Strona główna / Literatura światowa / Spójrz mi w oczy

Aktualności

22.09.2020

Nie żyje Darek Milewski

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 20 września 2020 r. zmarł Darek Milewski, autor książki „Mały wielki tydzień”, w której opisał – jednym, sprawnym palcem – jak żyje się ze stwardnieniem zanikowym bocznym ALS. Miał 57 lat. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Spójrz mi w oczy

Lisa Scottoline

Rozdział 1.

Ellen Gleeson właśnie otwierała drzwi wejściowe do domu, kiedy coś w poczcie przyciągnęło jej uwagę. Biała ulotka ze zdjęciami zaginionych dzieci – jeden z chłopców był łudząco podobny do jej synka. Wpatrując się w zdjęcie, przekręciła klucz w zamku, ale mechanizm się zaciął, zapewne z powodu zimna. Śnieg pokrywał auta i ogrodowe huśtawki, a wieczorne niebo przypominało kolorem mrożone borówki.
Nie mogła oderwać wzroku od białej kartki z nagłówkiem CZY WIDZIAŁEŚ TO DZIECKO? Podobieństwo między chłopcem ze zdjęcia a jej synkiem było doprawdy niezwykłe. Obaj mieli szeroko rozstawione oczy, mały nosek i krzywy uśmiech. Może to wina oświetlenia na ganku. Specjalna żarówka w lampie miała odstraszać owady, a jak na razie tylko nadawała żółtawy odcień. Ellen przysunęła kartkę bliżej oczu, ale doszła do tego samego wniosku: Chłopcy mogliby być bliźniakami.
Dziwne, pomyślała. Jej synek nie miał brata bliźniaka. Adoptowała go jako jedynaka.
Gwałtownie pokręciła kluczem w zamku, nagle zniecierpliwiona. Była naprawdę zmęczona całym dniem w pracy, a teraz na dodatek o mało nie wypuściła z rąk torebki, aktówki, listów i torby z chińszczyzną na wynos. Wydobywający się z tej ostatniej zapach pieczonych żeberek przyprawił ją o burczenie w brzuchu, więc zdwoiła wysiłki.
Gdy wreszcie udało się jej pokonać opór materii i otworzyć drzwi, rzuciła trzymane w rękach przedmioty na stolik i zdjęła płaszcz, drżąc lekko w przyjemnym cieple przytulnego salonu. W oknach wisiały koronkowe firanki, na samym środku pokoju pyszniła się kanapa w biało-czerwoną kratę, a na ścianach wykonane za pomocą szablonu urocze wizerunki krów i serduszka, które podobały się Ellen bardziej, niż przystało to rasowej dziennikarce. Plastikowa komoda na zabawki aż uginała się od?pluszaków, książeczek z przygodami psa Spota i figurek z zestawów Happy Meal, stanowiących dekoracje, jakich nie widywano na kartach „Home & Garden”.
– Mamusiu, zobacz! – Will pędził już w jej stronę, w rączce ściskał kartkę. Powiew powietrza odgarnął mu loczki z buzi, a Ellen stanęła przed oczami twarz zaginionego chłopca z ulotki znalezionej w skrzynce pocztowej. Podobieństwo wręcz ją poraziło, by chwilę później zniknąć w zalewie miłości, tak samo silnej jak więzy krwi.
– Cześć, kochanie! – Rozłożyła ramiona, a kiedy Will dopadł jej kolan, chwyciła go w objęcia i przytuliła twarz do jego buzi, wdychając owsiany zapach suchych płatków cheerios i słaby migdałowy aromat ciastoliny przyklejonej do jego ogrodniczków.
– Ojej, mamo, masz strasznie zimny nos.
– Wiem, mój nos potrzebuje mnóstwa miłości.
Will zachichotał, próbował oswobodzić się z uścisku i wymachiwał rysunkiem.
– Zobacz, co narysowałem! To dla ciebie!
– Obejrzyjmy. – Postawiła synka z powrotem na podłodze, a potem popatrzyła na rysunek – przedstawiał konia pasącego się pod drzewem – wykonany ołówkiem i zbyt staranny, by stanowić dzieło wyłącznie małych rączek. Will nie miał w sobie nic z Picassa, a jego ulubionym tematem były ciężarówki. – Śliczny rysunek! Bardzo ci dziękuję!
