Strona główna / Literatura polska / Paryski spadek

Aktualności

17.01.2020

Biesiada Literacka z Jerzym Dziewulskim

W dniach 31 stycznia - 2 lutego zapraszamy na cykl spotkań z Jerzym Dziewulskim, autorem książki "Jerzy Dziewulski o kulisach III RP".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Paryski spadek

Ewa Grocholska

Rozdział 7.

Jaskrawy promyk słońca wpadł przez niedomkniętą żaluzję. Spojrzałam na zegarek. Dopiero ósma czterdzieści, a ja czułam się jak nowo narodzona. O tej samej porze w Polsce byłabym jak zużyty kapeć, nienadający się nawet do recyklingu. Wstałam i z radością wyjrzałam przez okno, z którego (oczywiście po bardzo niebezpiecznym wychyleniu się nad parapetem) ujrzałam lekko zamgloną sylwetkę wieży Eiffla. Czyli jestem tam, gdzie trzeba.
Magnifique!
Z oddali dochodziły typowo paryskie odgłosy: szum pojazdów na niedalekich arteriach, klaksony aut, dźwięk wystawianych stolików w okolicznych kawiarenkach… Ale także te najbliższe, pochodzące z hotelu – spłukiwanej wody w sąsiednich łazienkach i krzątających się na korytarzu pokojówek.
Pokojówki? No tak, przecież mieszkam w hotelu. Kiedyś sama byłam paryską pokojówką. Czy ja też budziłam ludzi nad ranem?
Chyba jednak nie tak brutalnie.

Usłyszałam pukanie do mojego tak zwanego apartamentu. Otworzyłam drzwi i ujrzałam pucołowatą czarną dziewczynę ze stertą pościeli na rękach.
– Czy mam posprzątać teraz, czy później? – spytała, ale ja jeszcze na dobre się nie przebudziłam, aby podejmować tak ważne decyzje. Czy pokojówka nie powinna zaczekać, aż opuszczę pokój? Przecież my z Ewką tak właśnie pracowałyśmy cztery lata temu w hotelu Sheraton. Powoli docierało do mnie to i owo. Tamten był czterogwiazdkowy, a ten ma zaledwie dwie gwiazdki. Może w dwugwiazdkowym hotelu pokojówka ma prawo dyktować gościom warunki?
– Właściwie… Może pani wejść teraz. – I tak zamierzałam już wstać, bo dzień zapowiadał się pięknie.
Dziewczyna bez słowa zajęła się ściąganiem pościeli z mojego jeszcze ciepłego łóżka. Miała na sobie biały fartuszek ze śmiesznymi falbankami. My z Ewką zasuwałyśmy w jeszcze śmieszniejszych, bo różowych. Spojrzałam uważniej. Pokojówka wydała mi się znajoma.
– Przepraszam… Czy mogę spytać, jak ma pani na imię?
– Clementine – odparła, rzucając zużytą pościel na podłogę. Coś mnie tknęło.
– A czy pani nie zna przypadkiem pana Mariana? Albo Sabine? Takiego artysty z Montmartre i jego żony…
Dziewczyna wyprostowała się i zmierzyła mnie niezbyt miłym spojrzeniem.
– A co?
– Bo mam wrażenie, że już panią gdzieś spotkałam…
– No owszem, znam ich. Pracowałam u nich kilka lat. I co z tego? – Naburmuszyła się i zaczęła powlekać moją pościel w świeżutkie powłoczki.
– Bo ja panią pamiętam… – powiedziałam łagodnie. – To pani robiła te superkolacyjki, a ja z moją przyjaciółką… Nie pamięta nas pani?
Clementine przystanęła jak wryta.
– Pani Agnieszka? I pani Ewka?
– Tak! To właśnie ja. Ewki, niestety, nie ma w Paryżu. Ale to ja! Więc pani mnie pamięta?
– Bien sûr! Oczywiście! – Oczy dziewczyny pojaśniały. – Pamiętam doskonale.
Poczułam się mile zachęcona do dalszej konwersacji. Nie tylko dlatego, że Clementine była cztery lata temu pomocą domową Mariana i jego żony, ale głównie ze zwykłej solidarności z inną… pokojówką.
– Nie pracujesz już u Mariana? – spytałam bez sensu. Bo widać było przecież, że nie. Clementine poklepywała świeżo pościeloną poduszeczkę, jakby formowała ciasto na pizzę.
– Nie.
Hm… Tajemnice. Jednak już po chwili dziewczyna zaczęła opowiadać, nie przerywając pracy.
– To było tuż po tym, jak pan Marian i jego żona się ponownie zeszli. No wie pani… Po tej całej rozłące z powodu…
Wiedziałam aż za dobrze. Sabine miała romans z projektantem mody, a ja, na życzenie jej córki Nicole, poderwałam tego zarozumialca, aby jej matka oprzytomniała. Po jakimś czasie Marian wrócił do żony, cała afera poszła w niepamięć, a Clementine podawała nam kolację na cześć pogodzonych małżonków.
– Ale, potem, jak już panienki wyjechały z Paryża, moi pracodawcy zaczęli się kłócić. To było straszne! Poszły w ruch nawet talerze! Któregoś dnia pani Sabine tak na mnie nawrzeszczała, choć chyba niczego złego nie zrobiłam, że nie wytrzymałam i walnęłam o podłogę jej ukochaną wazą do zupy z serwisu Rosenthala. Więc wylała mnie natychmiast, choć pan Marian mnie bronił i twierdził, że ten parszywy serwis jest mniej wart niż moje referencje. No i pożarli się na całego, a ja wybiegłam z domu. Nawet nie zabrałam swoich rzeczy. Do dziś nie wiem, co się stało ze zdjęciami moich rodziców. Wszystko tam zostało. – Clementine przysiadła na skraju mojego łóżka, całkowicie rozbrojona. Ja też kiedyś padłam ze zmęczenia na łóżku gościa, a tego się nie wybacza żadnej pokojówce. Ale jak mogłam nie współczuć tej biednej Clementine? Usiadłam obok.
– Clementine? Wiesz co? Mam pomysł. Odzyskamy te zdjęcia.
Podniosła na mnie załzawione oczy i chyba w tym momencie zaistniało między nami ciche porozumienie dusz.

