Strona główna / Literatura światowa / Myszy i ludzie

Aktualności

15.05.2019

Spotkania z Tanyą Valko

Zapraszamy na spotkania autorskie z Tanyą Valko w dniach 21 maja - 3 czerwca 2019 r.

Wywiady

06.05.2019

Bogactwo, orgie i handel ludźmi. Laila Shukri odkrywa tajemnice świata arabskiego.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lailą Shukri, autorką książki "Perska zmysłowość".

Posłuchaj i zobacz

24.04.2019

Niecenzurowana opowieść o początkach III RP.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Jerzego Dziewulskiego i Krzysztofa Pyzi "Jerzy Dziewulski o kulisach III RP".

Bestsellery

TOP 20

  1. Smętarz dla zwierzaków Stephen King
  2. Arabski raj Tanya Valko
  3. Polska miłość Wojciech Młynarski

Fotogaleria

więcej »

Myszy i ludzie

John Steinbeck

(…)
Wieczorem po upalnym dniu wśród liści zaszumiał wietrzyk. Cień zaczął piąć się po zboczach ku szczytom wzgórz. Króliki na piaszczystych łachach zastygły w bezruchu jak małe rzeźby z szarego kamienia. Nagle od strony autostrady dobiegł odgłos kroków; ktoś szedł, rozgarniając nogami zeschnięte liście sykomor. Króliki pierzchły bezszelestnie i ukryły się w zaroślach. Długonoga czapla wzbiła się z wysiłkiem w powietrze i poszybowała ociężale w dół rzeki. Wszystko zamarło na chwilę, po czym na otwartą przestrzeń nad zielonkawą zatoką wyszło z gęstwiny dwóch mężczyzn.
Szli ścieżką gęsiego, ale nawet gdy już zatrzymali się na brzegu, jeden przystanął za drugim. Mieli na sobie robocze drelichowe ubrania z mosiężnymi guzikami, na głowach czarne, zdeformowane kapelusze. Obaj nieśli przerzucone przez ramię ciasno zrolowane derki. Pierwszy z wędrowców był niski, poruszał się energicznie, miał śniadą twarz o ostrych, zdecydowanych rysach i niespokojne, czujne oczy. Wszystko w nim było wyraziste: drobne, silne dłonie, smukłe ramiona, wąski, kościsty nos. Drugi, zwalisty mężczyzna o pozbawionej wyrazu twarzy, wielkich bezbarwnych oczach i szerokich barach, był jego przeciwieństwem. Stąpał ciężko jak niedźwiedź, powłócząc przy tym nogami, a jego ramiona nie kołysały się miarowo w rytmie marszu, lecz zwisały bezwładnie wzdłuż boków.
Kroczący przodem mężczyzna zatrzymał się tak raptownie, że jego towarzysz omal na niego nie wpadł. Zdjął kapelusz, zebrał palcem pot ze skórzanej wkładki i strząsnął na ziemię. Jego zwalisty kompan cisnął swoją derkę, runął na kolana i nachylił się nad zielonkawą wodą. Pił zachłannie, długimi łykami, parskając jak koń. Drobny mężczyzna krążył obok nerwowo.
– Lennie – upomniał go ostro. – Lennie, na Boga, nie pij tyle!
Tamten, niezrażony, parskał dalej. Niski mężczyzna pochylił się nad nim i potrząsnął go za ramię.
– Lennie, rozchorujesz się jak ostatniej nocy.
Pijący zanurzył w wodzie całą głowę, wraz z kapeluszem, a kiedy ją wyjął i usiadł na brzegu, woda ściekała mu strumieniami na kark i niebieską bluzę.
– O, jakie dobre – sapnął. – Łyknij też trochę, George. – Napij się, tak fest. – Roześmiał się uszczęśliwiony.
George odwiązał przytroczoną derkę i położył ją ostrożnie na ziemi.
– Nie jestem pewien, czy to dobra woda – rzekł. – Jakaś taka mętna…
