Strona główna / Biografie, wspomnienia / Prawdziwe życie

Aktualności

19.06.2020

Spotkania z Tanyą Valko

Zapraszamy na spotkania autorskie z Tanyą Valko w dniach 8-9 lipca 2010 r.

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Prawdziwe życie

Ferenc Máté

Od Autora

Wydaje się, że zapomnieliśmy, o co w życiu naprawdę chodzi. W zalewie haseł politycznych, kampanii reklamowych, linków, efektów specjalnych, esemesów i wpisów na Twitterze rzadko mamy czas na to, by poważnie zająć się swymi najbardziej żywotnymi, głęboko zakorzenionym potrzebami. Naszą uwagę rozpraszają przekazy i komunikaty prawie pozbawione treści, stworzyliśmy kulturę, w której niepewna jest nie tylko nasza przyszłość finansowa – prezydent Francji nazwał ją „domkiem z kart” – zagrożona jest też nasza planeta, a my sami stajemy się pustelnikami w świecie elektroniki: żyjemy ze swoimi gadżetami, samotni w tłumie.
To nie przypadek, że depresja i jej różnorakie objawy – fizyczne i emocjonalne – stały się globalną epidemią.
Kiedy wreszcie przyjmiemy to do wiadomości, możemy zabrać się do naprawienia tego, co się popsuło. Ktoś mógłby spytać: „Jak niby mielibyśmy się uporać z tymi wszystkimi problemami jednocześnie? Czemu nie skupić się tylko na jednym?”. Niestety, nasz świat jest nie tylko kruchy, ale też pełen współzależności: jak koło rowerowe, które ma wiele cienkich szprych. Kiedy koło mocno się powygina, nie wystarczy, jeśli wyprostujemy tylko jedną szprychę, bo wtedy nadal będziemy się kolebać na boki i z trudem jechać do przodu.
Konieczne naprawy nie nadejdą z góry – nie ma już żadnej „góry”, w którą byśmy w pełni wierzyli – inicjatywa powinna raczej wyjść od tych, którzy sprowadzili to wszystko na nasze głowy: od nas samych.
Pierwszy krok polega na zastanowieniu się nad tym, co pcha nas do przodu. Czemu żyjemy tak, a nie inaczej? Czemu nam się chce? Po co? Dla kogo?
Krok drugi to znalezienie lepszej drogi.
Mimo że przedsięwzięcie wiąże się ze zmianami, jego piękno polega na tym, że nie będziemy musieli robić niczego wbrew sobie: nie ma więc co obawiać się ciężaru ponad siły, krzyża na barkach czy gorzkiej pigułki. Lepsze życie nie wymaga żadnych wyrzeczeń: wystarczy, że wszyscy zaczniemy je prowadzić. Znaczy to po prostu tyle: wykonywać pracę, która sprawia nam autentyczną przyjemność i zapewnia bezpieczeństwo, jeść i bawić się w sposób, który przynosi zdrowie i zadowolenie, pielęgnować więzi towarzyskie, które dają radość i spełnienie, rodzą wierność i zaufanie.
*
W całej książce odnoszę się przede wszystkim do sytuacji w Stanach Zjednoczonych, nie dlatego że staram się je jakoś wyróżnić, ale z tej racji, że badania statystyczne i analizy są w ich przypadku najbardziej obfite i szczegółowe. Poza tym szanse powodzenia mają tylko ruchy masowe, a nie ma na świecie innego kraju, który byłby w stanie zmobilizować tak wielu ludzi z autentycznym zapałem. Co więcej, wymyślenie nowej idei to tylko pierwszy krok, trudniejszym zadaniem jest sprzedanie jej światu. Ameryka odniosła ogromny sukces w szerzeniu swoich wartości: stylu życia, gromadzenia wszystkiego w nadmiarze, gadżetów i rozrywki. Teraz tylko ona może doprowadzić do błyskawicznej przemiany, której tak bardzo potrzebujemy: a mianowicie odstąpienia od tego wszystkiego, żebyśmy mogli żyć bezpiecznie, twórczo i w spełnieniu, twarzą w twarz i z większą namiętnością.


