Strona główna / Literatura polska / Drugie piętro

Aktualności

25.02.2020

O pokusach i pragnieniach w Faktycznym Domu Kultury

We wtorek 10 marca o godz. 19.00 zapraszamy do Faktycznego Domu Kultury w Warszawie (ul. Gałczyńskiego 12) na spotkanie wokół książki Gabrieli Wiener "Seksografie. Reportaż uczestniczący o pokusach i pragnieniach".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie czynnik diabła.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Dymy nad Birkenau Seweryna Szmaglewska
  2. Króliki z Ravensbrück Anna Ellory
  3. Oleńka. Panienka z Białego Dworu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Drugie piętro

Andrzej Gumulak

(…)

Powiewy wiosennego wiatru budziły miasto z zimowego snu. W przedwojennej kamienicy na Śniadeckich gospodynie myły okna, trzepały dywany, dzieci szalały na podwórku. Z drugiego piętra płynęła muzyka – Joan Sutherland i John Alexander śpiewali „Parigi o cara, noi lasceremo”. W takt rzewnego duetu Lidia, klęcząc na posadzce, robiła porządek w kuchennej szafce.
– Po co mi tyle tego? – mamrotała pod nosem, stawiając na podłodze kolejny słoik z powidłami. – Wojnę zapowiadali, czy co?
– Wyprowadzamy się? – zapytała Helena.
– Ale mnie przestraszyłaś! – Lidia nie spodziewała się, że przyjaciółka za nią stoi.
– Bo jeszcze dycham? – Lena usiadła przy kuchen-nym stole. – Co robisz? – mówiła powoli, jakby w obawie, że z ust wydobędą się dla niej samej zaskakujące dźwięki.
Lidia wzruszyła ramionami i do połowy schowała się w szafce.
– Szukasz czegoś? – Żelazowska nie dawała za wygraną.
– Tam stoi z dziesięć kilogramów cukru.
Helena ledwo słyszała stłumiony głos Lidii, dodatkowo zagłuszany rytmicznym „Croce e, Croce e delizia, Croce e delizia, delizia al cor”.
– Twardy jak kamień! – Borzo wysunęła głowę na zewnątrz, w ręce trzymała kilogramowe opakowanie cukru. – Krocze delicja, krocze delicja… – wtórowała Joan Sutherland. – Ten kawałek zawsze wprawia mnie w dobry humor. – Spojrzała na torebkę. – Chyba z czasów, gdy był jeszcze na kartki. Takich opakowań dawno nie ma. – Odstawiła cukier na podłogę i znów zanurkowała pod blat.
– Chciałam ci coś powiedzieć… – Helena, zastana-wiając się, palcami ścisnęła nos.
– Mogłabyś przyciszyć tę muzykę? – krzyczała Lidia z ciemności szafki. – Nie słyszę, co mówisz!
– Co to ja miałam…? – szeptała Helena, manipulu-jąc gałką odtwarzacza.
– Zobacz, rydze, najprawdziwsze rydze! – Lidia uniosła słoik z grzybami jak puchar zdobyty na olimpiadzie. – Jezu, ile one mogą mieć lat?
– Podejrzewam, że nie są starsze od ciebie. Coś miałam ci powiedzieć…
– Bardzo śmieszne, rzeczywiście, młodzieżówka się odezwała. – Borzo wykrzywiła usta i potrząsnęła słoikiem, sprawdzając, czy grzyby przejdą próbę wytrzymałościową. – Całkiem w dobrym stanie.
– Nie pamiętam, może pójdę do pokoju, to wróci.
