Strona główna / Literatura polska / Słońce za zakrętem

Aktualności

18.01.2023

TOPR. TATRZAŃSKA PRZYGODA ZOSI I FRANKA nominowana do Bestsellerów Empiku

Książka Beaty Sabały-Zielińskiej "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka" otrzymała nominację do Bestsellerów Empiku 2022 w kategorii literatura polska dla dzieci. Gratulujemy!

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

11.01.2023

Rozmowa z Arturem Górskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Arturem Górskim, autorem książki "Za kratami".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem jedną z żon Laila Shukri
  2. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Sąpierz Katarzyna Puzyńska

Słońce za zakrętem

Magdalena Giedrojć

Świat oglądany przez okno tylko trochę różnił się od tego, który widywała kiedyś, gdy jeszcze wychodziła z domu, ale to „trochę” stanowiło podstawową różnicę. Może przez okienną ramę, nadającą krajobrazowi pocztówkową nierealność, tak daleką od szumiących drzew i wędrujących w trawie mrówek? Może przez odległość? Czwarte piętro sprawiało, że nic tu nie było na wyciągnięcie ręki. Wyjście na balkon eliminowało wprawdzie białą obwódkę framugi, dawało nawet złudzenie spotkania z wiatrem, nie zmniejszało jednak dystansu.
– Nie zapomnij o telefonie do Agnieszki – powiedziała matka, przystając na chwilę przy Beacie. – Ma dzisiaj urodziny. Na pewno będzie jej miło, jak zadzwonisz.
Odruchowo pogłaskała córkę po głowie, ale jej myśli mknęły już w stronę powiększających się o tej porze korków. Spoglądając na zegar, zastanawiała się, ile czasu straci, zanim dotrze do pracy. W piątki, gdy tłok na ulicach był mniejszy, przysiadała jeszcze chwilę przy córce, by porozmawiać o planach na nadchodzący dzień, dziś jednak była środa, a tego dnia jezdnie zdawały się znikać pod sznurami samochodów.
– Coś z tym trzeba w końcu zrobić… – mruknęła do siebie i wybiegła z domu, zapomniawszy nawet o zwyczajowym całusie, efektownie przesyłanym w stronę okna, przy którym siedziała córka.
Beata usłyszała rytmiczne stukanie matczynych obcasów na schodach, a po chwili przed oknem zaświergotało rozbrajanie alarmu samochodu. Poranek z rodziną dobiegł końca; teraz trzeba było tylko przeżyć kilka godzin bez świadków. Najlepszy i najgorszy czas podczas dnia. Dom wypełniał się ciszą. Nikt nie przeszkadzał w kontemplowaniu niemocy, nikt nie wspierał w rozmaitych próbach zabicia czasu. W telewizji o tej porze nie było nic godnego uwagi, muzyka sama w sobie niczego nie przepajała, książki już dawno przestały prowadzić dialog z czytelnikiem. Pozostawało okno i podglądanie życia na osiedlu. Czwarte piętro dawało dobrą perspektywę i dzięki tej ogromnej dziurce od klucza można było choć na chwilę zanurzyć się w normalności. Wprawdzie odległość od świata z każdym dniem stawała się większa, wciąż jednak pozostawał on w zasięgu wzroku i przynosił ukojenie. Dawał złudzenie, że nic się nie zmieniło. Drzewa nadal rosły, psy niezmiennie biegały po coraz mniej zielonych trawnikach, a dzieci bawiły się, nieświadome małego końca świata w odległym pokoju kilka pięter wyżej.
– Cześć, siostrzyczko. Wszystkiego najlepszego... – Beata zdecydowała się w końcu zadzwonić do jubilatki i zasłużyć na uznanie w oczach rodziny.
Już widziała budyniowate uśmiechy ciotek, które na niedzielnych herbatkach po kościele szepczą: „Kaleka, a taka rodzinna. Dobrze ją Elżbieta wychowała”. Matka będzie udawała, że tego nie słyszy, ale jej serce wypełni się miodem i kilka dni później przeleje swą wdzięczność na tę dobrze wychowaną kalekę, przynosząc jej jakiś zupełnie niepotrzebny prezent. Ostatnio przytargała do domu stos gazet o podróżach, jak gdyby czytanie o słonecznych piaskach miało skutecznie zastąpić osobiste odkrywanie uroków plażowania.
