Strona główna / Literatura światowa / Amerykańskie lato

Aktualności

13.12.2019

Nominacja dla książki pod redakcją Cezarego Łazarewicza!

Książka pod redakcją Cezarego Łazarewicza "Wstając z kolan. Reportaże o '"dobrej zmianie"" został nominowana do nagrody Newsweek Polska imienia Teresy Torańskiej!

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Amerykańskie lato

Catrin Collier

Rozdział 1.
„CAPE COD STANDARD”
PONIEDZIAŁEK, 2 WRZEŚNIA 1968

W niedzielę we wczesnych godzinach porannych samochód, wyprodukowany w Europie na specjalne zamówienie, zjechał z drogi dojazdowej do Brosna Estate, rozbił się i stanął w płomieniach. Do chwili oddania numeru do druku rzecznik miejscowego szpitala odmawiał informacji o stanie pasażerów ani nie potwierdził, że kierowca doznał śmiertelnych obrażeń.
Naoczni świadkowie zeznali, że widzieli auto z czterema osobami w środku; samochód jechał tak, jakby kierowca stracił nad nim panowanie. Wóz był zarejestrowany na Roberta Brosnę, Bobby’ego, spadkobiercę wartego wiele milionów dolarów imperium Brosna. Plotki, że siedział za kierownicą, pozostały niepotwierdzone.

