Strona główna / Fantastyka / Anna we Krwi

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Anna we Krwi

Kendare Blake

Rozdział pierwszy

Lśniące od brylantyny włosy są dla mnie poważną wskazówką. Śmiertelnie poważną, choć może w tej sytuacji to nie najlepszy dowcip.
Podobnie sugestywny jest luźny, spłowiały płaszcz. Jeszcze więcej mówią mi jego baczki. I sposób, w jaki kiwa głową do rytmu, miarowo otwierając przy tym i zamykając zapalniczkę zippo. Tańcząc i śpiewając wśród kibiców Jetsów czy Sharków, nie wyróżniałby się niczym.
Wskazówki wskazówkami, ale z drugiej strony mam do tych rzeczy oko. Wiem, na co zwracać uwagę, ponieważ widywałem już duchy i widma wszelkich możliwych odmian.
Autostopowicz nawiedza fragment krętej drogi w Karolinie Północnej. Na poboczu tej szosy, poza drewnianym ogrodzeniem, nie ma nic. Po prostu wielka pustka. Niebaczni kierowcy, nie podejrzewając niczego, zgadzają się go podwieźć zapewne z nudy, sądząc, iż mają do czynienia z kolejnym studentem, który naczytał się za dużo Kerouaca.
– Panna na mnie czeka – oświadcza rozemocjonowanym głosem, jakby miał ją zobaczyć już zaraz, gdy tylko wóz wgramoli się na następne wzgórze. Dwukrotnie stuka zapalniczką w deskę. Robi to dość mocno i rzucam okiem, by sprawdzić, czy niczego nie uszkodził.
Samochód nie należy do mnie. Żeby móc go pożyczyć, przecierpiałem długie osiem tygodni koszenia trawnika pana Deana – mieszkającego po sąsiedzku pułkownika w stanie spoczynku. Jak na siedemdziesięciolatka, Dean ma najszersze bary, jakie widziałem. Mógłbym całe lato słuchać jego opowieści z Wietnamu. Zamiast tego czyściłem krzaki i pieliłem grządkę (osiem na dziesięć me-trów) pod nowe krzewy różane, a on obserwował mnie podejrzliwie spode łba, zapewne chcąc się przekonać, czy jego cacko będzie bezpieczne w rękach siedemnastoletniego wyrostka w starej koszulce z Rolling Stonesami i ogrodniczych rękawicach matki.
Prawdę powiedziawszy, wiedząc, do czego wykorzystam jego samochód, czułem lekkie wyrzuty sumienia. Ten wóz to ciemnoniebieski camaro rally sport z 1969 roku, w idealnym stanie. Prowadzi się go gładko jak po szynach i pięknie ryczy na zakrętach. Mimo całej swej uczynności do końca nie byłem pewien, czy pułkownik pozwoli mi go wziąć. Dzięki Bogu jednak pożyczył. W przeciwnym wypadku byłoby ciężko. Ten wóz mógł skusić autostopowicza – mógł go nakłonić do wypełznięcia spod ziemi.
– Musi być bardzo ładna – zauważam obojętnym tonem.
– Tak, bracie, tak – odpowiada i po raz setny, odkąd pięć kilometrów stąd wsiadł, zastanawiam się, jak to możliwe, by ktokolwiek się nie zorientował, że chłopak jest martwy. Mówi jak postać z filmu z Jamesem Deanem. No i ten zapach. Może jeszcze nie zgnilizna, ale zdecydowanie już mech. Ta woń wisi wokół niego niczym mgła. Jak można wziąć go za żywego człowieka? Jak można wytrzymać z nim w samochodzie przez kolejne piętnaście kilometrów do mostu Lowrena, na którym on szarpie za kółko, posyłając wóz i kierowcę na dno rzeki? Na pewno niepokoiły ich jego ciuchy i głos. I zapach kości – woń, którą znają, choć zapewne nigdy jej wcześniej nie czuli. Ale potem jest już za późno. Zdecydowali się zabrać autostopowicza i nie poddadzą się przecież jakimś głupim strachom. Nie wysadzą go. Pozbywają się lęku dzięki racjonalizacji. A tego nie powinno się robić.
Siedzący na fotelu obok autostopowicz wciąż opowiada dziwnie odległym głosem o swojej dziewczynie, której na imię Lisa. O tym, że ma najbardziej na świecie lśniące blond włosy i najpiękniejszy, czerwony uśmiech. O tym, że gdy tylko on wróci autostopem z Florydy, uciekną razem z domu i pobiorą się. Większą część lata pracował u swojego wujka, który handluje samochodami: świetna okazja, by odłożyć nieco grosza na ślub, choć nie widzieli się przez to całymi miesiącami.