– Dzięki, stara. Miałam nadzieję, że zadzwonisz, ale nie sądziłam, że tak wcześnie.
– Dla ciebie wszystko. Właśnie miałam kwadransik między dwoma spotkaniami służbowymi, a prezes pozwolił mi wyskoczyć z sali konferencyjnej do bufetu. Więc od razu dzwonię.
Tylko z Agnieszką mogła tak pożartować. Wszyscy inni natychmiast wpadali w popłoch i spoglądali na nią tak, jakby nie byli pewni, czy biednej Beatce coś się w głowie nie pomieszało. W końcu tyle godzin w domu, bez kontaktu ze światem i normalnymi ludźmi każdemu mogłoby naruszyć równowagę psychiczną, a ta mała zawsze była jakaś nadwrażliwa.
– Wpadłabym do ciebie, ale zabrakło mi drobnych na bilet. – Dorzuciła jeszcze, zanim jej bohaterstwo zaczęło się niebezpiecznie szybko oddalać, zapełniając miejsce po sobie wewnętrznym szlochem.
– Spoko, siostra. Sama do was wpadnę dziś wieczorem. Całuję cię mocniej niż mocno. Pa.
I po rozmowie. Teraz Agnieszka biegnie prawdopodobnie po korytarzu swojego biurowca na prawdziwe spotkanie z biznesem, a Beacie zostaje przejażdżka do kuchni po szklankę soku. Na szczęście, odkąd ojciec wpadł na pomysł wymontowania w domu progów i zwinięcia dywanów, wszystkie zakamarki mieszkania stały się dostępne dla młodszej córki i nic nie stało już na przeszkodzie w swobodnym opróżnianiu lodówki. Szaleństwo kulinarne rozpisane na dwie zdrowe ręce i cztery całkiem sprawne koła od karety.
*
Pamiętała pierwsze spojrzenie w jego oczy, gdy oprzytomniała, wtedy po wypadku. Jeszcze nie zdążyła się zorientować, że jest w szpitalu, jeszcze nie przypomniała sobie, że zderzyła się z ciężarówką, a już wiedziała, że stało się coś strasznego. Spojrzenie ojca było jak wyrok, choć słowa próbowały ubrać go w kolorowe opako­wanie.
– Wszystko w porządku, kochanie – powtarzał. – Wszystko w porządku. Śpij, odpoczywaj. Będzie wspaniale…
Nie miała dość siły, by zahamować ten potok rozhisteryzowanej czułości, więc słuchała z przymkniętymi oczami, próbując sobie przypomnieć, dlaczego nie może się ruszyć. Z każdą chwilą wracało do niej więcej i więcej obrazów z przeszłości, ale ten najważniejszy nie chciał; musiało minąć wiele godzin, zanim w jej pamięci pojawił się pijany kierowca tira. Miał czerwoną koszulę i samochód, z którym nie mogła wygrać. Kiedy jechała na spotkanie z jego tablicą rejestracyjną, zastanawiała się, czy policji powiedzie się identyfikacja. Nie stanęło jej przed oczami całe życie, był tylko lęk o to, czy pochowają ją pod właściwym nazwiskiem.
– Udało się – wymamrotała półprzytomnie, gdy po raz pierwszy zobaczyła nad łóżkiem rodzinę. Zidentyfikowano ją. Będzie miała porządny pogrzeb.
– Tak, córeńko, udało się. Żyjesz – szeptała matka.
No i nie będzie pogrzebu. Szkoda, następnym razem mogą jej nie rozpoznać… A była taka pewna, że trafiła pod dobry adres.
*
Obudził ją zgrzyt klucza w zamku; kolejne samotne przedpołudnie przetrwane. Teraz już pójdzie z górki. Matka narobi zamieszania wokół obiadu, ojciec zacznie opowiadać o swoich studentach, a Piotrek będzie udawał, że śpiewa, ćwicząc najnowszy hiphopowy numer. Najważniejsze, że nie będzie cicho.
