Strona główna / Poradniki, rozwój osobisty / Żyj dziko i zachłannie

Aktualności

24.05.2019

Mieczysław Prószyński nagrodzony!

23 maja w trakcie 10. Warszawskich Targów Książki Biblioteka Analiz ogłosiła zwycięzców Plebiscytu 30-lecia na najbardziej wpływowe osobowości polskiego rynku książki. Wsród nich znalazł się Mieczysław Prószyński.

Wywiady

06.05.2019

Bogactwo, orgie i handel ludźmi. Laila Shukri odkrywa tajemnice świata arabskiego.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lailą Shukri, autorką książki "Perska zmysłowość".

Posłuchaj i zobacz

24.04.2019

Niecenzurowana opowieść o początkach III RP.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Jerzego Dziewulskiego i Krzysztofa Pyzi "Jerzy Dziewulski o kulisach III RP".

Bestsellery

TOP 20

  1. Smętarz dla zwierzaków Stephen King
  2. Arabski raj Tanya Valko
  3. Polska miłość Wojciech Młynarski

Fotogaleria

więcej »

Żyj dziko i zachłannie

Sabine Asgodom

Wprowadzenie

To książka o kobiecej wolności. Poznacie dziesięć swobód, jakie same sobie możecie dać. Które wyzwolą was z norm, ogólnych oczekiwań i pęt, jakie narzuca kobietom ich rola społeczna. Które dają wam możliwość odkrycia, czego same odmawiałyście lub zabraniałyście sobie do tej pory. Czego sobie życzycie i za czym tęsknicie. Co chciałybyście osiągnąć albo od czego uwolnić. Ta książka nie jest poradnikiem, ona jest „wyzwalaczem”. Stwarza początek, daje bodziec, propozycję, pozwala kobietom zebrać odwagę, żeby szły własną drogą, odnalazły własną tożsamość. I jest to książka siejąca niepokój. Traktuje o wyzwoleniu się grzecznej córki i inspiruje do roszczenia: chcę żyć dziko i zachłannie! Wielu kobietom już w dzieciństwie zaszczepiono normę: myśl o sobie na samym końcu. Słowo „egoistka” było obraźliwe. I niejedna odważna kobieta dała się tym zastraszyć. Ale od dzisiaj koniec!
Ponieważ nie ma nikogo, kto miałby prawo decydować o twoim życiu, nie ma żadnej wyższej instancji niż ty sama. Nawet jeśli wierzysz w Coś Wyższego, czujesz jedność ze światem, odpowiedzialność ponosisz ty. Nie ma żadnego abstraktu, który decyduje o twoim życiu – ani państwo, ani społeczeństwo, ani rodzice, ani partner, żadna religia, żadna ideologia, a już na pewno żadne czasopismo dla kobiet.
Żyć „dziko i zachłannie” oznacza żyć pełnią życia, a nie życiem pełnym braków. To oznacza mieć własną koncepcję włas­nej wolności. Nie ma to nic wspólnego z takimi pojęciami, jak właściwie czy fałszywie, dobrze czy źle. To szaleństwo wierzyć, że nie popełniamy błędów, nie podejmujemy złych decyzji i nie mamy prawa w ich następstwie martwić się czy złościć. Ale przykrą myśl „to był mój błąd, ja się pomyliłam” zawsze łagodzi dodające otuchy poczucie niezależności.
Rozprawię się w tej książce z mylnymi poglądami na temat szczęścia. Przeciwstawię złudnym obietnicom szczęścia i żądzy romantyzmu, które sprowadzają wiele kobiet na manowce, inne sposoby osiągania spełnienia. Jak to sformułował mój przyjaciel, partner rozmów i rozmyślań, psycholog i terapeuta Bernd Ulrich Hohmann: „Szczęście to nie dworzec kolejowy, na który się przyjeżdża i gdzie konduktor obwieszcza: stacja Szczęście, wysiadać proszę!”.