Rozdział 7. Stała praca: Raz jest, raz jej nie ma

Tworzenie miejsc pracy wyhamowało. Przy obecnym ślimaczym tempie odtworzenie stanu sprzed recesji może nam zająć 10 lat, co sprawia, że bardziej wiarygodnie brzmi pogląd, że lata boomu gospodarczego były tylko historyczną aberracją; nowa normalność wygląda blado.
Timothy Egan, „New York Times”

Mit stałej pracy

Nie będzie chyba przesadą, gdy powiem, że znaczna część życia upływa nam na uczeniu się, przygotowywaniu, szukaniu, zdobywaniu i utrzymywaniu stałej pracy. Społeczeństwo i rodzice oczekiwali, że będziemy ją mieli, ponieważ wtedy możemy prowadzić bezpieczne i stateczne życie, jeśli nie w luksusie, to przynajmniej w dostatku. I przynajmniej przez kilkadziesiąt lat po wojnie było prawdą, że gdy już raz dostało się etat, można go było zachować aż do emerytury, o ile człowiek robił, co do niego należało, starał się i sprawiał wrażenie zaangażowanego. Chociaż prawdą było również, że musieliśmy się wtedy pożegnać z marzeniami o niezależności, przygodach i spontanicznym podróżowaniu po świecie, jakie żywiliśmy do tej pory; w zamian mieliśmy zagwarantowaną nieurozmaiconą ciągłość, niezaburzony dopływ gotówki z pensji i godną poszanowania pozycję społeczną – by nie wspomnieć o nieograniczonym dostępie do kart kredytowych i centrów handlowych. A po latach oddanej służby mogliśmy dostać złoty zegarek i skromną, lecz pewną emeryturkę i przeprowadzić się – choćbyśmy nie byli pewni czemu – do domku na przedmieściach na Florydzie.
By ująć to inaczej: mogliśmy, krótko po znalezieniu zatrudnienia, usiąść przy biurku i napisać z wyprzedzeniem autobiografię, z przekonaniem, że jeśli nie liczyć drobnych poprawek, całkiem nieźle możemy przewidzieć własną przyszłość.
Wierzcie mi, piszę to bez krztyny cynizmu. Sam kiedyś marzyłem o stałej pracy i związanym z nią statecznym życiu, ale w boleśnie wczesnym wieku – w lecie między szkołą średnią a studiami – przekonałem się, że przez całe życie będę absolutnie i zupełnie niezatrudnialny.
Lato mojego „przebudzenia” zaczęło się od wielkiej obietnicy, od spełnienia marzeń każdego siedemnastolatka: od samochodów. Dużych samochodów. Mnóstwa samochodów. Lśniących samochodów. Oczywiście, obojętnemu obserwatorowi mycie, pucowanie i polerowanie aut w niezbyt eleganckim salonie z używanymi samochodami może nie wydać się pożądanym początkiem kariery, ale nie dość, że mogłem usiąść za kierownicą, ale też co jakiś czas pojeździć sobie którymś z wozów.
Uwielbiałem tę robotę. Świeże powietrze, czyste ręce, żadnego hałasu oprócz muzyki z radia samochodowego i warkotu mocarnego silnika V8, gdy przekręciłem kluczyk w stacyjce. Raj. Było mi dobrze, świetnie się bawiłem i jeszcze mi za to płacono. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy pewnego ranka podszedł do mnie kierownik i oznajmił, że jestem zwolniony. Dlaczego? Starałem się, pracowałem ciężko i dokładnie, nie marnowałem ani wosku, ani szmatek. A co w tym złego, że sprawdzałem pracę hamulców i osiągi silników? Czy te jakże istotne parametry nikogo nie interesowały?
Potem dostałem robotę przy koszeniu trawy. Trawy uprawianej przemysłowo, całych hektarów murawy, którą miałem przycinać za pomocą starej kosiarki pchanej przed sobą. Nie przeszkadzało mi to. Byłem przygotowany na spędzenie lata na spacerach w tę i z powrotem i nieprzerwanych marzeniach na jawie. Powodem, dla którego zwolniono mnie trzeciego dnia, było „złe nastawienie” do nisko rosnących gałęzi drzew. Złamałem jedną.
Po porażce w dwóch zawodach w ciągu trzech krótkich tygodni przeciętny człowiek podłamałby się, zniechęcił albo nawet myślałby o samobójstwie, stojąc na krawędzi życia bez pracy i bez kredytu. Ale nie ja. Wyciągnąłem z tego inną nauczkę. Nie uznałem tych zwolnień za klęski, lecz odczytałem je jako znak od Boga, że powinienem pracować dla kogoś, kto nigdy mnie nie wyleje. Dla siebie.