– Co wróci? Masz problemy z pamięcią? Mówiłaś o tym lekarzowi? Powinien coś ci przepisać.
– Już wiem! – ucieszyła się Helena. – Dzwonił Ptak.
– Ptak?
– Jakoś takie nazwisko.
– Był kiedyś Ptak, bodajże Stanisław albo Stefan, śpiewał w operetce, ale nie żyje. – Lidia spojrzała po-dejrzliwie na przyjaciółkę. – Twierdzisz, że dzwonił Ptak? – Podniosła się z kolan.
Helena wyglądała na zbitą z tropu.
– No to może Sikorka? – nie bez złośliwości za-proponowała Lidia. – Trochę jest tego skrzydlatego to-warzystwa. Dzięcioł?
– Nie pamiętam, ale na pewno miał skrzydlate nazwisko. – Lena bezradnie rozłożyła ręce. – Znasz kogoś z drobiu?
– Kaczka? Indyk? – wymieniała Lidia z oczami uniesionymi ku niebu. – Kogut? Gęś?
– Nie pamiętam.
– Może z ptactwa domowego? Nioska? Albo z dziczyzny? Orzeł? Jastrząb? Myszołów?
Helena pokręciła głową. Zmrużyła oczy, przeszukując zakamarki pamięci.
– Czego chciał? – Lidia postanowiła zabrać się do sprawy od innej strony. – O co pytał?
– O ciebie.
– Nie ma w tym nic szczególnie dziwnego. Mówił coś?
– Dużo, że… – Zakryła dłonią usta. – Że… – W oczach Heleny pojawiły się łzy.
– Że co? – Borzo nie ukrywała zniecierpliwienia.
– Chciał z tobą rozmawiać. Mówił, że to pilne.
– I co mu powiedziałaś?
– Że siedzisz… – Helena odwróciła twarz w stronę okna. – W szafce…
– Zwariowałaś?
– Sroka! Pomyślałam, że jest sroką – ucieszyła się, przypomniawszy sobie przynajmniej jeden detal.
– Nie znam.
– Ale nie, on tak się nie nazywał, z czymś takim go skojarzyłam.
Borzo nagle poczuła zmęczenie. Terapia i poświęcenie lekarzy doprowadziły do ogromnej poprawy stanu zdrowia Heleny, czasami była jednak gorsza od dziecka. Lidię denerwowało zagubienie przyjaciółki i nie zawsze, chociaż później żałowała, potrafiła opanować złość.
– Skup się, do jasnej cholery, i wykrztuś wreszcie, co ten ptak chciał!
– Wróbel! Nazywał się Wróbel!
Lidia usiadła przy stole:
– Wróbel skojarzył ci się ze sroką? Dlaczego nie z gołębiem?
– Gołąb, jestem pewna! – wykrzyknęła Helena, aż Lidia podskoczyła. – Chciał kolczyki, kolię, biżuterię. Dlatego sroka!
– Gołębiowski? Jubiler Gołębiowski dzwonił? – Borzo zerwała się z miejsca.
– No przecież mówiłam ci cały czas. Gołębiowski. Ptak. Jubiler. Sroka… – Helena była zadowolona z siebie.
– Zadzwoni?
– Czy zadzwoni? – zastanawiała się chwilę. – Nie pamiętam, ale gadał ze mną, bo myślał, że ja to ty.
– Nie powiedziałaś, że ty to ty, a nie ja?
– Po co? Mówił „maestra” – Lenka się rozmarzyła. – Miłe, dawno nikt do mnie tak się nie zwracał.
– Boże, jak ty lubisz brać cudze pod swój dach – wysyczała Lidia przez zęby i poprawiła perukę. – Muszę znaleźć jego wizytówkę i zadzwonić. – Rzuciła okiem na rozstawione na podłodze słoiki. – Posprzątam później. Ważniejsze sprawy mam na głowie.
– Tak, tak! Maestra musi zadzwonić do sroki – mówiła Helena za wychodzącą z kuchni Borzo. – Sroczka czeka na telefon maestry. Phi, maestra.