Nie zawsze dokładnie wiemy, czego chcemy. Czasami mamy wątpliwości co do naszych własnych życzeń: chcę tego naprawdę czy tylko mi się wydaje, że powinnam tego chcieć? Co na mnie wpływa jawnie albo w sposób zakamuflowany? Jak uwolnić się od konformizmu? Czasami wątpimy w nasze mocne strony: czy potrafię, taka jestem, dam radę? Czasami pędzimy za mrzonkami i mimo wszelkich starań przeżywamy rozczarowania.
Udzielenie sobie pozwolenia na podejmowanie własnych samodzielnych decyzji może, i owszem, wywołać lęk, ale ten lęk pokazuje: „Jestem na właściwej drodze!”. Możemy uczynić z lęku naszego sojusznika. W jaki sposób, o tym opowiem później. Kiedy pracujemy nad decydowaniem o sobie, prowadzi to do wzrostu radości życia, dojrzałości i zadowolenia. Ale łatwe to nie jest. Gdyby było łatwe, po prostu byśmy to zrobiły. Dlatego ta książka ma dostarczyć wielu myślowych bodźców i dać oparcie, zaczerpnięte z mojego ponadpięćdziesięcioletniego życia i długoletniej pracy z kobietami. Podaje przykłady kobiet, które walczyły z zakazami i nakazami i w końcu zwyciężyły.
Najpierw musimy poznać różne możliwości, zanim zdecydujemy się na tę jedną, a odrzucimy inne. Dlatego potrzebujemy świeżego powietrza, świeżych myśli, świeżych pomysłów, świeżych alternatyw. Mamy prawo podejrzeć innych – jak im się to udało? Mamy prawo wykorzystywać bodźce, czerpać ze sprawdzonych wzorców, poczuć, jak smakuje Nowe, Inne. A potem zadecydować samodzielnie, czy ta możliwość nam się podoba, czy do nas pasuje. Mamy prawo zmieniać i kształtować świat zgodnie z własnymi życzeniami.
Przełóżmy te postulaty na nasze codzienne życie. Co to oznacza? Rezygnację z bezpieczeństwa i w zamian zyskanie wolności, uwolnienie się od zależności i mimo to uzyskanie poczucia spokoju, pielęgnowanie egoizmu, a jednocześnie umiejętne czerpanie przyjemności z bycia we wspólnocie. Bycie silną, a mimo to pozwalanie innym, żeby nam pomagali. Przesłanie tej książki brzmi: możemy mieć i jedno, i drugie.
Oznacza to również pożegnanie się z pewnymi nawykami, które nam nie służą; z ludźmi, którzy nas ograniczają; z poglądami, które utrudniają nam życie; z okolicznościami, które nas unieszczęśliwiają.
Znalezienie własnej drogi i pójście nią wymaga wykształcenia silnego radaru nakierunkowanego na radość życia, podobnego do radarów, za pomocą których statki znajdują bezpieczną drogę przez morza. Taki wewnętrzny radar jest cudowną rzeczą. Możemy go włączyć, by ukazał mielizny naszego życia. Możemy za jego pomocą pewnie sterować, pewnie pokonywać wąskie przesmyki i cieszyć się przestrzenią. Możemy odnaleźć głębokie, spokojne wody, złapać wiatr w żagle i płynąć w stronę naszego celu. Ale jeśli morze jest niespokojne, możemy również rozpoznać rafy i przyhamować silnik, możemy oszczędzać naszą energię i poczekać na lepszą pogodę. Życie nie jest walką, życie jest mądrym korzystaniem z możliwości, jakie się nam nadarzają, na jakie wyrażamy zgodę.


Kształtuję moje życie, tak jak chcę!