– Cześć, sikorko. – Ojciec postawił zakupy na podłodze i podszedł do wózka przywitać się z córką. – Jak minął dzień?
– Fantastycznie – szepnęła Beata, odgarniając włosy z czoła. – Nudziłam się w pięknym stylu.
Kiedy miała lepszy humor, spędzała przedpołudnia przed lustrem. Czasami toczyła ze sobą długie rozmowy, wcielając się w dwie strony dowolnie wymyślonego konfliktu, częściej jednak po prostu ćwiczyła gesty i miny, które najskuteczniej ukrywają prawdę. Osiągnęła prawdziwe mistrzostwo w symulowaniu zadowolenia, a numer z włosami należał do jej ulubionych, w zadziwiający sposób maskował bowiem każdy smutek. Teraz też musiała wypaść przekonująco, bo czujne oko ojca nie dostrzegło fałszu; pocałował ją w czoło i zniknął w kuchni, rozpakowując torby z zakupami. Podjechała do okna. Maj zdążył już zalać zielenią horyzont, a słońce nadawało temu magiczną jasność. Zauważała to zawsze po południu, gdy blaskowi towarzyszyły odgłosy krzątaniny domowników. Rano zieleń stawała się szara, a zamiast światła były tylko cienie.
– Myślałam, że już nigdy nie wysiądę z tego samochodu – narzekała matka, wchodząc do przedpokoju z siatami.
Jeśli Piotrek też zrobił zakupy, to mają jedzenia na trzy lata. A wieczorem ma przyjść tylko Agnieszka, jej siostra o talii osy i apetycie przedszkolaka. Nawet jeśli rodzice wzięli pod uwagę jej aktualnego narzeczonego, zapasy wydawały się mimo wszystko za duże.
– Korki? – Ojciec wychylił się z kuchni, odebrał siatki i zawrócił, nie czekając na odpowiedź żony.
– Wszystkie nieszczęścia świata – marudziła matka, ale nawet z daleka było widać, że ma dobry humor i narzeka jedynie dla zachowania tradycji. – Miałaś dobry dzień, ptaszku, prawda?
Ona również nie zaczekała na odpowiedź i zniknęła z pola widzenia, zanim córka zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować na pytanie. Beata przez chwilę zastanawiała się, czy nie odwiedzić oszalałych zakupoholików w kuchni, ale zrezygnowała, gdy dobiegł ją chichot rodziców.
Nie dość, że ogarnięci manią robienia zakupów, to jeszcze zdziecinnieli, przemknęło jej przez głowę, gdy wykręcała wózek tak, by nie tarasował przejścia do stołu. Uśmiechnęła się wyrozumiale i przez chwilę była nawet bliska wielkodusznej akceptacji całego świata, szybko wróciła jednak do bezpiecznej obojętności. Postanowiła nie ingerować w rodzinną szczęśliwość, a z braku innych pomysłów skoncentrowała się na obserwowaniu gry świateł na popołudniowym niebie.
Dokładnie rok temu takie samo przedwieczorne słońce tańczyło we włosach Tomasza, gdy oglądali działkę, na której miał stanąć ich dom. Kupił ją kilka miesięcy wcześniej, po okazyjnej cenie, traktował jak lokatę kapitału. Wkrótce zabrał tam Beatę, by pochwalić się swoją majętnością, jak ją żartobliwie nazywał. Nie tylko nie spodziewał się takiego zachwytu, ale do głowy by mu nie przyszło, że da się uwieść entuzjazmowi dziewczyny i zacznie myśleć o oswojeniu przestrzeni. A im dłużej myślał, tym bardziej nierozerwalne wydawało mu się połączenie jego, ziemi, Beaty… Pewnego dnia przywiózł ją tam i opowiedział o wszystkim, co wymyślił. Nie ofiarował wprawdzie pierścionka, ale wystarczyła liczba mnoga, która nagle zastąpiła dwie pojedyncze. W jednej chwili Beata zobaczyła ich własne królestwo, a Tomasz po raz kolejny pozwolił jej poprowadzić się śladem zachwytu. Pomiędzy owocowymi drzewami znaleźli dość miejsca, by zaplanować salon z kominkiem i ogromnymi drzwiami na taras. Ona projektowała kuchnię, on budował pięterko z sypialnią oraz wielką łazienką, w której znajdzie się miejsce i na wannę, i na kabinę prysznicową, by zapobiec sporom, co jest w domu bardziej potrzebne. Ten dom miał łączyć, nie dzielić, wszystko w nim musiało być doskonale wspólne. Potem oboje ustawiali drewniane fotele wokół murowanego grilla w ogrodzie. Ten dom zbudowali marzeniami, następny miał się rodzić już w prawdziwym świecie. Ale jak najszybciej.