*****

Gdyby była młodsza i miała dla siebie więcej czasu, w ten piękny wiosenny dzień pojechałaby z leżakiem do Świdra i grzałaby kości w promieniach majowego słońca, a tak… Pilne sprawy do załatwienia nie pozwalały jej spokojnie oddychać. Wczoraj dzwoniła do Kazimierza Walickiego. Prezes związku artystów zaniemówił, gdy zwierzyła mu się z planów wyjazdu do Szwajcarii.
– Czy taka eskapada w Alpy nie jest zbyt ryzykow-na? – pytał z troską. – Pani Żelazowska, wydaje mi się, nie powinna latać samolotami. Długa podróż nie dla niej, bo to, to… – szukał mocnego słowa – to istna wyprawa. W jej stanie?
– W jakim? Nie jest w żadnym stanie, zwłaszcza błogosławionym – zażartowała Lidia. – Już nie te lata. Pan, prezesie, chyba zapomniał, że Helena pół życia spędziła w powietrzu. Nie zorientuje się nawet, że leciała.
– No nie wiem, nie wiem – mruczał do słuchawki.
Mimo wątpliwości obiecał rozeznać się w szwajcarskich kurortach i wybrać te, w których są najlepsze warunki, wysokiej klasy specjaliści i gdzie przyjmują pacjentów po udarze. – Na jutro będę perfekcyjnie przygotowany.
Wyszła z domu wcześniej, przespacerowała się Piękną do Alei Ujazdowskich, odpoczęła na ławce w cieniu kwitnących kasztanów i przez plac Trzech Krzyży ruszyła w stronę Nowego Światu. Do spotkania z Walickim – według zegara na wystawie sklepu Calvina Kleina – zostało dwadzieścia minut. Rozpięła płaszcz i poluzowała apaszkę. Po drodze przyglądała się chłopcom czule obejmującym dziewczyny i nawet nie skrytykowała modnych strojów, które w jej mniemaniu nie miały nic wspólnego z elegancją. Pewnie są wygodne, uznała. Podziwiała matki pchające wózki podobne do pojazdów kosmicznych. Ach ta nowocze-sność! Zwracała też uwagę na dobrze skrojone garni-tury i gustowne prochowce mężczyzn, identyczne z tymi, które noszono pięćdziesiąt lat temu. Podobały jej się także kobiety w lekkich sukienkach i płaszczykach z materiałów połyskujących w słońcu.
Miałam prawie taki sam, tylko nie aż tak jaskrawy; obej-rzała się za blondynką po trzydziestce. Świat zmienia się na lepsze, bo korzysta z doświadczenia starszych, pomyślała prawie jak filozof.
Była szczęśliwa. Pragnęła pojechać nad Jezioro Genew-skie albo Bodeńskie, dla swojego i Heleny dobra, i wyglądało na to, że pomysł już wkrótce uda się zreali-zować.
Robiła wiele, żeby urzeczywistnić marzenie, bywało jednak, że wątpiła, czy podoła. Ale gdy się okazało, że mimo cokwartalnych przelewów Heleny na sierocińce, zachowana kwota w banku jest całkiem spora, żeby nie powiedzieć ogromna jak na potrzeby dwóch samotnych starszych pań, których jedyną ekstrawagancją miała być podróż do znanego kurortu, nawet alpejskiego, w Lidię wstąpiła nowa siła – mogłaby przenosić góry. Nawet szwajcarskie.
W domu także, wprawdzie powoli, ale konsekwentnie, zaczynało się układać po jej myśli; przyjaciółka zgodziła się na wspólne konto, załatwiły u notariusza formalności i Helena stała się współwłaścicielką mieszkania na drugim piętrze, tak więc co miesiąc odpadło część opłat za czynsz, światło, wodę i mnóstwo innych niepotrzebnych do szczęścia wydatków. Przyjaciółka nie tylko odzyskiwała siły, ale także życzliwiej patrzyła na świat. To znaczy na Lidię. Jedno, co teraz nie dawało jej spokoju, to los biżuterii oddanej Gołębiowskiemu. Jubiler od tygodni nie odbierał telefonów, od miesiąca nie odpisywał na listy i – co najgorsze – „Pracownia Złota” na Nowym Mieście, którą Borzo odwiedziła co najmniej pięć razy, była zamknięta na cztery spusty. Ostatnio, przeczytawszy w drzwiach kartkę: „Sklep w likwidacji”, myślała, że umrze na serce.
Na szczęście mam notarialnie potwierdzone oświadcze-nie, że przekazałam mu biżuterię, pocieszała się. Jeżeli dalej będzie milczał, podam drania do sądu. W końcu sprzeniewierzył mój majątek, jubiler-dupiler. – Z pogardą machała ręką na myśl o Gołębiowskim. Dobrze, że ubezpieczyłam. Sam mi ten pomysł podsunął. Wszystko dobrze się skończy. Musi!
Obiecała sobie, że przed wyjazdem do Szwajcarii zajmie się tą sprawą i doprowadzi do szczęśliwego końca.
– Po coś chyba mamy w tym kraju prawo – powiedziała do Wojtka, zastanawiając się, czy Gołę-biowski ją okradł, czy też może stało mu się coś złego; pierwsza możliwość wydawała się Lidii bardziej prawdo-podobna. – Sąd weźmie w obronę biedną staruszkę, nieprawdaż? Facet nie zniknął jak kamfora.