Lennie zanurzył w wodzie swą wielką łapę i zaczął trzepotać palcami, wzniecając drobne bryzgi. Na powierzchni zatoczki rozeszły się kręgi, odbiły się od przeciwległego brzegu i powróciły. Lennie śledził je uważnie.
– Patrz, George! Popatrz, co zrobiłem!
George przyklęknął i raz po raz czerpiąc wodę dłonią, zaczął pić drobnymi łykami.
– Całkiem niezła – przyznał – choć przecież prawie stoi. Nigdy nie pij wody, jeśli nie płynie, Lennie. Chociaż ty żłopałbyś i z rynsztoka, gdyby cię suszyło – dodał z rezygnacją.
Chlusnął sobie wodą w twarz, przetarł mokrą dłonią podbródek i kark. Potem włożył z powrotem kapelusz, cofnął się nieco i usiadł, obejmując rękami kolana. Lennie, który pilnie mu się przyglądał, uczynił to samo. Odsunął się od wody, podciągnął kolana, objął je rękami i spojrzał na George’a, żeby się upewnić, czy siedzi dokładnie tak jak on. Zsunął nawet tak samo kapelusz na oczy.
George wpatrywał się markotnie w wodę. Powieki miał zaczerwienione od słońca.
– Dojechalibyśmy autobusem do samego rancza – powiedział ze złością – gdyby ten sukinsyn kierowca wiedział, co gada. „To tylko kawałeczek drogi autostradą – mówi. – Parę kroków”. A było tego, niech go szlag, ze cztery mile! Nie chciało mu się, leniwemu skurwielowi, podjeżdżać pod bramę, i tyle! Ciekawe, czy w ogóle zatrzyma się w Soledad. Wywala nas na szosę i mówi: „To tylko kawałeczek”. Założę się, że było więcej jak cztery mile. Ale cholerny upał!
– George… – Lennie zerknął nieśmiało na swego towarzysza.
– Czego?
– Gdzie my idziemy, George?
Niski mężczyzna przygiął nerwowym ruchem rondo kapelusza i spojrzał spode łba na kumpla.
– Już zdążyłeś zapomnieć? Mam ci powtarzać od nowa? Chryste, co to za pieprzony czub!
– Zapomniałem – powiedział potulnie Lennie. – Starałem się zapamiętać, jak Boga kocham, że się starałem, George.
– Okej, okej, powiem ci jeszcze raz. Jakbym nie miał nic lepszego do roboty, tylko mówić ci w kółko, żebyś ty znów zapomniał i żebym musiał ci znów powtarzać to samo.
– Tak się starałem, tak strasznie się starałem – powiedział Lennie – i nic z tego. Ale za to pamiętam o królikach.
– A idź w cholerę z królikami! Tylko to potrafisz zapamiętać. No dobra, a teraz słuchaj i tym razem dobrze wbij sobie do głowy, bo inaczej znów się w coś władujemy. Pamiętasz, jak siedzieliśmy nad tym ściekiem na Howard Street i patrzyliśmy na tę czarną tablicę? Pamiętasz?
Twarz Lenniego rozjaśnił uśmiech.
– Jasne, George, że pamiętam. Przechodziły jakieś dziewczyny i ty powiedziałeś… powiedziałeś…
– Do diabła z tym, co powiedziałem! Pamiętasz, jak poszliśmy do Murraya i Ready’ego i dali nam tam karty pracy i bilety na autobus?
– No pewnie, George. Teraz sobie przypominam. – Ręce Lenniego powędrowały pospiesznie do bocznych kieszeni bluzy. – George – rzekł cicho – ja nie mam swojej karty. Gdzieś mi się zapodziała.
– Nigdy jej nie miałeś, ty pieprzony czubku. Ja mam tutaj obie. Myślisz, że dałbym ci twoją kartę?
Lennie uśmiechnął się z ulgą.
– Zdawało mi się, że wsadziłem ją do kieszeni. – Znów wsunął tam rękę.
George spojrzał na niego surowo.
– Co ty tam wyciągnąłeś z tej kieszeni?
– Z kieszeni? Ja nic nie mam w kieszeni – odparł chytrze Lennie.