Hyannisport, Cape Cod, maj 1987

Fragment notatki prasowej pożółkł ze starości, pokrywały go brązowe plamy. Robert Brosna zamknął album z wycinkami i otworzył szufladę biurka, zamierzając go tam z powrotem schować. Na jej dnie leżała oprawiona w ramki fotografia. Sięgnął po nią, żeby się jej przyjrzeć. Przedstawiała dwóch młodzieńców w białych szortach i dwie młode dziewczyny w kostiumach bikini na pokładzie zbudowanego na zamówienie drewnianego jachtu z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Na burcie widniała nazwa łodzi: „Marzenie Dnia”.
Ujrzał przed oczami obrazy, tak realistyczne i wyraźne, że przypominały zapachy i dźwięki z przeszłości. Usłyszał krzyk mew, krążących nad głowami, poczuł słony zapach morskiego powietrza, złagodzony przez mocne perfumy o pomarańczowej nucie, używane przez obie dziewczyny. „Dzielimy się wszystkim w życiu – tak jest taniej”.
Przypomniał sobie, jak wszyscy na przystani odwracali głowy w ich stronę, żeby popatrzeć na dziewczyny. Szczupłe, długonogie, śliczne tak, jak tylko można być w młodości. Na widok ich jędrnych, gładkich ciał mężczyznom szybciej biły serca. Dziewczyny były osłonięte jedynie malutkimi skrawkami tkaniny w biało-czarny, geometryczny wzór. I bez swojego brytyjskiego akcentu przykuwały uwagę. Wystarczały ich kostiumy kąpielowe: Penny – w czarne koła na białym tle, Kate – w białe kwadraty na czarnym tle, takie w stylu Carnaby Street (tak przynajmniej zapewniały), kupione w chwili szaleństwa po nieoczekiwanym przypływie gotówki.
A teraz takie passé. To, co dwadzieścia lat temu było ostatnim krzykiem mody, teraz leżało w torbie ze szmatami. Robert żałował, że nie potrafi zamknąć swoich wspomnień w kufrze rzeczy niepotrzebnych, jak ubrań, których nie chcemy dłużej nosić.
Kasztanowe włosy sięgały Penny do pasa. Całe czoło zakrywała gęsta, długa grzywka, spod której błyszczały płowobrązowe oczy. Jeden z kelnerów w restauracji, gdzie oboje pracowali, wyraził się, że to „oczy zapraszające do łóżka”. Oberwał za to po pysku. Blondwłosa Kate obcięła się na chłopczycę. Oczy miała jasnoszare. Penny nazywała je oczami marzycielki.
Podważył tylną ściankę ramki i wyjął zdjęcie. Pod ramką ukrył się napis, niedbale nabazgrany w prawym rogu znajomym pismem, którego widok rozdzierał mu serce:
„Bobby, Sandy i ich dziewczyny, sierpień 1968”.
Przesunął palcami po czterech sylwetkach na zdjęciu. Czy to naprawdę był on? Czy naprawdę był kiedyś taki przystojny?
Chociaż od owego dnia upłynęło dziewiętnaście samotnych, wypełnionych bólem lat, nie pogodził się z tragedią nocy, która zakończyła tamto lato. Upływ czasu w małym stopniu zagoił jego obrażenia fizyczne, a zupełnie nie zlikwidował szram na duszy. Życie czterech osób uległo ruinie, reperkusje tamtego wydarzenia wciąż dawały o sobie znać.
Wyrzucił ramkę do śmieci, wsunął zdjęcie do albumu z wycinkami, włożył go do szuflady i ją zamknął. Wsparłszy się ciężko na lasce, pokuśtykał do fotela.
Fotel był ustawiony pod takim kątem, żeby docierało do niego ciepło ognia płonącego na kominku, a raczej tyle ciepła, ile nie zasłonił irlandzki wilczarz Car. Na stoliku tuż przy fotelu stała szklaneczka whisky, w powietrzu unosiły się ciche dźwięki ulubionej muzyki gitarowej Roberta; teczka, zawierająca roczny bilans Brosna Enterprises, czekała, by się z nią zapoznał. A kiedy upora się z ciążącymi na nim obowiązkami, będzie się mógł poświęcić lekturze nowego, dostarczonego mu dziś rano dreszczowca jego ulubionego autora.
Od dziewiętnastu lat dom z oknami o lustrzanych szybach był całym jego światem. Nie opuszczał go, nie licząc tygodni, które musiał spędzić w szpitalu. Widział, co jest na zewnątrz, ale nikt nie mógł zobaczyć, co jest w środku. Zapewnienia producentów, że na nic zdadzą się nawet najnowocześniejsze obiektywy fotograficzne najbardziej upartych paparazzi, okazały się prawdziwe. Albo groźba procesów sądowych powstrzymała fotoreporterów przed próbami pstryknięcia mu fotki.