– Cześć, Ellen – powitała ją opiekunka z szerokim uśmiechem na ustach, która właśnie stanęła w drzwiach kuchni. Connie Mitchell była niewysoką, uroczą, puszystą niczym pianka kobietą w białej bluzie z logo uniwersytetu stanowego Pensylwanii, dżinsach z szerokimi nogawkami i miękkich bezkształtnych butach typu ugg. Brązowe oczy otaczała siateczka zmarszczek, a zebrane w kucyk ciemne włosy miała poprzetykane siwizną, jednak Connie charakteryzowała się entuzjazmem, jeśli już nie energią, nastolatki. – Jak ci minął dzień?
– Mnóstwo pracy. A co u was?
– Świetnie – odparła Connie, i to był właśnie jeden z powodów, dla których Ellen uważała ją za prawdziwe błogosławieństwo. Miała mnóstwo problemów ze znalezieniem dobrej opiekunki, a nie ma przecież nic gorszego, niż zostawianie dziecka pod opieką niani, która nam nie odpowiada.
A tymczasem podekscytowany Will wciąż wymachiwał rysunkiem.
– To ja go narysowałem! Zupełnie sam!
– Przerysował z kolorowanki – szepnęła cicho Connie, po czym skierowała się do holu i wyjęła swoją kurtkę.
– Ja go narysowałem! – Will zmarszczył czoło.
– Wiem, to naprawdę świetna robota. – Ellen pogładziła jego jedwabiste włosy. – Jak było na basenie, Con?
– W porządku. Super. – Connie włożyła kurtkę, po czym zgrabnym ruchem ręki wyjęła kucyk na kołnierz. – Will udawał rybkę. – Zabrała z siedziska pod oknem swoją brązową torebkę i wypchaną torbę. – Will, opowiedz mamie, jak świetnie sobie radziłeś bez deski.
Chłopczyk wydął wargi, prezentując zmianę nastroju typową dla maluchów i osób, które mają zaburzenia maniakalno-depresyjne.
Connie zasunęła suwak kurtki.
– A potem razem rysowaliśmy, prawda? Mówiłeś, że mama lubi koniki.
– Ja go narysowałem – powtórzył ze złością Will.
– Kochanie, bardzo mi się podoba ten rysunek. – Ellen miała nadzieję, że uda się jej zażegnać wybuch rozpaczy synka, za który nie mogła go przecież winić. Will był ewidentnie zmęczony, a w obecnych czasach wymagano od trzylatków naprawdę wiele. – Mały pewnie w ogóle nie spał w ciągu dnia? – zapytała niani.
– Położyłam go, ale nie zasnął.
– Szkoda. – Ellen z trudem ukryła rozczarowanie. Jeśli Will nie uciął sobie drzemki w ciągu dnia, nie miała co liczyć, że zdoła spędzić z synkiem choć trochę czasu.
– Do zobaczyska… – Connie nachyliła się nad chłopcem.
Will powinien jej odpowiedzieć: „oczyska”, ale tego nie zrobił, wydął tylko dolną wargę.
– Pożegnasz się ze mną? – zapytała Connie.
Pokręcił głową i odwrócił wzrok. Jego małe rączki zwisały nieruchomo wzdłuż ciała. Pewnie nie zdoła wysłuchać nawet bajki na dobranoc, a Ellen tak lubiła mu czytać. Jej matka przewróciłaby się w grobie, gdyby wiedziała, że Will będzie zasypiał bez książki do poduszki.
– W porządku, w takim razie cześć – odparła Connie, ale chłopiec, spuściwszy tylko główkę, milczał. Opiekunka dotknęła jego ramienia. – Kocham cię, Will.
Ellen poczuła ukłucie zazdrości, choćby najbardziej irracjonalnej.
– Jeszcze raz dziękuję – powiedziała, a kiedy Connie wyszła, wpuszczając do środka powiew lodowatego powietrza, natychmiast zamknęła za nią drzwi i przekręciła klucz w zamku.
– To ja go narysowałem! – Will wybuchnął płaczem, a obrazek sfrunął na parkiet.
– Och, kochanie. Zaraz zjemy kolację.
– Zupełnie sam!
– Chodź do mnie, słoneczko. – Ellen wyciągnęła ręce, ale przy okazji strąciła na podłogę torbę z chińszczyzną i całą pocztę, która rozsypała się po podłodze. Chwyciła torbę, żeby jedzenie nie wypadło, i w tym momencie jej wzrok padł na kartkę ze zdjęciem zaginionego chłopca.
Niesamowite.
Podniosła torbę z chińszczyzną, zapominając o listach.
Przynajmniej na razie.