Ta książka mogłaby mieć podtytuł „Tysiąc swobód”, ponieważ pojęcie wolności jest bardzo szerokie. Albo mogłabym ją zatytułować „Mam prawo być wolna”, bo taki jest jej główny sens. Świadomie zdecydowałam się na „Dziesięć swobód”, żeby na ich przykładzie zademonstrować zasadę życia z aspiracjami.
Dziesięć to dobra liczba, sprawdziła się już. Co nie oznacza, że jest to Biblia dla kobiet. Nie ja mówię, co wam wolno, bo w przeciwnym razie tytuł by brzmiał: „Wolno ci”. Ale to sprzeciwiałoby się podstawowej zasadzie autoprzyzwolenia. Cokolwiek by w tej książce wam się spodobało czy skłoniło do refleksji, nastroiło odwagą czy wywołało złość, pomyślcie o tym: ta książka jest oparta na moich doświadczeniach, nie oddaje jedynej słusznej prawdy, lecz moją własną. Piszę o tym, co przeżyłam, w co wierzę, co mnie i innym pomogło. Książka przedstawia moje rozmowy z ludźmi, którzy myśleli autonomicznie i w pełni niezależnie zbierali swoje doświadczenia. Staram się zawsze być z nimi na tyle szczera, jak dalece to tylko możliwe. I mogę was zapewnić: wszystko, co piszę, piszę z głębokim przekonaniem. Nie ufam ani za grosz tym wszystkim, którzy twierdzą, że posiedli jedyną i najwyższą prawdę. Dogmaty, czy to religijne, czy to polityczne, czy to dotyczące odżywiania, wywołują we mnie gwałtowny sprzeciw i budzą drzemiące w duszy krnąbrne dziecko. Ale wiem, że niektóre nakazy rzeczywiście mają sens, i przekonuję się do nich, kiedy przedstawi mi się je jako alternatywę.
Żeby czytelniczki lepiej zrozumiały moje wywody, powinny wiedzieć coś więcej o moim życiu i mojej obecnej sytuacji.
Urodziłam się w roku 1953, moi rodzice byli nauczycielami. Miałam trzech starszych braci, a więc byłam w domu beniaminkiem. Brzmi to jak sielanka, ale tak nie było. Rodzice wychowywali nas bardzo surowo, typowym powiedzeniem mojego dzieciństwa było: „Dziecko, które o coś prosi, dostanie po nosie”. Co w tłumaczeniu brzmiało: zamknij dziób i rób, co ci każą. Był to rozpowszechniony system wychowawczy w owym czasie, dyktatura w pokoju dziecinnym. Czułam się odpowiedzialna za humory porywczego ojca i jako jedyna córka stałam się sojuszniczką mamy. Nie wiedziałam, co znaczy niezależność.
Po maturze, mając niespełna 19 lat, wyprowadziłam się do Monachium i rozpoczęłam naukę w Niemieckiej Szkole Dziennikarstwa. Już po trzech miesiącach poznałam mojego późniejszego męża, rewolucjonistę, politycznego uciekiniera z Erytrei. Od razu zamieszkaliśmy razem. Zostałam dziennikarką w pewnej gazecie, prowadziłam aktywną działalność polityczną i związkową. Życie to była walka. Nauczyłam się przemawiać przed dużą publicznością, ale nauczyłam się również, że własne marzenia należy zawsze podporządkować politycznej „słusznej” sprawie. I znowu nici z niezależności.
Mając 27 lat, urodziłam pierwsze dziecko, w wieku 29 lat drugie. Rozpoczął się proces spóźnionego dojrzewania. Zaczęłam mierzyć się z własnymi piętnami, lękami, a przede wszystkim z ukrytą złością. Z opóźnieniem weszłam w konflikt z mamą, której wypomniałam wszystkie błędy wychowawcze (mój ojciec już nie żył, zmarł, kiedy miałam 19 lat). Przystąpiłam do ruchu kobiet. Zdefiniowałam sobie nowego wroga; był nim – oprócz rodziców i społeczeństwa – mężczyzna jako gnębiciel. Życie ciągle było walką. A ja z pewnością byłam jedną z ofiar.