– Wiem, że tam nic nie masz, bo trzymasz to w ręce. Co tam chowasz?
– Nic, George, słowo.
– No, jazda! Dawaj to, ale już!
Lennie cofnął zaciśniętą pięść, tak żeby George nie mógł jej dosięgnąć.
– To tylko mysz.
– Mysz? Żywa mysz?
– Aha. Mysz. Ale zdechła. Ja jej nie zabiłem, słowo, George. Znalazłem ją. Znalazłem już zdechłą.
– Dawaj ją tu!
– Och, nie zabieraj mi jej, George!
– Dawaj!
Zaciśnięte palce usłuchały polecenia i wyprostowały się powoli. George wziął mysz i cisnął ją w krzaki po drugiej stronie zatoczki.
– A w ogóle, to po co ci zdechła mysz?
– Mogłem ją sobie gładzić palcem, jakeśmy szli – odparł Lennie.
– No więc nie będziesz się bawił myszami, jak idziesz ze mną. A pamiętasz, dokąd teraz idziemy?
Zaskoczony pytaniem Lennie ukrył ze wstydem twarz między kolanami.
– Znów zapomniałem.
– Chryste – rzekł George z rezygnacją. – Będziemy pracować na ranczu, tak jak wtedy, na północy.
– Na północy?
– W Weed.
– Ach, tak. Pamiętam. W Weed.
– To ranczo, do którego idziemy, jest jakieś ćwierć mili stąd. Musimy pogadać z gospodarzem. A teraz uważaj: ja mu dam nasze karty pracy, a ty nie piśniesz nawet słówka. Będziesz tylko stał i ani pary z gęby. Jeśli gospodarz zwącha, jaki z ciebie pieprzony czub, nici z roboty. A jak zobaczy cię przy robocie, zanim usłyszy twoją gadkę, to wszystko będzie cacy. Chwytasz?
– Pewnie, George. Jasne, że chwytam.
– Okej. Więc co masz robić, jak pójdziemy do gospodarza?
– Mam… mam… – na twarzy Lenniego malował się nadludzki wysiłek – …mam nic nie gadać. Tylko stać.
– Klawo. Zuch z ciebie. Teraz powtórz to sobie parę razy, żebyś przypadkiem nie zapomniał.
– Mam nic nie gadać… mam nic nie gadać… mam nic nie gadać… – mamrotał pod nosem Lennie.
– Okej – rzekł George. – I masz nie nabroić, jak wtedy w Weed.
Lenny spojrzał na niego speszony.
– Jak wtedy w Weed?
– Jużeś zapomniał? To może lepiej ci nie przypominać, bo znów coś wykręcisz.
Twarz Lenniego rozjaśniła się nagle, jakby doznał olśnienia.
– Wygnali nas z Weed! – wykrzyknął triumfalnie.
– Gówno, nie wygnali – powiedział George z niesmakiem. – Daliśmy nogę. Szukali nas, ale nas nie dopadli.
– To pamiętam, a jakże! – Lennie zachichotał radośnie.
George wyciągnął się na piasku i podłożył ręce pod głowę. Lennie natychmiast zrobił to samo, zerkając, żeby się upewnić, czy naśladuje go dokładnie.
– Boże, ile ja mam z tobą kłopotów – westchnął George. – A byłoby tak fajnie, gdybyś nie siedział mi na karku. Życie byłoby takie proste. Może miałbym nawet jakąś dziewczynę…
Lennie leżał przez chwilę w milczeniu, po czym rzekł z ufnością:
– Dostaniemy robotę na ranczu, George.
– No tak, tyle skapowałeś. Ale spać będziemy tutaj. Mam swoje powody.
Dzień gasł szybko. Tylko szczyty gór lśniły jeszcze w świetle słońca, uchodzącym z doliny. Przez zatoczkę przemknął wąż wodny, z głową uniesioną jak miniaturowy peryskop. Trzciny chwiały się lekko, poruszane prądem wody. Gdzieś daleko, na autostradzie, słychać było nawoływania jakiegoś mężczyzny; drugi odpowiedział mu po chwili. Łagodny wietrzyk zaszeleścił w liściach sykomor i zaraz ucichł.
– Czemu nie pójdziemy na ranczo i nie zjemy kolacji, George? Teraz mają kolację na ranczu.