Rozdział 2.

Ellen ułożyła Willa do snu, zrobiła pranie, a potem chwyciła widelec, serwetkę, kartonowy pojemnik z resztkami chińszczyzny i wreszcie usiadła przy stole w jadalni. Domowy ulubieniec natychmiast zajął miejsce naprzeciwko niej, nie odrywając bursztynowych oczu od jedzenia, z ogonem owiniętym wokół pulchnego ciałka. Kociak był cały czarny, poza paskiem bieli biegnącym przez środek pyszczka i białymi łapkami przypominającymi kreskówkowe rękawiczki, a Will wybrał go dlatego, że zwierzak wyglądał zupełnie jak Figaro z „Pinokia” na DVD. Nie mogli się też zdecydować, czy ochrzcić nowego pupila Figaro, czy Oreo, toteż ostatecznie otrzymał imię Oreo Figaro.
Otworzyła opakowanie, wygarnęła na talerz curry z kurczaka i dodała trochę ryżu, który wypadł w postaci zbrylonego prostokąta, niczym piasek z dziecinnego wiaderka. Rozgniotła go widelcem, przy okazji zerknęła na synów Coffmanów, sąsiadów z naprzeciwka, dzielących z nią jedną drogę dojazdową. Obaj właśnie odrabiali lekcje przy stole w jadalni. Byli wysocy i silni, a do tego należeli do szkolnej drużyny lacrosse w Lower Merion High School. Zastanawiała się, czy Will też polubi w liceum sport, choć nie tak dawno przecież nie potrafiła sobie wyobrazić, że będzie w ogóle zdrowy, już nie wspominając o tym, że miałby wymachiwać kijem do lacrosse.
Zjadła kawałek kurczaka, lepki od żółtego sosu curry i wciąż jeszcze ciepławy, po czym zaspokoiwszy pierwszy głód, sięgnęła po pocztę. Od razu wyłowiła z niej rachunki i odłożyła je na bok. Koniec miesiąca jeszcze nie nadszedł, więc na razie nie musiała się nimi przejmować. Przełknąwszy kolejny kęs kurczaka, właśnie miała oddać się marzeniom nad katalogiem firmy Tiffany, kiedy nagle kątem oka dostrzegła białą kartkę i zamarła z widelcem uniesionym do ust. Czym prędzej chwyciła ulotkę. CZY WIDZIAŁEŚ TO DZIECKO? A pod spodem podpis: Amerykańskie centrum poszukiwań zaginionych i uprowadzonych dzieci.
Odłożyła widelec i przyjrzała się uważniej zdjęciu. Tym razem nie mogła zrzucić winy na słabe oświetlenie. Jadalnię ozdabiał potężny żyrandol z mosiądzu, a w jego jasnym świetle chłopiec z fotografii jeszcze bardziej przypominał Willa. Fotografia była czarno-biała, więc Ellen nie mogła się zorientować, czy obaj mają oczy w tym samym kolorze, z uwagą przeczytała jednak informacje zamieszczone pod zdjęciem:
Imię i nazwisko: Timothy Braverman
Miejsce zamieszkania: Miami, Floryda
Data urodzenia: 19.01.2005
Oczy: Niebieskie
Włosy: Blond
Data uprowadzenia: 24.01.2006*.
Przez chwilę wpatrywała się ze zdumieniem w kartkę. Obaj chłopcy mieli niebieskie oczy i jasne włosy. Byli też w tym samym wieku. Will skończył trzy lata trzydziestego stycznia. Ellen przyjrzała się fotografii, uważnie studiując buzię zaginionego malucha. Podobieństwo zaczynało się już od oczu, okrągłych i dosyć szeroko rozstawionych, obaj chłopcy mieli też niewielki nosek i krzywy uśmiech, z lekko opadającym prawym kącikiem ust. Przede wszystkim łączyła ich jednak ogólna postawa, ten sam spokojny, zrównoważony sposób, w jaki przypatrywali się światu.
Dziwne, pomyślała Ellen.
Jeszcze raz przeczytała informacje umieszczone pod zdjęciem, zauważyła gwiazdkę i zerknęła na sam dół kartki, gdzie znajdowała się adnotacja: „Timothy Braverman, progresja wiekowa do trzeciego roku życia”. Przez chwilę zastanawiała się nad znaczeniem słowa „progresja”, po czym wreszcie zrozumiała. Zdjęcie chłopca nie było aktualne, chociaż na takie właśnie wyglądało. Stanowiło po prostu przybliżone wyobrażenie tego, jak Timothy mógł teraz wyglądać, sporządzone przez rysownika lub komputer. Na myśl o tym Ellen odetchnęła z ulgą, po czym wróciła myślami do dnia, w którym po raz pierwszy ujrzała Willa.