– We wrześniu poproszę twoich rodziców o zgodę na oddanie mi ciebie za żonę, w grudniu weźmiemy ślub, a za rok o tej samej porze będziemy pić herbatę w ogrodzie, patrząc na fundamenty.
– Cały rok?
– Od czegoś trzeba zacząć – mruknął, całując ją w szyję. – Wytrzymaj do września, potem pójdzie już gładko.
W sierpniu spotkała się z tirem.
*
Rodzice nie mieli dla niej czasu tego popołudnia, więc próbowała porozmawiać z bratem, ale Piotrek zamknął się w pokoju i odmówił wpuszczenia Beaty do środka.
– Sorry, siorka, ale zarobiony jestem. Pooglądaj telewizor.
– Telewizję, jeśli już – westchnęła i odjechała spod drzwi.
Zastanawiała się, co ze sobą zrobić. Zawsze mogła wrócić do swojego pokoju, ale to nigdy nie był jej azyl. Czuła się w nim trochę jak w pułapce, z rodzicami za ścianą, z dzieciństwem na wyciągnięcie ręki. Zamknięte drzwi nigdy nie były wystarczającą przeszkodą dla domowników. Wchodzono do niej bez pukania, gdy jako nastolatka roniła pierwsze łzy nad nieszczęśliwą miłością do mrocznego Roberta z III b, pukano wyłącznie dla przyzwoitości, gdy uczyła się do matury, przy okazji obmyślając strategię zwrócenia na siebie uwagi Andrzeja z szóstej ławki, nie czekano na zaproszenie, gdy powtarzała do egzaminów, zastanawiając się nad sensem życia. W tym mieszkaniu nie było stref własnych, tylko przestrzenie mniej lub bardziej czyjeś.
Kiedy po kilku tygodniach leżenia w szpitalu zapadła decyzja o wypisie, matka nawet nie wzięła pod uwagę innego rozwiązania jak powrót Beaty do dziecięcego pokoju w domu rodziców.
– Zamieszkamy razem – powiedziała, poklepując córkę po ramieniu. – Nie będziesz się czuła samotna.
Mieszkanie Beaty wynajęto studentom, a ją samą rodzina wtłoczyła do dziecięcego pokoju, dodając jako bonus dziecinne traktowanie w świecie stworzonym na wzór i podobieństwo przedszkola. Jedyne, co jej zostało z dorosłości, to ze wszech miar atrakcyjne, choć zupełnie niewspółpracujące nogi. I awersja do siedzenia w pokoju, który łapał ją w pułapkę za każdym razem, gdy do niego wjeżdżała. Wróciła więc do salonu i ustawiła wózek w tym samym miejscu, z którego odjechała pięć minut wcześniej. Na szczęście, zanim oddała się kolejnej wymuszonej kontemplacji, do mieszkania wtargnęła Agnieszka. Zamiast siatek z jedzeniem dźwigała album i pudło na kapelusze.
– Oszaleję przez te wasze schody! – marudziła, najpierw cicho, potem coraz głośniej, aby wszyscy domownicy mogli usłyszeć, że już jest i walczy z przeciwnościami losu. – Kto wymyślił, że osoby mieszkające w czteropięt­rowych blokach nie potrzebują windy? Cześć wszystkim! Halo, czy ktoś mnie słyszy?!
– No nareszcie, Agniesiu. – Matka wychyliła się z kuchni. – A już myślałam, że postanowiłaś zlekceważyć własne przyjęcie urodzinowe.
