Strona główna / Literatura światowa / Księga Elżbiety

Aktualności

24.09.2021

Spotkanie online Pauliną Młynarską

W piątek 24 września o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Moja lewa joga".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

28.08.2021

Rozmowa z Olgą Rudnicką

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Olgą Rydnicką, autorką książki "Na własną rękę".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Martwiec Katarzyna Puzyńska
  3. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston

Księga Elżbiety

Joann Davis

NICZYM LIŚĆ NA WIETRZE SĄ PLANY CZŁOWIECZE

Nie słyszała. Jak miała usłyszeć?
Nie wiedziała. Skąd miała wiedzieć?
Nie pomogła. Jak miała pomóc?
A jednak gorzko opłakiwała wszystko to, czego nie uczyniła, by ocalić dziecku życie.
Wydarzyło się to zwyczajnego poranka, który niczym nie różnił się od pozostałych. Wstała o świcie, spakowała kosz i udała się nad strumień, by prać ubrania w jego chłodnym nurcie. Uda się tam szybko, będzie pracowała bez wytchnienia i wróci, zanim rodzina się obudzi – taki był jej plan.
Tymczasem rankiem, kiedy na palcach przemykała obok posłania córeczki, dziecko się obudziło.
– Patrz, mamusiu! Widzisz mnie, mamusiu? – wołała malutka, wymachując rączkami. – Będę dziś twoją pomocnicą.
Z prędkością błyskawicy rozcinającej błękitne niebo poderwała się i ubrała, wciągając przez głowę białą tunikę, wsuwając stópki w parę maleńkich sandałów. Miała cztery lata i czuła się dumna, mogąc wyręczać matkę w pracach domowych: nakrywając do stołu albo napełniając dzban wodą. Nie mogła się doczekać, kiedy podrośnie, żeby wreszcie przepasywać się chustą jak starsze dziewczęta i siedzieć z nimi w świątyni. Na samą myśl o tym na jej buzi otoczonej aureolą złocistych loków zakwitał uśmiech.
– Patrz, mamusiu – chwaliła się, gdy zaczęły krótką wędrówkę nad strumień. – Umiem kręcić brzuchem jak tancerka na weselach.
Chuda jak patyczek dziewuszka zaczęła poruszać biodrami i uderzać w wyimaginowany tamburyn, próbując rozweselić matkę.
Kobieta jednak wciąż była nachmurzona. Całym sercem kochała córeczkę i cieszyła się, mogąc wdrażać ją w obowiązki kobiety, panicznie jednak bała się, że zbytnio zmitrężą nad strumieniem i spóźni się z przygotowaniem śniadania niezadowolonemu mężowi. Za nic nie chciała go rozgniewać.
Ruchem ręki odesłała dziecko do usypanej na brzegu kopki piasku. Upewniwszy się, że mała zajęła się zabawą, zaczęła moczyć ubrania w potoku. Po ostatnich ulewnych deszczach nurt był silny i wartki. Ilekroć płukała chustę albo tunikę, zerkała przez ramię i machała do dziewczynki pochłoniętej zabawą. Nic nie zwiastowało nieszczęścia.
Mała chowała jednak w zanadrzu psikusa.
– Patrz, mamusiu! – zawołała, podrywając się i biegnąc nad brzeg. – Potrafię fikać jak tancerki w świątyni!
Kiedy tak beztrosko podskakując, biegła do strumienia, nagle poślizgnęła się na omszałym kamieniu i ześlizgnęła prosto do spienionej, wezbranej wody. Natychmiast porwał ją nurt. Złośliwy wir uwięził i szarpał niczym szmacianą lalką.
– Mamusiu! – wołała przerażona. Nurt niósł ją w dół strumienia. – Mamo! – krzyczała, próbując utrzymać się na powierzchni.
Jej matka jednak była głucha i nie słyszała. Ani nie wiedziała. Ani nie przyszła z pomocą dziecku.
Później, kiedy odnaleziono drobne ciałko dziewczynki, matka gorzko opłakiwała wszystko to, czego nie uczyniła, by ocalić dziecku życie.

