Strona główna / Literatura światowa / Romans / Florenckie lato

Aktualności

14.09.2020

Prószyński Media kończy wydawanie WIEDZY I ŻYCIA

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Florenckie lato

Judith Lennox

Część I. ZAUROCZENIE

Oxfordshire, Anglia, 1937

Rozdział 1.

Za szkołą Freddie znajdował się staw. Czasami w mroźne zimowe dni pozwalano tam uczennicom jeździć na łyżwach. Tego popołudnia, siedząc w herbaciarni w Oksfordzie, Freddie powiedziała o tym Tessie.
– Dziewczęta z piątej i szóstej klasy mogą jeździć na łyżwach pół godziny przed odrabianiem pracy domowej. I godzinę w weekendy.
– Pamiętasz – spytała Tessa – jak mieszkałyśmy w Genewie i chodziłyśmy się ślizgać na jeziorze?
– Mama nam się przyglądała – odpowiedziała Freddie. – Siedziała w kawiarni i piła gorącą czekoladę.
Często rozmawiały o matce. Bez słów, jednomyślnie postanowiły, że powinny o niej mówić. Trzy lata temu, wiosną, po wyjeździe z Włoch, zostały powiadomione o śmierci Christiny. Nie przeżyła ostrego ataku astmy. Wspominanie mamy sprawiało, że mogły poczuć jej obecność.
– Mieszkałyśmy w tym śmiesznym małym pensjonacie – dodała Freddie. – Jak się nazywała właścicielka pensjonatu? Madame… madame…
– Madame Depaul – powiedziała z uśmiechem Tessa. – Co wieczór miałyśmy serowe zapiekanki na kolację. Madame Depaul myślała, że to właśnie lubią jeść Anglicy. A rano, po śniadaniu, mama wkładała futro i szłyśmy nad jezioro.
Tessa odziedziczyła płaszcz futrzany po matce. Kiedy przysłano go z Włoch, czuło się jeszcze woń perfum Christiny. Tessa włożyła go wtedy, zamknęła oczy, głęboko wciągnęła w nozdrza zapach Mitsouko i zapłakała. Łzy opuszczenia i smutku spływały w miękkie futro kołnierza. Zapach już dawno wywietrzał, lecz ilekroć Tessa zamykała oczy i zmuszała się do koncentracji, doskonale go sobie przypominała.
– Gorąca czekolada nigdzie nie smakowała tak wspaniale jak w Szwajcarii – powiedziała.
– Dają nam ją w szkole, ale jest wodnista. – Freddie, słynąca z doskonałego apetytu, spałaszowała jajka na grzance i sięgnęła po herbatniki.
Tessa uśmiechnęła się znowu.
– Nie musisz tak się spieszyć, kochanie, mamy mnóstwo czasu.
– Przepraszam. Ale jeśli nie jesz dostatecznie szybko, nie dostajesz repety. Nie pamiętasz?
Tessa pamiętała. W Westdown School, dokąd matka posłała ją wraz z Freddie jesienią 1933 roku, spędziła zaledwie sześć tygodni. Już pierwszego dnia wiedziała, że nie jest to miejsce dla niej, została tam jednak na tyle długo, by się przekonać, że Freddie da sobie radę sama. Teraz, niewiele ponad trzy lata później, pamiętała przede wszystkim to, że w szkole ciągle musiała się śpieszyć, wykonywać tysiące bezsensownych czynności w szybkim tempie.
Po opuszczeniu Westdown Tessa przeprowadziła się do Londynu i rozpoczęła karierę modelki. Na początek zamieszkała w pokoju w pensjonacie, lecz gdy jej kariera nabrała rozpędu, zaczęła wynajmować kolejne mieszkania, każde ładniejsze od poprzedniego. Jej obecne lokum przy Highbury było naprawdę wspaniałe. Miało ogromny salon i luksusową łazienkę. Tessa uwielbiała Londyn, ale od czasu do czasu jakieś wspomnienie sprawiało, że zaczynała tęsknić za dawnym życiem. Teraz oddała się rozmyślaniom o jeździe na łyżwach po zamarzniętym jeziorze w Genewie i popisowym numerze, arabesce – spirali znaczącej cieniutki ślad na lodzie.