(…)



*****

Tego lata mrówki były ogromne, i jak każdego dnia pracowały bez wytchnienia w pełnym słońcu. Wojtek zachwycał się zapachem świeżej żywicy na chropowatej korze. Mira, z listkami babki przyklejonymi do powiek i nosa, leżała nieruchomo. Myślał, że zasnęła.
– Śpisz?
– Nie – szepnęła, jakby bała się spłoszyć słońce. – Zaraz posmarujesz mi plecy.
Słońce parzyło. Wojtek nie miał siły myśleć. Nudził się jak mops.
– Posmarujesz? – Mira podciągnęła kolana pod brodę i podała mu buteleczkę z balsamem do opalania. – Nie żałuj.
Usiadł za nią i objął nogami. Wycisnął na rękę sporą porcję balsamu, roztarł i położył dłonie na barkach dziewczyny, wyczuwając pod palcami obojczyki.
– Delikatnie – poprosiła.
Kciukami posmarował szyję, biały kosmetyk symetrycz-nie rozprowadził po ramionach i łopatkach. Chwilę ma-sował kolistymi ruchami.
Mira uniosła dłonie, przytrzymując włosy.
Wycisnął drugą porcję balsamu, przetarł plecy wzdłuż kręgosłupa, sięgnął do pośladków i wodząc obiema rękami po bokach, przesunął dłonie, palcami dotykając piersi. Miejsce było miłe.
– Daj spokój – szepnęła, ale nie odtrąciła, więc nie przestał.
Przywarł do jej pleców, objął piersi, pieścił. Delikatna jedwabista skóra podniecała go coraz bardziej, pod palcami czuł stwardniałe sutki. Pocałował ją w kark i przeciągnął językiem wzdłuż kręgosłupa.
– Ale jesteś słona… Pyszna.
Mocno chwycił Mirę za biodra. Czuła jego podniecenie.
– Wypnij pupę – powiedział, liżąc językiem jej ucho.
Bez słowa spełniła prośbę. Jej uda zetknęły się z jego. Słońce odbijało się od błyszczącej potem i balsamem skóry. Wycisnął resztę preparatu wprost na pośladki dziewczyny, przez chwilę delikatnie malował na nich palcem esy-floresy, coraz niżej. Wreszcie wsunął dłoń między jej uda. Czuł, że Mira była gotowa go przyjąć, ale jeszcze nie chciał tego, pieszczoty sprawiały mu przyjemność.
– Mhhh – westchnęła przeciągle.
Zaczęła drżeć.
– Dobrze ci?
– Tak.
– Chcesz?
Pokiwała głową. Gładził wewnętrzną stronę jej ud, dotykając króciutkich włosków. Mira oddychała głośno. Rozsunęła szeroko uda.
Wreszcie się zdecydował, dłużej i tak by nie wytrzymał. Jęknęła. Całym ciałem przywarł do pleców Miry, mocno przyciągając jej biodra do swoich.
– Nie przestawaj – usłyszał.
Pot zalewał mu oczy, strumieniem płynął po plecach.
– Och tak, tak…
Dyszał jak koń w galopie.
– Chcę się do ciebie przytulić – Mira zatrzymała się i odwróciła. – Chodź tu. – Wyciągnęła ku niemu ramiona.
Położył się na niej; była tak rozgrzana, że niemal parzyła, całowała go po twarzy, szyi i ramionach. Chwycił ją pod kolana i oparł jej nogi na swoich ramionach. Trzymała go za pośladki i rytmicznie przyciskała do siebie.
– Tak, tak, tak… – szeptała z drżeniem.
Nagle, tnąc leśną ciszę, krzyknęła, naprężając ciało. On też niewiele potrzebował do szczęścia. Krew dudniła mu w skroniach, z trudem łapał powietrze.
Bez sił opadł na koc obok niej. Mira oddychała ciężko.
Palcami przetarła jego twarz, pocałowała w jedno, po-tem w drugie oko, w nos i usta. Przytulił ją, dłonie ślizgały się po spoconych i nasmarowanych balsamem plecach. Nadal brakło im tchu.
– Fajnie było. – Znów pocałował Mirę.
– Super. Wykąpiemy się?
Zerwał się z koca, Mira za nim. Wbiegli do płytkiej, led-wie sięgającej połowy łydek wody, rozbryzgując krople i śmiejąc się głośno. Chlapali jak dzieci. Złapał Mirę w pasie i podniósł, a ona zarzuciła mu rękę na szyję, głowę oparła o ramię.
– Słodki jesteś – westchnęła.
Usiadł na jasnym piasku dna, łagodny nurt łaskotał go frywolnie. Trzymał dziewczynę na rękach, przytulał ją i całował. Mira odwzajemniała pieszczoty. Znów się kochali.
– W rzece jeszcze nigdy tego nie robiłem – wyznał.
– Ja też nie – odpowiedziała, z zakłopotaniem spuszczając oczy.
Słońce, nieco już pochylone, nadal grzało, lecz strumyk dawał przyjemne orzeźwienie. Mira leżała na wznak, woda opływała jej twarz, sięgała na ramiona, otaczała jasnobrązowe piersi, omijała brzuch, by ukryć resztę ciała w leniwym nurcie. Krople iskrzyły się na skórze dziewczyny jak brokat.
Ogromne mrówki nie przestawały pracować.