Przygotowywała reportaż o pielęgniarkach pracujących na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej w Dupont Hospital w Wilmington. Will przebywał tam z powodu ubytku przegrody międzykomorowej, dziury w przegrodzie rozdzielającej komory serca; maleńki chłopczyk w pieluszce, leżał w białym szpitalnym łóżeczku z wysokimi barierkami na samym końcu zalanego słońcem oddziału. Był wyjątkowo drobny, wręcz niedożywiony, co sprawiało, że jego głowa przypominała kiwającą się główkę maskotki doczepioną do wychudzonego ciałka. Najbardziej wyraziste miał oczy, ogromne, niebieskie, i przypatrywał się wszystkiemu, co go otaczało, choć już nie ludziom. Nie umiał nawiązać ani podtrzymać kontaktu wzrokowego z kimkolwiek, co – jak dowiedziała się później Ellen – mogło stanowić oznakę zaniedbania, i tylko przy jego łóżeczku nie dyndały pluszowe zabawki, nie kręciły się kolorowe karuzele przyczepiane do barierek.
Kiedy Ellen zobaczyła go po raz pierwszy, był już po operacji i czekał na kolejną – najpierw załatano otwór w jego serduszku za pomocą specjalnej łatki z syntetycznego materiału, druga operacja miała na celu uszczelnienie miejsca, w którym rozszedł się szew. Leżał w swoim łóżeczku cichutko, bez płaczu czy choćby kwilenia, otoczony monitorami informującymi pielęgniarki o jego stanie milionem jaskrawoczerwonych, zielonych i niebieskich cyfr. Spowijała go taka plątanina rurek, że sprawiał wrażenie wręcz związanego – jedna z tych przymocowanych do małego noska dostarczała tlen, inna składniki odżywcze, a z nagiej klatki piersiowej wystawała groteskowo przezroczysta rurka, która odprowadzała płyny do plastikowego pojemnika. Do rączki biegła kroplówka, z wenflonem przyklejonym taśmą i zabezpieczonym wykonaną naprędce osłonką z połówki plastikowego kubka, uniemożliwiającą wyrwanie igły. W przeciwieństwie do innych dzieci Will nigdy nie próbował tego robić.
Ellen wciąż zajmowała się przygotowywaniem dokumentacji do swojego artykułu, kiedy nagle zorientowała się, że odwiedza Willa częściej niż to konieczne. Reportaż zamienił się w całą ich serię, której bohaterami stały się zamiast pielęgniarek dzieci. I Will. Wśród gaworzących czy płaczących maluchów właśnie ten cichutki chłopczyk przykuł jej uwagę. Zgodnie z zasadami panującymi na oddziale nie mogła podchodzić do jego łóżeczka, jednak często obserwowała go z niewielkiej odległości, nawet jeśli maluch ciągle odwracał wzrok i wbijał go w pustą białą ścianę. Aż wreszcie któregoś ranka udało się im nawiązać kontakt – Will sam odszukał ją spojrzeniem swoich oczu błękitnych jak wody oceanu. Oczywiście natychmiast na powrót uciekł wzrokiem, ale takie sytuacje zdarzały się coraz częściej, taka nić porozumienia łączącego, jak się zdawało Ellen, dwa serca. Później, kiedy wszyscy pytali ją, dlaczego postanowiła adoptować właśnie jego, niezmiennie odpowiadała:
Z powodu tego, jak na mnie patrzył.
Nikt nigdy nie odwiedzał chłopca, a jedna z kobiet, która bywała na oddziale, matka dziewczynki czekającej na przeszczep serca, opowiedziała Ellen, że jego mamą była młoda, niezamężna dziewczyna, która nie odwiedziła synka od czasu pierwszej operacji. Ellen skontaktowała się więc z pracownikiem opieki społecznej i uzyskała informację, że adopcja wchodzi w grę. Tamtego wieczoru wróciła do domu jak na skrzydłach, zbyt podniecona, by zasnąć. Ten nastrój uniesienia nie opuszczał jej, aż wreszcie w czasie owych dwóch lat, które minęły od tamtej pory, uświadomiła sobie, że chociaż nie wydała Willa na świat, to urodziła się, by być jego matką.
