieć przekonanie, że na coś się przydaję, że dokładam swoją cegiełkę. Obserwowanie, jak zdrowieją, to cudowne uczucie, a wiem, że mam wyjątkowy dar sprawiania, by stan innych się poprawiał.


– Mam piękną BIŻUTERIĘ, żałuję, że nie mogę jej pani pokazać. Nie jest tego zbyt wiele, za to wszystko najwyższej jakości. Pokazałabym pani, ale trzymam te rzeczy w banku. Teraz już ich nie noszę, ponieważ prowadzę inne życie i prawda jest taka, że nie stać mnie na ubezpieczenie. Nie jestem pozbawiona środków do życia, ale trzeba płacić ogromne sumy, jeśli mieszka się samotnie w mieszkaniu i nie ma zbyt wielu osób, które chroniłyby twój dobytek, zwłaszcza biżuterię. A nawet jeśli ma się taką ochronę, trzymanie precjozów w domu, gdzie można się nimi cieszyć, jest bardzo kosztowne, nawet jeśli nie wynosi się ich na zewnątrz. Przyznaję, chciałabym poprzymierzać tę biżuterię, sama dla siebie, tu, w swoim apartamencie. Lubię na nią patrzeć i jej dotykać. Lubię czuć jej dotyk na skórze. Pamiętam, jak wygląda, ale czasami nie pamiętam, jakie to uczucie. Sprawiało mi przyjemność noszenie biżuterii w filmach i w teatrze. Ludzie teatru są wspaniali i nigdy nic nie zginęło.
Mam nadzieję, że spędzę w tym mieszkaniu resztę swoich dni, nie wspominając już o nocach. Ono bardzo mi odpowiada. Gdy tylko je zobaczyłam, wiedziałam, że będzie dla mnie odpowiednie. Nie za duże, nie za małe. Zajmowanie się nim nie jest zbyt wielkim obciążeniem. I mogłam je wynająć, nie musiałam kupować.
Zawsze miałam za dużo pudeł i już nie daję rady ich chować, nawet przed sobą. Przyzwyczaiłam się do nich, ale to irytujące, gdy przyjmuję u siebie gości, co nie zdarza się zbyt często. Obserwuję ich miny. Widzę własny rozgardiasz ich oczami. Unikają ponownego spojrzenia w tym kierunku, ja podobnie.
Osobiście uwielbiam świadomość, że wszystkie te rzeczy są tutaj, bezpieczne: to moje wspomnienia. Muszę tylko je przejrzeć, ale zawsze szkoda mi na tę robotę czasu. To oznaczałoby podejmowanie decyzji, co wyrzucić, co jest po prostu śmieciem. Zawsze boję się pozbyć czegoś, czego będę później potrzebowała, a nie uda się już tego znaleźć. Jednak muszę coś z tym zrobić, żeby nie obciążać tą selekcją Marii. Nie będzie chciała tego robić. Jest moją córką. To dla niej niemożliwe. Nie mieszka w Paryżu i ma swoją własną rodzinę. Zatrzymuje się w rozkosznym Plaza Athénée, ale to bardzo kosztowne. Mam teraz więcej czasu niż kiedyś, lecz mniej energii. Jedyne, co można zrobić z takim problemem jak przeglądanie rzeczy, to wyrzucić go z głowy.
Życie to nieustanna walka, walka o zachowanie iluzji. Ludzie bardzo chętnie uświadamiają ci prawdę, ale to ich prawda, nie twoja. Z pewnością nie moja. Iluzje są delikatne i trzeba je chronić. Rzeczywistość, którą ludzie chętnie przyjmują, jest zazwyczaj czymś negatywnym i często stanowi sposób na to, żebyś czuła się równie źle jak oni. Ale ja nie chcę być taka poważna.
Kiedy byłam dzieckiem, tak małym, że nie pamiętam nawet, ile dokładnie sobie liczyłam lat, wiem tylko, że to było dawno temu, pewnie skończyłam wtedy pięć lub sześć, miałam przeczucie. Chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, co znaczy to słowo. (…)