– Trudno znieść tak długie rozstanie – zauważam i w moim głosie pojawia się szczera nuta współczucia. – Ale jestem pewien, że Lisa bardzo się na twój widok ucieszy.
– Tak, stary. Właśnie o to chodzi. Mam wszystko, czego nam trzeba. O tutaj, w tej kieszeni. Weźmiemy ślub i wyprowadzimy się na wybrzeże. Mieszka tam mój znajomek, Robby. Zahaczymy się u niego, póki nie znajdę roboty przy samochodach.
– Jasne – odpowiadam. Autostopowicz ma na twarzy smutno-optymistyczną minę, podkreśloną blaskiem księżyca i światełkami z deski rozdzielczej. Oczywiście nigdy nie pojechał do Robby’ego. Nigdy też nie zobaczył już swojej Lisy. A to dlatego, że trzy kilometry dalej, latem 1970, wsiadł do samochodu – zapewne bardzo podobnego do wozu pułkownika – i nieroztropnie wyjawił kierowcy, że w kieszeni płaszcza ma wszystko, czego mu trzeba, by zacząć nowe życie.
Miejscowi opowiadają, że napastnik porządnie pobił chłopaka już przy moście, a potem zaciągnął między drzewa, gdzie dźgnął kilka razy nożem, po czym poderżnął mu gardło. Zwłoki zepchnął z nasypu do jednego z wpadających do rzeki strumieni. Właśnie tam odnalazł nieszczęśnika pewien farmer, niemal sześć miesięcy później, oplecionego pnączami, z rozwartą w najwyższym zdumieniu szczęką, jakby wciąż nie dowierzał, że już stąd nie odejdzie.
Teraz także nie wie, że już stąd nie odejdzie. Oni nigdy tego nie wiedzą. W tej chwili pogwizduje sobie wesoło i kołysze głową do taktu muzyki, którą tylko on słyszy. Zapewne leciała w radiu w noc jego śmierci.
Jest bardzo miły. Idealny towarzysz podróży. Kiedy jednak dotrzemy do feralnego mostu, stanie się wściekły i paskudny. Według doniesień jego duch – zwany bez polotu Autostopowiczem z Dwunastki – zabił co najmniej dwanaście osób i ranił osiem kolejnych. Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie mieć mu tego za złe. Nie dotarł do domu, nie wrócił do swojej dziewczyny i chce teraz, by podobny los spotkał wszystkich innych.
Mijamy słupek milowy oznaczony liczbą dwadzieścia trzy – do mostu zostały niecałe dwie minuty. Odkąd się tu przeprowadziliśmy, jeździłem tą trasą niemal co noc, z nadzieją, że moje reflektory wyłowią w mroku uniesiony kciuk autostopowicza. Nie poszczęściło mi się. Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy usiadłem za kierownicą tego rally sport. Przedtem strawiłem na tej przeklętej szosie bite pół lata. Każdy dzień wyglądał identycznie, to samo ostrze czekało w ukryciu pod moim udem. Nie cierpię tego rodzaju sytuacji, przypominają rozciągniętą do granic możliwości wyprawę na ryby. Niemniej nie zrezygnowałem. Koniec końców, oni zawsze się pojawiają.
Nieco podnoszę nogę z gazu.
– Coś się stało, kolego? – pyta mnie.
Kręcę głową.
– Nie, ale to nie jest mój samochód i nie będę mieć pieniędzy na naprawę, gdybyś nagle zechciał zjechać ze mną z mostu.
Autostopowicz wybucha śmiechem, nieco zbyt głośnym, by zabrzmiał swobodnie.
– Chyba piłeś albo i coś gorszego, stary. Może lepiej mnie już wysadź.
Dociera do mnie, że nie powinienem był tego mówić. Nie mogę go teraz wypuścić. Znając moje szczęście, wysiadłby i zniknął. Albo zabiję go w jadącym samochodzie, albo będę musiał zaczynać od początku, a wątpię, by pan Dean użyczał mi wozu w nieskończoność. Poza tym za trzy dni przeprowadzam się do Thunder Bay. Pojawia się też myśl, że ten biedny drań przeżywa to przeze mnie raz jeszcze. Ale to ulotna refleksja. Przecież on już i tak nie żyje.
Staram się utrzymać wskazówkę prędkościomierza powyżej pięćdziesiątki – zbyt szybko, by mógł poważnie rozważać skok, choć z duchami nigdy nic nie wiadomo. Muszę się natychmiast zabrać do roboty.