Dom pełen był radosnych wspomnień, które czasami udawało mu się odgrzebać. Nauczył się czerpać przyjemność z zajęć, którym mógł się oddawać w samotności: słuchania muzyki, czytania książek, oglądania filmów, jedzenia wykwintnych potraw, picia wina. Dogadzał sobie, wypełnił swój dom przedmiotami zbytku, na które stać tylko bogaczy. Miał wszystko, o czym mógłby zamarzyć człowiek. Z wyjątkiem bliskości drugiego człowieka, towarzystwa i...
Przeszłość znów zaczęła go parzyć, równie gorąca i straszna jak ogień, który poparzył i oszpecił jego ciało. Najokrutniejsze słowa w języku angielskim brzmiały dlań: „gdyby tylko”.
Gdyby tylko mógł cofnąć zegar do wczesnego wieczoru tamtego wrześniowego dnia. Gdyby tylko się nie posprzeczali. Gdyby tylko nie wsiedli wszyscy do samochodu. Jak inaczej potoczyłoby się ich życie.
Wstał z fotela i podszedł do okna. Nie było w nim zasłon, bo i tak nikt nie mógł zajrzeć do środka. Na werandzie głównego domu paliły się światła. Włączono wszystkie lampy we wszystkich pomieszczeniach, których okna wychodziły na morze. Z jednym wyjątkiem. W oknach tego jednego pokoju widać było upiorną, zimną, niebieskawą poświatę. Robert utkwił wzrok w aparacie telefonicznym.
– Jak długo jeszcze może się kurczowo trzymać życia kobieta licząca sobie sto cztery lata, chorująca na zapalenie płuc i raka nerki?
Uzmysłowił sobie, że zadał to pytanie na głos, kiedy Car otworzył jedno oko i spojrzał na niego.
– Przepraszam, piesku. – Stanął obok wilczarza i delikatnie podrapał go laską za uchem. – Jestem podenerwowany.
Pies chrząknął, zamknął oczy i przekręcił się tak, żeby ogrzać sobie drugi bok przy kominku.
Robert spojrzał na teczkę ze sprawozdaniem finansowym. Usłyszał władczy głos Charlotte Brosny.
– Najpierw obowiązek, potem przyjemność, chłopcze. Zawsze.
Pierwszy Robert Brosna zbił majątek, drugi przepuścił jego większą część, zanim poślubił Charlotte. Uratowała, co mogła, i utworzyła Brosna Enterprises. Jedną z wielu rzeczy, której się nauczył, odkąd przejął od niej kontrolę nad firmą, było to, że ani na chwilę nie może przestać być czujny. Nie, jeśli imperium Brosna ma nadal kwitnąć pod jego kierownictwem, tak jak wtedy, kiedy to ona dzierżyła stery.
Wrócił na swój fotel, napił się whisky, wyjął z kieszeni kalkulator i otworzył teczkę. Nie zdążył wstukać pierwszej liczby, kiedy zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę przed drugim sygnałem.
Usłyszał szept jednej z licznych latynoskich służących babki.
– Dzwonię na polecenie pani Buttons. Pani Bosna chce się z panem zobaczyć. Lekarz mówi, że już wkrótce...
– Dziękuję – przerwał jej Robert. Rozłączył się i wykręcił numer wewnętrzny. – Tim, czy możesz natychmiast podjechać samochodem?
– Będę za kilka minut, proszę pana. – Tim sam zaproponował, że będzie się do niego zwracał per „pan”, żeby nie wywoływać uniesienia brwi podczas rzadkich okazji, kiedy Robert pokazywał się publicznie.
Robert wyjął z kieszeni biały, jedwabny kaptur i go włożył. Miał otwory na oczy i usta i szczelnie zakrywał mu całą głowę i szyję. Kiedy wkładał kapelusz i marynarkę, usłyszał, jak podjeżdża samochód. Chociaż słońce zaszło wiele godzin temu, z przyzwyczajenia wcisnął kapelusz nisko na czoło, zanim wziął laskę i wyszedł z domu. Zamknął drzwi na klucz i zajął miejsce z tyłu samochodu. Tim w milczeniu zawiózł go do głównego domu.
– Nie czekaj na mnie, Tim. Zadzwonię, kiedy będziesz mi potrzebny.
– To dla mnie żaden kłopot. Będę w kuchni.
– Dziękuję.