PIEC UTRAPIENIA

Dlaczego sprawiedliwi cierpią?
Dlaczego Bóg zabiera z tego świata dzieci?
Dlaczego wszechświat jest tak zimny, okrutny i niesprawiedliwy?
Ludzie od stuleci zadawali te pytania i od stuleci słyszeli od starszych i proroków tę samą odpowiedź. Cierpimy, ponieważ grzeszymy. Cierpienie jest karą za popełnione zło.
Czy to jednak na pewno prawda? Czy człowiek zbierał to, co posiał? Czy złoczyńcy ponosili karę za swe występki, podczas gdy dobrzy i szlachetni byli nagradzani?
Takie myśli nękały Elżbietę, gdy leżała na polu pod kobiercem migotliwych gwiazd i odtwarzała wydarzenia dnia. Zaczął się o świcie, na skraju wioski, gdzie udała się, by odebrać poród. Wszyscy zgodnie mówili, że położnica była poczciwą, dobrą kobietą, która dzieliła się chlebem z każdym żebrakiem, który stanął u jej stołu, i wodą z każdym, kto poprosił przy studni.
W miarę jednak porodu kobieta zaczynała coraz mocniej krwawić. Elżbieta robiła, co w jej mocy, by powstrzymać krwotok, lecz położnica zmarła, zostawiając pogrążoną w rozpaczy rodzinę, która przedwcześnie straciła ukochaną osobę.
Czy ta kobieta zasłużyła na śmierć? Gdzie była boska sprawiedliwość, kiedy nieszczęsna położnica tak jej potrzebowała? Dlaczego dobre uczynki nie przechyliły szali miłosierdzia? Czemu nić życia, wypełnionego dobrem, została tak nagle przecięta?
Później tego samego dnia Elżbietę wezwano do dziecka dotkniętego zarazą. Chłopiec miał zaledwie roczek, był niewiele większy od jagnięcia. Dopiero zaczynał stawać na nóżkach i dreptać po domu, wołając „ma–ma”, „ta–ta”. Jego promienny uśmiech rozweselał każdego, kto na niego spojrzał.
Kiedy jednak chłopczyk zachorował, cierpiał męki tak straszliwe, że zdumiewało to najmądrzejszych i najbardziej doświadczonych aptekarzy. Spojrzeniem tylko błagał o wybawienie. Ale matka nie mogła mu pomóc. Kiedy umarł, Elżbieta białymi kamyczkami zapieczętowała jego oczy na wieczność.
Wreszcie wieczorem Elżbieta udała się nad strumień, by zebrać zioła i przyprawy do kolacji, którą przyrządzała dla swego męża Jozuego, pasterza. Wybierał się na Wyżynę, by pomóc odbudować wioskę mieszkańcom, których domostwa porwała powódź. Elżbieta i jej przybrany brat Dawid chcieli przygotować jak najlepszy posiłek, który doda Jozuemu sił przed długą, żmudną wędrówką ze stadem. Oboje niecierpliwie wyglądali rozmowy z pasterzem na zakończenie długiego dnia.
Tymczasem, kiedy tylko Elżbieta zeszła nad wodę zbierać lilie, jej plany gwałtownie się zmieniły. Właśnie przedzierała się przez jeżyny, kiedy dostrzegła coś kątem oka. Co to? Może ktoś zostawił ubranie? Albo praczka lub niewolnica zgubiła szal bądź chustę wysoko urodzonej pani. Jeśli tak, to czekała ją bura. Nie ujdzie to biedaczce na sucho.
W miarę jednak jak Elżbieta zbliżała się do jasnej plamy, coraz bardziej traciła pewność. Czyżby to jakieś dziecko bawiło się w chowanego? Za późno już na takie zabawy. Elżbieta powolutku przedzierała się przez chaszcze. Wreszcie zobaczyła. Na wodzie kołysała się drobna dłoń przypominająca rozgwiazdę. Wśród pałek i wysokich traw dryfowało dziecięce ciałko. Zwróconą w dół twarz okalały złociste loki.
Elżbieta wyniosła ciało z szuwarów. Odgarnęła dziewczynce włosy, rąbkiem szaty osuszyła jej twarz. Drobne, idealnie wykrojone wargi przypominały płatki miniaturowej róży. Jeśli w niebie brakowało anioła, Elżbieta właśnie go znalazła. Dziecko wyglądało jak pogrążone w głębokim śnie, lecz był to sen śmierci – mroczny i ostateczny. Elżbieta długo trzymała malutką za rękę, a potem wygładziła ubranie, przygotowując ją do oddania rodzinie.
Obowiązek powiadomienia bliskich spadł na Elżbietę. Poprowadziła żałobników do domu nieszczęsnej rodziny. Zanim procesja dotarła na miejsce, zapadły już ciemności. W domu było ciemno. W drzwiach czekała matka ze świecą w ręku. Jej mąż siedział przy stoliku nad nietkniętą porcją ryby i chleba. Na widok żałobników niosących sztywne ciałko przykryte białym całunem zrozpaczona matka zaskowyczała niczym ranne zwierzę.
Czy zasłużyła na cios, jaki na nią spadł? Czy sama ściągnęła na siebie tragedię? Jakie przekleństwo na niej ciążyło?
Co człowiek sieje, to i żąć będzie, powtarzali starsi i kapłani mężowi, który winił żonę, że nie dopilnowała dziecka. Wziął zatem solidną rózgę i wychłostał ją za to, że sprowadziła na jego dom hańbę i nieszczęście.
Kiedy Elżbieta rozważała to wszystko, ogarnął ją głęboki smutek. Była położną, starała się nieść światło tam, gdzie panuje mrok, radość tam, gdzie włada mrok. Tym razem jednak mrok przytłoczył ją tak bardzo, jakby już nigdy nie zamierzał odejść. Miała wrażenie, że światło zgasło i nic go nie wskrzesi. Jak ma dalej żyć w tym piecu utrapienia, którego ogień niemiłosiernie palił jej duszę.
Drżąc na całym ciele, błagała niebo o odpowiedź. Dopiero kiedy przymknęła oczy i zapadała w sen, wydało jej się, że słyszy tuż przy uchu cichy szept: Nie drżyj i nie lękaj się, maleńka. Wiedz, że Ja jestem.