Nie lubiłam siebie i to był mój podstawowy problem. Stale walczyłam ze swoją wagą. Porównując się z monachijskimi pięknościami, stwierdzałam, że nie jestem ani ładna, ani godna kochania. Żyłam w ciągłym strachu, że mój mąż zakocha się w innej, piękniejszej, mądrzejszej, i mnie zostawi. Moje kompleksy i poczucie małej wartości powodowały, że przez długi czas nie odważyłam się postawić na swoim, pokłócić się, powiedzieć „nie”. Na zewnątrz walcząca, w środku całkiem mała. Niezależność nadal była daleko.
Przez te wszystkie lata pracowałam zawodowo, ponosiłam odpowiedzialność za rodzinę, finanse, humory mojego męża, za harmonię, sprawiedliwość i pokój na świecie i rzadko byłam naprawdę szczęśliwa. Moje dzieci dawały mi wiele radości. I tak jest do dzisiaj. Nawet jeśli nie zawsze było lekko. Dzięki moim dzieciom zmusiłam się, by rozpoznać własne rany z dzieciństwa, kilka terapii pomogło mi przepracować smutek i wściekłość, uwolnić od lęków tę małą dziewczynkę we mnie i pozwolić jej dorosnąć.
Pomogły mi też w końcu usunąć kamień z serca, naprawić stosunki z moją matką, sprawiły, że mogłam ją pokochać. Tak jak ona mnie kocha. Nawiasem mówiąc, początek tej książki piszę na tarasie jej domu w Andaluzji. Ona również uwolniła się od norm i żyje tak, jak lubi. Sama o sobie mówi: „Nigdy nie byłam taka wolna jak dzisiaj”. Ma teraz 80 lat.
Moje kolejne kroki do niezależności dadzą się retrospektywnie dobrze odczytać: w wieku 38 lat zaczęłam pisać. Każda książka to furtka do wolności. Każda książka to pozwolenie dla mnie samej na myślenie, jak chcę, mówienie, jak chcę, bycie, jaką chcę być. Precz z uczuciem deficytu. Wraz z każdą pozytywną reakcją na książkę rosło moje poczucie własnej wartości: „Tak, jestem fajna taka, jaka jestem!”. W tym wieku uświadomiłam sobie, że mogłabym żyć sama. Jestem pełnowartościowym człowiekiem również bez męża. To bardzo pomogło mi dojrzeć. Moje lęki malały.
Mając 40 lat, zaczęłam, oprócz swojej pracy dziennikarskiej, prowadzić seminaria i wygłaszać odczyty. Nigdy tego nie planowałam, ale kiedy tak się stało, poczułam, że to coś dla mnie. Kochałam pracę z ludźmi. W tej działalności znalazłam sens. Otwarła się przede mną brama do całkiem innej, cudownej przyszłości. Podbijałam wielkie sceny z ogromną publicznością i czułam: to moje miejsce!
W wieku 46 lat złożyłam wypowiedzenie w pracy mimo ogromnych wątpliwości i lęków. Rozwinęłam własną działalność jako trener kadry menedżerskiej, założyłam własną firmę, zaryzykowałam wszystko. I od początku czułam, że mi się uda. Dzisiaj mogę powiedzieć: jestem spełniona. Czasami pytają mnie, czy moje życie nie jest zbyt stresujące, bo przez dwieście dni w roku jestem w rozjazdach. Cały czas odpowiadam: wiodę wyczerpujące życie, to prawda, ale nie stresujące. Ponieważ sama decyduję, że chcę tak żyć. Dlatego nie odczuwam tego jako stres. Nawiasem mówiąc, na przyszły rok zaplanowałam tylko sto pięćdziesiąt dni w podróży.