Popatrzyła na talerz. Pozostały tam jedynie suche herbatniki, kawałek tarty z porzeczkami i biszkopt. Złożyła następne zamówienie. Gdy przyniesiono im kolejne ciastka i imbryczek świeżej herbaty, zapaliła papierosa.
Freddie patrzyła łakomie na czekoladową eklerkę.
– Śmiało, zjedz ją – zachęciła Tessa.
– Jest twoja.
Tessa pokręciła głową.
– Nie mogę jeść tak dużo. Muszę dbać o figurę. Nie mogę utyć.
– Mogę zapalić papierosa?
– Nie, kochanie. Dopiero kiedy skończysz siedemnaście lat.
– Będę mogła wtedy przejechać się twoim samochodem?
– Na wiejskich drogach… jeśli nie będą oblodzone.
Później, kiedy wracały z Oksfordu, Tessa pozwoliła Freddie poprowadzić swoje czerwone sportowe mg wąską, krętą drogą i podjazdem do Westdown School. Chociaż doskonale rozumiała pragnienie Freddie, by wszystkiego spróbować – jazdy autem, palenia papierosów, picia szampana, wyprawy do nocnego klubu – była bardzo opiekuńcza wobec siostry. W końcu miały na tym świecie tylko siebie. Kiedy Tessa wyjeżdżała do Anglii, ostatnie słowa matki brzmiały: „Bardzo cię proszę, zrób to dla mnie, opiekuj się Freddie”. Czasami Tessa myślała z goryczą, że ta prośba doskonale pasowałaby do ckliwej wiktoriańskiej powieści, traktowała jednak poważnie złożoną wtedy obietnicę i zamierzała jej dotrzymać.
W szkolnej szatni Freddie powiesiła na haczyku swój płaszcz i kapelusz.
– Jeśli czegoś potrzebujesz… – powiedziała Tessa.
– Dziękuję, nie, nie.
– Przyślę ci szampon i talk. Zostało mi całe mnóstwo z kampanii promocyjnej Coty.
– To wspaniale.
– I coś od Fortnuma.
– Proszę, bo inaczej umrę z głodu.
Rozległ się dźwięk dzwonka. Freddie w jednej chwili przeistoczyła się z powrotem w uczennicę Westdown School i wygładziła plisowaną spódniczkę mundurka.
– Muszę już lecieć. – Uścisnęła Tessę. – Dziękuję, że przyjechałaś. I za herbaciarnię.
Łyżwy Freddie znajdowały się w drucianym pojemniku pod wieszakiem.
– Mogę pożyczyć twoje łyżwy? – zapytała Tessa.
– Oczywiście, że możesz. Ale potem odnieś je na miejsce, bo będę miała krechę.
Ponownie się uścisnęły. Tessa odprowadziła wzrokiem młodszą siostrę wychodzącą z szatni na korytarz, ciemnowłosą i chudą w granatowo­ niebieskim mundurku i masywnych sandałach, które dziewczęta nosiły w szkole. Podziwiała jej spokój i zorganizowanie.
Wyjęła łyżwy z pojemnika i obeszła budynek. Niebo przybrało mglistą, fioletoworóżową barwę. Była pełnia. Blada poświata tworzyła aureolę wokół księżyca. Z tyłu, za boiskami i kortami tenisowymi, w porośniętej trawą dolince terenu znajdował się staw. Rosnące wokół drzewa sprawiały, że nie było stąd widać szkolnych budynków. Po drugiej stronie zbiornika kredowe wzgórza wznosiły się jak zamarznięta szaro­zielona fala.
Tessa usiadła na ławeczce i przymocowała łyżwy, po czym, stąpając jak na szczudłach, podeszła do stawu i ostrożnie wjechała na lód. Po chwili przypomniała sobie wszystkie ruchy i zasady utrzymania równowagi, przenoszenia ciężaru ciała z jednej nogi na drugą oraz płynnego poddawania się ślizgowi łyżew. Wykonawszy kilka okrążeń, zyskała pewność siebie.
Czuła się cudownie wolna, taka samotna w tej niezwykłej scenerii o zmierzchu. Miała na sobie dopasowany wełniany żakiet obszyty króliczym futerkiem i rozkloszowaną spódnicę, doskonałą do jazdy na łyżwach. Na głowę włożyła czarny aksamitny beret. Jej długie włosy powiewały w powietrzu przy wykonywaniu piruetów. Podczas jazdy na łyżwach zapominała o wszystkim – o pracy, wieczornej kolacji z Paddym Collisonem, bez reszty skupiona na samotnym tańcu na lodzie.