Robert wszedł do domu. Trzymając się poręczy, wolno i niezgrabnie wspiął się po schodach. Zapukał do drzwi apartamentu babki, a potem wszedł do środka. Olbrzymi pokój, który przez ponad osiemdziesiąt lat służył jako gabinet i salon Charlotte, wyglądał tak, jakby go uprzątnięto przed wizytą pośrednika handlu nieruchomościami. Robert nigdy nie widział tego miejsca tak pozbawionego jej rzeczy osobistych, nawet wtedy, kiedy wyjeżdżała do jednej z innych posiadłości należących do rodziny Brosnów.
Pokryty błyszczącą skórą blat osiemnastowiecznego mahoniowego biurka Charlotte był pusty. Ze stołu pod oknem zniknęły zdjęcia w srebrnych ramkach. Nie było śladu po osiemnastowiecznym, francuskim zegarze z porcelany i bibelotach należących do Charlotte. Znając ich wartość, miał nadzieję, że starannie je zapakowano.
Charlotte Brosna przygotowała się do opuszczenia tego świata równie skrupulatnie, jak wcześniej do każdej ze swoich podróży.
Drzwi do sypialni były uchylone. Robert zajrzał do środka. Górne lampy były wyłączone, na kinkiety z abażurami ze szkła witrażowego zarzucono jedwabne szale, co wyjaśniało przyćmiony blask. Drzwi na werandę na piętrze pozostawiono otwarte i morska bryza lekko poruszała białymi, muślinowymi firankami, które przypominały dwa półprzejrzyste duchy.
Pielęgniarka i lekarz stali w nogach łóżka. Gospodyni Charlotte, Harriet Buttons, siedziała na krześle, przysuniętym do łóżka, ale nie za blisko. Harriet położyła dłoń na koronkowej narzucie obok dłoni swojej chlebodawczyni, lecz jej nie dotykała i Robert uświadomił sobie, że nawet teraz gospodyni brakowało odwagi, żeby dać pociechę umierającej.
– Przyszedł pani wnuk, pani Brosna. – Głos Harriet był zachrypnięty, nabrzmiały od łez.
– Może teraz w końcu pozwoli pani dać sobie zastrzyk morfiny, pani Brosna. – Lekarz nawet nie próbował ukryć irytacji.
Charlotte otworzyła jedno oko i spojrzała na niego gniewnie.
– Nie rozumiesz, co znaczy „nie”, Jamesie? W moim wieku to błogosławieństwo móc coś czuć, nawet ból. Wynoście się stąd wszyscy. Chcę porozmawiać z wnukiem. – Jej głos był drżący, ale silniejszy niż kiedy Robert słyszał go ostatni raz.
Lekarz i pielęgniarka wyszli z pokoju. Harriet podążyła za nimi i cicho zamknęła za sobą drzwi.
– W górnej szufladzie sekretarzyka jest teczka. Wyjmij ją. Jesteśmy sami, więc ściągnij ten przeklęty kaptur.
Robert zdjął kaptur i schował go do kieszeni. Dostrzegł swoje odbicie w lustrze nad toaletką i szybko się odwrócił. Nie musiał sobie przypominać, jak jest oszpecony, ani tego, że jego usta, nos i uszy są dziełem chirurgów plastycznych. Skóra na twarzy była gruba, zaczerwieniona, pokryta plamami po licznych przeszczepach, z których jedne przyjęły się lepiej od innych. Tylko jego oczy pozostały takie, jak dawniej. Niebieskie kryształy w ciemnej oprawie.
Podszedł do sekretarzyka, zadowolony, że ma pretekst, by odejść od łóżka babki. Charlotte była stara, odkąd sięgał pamięcią. Obwisła skóra na szyi przypominała postrzępiony żagiel statku na złomowisku. Cienkie, blade usta odsłaniały zęby, sprawiające wrażenie za dużych, siwe, rozpuszczone włosy tworzyły na poduszce aureolę wokół głowy. Ale oczy nadal onieśmielały. Nawet teraz, kiedy leżała na łożu śmierci, trudno mu było wyobrazić sobie, że mogą na zawsze zgasnąć.
Wziął teczkę i utkwił wzrok w zdjęciu naklejonym na okładce.
– Zdziwiony? – wymamrotała Charlotte, kiedy z powrotem podszedł do jej łóżka. – Zapłaciłam twojemu detektywowi, żeby przysyłał mi kopie raportów. Są tu wszystkie. Pełne dzieje spadkobiercy imperium Brosna. Nie próbuj się sprzeciwić mojej woli...
– Nie zrobię tego.
– Nie tak szybko. Nie znasz treści mojego testa­mentu.
– Nigdy o nic cię nie prosiłem – odrzekł z goryczą.
– Ale nie przeszkadzało ci to brać wszystko, co ci dawałam.
– Bądź przeklęta...