Dokładnie w chwili, w której sięgam po ukryty pod nogawką dżinsów nóż, zauważam na moście majaczącą w księżycowej poświacie sylwetkę. Jak na sygnał, autostopowicz chwyta kierownicę i szarpie ją w lewo. Próbuję skręcić w prawo i jednocześnie wbijam stopę w hamulec. Słyszę wściekły pisk trącej o asfalt gumy i kątem oka dostrzegam, że twarz chłopaka zniknęła. Nie ma już przyjacielskiego Joe, nie ma przylizanych włosów i szczerego uśmiechu. Została maska przegniłej skóry i nagich, czarnych dziur, z zębami przypominającymi tępe kamienie. Możliwe, że się uśmiecha, lecz może to być także tylko skutek uboczny odpadnięcia warg.
Nawet gdy samochodem gwałtownie zarzuca, nie pojawiają mi się przed oczyma żadne przebłyski z dotychczasowego życia. Jak to zresztą miałoby wyglądać? Czy ujrzałbym kronikę filmową zamordowanych duchów? Zamiast tego widzę serię krótkich ujęć własnego martwego ciała: jedno z kierownicą tkwiącą mi w piersi, następne z urwaną głową, na kolejnym zwisam z wybitego okna.
Zupełnie znikąd pojawia się drzewo i pędzi prosto na moje drzwi. Nie mam nawet dość czasu, by zakląć, wystarcza go tylko na skręcenie kierownicą i dociśnięcie gazu. Drzewo zostaje z tyłu. Jednego nie chcę – nie chcę dotrzeć na most. Samochód jest nowy, w przeciwieństwie do przeprawy. Most jest drewniany, wąski i stary.
– Po śmierci nie jest wcale tak źle – oświadcza nagle autostopowicz, wbijając palce w moje ramię, próbując oderwać je od kierownicy.
– A co z zapachem? – syczę w odpowiedzi. Mimo całego zamieszania nie wypuściłem sztyletu z ręki. Nie pytajcie mnie, w jaki sposób mi się to udało; mam wrażenie, że za dziesięć sekund pęknie mi nadgarstek. Przeciwnik zsuwa mnie z siedzenia i zawisam nad dźwignią zmiany biegów. Uderzeniem biodra wrzucam luz (powinienem był to zrobić wcześniej) i błyskawicznie dobywam noża.
To co dzieje się potem, stanowi w pewnym sensie niespodziankę: na twarz autostopowicza wraca skóra, a zieleń na powrót wypełnia mu tęczówkę. Znów jest zwykłym dzieciakiem, gapi się na moje ostrze. Odzyskuję panowanie nad samochodem i raptownie naciskam hamulec. Szarpnięcie powoduje, że chłopak mruga. Patrzy mi w oczy.
– Pracowałem na te pieniądze przez całe lato – odzywa się cicho. – Jeśli je stracę, Lisa mnie zabije.
Serce mi wali z wysiłku kontrolowania wierzgającego wozu. Nie chcę nic mówić. Chcę po prostu mieć to już z głowy. A jednak słyszę własny głos.
– Ona ci wybaczy. Obiecuję ci to.
Nóż, athame mojego ojca, jest bardzo lekki.
– Nie chcę tego znowu przechodzić – szepce autostopowicz.
– To już ostatni raz – mówię i uderzam, przeciągając ostrzem po jego gardle, otwierając ziejącą czarną ranę. Palce chłopaka podlatują do szyi. Próbują skleić ze sobą płaty skóry, ale coś ciemnego i gęstego jak ropa wypływa z rozcięcia. Krew zalewa nie tylko staromodną kurtkę, lecz również twarz, oczy i włosy. Drgający autostopowicz nie krzyczy, choć może jedynie dlatego, że ma poderżnięte gardło, a usta zalała mu już czarna posoka. Niknie po niecałej minucie, nie zostawia po sobie najmniejszego śladu. Muskam ręką jego siedzenie. Jest suche. Po chwili wysiadam, obchodzę samochód dokoła i najstaranniej jak potrafię, w ciemności wypatruję zadrapań na lakierze. Opony wciąż dymią, są nadtopione. Już słyszę zgrzytanie zębów pana Deana. Z miasta wyprowadzam się za trzy dni, a co najmniej jeden z nich muszę poświęcić na kupno nowego kompletu goodyearów. W zasadzie chyba nie powinienem oddawać wozu, dopóki ich nie zmienię.
(…)