Tak dla ścisłości, w kolejnych latach imałem się innych zajęć. Pracowałem za biurkiem. Cisza, powietrze o temperaturze dokładnie 20 stopni, własne biurko. Za pierwszym razem pracowałem dla kolei, za drugim w stoczni żaglówek. Godziny mi odpowiadały, praca była urozmaicona i wśród ludzi. A mimo to coś mi nie grało. Po pierwsze, ledwie zauważalne, lecz wyczerpujące nerwowo tarcia w biurze: drobne zawiści o to, kto ma lepsze biurko, o okno, maszyny do pisania, wydatki, plotki, podkładane świnie. Nie podobało mi się także, że szef patrzył mi przez ramię. Najgorsza jednak była świadomość, że nigdy na koniec pracy nie byłem w stanie spojrzeć na to, co danego dnia zrobiłem, z zadowoleniem czy dumą. Jedyną gratyfikacją była wypłata, którą otrzymywałem co piątek.
Gorsza była również myśl, że mógłbym tak przeżyć resztę dni, jakie mi pozostały na tym świecie; że zjawiałbym się przy tym samym biurku co rano o tej samej porze i tylko od czasu do czasu dostałbym nową poduszkę na fotel i nową taśmę do maszyny do pisania, kiedy naprawdę bym na to zapracował.
Miałem dwadzieścia parę lat i byłem nie tylko przerażony myślą, że życie przejdzie gdzieś obok mnie, ale za moim oknem istniały wyspy i szerokie oceany, tajemnicze krainy i odległe lądy – cały świat, który tylko na mnie czekał.
Rzuciłem pracę. A potem z niezwykłą kobietą zbudowałem żaglowiec pełnomorski, by przepłynąć siedem mórz.
*
Nie bierzcie mnie, proszę, za kogoś źle przystosowanego czy za wałkonia; całe życie uwielbiałem pracować własnymi rękami. Jako osiemnastolatek zbudowałem sobie dom na tratwie, używając tylko ręcznej piły, młotka, materiałów odpadowych i korzystając z pomocy dwóch przyjaciół. Później przez cały rok harowałem przy budowie tego żaglowca razem z Candace. Tak więc dla siebie albo choćby po to, by pomóc sąsiadom, gotów jestem z przyjemnością tyrać jak wół od świtu do nocy. Mogę nosić cały dzień kamienie, układać cegły, rąbać drewno, przerzucać fury świńskiego gnoju albo ładować czterdziestokilogramowe bele słomy na szczycie trzymetrowego stogu w trzydziestopięciostopniowym upale przez całe przedpołudnie i jeszcze po obiedzie – tym bardziej po obiedzie, kiedy żołądek mam pełny makaronu z prosciutto, pieczonego bażanta i wina. Mogę być wołem, ale niezależnym.
Praca na własny rachunek oznacza, że człowiek może żyć, jak chce: wstawać, kiedy chce, rzucać robotę, kiedy ma ochotę, śmiać się, rżeć albo śpiewać cały dzień, albo tańczyć jak błazen czy położyć się pod drzewem. Jest się wolnym. Można też ograniczyć swoją pracę do rzeczy, które pozwalają człowiekowi spojrzeć pod koniec dnia na to, co zrobił, z poczuciem spełnienia czy wręcz dumą.
*
Większość z was może zbyć to jako brednie idealisty, który po prostu nie pasuje do nowoczesnego świata pracy. To przypuszczalnie prawda. Ale z kolei, gdzie właściwie wy pasujecie? Gdzie i kiedy czujecie się dziko szczęśliwi? Albo naprawdę żywi, pełni spokoju czy choćby zwyczajnie zadowoleni? Nie sądzę, by te uczucia były jakimś zbytkiem. Powinny być normą u gatunku, który głosi, że góruje nad pozostałymi duchem i intelektem. Pomyślałbym raczej, że są normalne w życiu każdego, a jeśli nie, to może taki człowiek pasuje do tego świata nie bardziej ode mnie. Skoro, jak się zdaje, tak wielu z nas wiedzie żywot niespokojnego trutnia, skoro dla tak wielu z nas cywilizacja jest, jak u Freuda, źródłem cierpień, to może to nie my nie pasujemy do tego świata, lecz świat do nas.
A jeśli to prawda, to może już czas, żebyśmy przestali zmieniać się i zmieniać. Przestańmy zmieniać samochody, domy, żony i mężów, kolor włosów, rozmiar naszych klat czy rachunki bankowe. Nic z tych rzeczy nie zadziałało ani razem, ani osobno. I jeżeli żadna z tych zmian nie przyniosła trwałego zadowolenia, to czemu wierzymy, że przyniesie je następna? Może już pora, żebyśmy dali sobie spokój. Może pora zamiast tego zmienić świat.