Śniadanko w hotelowej kafeterii na poziomie minus jeden było całkiem niezłe. Tosty, jajko na miękko, sok pomarańczowy, herbata i kawa do wyboru oraz te cudowne francuskie croissanty, które z samym masłem są dla podniebienia tym, co najbardziej wymyślny afrodyzjak dla… Hm.
Wykąpana, pełna dobrych myśli, ubrana w najlepsze spodnie i białą bluzeczkę z peweksu wyszłam o dziesiątej trzydzieści z hotelu Utrillo na rozgrzaną czerwcowym słońcem uliczkę. Udobruchana Clementine posłała mi łóżko, pozbierała śmieci i przeprosiła za nieopanowany potok żalu. Uspokoiłam ją, że rozumiem, bo sama nie raz bywałam w podobnej sytuacji. Co nieco razem z Ewką w tym Paryżu przeżyłyśmy.
Oj, potrafiłam sobie wyobrazić Sabine w roli złośnicy. Tylko, pytałam samą siebie, mijając obdrapane auta zaparkowane niemal na styk, czy mam prawo się w to wszystko mieszać?

Nad miastem unosiły się charakterystyczne przedpołudniowe zapachy kawy i serwowanych o tej porze potraw, a ja zmierzałam dobrze mi znanymi uliczkami prosto do domu mojego najlepszego paryskiego przyjaciela.
Konsjerżka otworzyła mi drzwi, nawet nie pytając kto i do kogo. Jej czujność za dnia była zerowa. Klatka schodowa przywołała wiele wspomnień. Choćby to ostatnie, jak z Ewką wchodziłyśmy do Mariana i Sabine w naszych wieczorowych sukienkach, na przyjęcie zorganizowane na cześć na nowo połączonej pary małżeńskiej. Byli tam goście z tak zwanych wyższych sfer i wiele blichtru. Do stołu podawała Clementine. Wtedy prawie jej nie dostrzegałam.
Wdrapałam się na czwarte piętro i zadzwoniłam do drzwi. Nikt nie zareagował. Odczekałam jeszcze chwilę. Pewnie przyszłam nie w porę. I nagle drzwi się uchyliły. Za nimi stał starszy pan z gęstym zarostem. Chyba mnie nie poznał. Miałam teraz inną fryzurę i byłam o całe cztery lata starsza.
– Marian? To ja, Aga – powiedziałam nieśmiało.
– Aga? Oh, mon Dieu! – krzyknął i natychmiast wciągnął mnie do środka. – A już myślałem, że nigdy nie przyjedziesz!