ŹRÓDŁO, KTÓRE NIGDY NIE WYSYCHA

Elżbieta spała. Śniło jej się, że znalazła się gdzieś bardzo, bardzo daleko, na zielonych pastwiskach rozciągających się na łagodnych pagórkach. Na rozstaju dróg w tym tajemniczym miejscu, na kufrze siedziała Staruszka o długich, srebrzystych włosach.
– Witaj – odezwała się Staruszka. – Szukasz czegoś?
– Jak odgadłaś? – zdziwiła się Elżbieta.
– Po wyrazie twojej twarzy. Wielu spośród tych, co tu przychodzą, szuka źródła, które nigdy nie wysycha. Mogę cię do niego skierować. Najpierw jednak trzeba będzie zajrzeć w głąb twej duszy.
Elżbieta przypatrywała się, jak Staruszka wyciera dłonie w specjalną szmatkę, którą wyjęła z kufra. Potem zanurzyła rękę w piersi Elżbiety i wyjęła z niej kulę.
– Nie obawiaj się – uspokoiła Elżbietę, wkładając ją w jej dłonie. – Jest niezniszczalna. Nic złego jej się nie stanie.
Elżbieta przyklęknęła i bacznie przyjrzała się kuli. Przypominała kryształową kulę wróżek. Na pierwszy rzut oka wyglądała całkiem zwyczajnie.
Wystarczyło jednak zajrzeć do środka, by dostrzec świetliste ogniki tańczące w jej wnętrzu. Płonęły mocno, niczym niebiański popiół w rajskim palenisku. A kiedy Elżbieta się uśmiechnęła, zamigotały.
– Hm... – odezwała się Staruszka, pokazując ogniki, które nagle straciły blask. – Czyżbyś ostatnio się zniechęciła?
– Czy to ważne? – zdziwiła się Elżbieta.
– Ogromnie – odparła Staruszka. – Twoja dusza jest lampą, która jaśnieje pełnym blaskiem dopiero wtedy, kiedy napełnisz ją oliwą spokoju i łagodności. Rozpacz gasi jej światło.
Elżbieta podziękowała Staruszce za podpowiedź. Gdzie jednak szukać owej niezwykłej oliwy? Nie sprzedają takiej na targu razem z figami i daktylami. Nie wyciska się jej też z oliwek rosnących w gaju Elżbiety.
– Co rano – wyjaśniła Staruszka – zanim wstaniesz z posłania, wyobrażaj sobie, że promienie słońca przenikają wprost do twej duszy, napełniając lampę spokojem i łagodnością, sprawiając, że czujesz się spełniona. Co dzień napełniaj się światłem.
– I co wtedy? – dopytywała się Elżbieta, gdy Staruszka z powrotem wkładała duszę do ciała.
Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Sen dobiegł końca.
(…)