Bezpieczeństwo nie tak dawno temu

Kiedy mieszkaliśmy na wsi, nasze życie podlegało przewidywalnym przemianom pór roku i rytmom przyrody zakłócanym tylko raz na jakiś czas przez gradobicie czy suszę, które niszczyły uprawy i groziły tym, że aż do następnego roku będzie nam brakowało jedzenia.
Życie mieszkańców miasteczek było nawet bardziej stałe. Rzemieślnicy, kupcy, lekarze, rzeźnicy i piekarze wszyscy mieli ustalone miejsce w społeczności, chociaż trzeba przyznać, że nikt nadmiernie się nie wzbogacał i z całą pewnością nie zyskiwał sławy.
Wielkie miasto obiecywało zaradzić tym mankamentom, stwarzając nowe możliwości. Kusiło przedsięwzięciami i działalnością, na których można było zbić fortunę; praca nie wymagała wysiłku fizycznego; dochód nie zależał ani od słońca, ani od słoty; pojawiły się zawody, w których godziny pracy były krótsze, a samo zatrudnienie było stałe.
W rzeczy samej, stałe zatrudnienie byłoby świetnym rozwiązaniem, gdyby zapewnianie go i troska o to, by było ekscytujące, twórcze, przyjemne i nade wszystko właśnie stałe, było w naszym społeczeństwie priorytetem. Ale nie jest.
Podczas gdy wyrażenie „miejsca pracy” stało się mantrą powtarzaną bezustannie przez prezydentów, Kongres i Senat, a tworzeniem nowych miejsc pracy usprawiedliwiano już wszystko od wojen po niszczenie środowiska, nie znaleziono do tej pory sposobu, ani by je rzeczywiście tworzyć, ani tym bardziej utrzymać.
A mimo to największą zbrodnią mitu stałej pracy nie jest to, że prowadzi do nieporozumień – na przykład tego, że jest stała tylko dopóty, dopóki człowieka nie wyleją – ale że przez ciągłe jej poszukiwanie tracimy z oczu możliwość prowadzenia niezależnego, urozmaiconego i naprawdę bezpiecznego życia. Mimo to mit ów wszedł nam w krew do tego stopnia, że pchamy w jego stronę dzieci od wczesnej młodości. Pozornie niewinne pytania w rodzaju: „Kim będziesz, kiedy dorośniesz?”, odciskają w podatnych umysłach przekonanie, że w naszej kulturze bycie po prostu człowiekiem jest stratą czasu, ale bycie „zabezpieczeniem ryzyka kredytowego” naprawdę wiele znaczy.
*
Tak więc zamiast uznać swoją wrodzoną potrzebę bezpieczeństwa, miłości i przyjaźni, a także pracy po to, by zaspokoić je bezpośrednio,­ poświęcamy całą energię na szkolenie się i znalezienie Stałej Pracy, a następnie kurczowo się jej trzymamy. To nie tylko stawianie wozu przed koniem, ale wręcz stawianie wozu na koniu. Czy nie byłoby o wiele sensowniej, gdybyśmy włożyli serce i duszę w zbudowanie sobie domu, w uprawę i hodowlę pożywienia, znalezienie miłości i kultywowanie prawdziwej przyjaźni, a jednocześnie pracowali pełną parą nad tym, byśmy stali się najmądrzejszymi, najmilszymi, najdowcipniejszymi i najbardziej twórczymi ludźmi, jakimi tylko być możemy? I dopiero wtedy, ani chwilę wcześniej, możemy udać się na poszukiwanie Stałej Pracy.

Obietnica

Stała praca oferowała tradycyjnie cztery korzyści: zapewniała bezpieczeństwo na całe życie, ciągły awans związany z regularnymi podwyżkami, krótszy czas pracy, mniejszy stres, a na koniec jeszcze te lata zasłużonego leniuchowania w Fort Lauderdale. Mój Boże. Jaki frajer w to jeszcze wierzy?