– Trzydzieści siedem świeczek na torcie to okazja, której nie mogłabym zaprzepaścić.
Beata w jednej chwili zrozumiała całe to domowe zamieszanie, w jakim, chcąc nie chcąc, biernie uczestniczyła przez całe popołudnie. Pamiętała o wizycie siostry, ale nie spodziewała się rodzinnej fety.
– Marcin nie mógł przyjść, bo jak zwykle pracuje. Podobno nawet niezwykle intensywnie. – Agnieszka nie wydawała się zmartwiona nieobecnością narzeczonego. – Dlatego teraz ja, dla równowagi rzecz jasna, będę się bardzo intensywnie bawić. Kompletne szaleństwo.
Jakoś trudno było sobie wyobrazić, że atrakcyjna rozwódka naprawdę zamierza szaleć przy rodzinnym stole, ale Beata przywykła już do tej domowej ciuciubabki. Wszyscy uparli się wmówić jej, że prawdziwe życie toczy się między oknem a drzwiami wyjściowymi, a wszystko, co dzieje się na zewnątrz, to tylko kiepski film kręcony przez złośliwy tłum statystów, których jedynym celem jest zafałszowanie prawdy.
To się zaczęło w jej drugim życiu, kiedy otworzyła oczy po wypadku. Na początku nie było jeszcze najgorzej: przez cały dzień otaczał ją tłum gości, na szafkach stały ogromne bukiety, a w szufladzie czekały stosy słodyczy, jakby cukier mógł być remedium na ciemną stronę życia. Wtedy jeszcze wszyscy mieli na twarzach prawdę, w ich oczach były strach i niepewność. Wszystko zmieniło się następnego dnia. Najpierw lekarz, uśmiechając się pogodnie, powiedział, że czeka ją wózek, a potem rodzina z takimi samymi uśmiechami orzekła, że nic się nie stało. I to był początek gry w piękny świat. Matka zachowywała się tak, jakby przed każdą wizytą w szpitalu uczyła się nowej afirmacji, ojciec zaczął na uczelni zbierać dowcipy o studentach, Agnieszka uciekała po kawę za każdym razem, gdy jej spojrzenie miękło podejrzanie. Tylko Piotrek czasami był uczciwie pesymistyczny, co zawsze kończyło się kilkudniową przerwą w wizytach.
– Zobacz, jakie śliczne kwiaty! – popiskiwała matka, wieszając na ścianie kiczowaty obrazek w kolorach tęczy. – Tak się wesolutko od razu zrobiło w całej sali, prawda?
Beata kiwała głową, uśmiechała się tępo i pozwalała gościom na ten teatrzyk. Szczerze zaczynało być dopiero w nocy, gdy nikt już się do niej nie uśmiechał, a świat zdejmował komediową maskę i naprawdę był straszny. Nie brała hojnie rozdawanych w szpitalu leków nasennych, aby tych kilka godzin w ciągu doby przeżywać naprawdę. Po niekończącym się spektaklu za dnia w nocy wreszcie mogła być sobą. Niemal perwersyjnie upajała się swoim smutkiem i przerażeniem, ciemnością i ciszą. Bez uwodzicielskich przesłodzeń i przekłamań.
*
Agnieszka pomogła rodzicom nakryć stół, a kiedy wreszcie wszystkie półmiski wkomponowały się między talerze, ze swojego pokoju wyszedł ubrany w marynarkę Piotrek. W pełnym uniesienia milczeniu skłonił się przed siostrą, wręczył jej różę i cmoknął w rękę, po czym rozsiadł się na krześle w oczekiwaniu na oklaski.
– Jestem zazdrosna – zaśmiała się Beata.
– Się doczekasz – wycedził, teatralnym gestem odrzucając grzywkę do tyłu.
W atmosferze ogólnej radości usiedli do stołu, a po szybko zjedzonym obiedzie Agnieszka zdmuchnęła świeczki na torcie. Beata miała wrażenie, że ogląda to rodzinne spotkanie na przyśpieszonych obrotach. Wszyscy się uwijali, zerkali na zegarki, siostra co jakiś czas nerwowo wyglądała przez okno. W końcu zadzwonił domofon i nie sposób było nie zauważyć, że rodzina odetchnęła z ulgą. Jeszcze pół minuty i może będzie wiadomo, o co tym razem chodziło.