Mając 48 lat, kiedy dzieci się wyprowadziły, po prawie 30-letnim związku znalazłam sobie własne mieszkanie. Wiedziałam jedno: chcę żyć inaczej, przeżyć wiele, nie popadać w nudę i rutynę. Znaleźliśmy z mężem przyjazny konsensus, mąż pomógł mi nawet przy przeprowadzce. On zawsze będzie członkiem mojej rodziny i oczywiście zawsze będziemy rodzicami dla naszych dzieci. Zastanawiam się czasem, czy nie mogliśmy wprowadzić większej niezależności w naszym związku. Znam pary, którym to całkiem dobrze wychodzi. Nie widziałam jednak takiej możliwości dla nas i sądzę, że ten krok był właściwy.
Po raz pierwszy w moim życiu zdobyłam niezależność. Nadrabiałam doświadczenia nastolatków, którzy myślą wyłącznie o sobie. Rozkoszowałam się tym, że mogę wracać do domu, kiedy zechcę. Słuchać muzyki, która rozbrzmiewa w całym mieszkaniu. Spontanicznie zapraszać ludzi na imprezę. I rano o czwartej radośnie zmywać razem z ostatnimi gośćmi. Wyjeżdżać, kiedy tylko złapie mnie tęsknota za światem. Wreszcie myśleć o sobie, a nie o innych.
Moje 50. urodziny obchodziłam na upojnej imprezie z setką zaproszonych gości, moją wielką rodziną i ludźmi, których lubię. Tańczyliśmy do białego rana i nie pamiętam, kiedy w życiu czułam się równie beztrosko. Najpiękniejszym prezentem było to, że bladym świtem, zmęczona, ale przeszczęśliwa, mogłam wrócić do własnego mieszkania.
Moje życie jest od tej pory bardziej kolorowe, cieszę się spotkaniami z ludźmi, ale też rozkoszuję się samotnością; zawieram nowe przyjaźnie i odnawiam stare. Dzisiaj, mając 53 lata, ja też jestem wolna jak nigdy dotąd. Odniosłam oszałamiający sukces zawodowy. Mam prawo przekazywać wiedzę, mam prawo przekraczać granice i tworzyć siebie na nowo. Kocham wielką publiczność i pracę z indywidualnym klientem. W swojej pracy trenera od ponad dziesięciu lat towarzyszę ludziom w rozpoznawaniu i likwidowaniu tego, co ich ogranicza, w tworzeniu dla nich nowych przyzwoleń oraz strategii wprowadzania ich w życie.
Ja sama żyję w poczuciu, że mam prawo być „dzika i zachłanna”. Co nie oznacza, że moje życie jest perfekcyjne. Czasami czuję się bardzo samotna; czasami pracuję zbyt dużo; czasami nie dostaję tego, co chcę; czasami popełniam błędy; czasami brakuje mi odwagi; czasami obserwuję, że zdejmuję z innych zbyt dużo odpowiedzialności i ona mnie przygniata; czasami się boję i chciałabym, żeby mnie ktoś częściej przytulał. Ale to moja decyzja, żeby żyć właśnie tak, jak żyję. Cóż za szansa! Nawiasem mówiąc – od pewnego czasu na wykładach i seminariach opowiadam o mojej „miękkiej” stronie, o tym, co mnie skłania do refleksji albo zasmuca, o trudnych chwilach w moim życiu, i przeżywam całkiem inną bliskość ze słuchaczami. To bardzo ciekawe doświadczenie, daje dużo szczęścia.
Przepełnia mnie uczucie wdzięczności. Ale potrafię też rozpoznać, jaki jest mój własny udział w tym szczęściu. Często myślę o starym powiedzeniu: „Bez pracy nie ma kołaczy”. Moje obecne motto życiowe to słowa wielkiego filozofa Fryderyka Nietzschego: Amor fati (Kochaj swój los). Co dla mnie oznacza: kształtuj swój los tak, żebyś mogła go pokochać. A potem pogódź się z nim. Masz jeszcze tyle do zrobienia!
(…)