Bezpieczeństwo

Jeszcze nigdy praca nie zapewniała bezpieczeństwa w mniejszym stopniu niż dzisiaj.
Z uporem maniaka skupiamy się na Wielkiej Recesji, która zaczęła się w 2007 roku, jakby to było niechlubnym wyjątkiem w Złotym Stuleciu, które skończyło się wraz z upadkiem Lehman Brothers. Ale to nie tak. Nie od rzeczy będzie może streszczenie ostatnich stu lat w następujący sposób: pierwsza wojna światowa, szalone lata dwudzieste, krach na giełdzie, kryzys, druga wojna światowa, krótki okres prosperity, recesja, recesja, bańka spekulacyjna, recesja, bańka internetowa, recesja, bańka kredytowa, załamanie.
Oczywiście, podczas pierwszej wojny światowej miejsc pracy było w bród, rąk do pracy mało, a popyt na wyroby przemysłu zbrojeniowego znaczny. Koniec tego boomu wyznaczył krach 1929 roku i wielki kryzys. Z kryzysu wygrzebaliśmy się pazurami dzięki drugiej wojnie światowej, kiedy to nastąpił ponowny rozkwit produkcji na potrzeby krwawych kampanii wojskowych.
Zabawa po dniu zwycięstwa trwała trzy dekady. Dochody przeciętnego gospodarstwa domowego, po inflacji, podwoiły się, a wraz z nimi liczba sprzedawanych co roku samochodów. Liczba spraw sądowych i rozwodów również się podwoiła, ale kiedy człowiek się bawi, kto by się przejmował szczegółami. No więc kupowaliśmy wszystko, co nam wpadało w ręce, pięciokrotnie zwiększając sumy wydawane na kosmetyki, rekreację i zabawki. Zdawało się, że wzrostowi gospodarczemu nie będzie końca.
A potem się skończył.
W latach siedemdziesiątych droga do raju skręciła gwałtownie do piekła. Między recesjami roku 1972 i 1992 (z recesją wczesnych lat osiemdziesiątych w międzyczasie) płace przy uwzględnieniu inflacji obniżyły się o 20 procent.
Nieprzerwanie przyrasta nam tylko zanieczyszczeń, a także ubogich i bogaczy. Między 1970 a 1989 rokiem liczba Amerykanów z rocznymi dochodami przekraczającymi milion dolarów wzrosła z 643 do 61 987 – prawie stukrotnie. Mieliśmy też prawdziwy zalew przestępczości: od połowy lat sześćdziesiątych liczba zabójstw podwoiła się, kradzieży wzrosła pięciokrotnie, a ciężkich pobić i gwałtów wzrosła czterokrotnie, czyli tyle ile zarobki dyrektorów wykonawczych.
Masowe zwolnienia i „restrukturyzacje” na początku lat dziewięćdziesiątych okazały się dla wierzących w stałą pracę gorzką nauczką. Firma Xerox ogłosiła dwudziestoprocentową redukcję kadry biurowej i kierowniczej. Sears Roebuck zwolnił 33 000 pracowników, IBM 20 000 oprócz 65 000 wysłanych na bruk w ciągu trzech poprzednich lat, banki i towarzystwa oszczędnościowo-pożyczkowe pozbyły się 50 000 etatów, a General Motors – zamiast tradycyjnej dorocznej premii – 18 grudnia 1991 ogłosił redukcję 70 000 miejsc pracy. Wesołych Świąt! Pewien zwolniony wicedyrektor, którego żonę pracującą w bankowości również wylano, podsumował w „New York Timesie” szok, jaki przeżywał cały kraj: „Nie do uwierzenia! Oboje zaczynaliśmy tę robotę przekonani, że jesteśmy urządzeni na całe życie”.
Po recesji roku 2001 nastąpiło „ożywienie bez nowych miejsc zatrudnienia”, podczas którego miliony miejsc pracy przeniesiono do Indii i Chin.
Wielu z tych, którzy wciąż mieli robotę, zapłaciło wysoką cenę. W okresie od 2001 do 2003 roku z około 5 300 000 pracowników rozwiązano umowy „długoterminowe” (co najmniej trzyletnie), a dwie trzecie z tych, którzy później znaleźli nową pracę, musiało się w efekcie pogodzić z obniżką pensji i dodatków.
Wielka Recesja spadła na nas jak tona cegieł. Straciliśmy ponad 8 milionów miejsc pracy, a po dwóch latach nadal tkwimy po uszy w kłopotach. W Stanach Zjednoczonych jest, na piśmie, 15 milionów­ bezrobotnych. Jeśli dodamy osoby, które są od nich zależne, stare i młode, to będziemy mieli ponad 30 milionów ludzi. To tak jakby ani jedna osoba – mężczyzna, kobieta czy dziecko – w Irlandii, Danii, Norwegii, Finlandii, Szwajcarii i Austrii nie miała żadnych widocznych środków utrzymania.
Jeszcze smutniejsze jest to, że gdyby miejsca pracy powstawały w tempie 100 000 miesięcznie – co stanowi największy miesięczny skok, odkąd rozpoczęła się recesja – odzyskanie tych ośmiu milionów straconych w kryzysie nastąpiłoby dopiero około 2020 roku.
(…)