Kiedy Marian ciągnął mnie za rękę w kierunku salonu, owładnęło mną przedziwne déjà vu. Na ścianach wisiały te same obrazy, na podłodze leżał ten sam dywan, a w salonie spostrzegłam ten sam, co przed czterema laty, stół z grubego, matowego szkła.
Marian wskazał mi krzesło i sam usiadł naprzeciwko.
– Aga… Tak się cieszę, że przyjechałaś.
Patrzył na mnie i zapewne oceniał. Czy się zmieniłam po tych kilku latach, czy zmądrzałam albo wydoroś­lałam.
– Pięknie wyglądasz – rzekł w końcu.
– Ty też niczego sobie… – odpowiedziałam niezbyt szczerze. Wcale nie wyglądał dobrze. Postarzał się, posmutniał; jakby coś go zżerało od środka. Bałam się spytać, czy układa mu się z Sabine.
– A co u twojej przyjaciółki? – spytał, jakby uprzedzając mnie, abym nie zadawała mu zbyt osobistych pytań.
– Ewka jest w Stanach… Wyjechała tuż po skończeniu studiów i robi karierę jako designerka. Zajmuje się malarstwem iluzyjnym. No wiesz, maluje ściany w domach i biurach tak, żeby powstało złudzenie całkiem innej przestrzeni…
Marian westchnął.
– Wiedziałem, że to zdolna bestia… Obie jesteście zdolne. A ty? Co robisz?
– Ja… No cóż… Pracuję w Polsce. Po dyplomie zatrudnili mnie na uczelni, więc uczę, udając, że wiem coś więcej niż moi studenci czwartego roku. Ale tak naprawdę to jestem jeszcze zielona i cała ta praca to jakaś wielka pomyłka. Nie czuję się dobrze w roli belfra. Nie wiem… Może powinnam poszukać czegoś innego? Przy każdej okazji robię zlecone projekty. No i mieszkam w nowym domu. Takim bloku, co dopiero go pobudowano…
– Masz narzeczonego? – Marian miał prawo zadawać nawet najbardziej intymne pytania. W końcu był naszym „paryskim tatusiem”, kiedy klepałyśmy biedę. To on się nami zaopiekował, zorganizował darmowe mieszkanie, a w każdym momencie, gdy wpadałyśmy w kolejne tarapaty, pomagał nam, jak tylko mógł.
– Hm… No jest taki facet… – zaczęłam nieśmiało. – Ale nie wiem, czy to ten właściwy.
Po twarzy Mariana przemknął delikatny uśmiech.
– Co? – zapytałam.
– A co z twoim Marco? – zapytał wprost.
No tak! Wiedziałam, że mi wypomni! Marco zawrócił mi w głowie cztery lata temu. Ale nie pisał od dwóch. Nagle jakby przestał istnieć, a nieobecni nie mają racji. Trudno było mi na bazie samego, choćby najpiękniejszego, wspomnienia, budować swoją przyszłość w peerelowskiej komunie. Więc znalazłam kogoś, kto był, podobnie jak ja, do niej przyzwyczajony, kto też umiał z nią żyć.
– Marco nie odezwał się od dwóch lat – wyjaśniłam.
Marian pokiwał głową.
– Z tego, co wiem, od dawna nie ma go na placu… I nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. Może wyjechał? – Wcale o to nie pytałam, a jednak poczułam w sercu lekkie ukłucie. Więc Marco nie ma w Paryżu. Bez sensu go wypatrywałam…