Milo Rycroft wolał trzymać się z dala od domu, gdy jego żona, Rebecca, szykowała przyjęcie. Dawała mu wtedy do zrozumienia, że jej przeszkadza, i mówiła doń opryskliwym tonem. Poza tym nie cierpiał towarzyszącego przygotowaniom przestawiania mebli i unoszącego się kurzu.
Postanowił wybrać się z psem na wędrówkę przez pola. Dzień był pogodny, lecz zimny. Milo lubił spacerować, cieszył go ruch na świeżym powietrzu i zmieniające się krajobrazy. Często, gdy zdarzał mu się smutny, trudny poranek, przechadzka działała inspirująco, dostarczając nowych pomysłów. Niektórzy pisarze lubili pracę w ogródku; on wolał spacery. Wspomniał kiedyś o tym w wywiadzie, a pozbawiony polotu dziennikarz, którego Milo wcześniej spotkał kilka razy w klubie, zaproponował zrobienie zdjęć podczas przechadzki. Fotograf stękał i narzekał, dźwigając trójnóg i aparat wznoszącą się błotnistą ścieżką. Ilustracja zdobiąca wywiad w „Times Literary Supplement” okazała się jednak bardzo udana i od tamtej pory, biorąc psa na spacer po okolicznych wzgórzach, Milo czasami wyobrażał sobie, że wygląda tak jak podczas sesji zdjęciowej – w długim czarnym płaszczu, z jasnymi włosami potarganymi przez wiatr (mimo nalegań Rebekki, rzadko nosił kapelusz), szedł przez zagajnik, mając z przodu biegnącego spaniela.
Była połowa stycznia i panował przenikliwy ziąb. Milo szedł skrajem zaoranych pól, rozciągających się na łagodnym zboczu pagórka. Szron okrył grube fałdy ciemnobrązowej ziemi. W bruzdach utworzył się żółtoszary lód, a pojedyncze chude łodygi trzcin i traw mieniły się lodowymi kryształkami. Spanielka, Julia, miała długą, jedwabistą, kasztanowo­ białą sierść. Jej oddech tworzył w powietrzu małe kłęby pary.
Czując, że w jego wyobraźni dojrzewa mocny, soczysty wiersz o Oxfordshire w środku zimy, Milo usiłował sformułować pierwszy wers. Wspinając się ścieżką, miał po jednej stronie pole, a po drugiej srebrzysty brzozowy gaj. Tomik poezji, nad którym obecnie pracował, stanowił nowe wyzwanie; do tej pory Milo wydawał jedynie powieści. Po pewnym czasie drzewa zostały w tyle i doszedł na wysokie kredowe wzgórze. Tam przystanął, zapalił papierosa i rozejrzał się dookoła. Ten widok zawsze przyprawiał go o szybsze bicie serca i poprawiał mu humor. Wzgórza wznosiły się nad niebieską mgiełką dolin, gdzie srebrzyście mieniły się wieże kościołów. Postanowił, że tego dnia przejdzie około dziesięciu kilometrów. Wyobraził sobie, jak tego wieczoru na przyjęciu rzuca jakby od niechcenia:
– Rano napisałem wiersz, a po południu udałem się na dziesięciokilometrowy spacer.
Lubił myśleć o tym, jak bardzo jest wszechstronny; prawdziwy człowiek renesansu. Niektórzy pisarze byli przygarbieni i pomarszczeni. Obiecał sobie, że nigdy nie doprowadzi się do takiego stanu.
Jedna z jego ulubionych tras prowadziła przez tereny szkoły Meriel. Milo zawsze bardzo uważał, by trzymać się ścieżki i starannie unikać miejsc, w których mógłby spotkać szwagierkę. Ta stara wiedźma nazbyt często pozwalała sobie na zgryźliwe uwagi. Czasami trudno było uwierzyć, że ona i Rebecca są siostrami. Milo zawsze starał się być miły dla Meriel, wiedząc, że nie została życzliwie potraktowana przez los – była tą pospolitą, pozbawioną uroku siostrą. Narzeczony Meriel poległ na wojnie i biedaczka straciła swą jedyną szansę na zamążpójście. Milo był zadowolony, że zajęcia w szkole uniemożliwiały szwagierce obecność na jego przyjęciu urodzinowym dziś wieczorem.