Jeszcze raz zerknęła na ulotkę ze zdjęciem, a potem odłożyła ją na bok, pełna współczucia dla Bravermanów. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, co czuje rodzic, gdy straci dziecko, ani jak sama by postąpiła, gdyby ktoś porwał Willa. Kilka lat temu napisała artykuł o ojcu, który uprowadził własne dzieci po kłótni z żoną, chodziło o to, komu powinna przypaść opieka nad nimi. Od tamtej pory co jakiś czas nawiedzała ją myśl, by skontaktować się z bohaterką reportażu, Susan Sulaman, i dowiedzieć się, jak potoczyła się ta sprawa. Musiała zresztą wynajdywać nowe tematy, jeśli chciała utrzymać się w pracy, a poza tym zyskałaby pretekst do rozmowy z nowym redaktorem naczelnym, Marcelo Cardoso, seksownym Brazylijczykiem, który trafił do ich gazety rok wcześniej, porzuciwszy posadę w „L.A. Times” i dziewczynę o figurze modelki. Może samotna matka stanowiłaby dla niego miłą odmianę, bo jeśli Marcelo rzeczywiście miał dosyć życia wiecznego podrywacza, Ellen była gotowa pokazać mu inne rozwiązanie.
Uśmiechnęła się mimo woli, co jej samej wydało się zresztą dosyć krępujące, nawet jeśli jedynym świadkiem tej żenującej sytuacji był kot. Dawniej sądziła, że jest zbyt mądra, żeby zakochać się w przełożonym, jednak Marcelo przypominał Antonio Banderasa z dyplomem dziennikarza. No a poza tym minęło sporo czasu, odkąd w jej życiu gościł mężczyzna starszy od trzylatka. Jej były facet twierdził, że jest wyjątkowo „wymagająca”, ale Marcelo z pewnością potrafiłby z tym sobie poradzić. A kobieta wymagająca to tak naprawdę jedyna kobieta warta zainteresowania.
Ellen zdrapała widelcem resztki curry z mięsa i podsunęła talerz Oreo Figaro, który zabrał się do jedzenia z głośnym mruczeniem, wygiąwszy koniuszek ogona na kształt szydełka. Odczekała, aż pupil skończy konsumpcję, i posprzątała ze stołu, a potem odłożyła rachunki do wiklinowego koszyka i wyrzuciła wszystkie ulotki i reklamy, w tym również kartkę ze zdjęciem zaginionego chłopca. Ta wpadła jednak do worka na śmieci tak, że Timothy Braverman wpatrywał się teraz w Ellen tymi swoimi niesamowitymi oczami.
„Prawdziwa z ciebie gospodyni”, usłyszała w głowie głos matki tak wyraźnie, jakby ta stała tuż koło niej. Ale tak naprawdę Ellen wierzyła, że to samo można powiedzieć o każdej kobiecie. Taki dodatek do jajników.
Zamknęła drzwiczki szafki i spróbowała wyrzucić tę białą kartkę z pamięci. Załadowała i włączyła zmywarkę, a potem jeszcze raz pomyślała o tym wszystkim, co było w jej życiu wspaniałe. Solidne drewniane blaty, białe szafki z przeszklonymi drzwiczkami, ściany pomalowane własnoręcznie na biało, z rysunkami kwiatów polnych w charakterze ozdoby. Babska kuchnia, aż po nazwę różowawego odcienia farby na ścianach – Kopciuszek. Chociaż nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać księcia.
Dokończyła swoje codzienne obowiązki, przekręciła klucz w kuchennych drzwiach prowadzących na tyły domu, po czym wyciągnęła zużyty filtr z ekspresu do kawy. Kiedy otworzyła szafkę z zamiarem wyrzucenia fusów do kosza, uważne spojrzenie Timothy’ego Bravermana na nowo wytrąciło ją z równowagi.
Nie namyślając się wiele, wyciągnęła kartkę spomiędzy odpadków i wsunęła ją do kieszeni dżinsów.
(…)