Marian czytał w moich myślach.
– Jak zechcesz, to go znajdę, Aguś…
– Nie ma powodu – odparłam. – Przyjechałam, żeby uporządkować sprawy po Napoleonie. A inne… No wiesz. Inne nie są już istotne.
– Niewiarygodne! – Z zamyślenia wyrwał mnie dochodzący z góry okrzyk. Ze schodów dwupoziomowego apartamentu, ubrana w długą, kolorową sukienkę, schodziła Sabine. Jej ognistorude włosy sprawiały, że mieszkanie wydawało się płonąć.
Przyśpieszyła i przywitała mnie uściskiem.
– Witaj Aga! A gdzie Ewka? – No cóż, wszystkim po kolei musiałam jakoś wyjaśnić jej nieobecność.
– Bonjour Sabine! Ewka jest w Ameryce i na razie nie może przyjechać.
– W Ameryce? No proszę! Nasze polskie przyjaciółki w kółko nas czymś zaskakują. A ty, Marian, zamiast tak stać, idź, otwórz jedną z tych butelek dobrego wina. Przecież musimy jakoś uczcić nasze spotkanie!
Sabine gestem zaprosiła mnie do stołu. Marian posłusznie poszedł po wino. Usiadłam przy ogromnym stole z grubego matowego szkła i od razu przypomniałam sobie przedziwną kolację na cześć połączenia zwaśnionej pary, kiedy obie z Ewką, wystrojone w wieczorowe kiecki, byłyśmy świadkami tragifarsy kołtuńskiej rodem z Moliera. Przy tym samym stole siedzieli państwo de Laroche, którym Ewka dała wykład na temat panującej w Polsce komuny. Nigdy nie zapomnę wyrazu ich twarzy, kiedy opowiadała, jak to sprytnie Polacy radzą sobie z brakiem mięsa albo jak zdobywają benzynę do aut. Spotkanie omal nie skończyło się totalnym skandalem towarzyskim, jednak Marian odciągnął nas w porę od stołu, aby pokazać nam przepiękne, pełne gwiazd niebo nad Sacré Cœur.
Wciąż czułam nad sobą tamten ciepły oddech Marco, kiedy wyszedł na balkon i objął mnie w pasie…
– No więc, co nowego w Polsce? – Sabine wyrwała mnie z zamyślenia. Wyglądała niczego sobie, nadal piękna i zadbana. I chyba wciąż rządziła w tym domu. Tak jak wtedy.
– W naszym kraju dzieje się bardzo dużo! – zaczęłam. Właściwie nie miałam pojęcia, jak opowiedzieć tej wytwornej kobiecie o przemianach w Polsce, skoro nawet nie wiedziała, gdzie leży moje miasto. Cztery lata temu musiałam jej wyjaśniać, że nie na wschodzie, a na zachodzie kraju.
– Coś tam słyszałam o jakiejś… Solidarności, czy jakoś tak?
– Solidarności. Dobrze pani słyszała.
– Sabine, nie czytasz gazet? – Za naszymi plecami pojawił się Marian z butelką wina i korkociągiem. – Przecież to ogromny związek zawodowy! Solidarność z Lechem Wałęsą na czele! Polska przechodzi ogromne zmiany i za chwilę będzie wolnym krajem!
– To chyba dobrze? – zapytała Sabine. – Będziesz mógł wreszcie pojechać do tego twojego Gdańska?
– Jak Bóg da, pojadę.
(…)