– Mój wnuk – powiedziała szyderczym tonem – nie wzdraga się przed przeklinaniem starej kobiety na łożu śmierci.
– Ty mnie takim uczyniłaś.
Poruszyła ręką, jakby chciała go odprawić. Ale ten wysiłek pozbawił ją resztek sił. Przez pięć długich minut w pokoju panowała cisza, kiedy Charlotte walczyła, by zachować przytomność.
– Mój testament... – wydyszała. – Prawnicy zapewniają mnie, że jest nie do podważenia. Dostaniesz dwa miliony dolarów, dom, w którym mieszkasz, i dożywotnią rentę, a także będziesz mógł korzystać z całego majątku Brosnów, łącznie z domami, samochodami, jachtami i odrzutowcem. Ale niczego nie możesz się pozbyć, ponieważ całość... Wszystkie firmy, pieniądze i aktywa... – Charlotte z trudem łapała powietrze. – Dostaną się jemu. – Wskazała teczkę. – Robertowi Brosnie piątemu. Prawnicy powiadomią go o tym po moim pogrzebie. Jeśli chcesz mu o tym powiedzieć wcześniej... – Jej głos ucichł.
– Nazywa się Andrew John, nie Robert Brosna – poprawił ją Robert.
– Zdjęcie dowodzi, że jest Brosną...
– Gdybyś przeczytała raporty mojego detektywa, wiedziałabyś, że Andrew chce zostać lekarzem. Może odmówić przyjęcia spadku.
– Nie zrobi tego. Wszyscy Brosna mają we krwi prowadzenie interesów. Ujawni się to u niego, tak jak się ujawniło u ciebie. – Zacisnęła na jego dłoni palce przypominające szpony. – Robert Brosna piąty. Mój prawnuk. Pokierujesz nim, pomożesz mu... Obiecaj...
– Obiecuję, że spróbuję się z nim zobaczyć. Nic poza tym. Penny...
– Głupia dziewczyna! Jak śmie mi odmawiać! Jak śmie... – Ciałem Charlotte wstrząsnął dreszcz. Żółte, zrogowaciałe paznokcie wbiła w nadgarstek wnuka, aż Robert poczuł ból.
– Panie doktorze! – zawołał.
Przenikliwy krzyk umierającej przeszedł w gardłowe charczenie.
– Panie doktorze! – Robertowi nie udało się oswobodzić dłoni z uścisku Charlotte. Drugą ręką szukając po omacku w kieszeni kaptura, znów zawołał lekarza.
Drzwi się otworzyły gwałtownie. Do pokoju wbiegł lekarz, a tuż za nim pielęgniarka, kiedy Robert jedną ręką wkładał kaptur na głowę.
Pielęgniarka ujęła dłoń pacjentki, żeby sprawdzić puls. Zajęło jej kilka chwil uwolnienie Roberta z uścisku palców martwej Charlotte.
– To odruch, proszę pana. Nic nieznaczący odruch.
– Wiem. – Oswobodzony z uścisku babki, Robert spojrzał na zmarłą. Wpatrywała się w niego niewidzącymi oczami.
– Odeszła – oznajmiła pielęgniarka, choć było to oczywiste.
Lekarz spojrzał na zegarek i zapisał godzinę.
Robert oparł się o ścianę. Charlotte Brosna umarła tak, jak żyła. Myśląc wyłącznie o interesach imperium Brosna i traktując swoją rodzinę i wszystkich ludzi wokół siebie jak marionetki, których jedynym celem istnienia jest służyć jej i ją zabawiać.
– Czy życzy pan sobie, żebym zadzwoniła do przedsiębiorstwa pogrzebowego? – zwróciła się Harriet do Roberta od progu.
– Bardzo proszę, Harriet. Czy Charlotte zostawiła jakieś dyspozycje dotyczące jej pogrzebu?
– Jej adwokat ma pisemne instrukcje, proszę pana.
– Cała Charlotte. Nie ufała nikomu i niczego nie zostawiła przypadkowi.
– Należała do starej szkoły. Była ostatnia z nich. – Lekarz wziął swoją torbę. – Nie ma już takich, jak ona.
Robert powstrzymał się od mruknięcia: „I całe szczęście”. Ostatecznie cóż takiego strasznego zrobiła mu Charlotte?
Ani on, ani jego przyjaciele nie byli w stanie pozbierać fragmentów, jakie pozostały po kraksie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku. Charlotte zwyczajnie zrobiła to, co zawsze robiła w kryzysowych sytuacjach. Ułożyła wszystkie elementy układanki tak, jak uznała za słuszne i korzystne dla siebie.
Żadne z nich, a szczególnie on, nie zdobyło się na to, by stanąć ze starszą damą twarzą w twarz ani rzucić jej wyzwania. I można było twierdzić, że mimo ciężkich obrażeń, odniesionych w wypadku, on zyskał najwięcej z całej czwórki.