*****

Po powrocie od Zawistowskiego Lidia nalała sobie her-baty.
– Boże, ile jeszcze zostało do załatwienia – westchnęła, ostrożnie łykając wrzątek. – Nawet nie zauważę, kiedy skonam.
– Zasiedziałaś się u adwokata?
– Korki, kochana, korki. – Zajrzała do lodówki i urwała kawałek kiełbasy. – Jeszcze idę na Polną. Pani Ela odłożyła dla nas co nieco.
– Jak zwykle przesadzasz. – Helena usiadła przy stole. – Dziś gości podejmuje się kawą i herbatnikami. Nikt nie zawraca sobie głowy wymyślnymi potrawami.
– Hipokrytka! – Lidia przeżuwała kiełbasę. – Tylko ci przypomnę, że obiecałaś upiec coś specjalnego.
– Herbatniki?
– Skoro na więcej cię nie stać.
– Mam mieszane uczucia co do tej Miry. – Helena zdjęła z półki książkę kucharską.
– Akurat w tej kwestii twoje uczucia mnie ani grzeją, ani chłodzą.
– Wojciech jest taki biedny. – Helena przerzucała kartki, co chwila zatrzymując wzrok na zdjęciach wypie-ków. – Może tort bezowy?
– Nie zdążysz, zabrałaś się do tego zbyt późno. Dlaczego Wojciech jest biedny? – Lidia przełknęła ostatni kęs kiełbasy.
– Mamy śliwki? Poczciwina z niego.
– Dobry chłopak i już. Czego chcieć więcej? Śliwki są. W lodówce, cała torba. O co ci chodzi?
– Czy ta Mira to dla niego dobra partia? Muszę je wydrążyć.
– Co masz innego do roboty? Idę na bazar. Bierz się do tych śliwek i nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy, rozumiesz?
– Jak to nie moje? Sprawy Wojciecha powinny bardzo nas obchodzić.
– Nie sądzę. Zwłaszcza ciebie nie powinny. – Lidia wyciągnęła zza szafki plastikowe torby. – Trzy chyba mi wystarczą.
– Wojciech jest jak rodzina, sama tak mówisz.
– Z tego, co sobie przypominam, chociaż, uwierz mi, od lat próbuję zapomnieć, twoje wtrącanie się w rodzinne sprawy zwykle źle się dla mnie kończyło.
– Ona nie jest subtelna.
– Mamy inne czasy, inne wzorce, nic ci do tego. Jakoś ci nie przeszkadzały jej wizyty w szpitalu. Nawet nie wspomniałaś mi o tym, dowiedziałam się ostatnia, przypadkiem! Nie mam ochoty dłużej z tobą rozmawiać na ten temat. Bierz się do roboty. Niebawem będę! – krzyknęła Lidia na pożegnanie.
– Nie da się z nią gadać – mruczała pod nosem Helena, wydłubując pestki ze śliwek. – Wszystko spro-wadza do siebie. I jeszcze udaje, że nie obchodzi jej szczęście Bergera.
(…)