Najwyższym punktem w okolicy było Herne Hill. Niekiedy dmuchał tu gwałtowny wiatr, tworząc wiry. Milo miał wrażenie, że w tym miejscu zawsze jest chłodniej. Choć uwielbiał szperać w najprzeróżniejszych źródłach wiedzy o mitologii i nie znalazł niczego, co łączyłoby ten teren z jakimś celtyckim bóstwem, czuł, że całe to wzgórze otacza aura tajemnicy. Początek wiersza był już jakby na wyciągnięcie ręki – „Schronienie Herna: tu chowa się duch lasu, rogate bóstwo…”. Nie, za dużo aliteracji, to brzmiało jak w gorszej wersji Gerarda Manleya Hopkinsa. Milo miał już tytuł dla swego tomiku: „Odgłosy zimy”. Uśmiechnął się, lecz zaraz potem spochmurniał. Może powinien zaznaczyć w tytule, że chodzi o środek zimy? Poprzedniego dnia dał kilkanaście pierwszych wierszy do przepisania swej sekretarce, pannie Tyndall. Pięćdziesięciokilkuletnia panna Tyndall, o krzaczastych brwiach i porośniętym włosami znamieniu na twarzy, była niezwykle sumienna i zawsze spisywała się doskonale. To Rebecca wybrała ją spośród kilku kandydatek.
Kilka lat temu Milo zaproponował, by przenieśli się ze wsi do Oksfordu, Rebecca jednak nawet nie zamierzała się zastanawiać nad tą propozycją. Uwielbiała ich dom, przerobiony ze starego młyna. Podkreślała, że mieszkają w doskonałym punkcie, bardzo blisko Meriel i niezbyt daleko (wręcz za blisko) matki. Poza tym znajomi chętnie odwiedzali Mill House. Gdyby Milo i Rebecca przeprowadzili się do Oksfordu, nic już nie byłoby takie samo, a przede wszystkim oni, Rycroftowie, nie pozostaliby tymi samymi ludźmi. Dom stanowił ich nieodłączną część: przyjaciele z rozrzewnieniem wspominali obiady i przyjęcia u Rycroftów. Milo usłyszał kiedyś przypadkiem, jak któryś student z dumą obwieszczał koledze: „Zostałem zaproszony do Mill House”. W końcu przyznał Rebecce rację. Przenosząc się do Oksfordu, straciliby swój znak rozpoznawczy. I tak oto wszystko zostało po staremu.
Cieszyła go praca w Oksfordzie raz lub dwa razy w tygodniu. Przyjaciel, który spędzał większą część roku za granicą, pozwalał mu korzystać ze swego gabinetu. W pewien sposób, myślał Milo z lekkim poczuciem winy, wygodniej było mieszkać z dala od miasta. Wyjeżdżając z Mill House, czuł się wolny. Obecna sytuacja dawała mu swobodę działania. Powędrował myślami ku niedokończonej powieści czekającej w domu, pozostawionej własnemu losowi. W ciągu ostatnich trzech tygodni nie napisał ani słowa, a przecież obiecał wydawcy, że odda ją za cztery miesiące. Być może, gdyby mieszkał w Oksfordzie, zdołałby wziąć się do pracy nad tą książką. Zmieniająca się sceneria miasta mogłaby podziałać na niego inspirująco.
Milo przeszedł długą drogę, zanim trafił do Mill House. Był jedynym dzieckiem starszych rodziców, a jego urok i rozmaite talenty, które ujawniły się w bardzo młodym wieku, zdumiewały i wprawiały w zachwyt matkę i ojca. Cały dom kręcił się wokół Mila oraz zaspokajania jego potrzeb i zachcianek. Rodzice odżywiali się bardzo skromnie i odmawiali sobie atrakcji towarzyskich, by łożyć na prywatną edukację syna. Jako dziecko mieszkał w niewielkim ceglanym domku w jednej z martwych dzielnic na przedmieściach Reading. Ulubionym zajęciem chłopca było buszowanie w publicznej bibliotece położonej o kilka ulic od rodzinnego domu. Ilekroć dziennikarze pytali go o dzieciństwo, Milo przedstawiał jego mocno ubarwioną wersję, wiedząc, że prawda jest za mało atrakcyjna, żeby pojawić się na łamach gazet i czasopism.
Po zakończeniu wojny otrzymał stypendium i znalazł się w Oksfordzie, gdzie zasłynął jako dusza towarzystwa, a także, niemal w tym samym stopniu, jako zdolny student. Zostawszy doktorantem, zajął się tematyką mrocznych aspektów egzystencji w twórczości poetów metafizycznych. To właśnie wtedy, kradnąc czas poświęcony na badania naukowe, napisał „Krosna Penelopy”. Opublikowana książka odniosła ogromny sukces. Recenzent „Timesa” wyraził opinię: „Powieść zręcznie przeplata mit z rzeczywistością – jest triumfem pisarza”. Niedługo potem ukazało się następne, równie udane dzieło. Milo mógł już wówczas porzucić zaniedbaną pracę naukową, by zająć się wykładami na temat poezji współczesnej w Towarzystwie Edukacyjnym w Oksfordzie. Wykłady cieszyły się wielką popularnością i dużą frekwencją. Wiedział, że jest dobrym nauczycielem – nigdy nie korzystał z notatek, za to w sprzyjających okolicznościach często się zdarzało, że godzinna prelekcja spontanicznie rozwijała się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. (…)