– Nareszcie! – Agnieszka wycałowała swojego Marcina i oboje wkroczyli do pokoju z minami kotów, którym udało się znaleźć dziurę z nieuciekającymi myszami. – Możemy zaczynać.
Choć urodziny obchodziła Agnieszka, Beata miała dziwne przeczucie, że zbliżająca się niespodzianka ma związek z kimś innym. Coś jej podpowiadało, że nie będzie się czuła pominięta.
– Córeczko… – zaczęła matka, siadając naprzeciwko młodszej córki, co oznaczało, że intuicja po raz kolejny jej nie zawiodła. – Mamy pewien pomysł.
– Nie do odrzucenia – rzucił szybko brat, uprzedziwszy ewentualne próby dyskusji. Na niego Beata zawsze mogła liczyć, na tę odrobinę prawdy, jakimś cudem przemyconą między pośpiesznie wypowiadanymi frazesami innych.
A potem wszystko potoczyło się gładko. Każdy z członków rodziny wypowiedział swoją kwestię, z wyczuciem zawieszając głos w odpowiednim momencie, by kolejne słowa brzmiały wyraziście. Nie było przerywania w pół zdania, jakby ogłaszanie tej wiadomości zostało porządnie przećwiczone.
– Zrobiliśmy z Marcinem trochę zdjęć domu i okolicy. Zobacz sama, jakie to cudowne miejsce.
Zieleń jak zieleń, ramki na zdjęciach takie same jak futryny w oknach. Ani lepiej, ani gorzej, może tylko więcej wariantów. Nie chciała im jednak robić przykrości, więc dzielnie przebrnęła przez cały album i zdobyła się nawet na kilka zachwytów.
– Wynajęliśmy go do końca wakacji, ale można przedłużyć nawet na zimę, bo dom jest ogrzewany – powiedział ojciec, a matka dorzuciła na jednym wdechu:
– Będzie ci tam wygodnie, córeńko.
– Mnie?!
Dlaczego najgorsze wiadomości zawsze zostawia się na koniec? Przez piętnaście minut opowiadali, jak to zamarzyli sobie wakacje na łonie natury, wylegiwanie się na trawie i trzymanie nóg w strumyku, a dopiero w ostatnim słowie dodali, że to ogólnorodzinna wycieczka.
– Plan jest następujący. – Agnieszka płynnie przeszła do szczegółów technicznych. – W przyszłym tygodniu ja z Marcinem zawozimy cię tam i zostajemy przez kilka dni. Potem przyjeżdża na chwilę mama, a tata dojedzie zaraz po sesji. Rozpisaliśmy grafik do końca września, więc ani przez chwilę nie będziesz sama.
– Wszystko zorganizowane… – mruknęła Beata ze smutną świadomością, że po raz kolejny od wypadku została wykluczona z podejmowania decyzji.
Ktoś wymyślił, reszta przyklasnęła, po czym ogłoszono jej werdykt ludu. Nie jej wolę, ale jej dotyczącą. Uśmiechnęła się z wysiłkiem i postanowiła nie dyskutować. Cokolwiek by powiedziała i tak zostanie to potraktowane jako efekt frustracji, której nie należy brać serio. Mimo wszystko wolała udawać zaskoczoną szczęściem niż brakiem wpływu na swoje życie.
– A tu jeszcze kapelusik na słoneczne kąpiele w ogrodzie – zapiszczała Agnieszka, stawiając na kolanach siostry kolorowe pudło.
Jakby nie dość było wyręczania jej w życiu, rozwiązano za nią kokardę, zdjęto pokrywę i założono na głowę coś przypominającego skrzyżowanie sombrera z rabatką. Po czym wszyscy rzucili się do obcałowywania oniemiałej kaleki.
– Mówiłem, że się doczekasz – zaśmiał się Piotrek, spontanicznie kończąc rodzinne przedstawienie.
(…)