George przewrócił się na bok.
– Zapomnij o tym. Mnie tu dobrze. Jutro pójdziemy do roboty. Widziałem po drodze młocarnię, a to znaczy, że będziemy targać wory z ziarnem, aż nam grzbiety popękają. A dziś poleżę sobie tutaj i pogapię się w niebo. Dobrze mi tu.
Lennie podniósł się na kolana i spojrzał na niego z góry.
– To nie będzie kolacji?
– Pewnie, że będzie, jak nazbierasz trochę suchych patyków wierzbowych. Mam w tobołku trzy puszki fasoli. Rozpalisz ognisko. Dam ci zapałki, jak już nazbierasz patyków. Podgrzejemy fasolę i będzie kolacja.
– Ja lubię fasolę z keczupem – powiedział Lennie.
– Ale nie ma keczupu. Idź nazbierać patyków. I nie marudź z tym za bardzo, bo robi się ciemno.
Lennie dźwignął się ociężale z ziemi i po chwili zniknął w zaroślach. George leżał sobie dalej, pogwizdując z cicha. Nagle od strony, w której zniknął Lennie, rozległ się plusk wody. George przestał gwizdać i wytężył słuch.
– Biedny sukinsyn – mruknął, a potem zaczął znów pogwizdywać.
Po chwili z krzaków wynurzył się Lennie. Niósł jedną wierzbową gałązkę. George usiadł raptownie.
– No dobra – rzekł surowo. – Dawaj tę mysz.
Lennie usiłował przybrać minę niewiniątka.
– Jaką mysz, George? Ja nie mam żadnej myszy.
George wyciągnął rękę.
– No, jazda, dawaj ją! I nie próbuj mnie nabierać!
Lennie zawahał się, cofnął i spojrzał spłoszonym wzrokiem w stronę zarośli, jakby rozważał, czy nie czmychnąć.
– Oddasz mi ją po dobroci czy mam ci przyłożyć?
– Ale co mam ci oddać, George?
– Już ty dobrze wiesz, co, do cholery! Dawaj tę mysz!
Lennie sięgnął z ociąganiem do kieszeni.
– Nie wiem, czemu nie mogę jej mieć – powiedział łamiącym się głosem. – To niczyja mysz. Ja jej nie ukradłem. Leżała na drodze.
Wyciągnięta władczo ręka George’a nie cofała się. Z oporami, jak terier, który nie chce oddać piłki swemu panu, Lennie zbliżył się, cofnął, podszedł znowu. George zniecierpliwiony strzelił palcami i Lennie jak na komendę położył mu mysz na dłoni.
– Nie robiłem nic złego, George. Tylko ją głaskałem.
George wstał i cisnął mysz w ciemniejące krzaki, jak mógł najdalej. Potem podszedł do wody i umył ręce.
– Ty głupi wariacie! Myślałeś, że nie zauważę twoich mokrych nóg i nie domyślę się, że wlazłeś po nią do wody? – Usłyszał, że Lennie szlocha, i odwrócił się gwałtownie w jego stronę. – Jezu Chryste! Taki wielki chłop, a beczy jak niemowlę!
Wargi Lenniego drżały, w oczach wezbrały mu łzy.
– No, Lennie. – George położył mu rękę na ramieniu. – Nie zabrałem ci jej, żeby ci zrobić na złość. Ta mysz zaczynała cuchnąć. A poza tym rozgniotłeś ją na placek tym głaskaniem. Znajdę ci nową i będziesz mógł ją sobie trochę potrzymać.
Lennie usiadł ze zwieszoną głową.
– Nie wiem, skąd wziąć inną mysz. Pamiętam, że jedna taka pani dawała mi zawsze myszy, jak je złapała. Ale tu nie ma tej pani.
– Pani, powiadasz? – rzekł drwiąco George. – Nawet nie pamiętasz, kto to był. To była twoja ciotka Klara. A przestała ci dawać myszy, bo je zawsze dusiłeś.
Lennie spojrzał na niego ze smutkiem.
– Takie były malutkie – usprawiedliwiał się. – Ja je głaskałem, a one gryzły mnie w palce, no to ściskałem im trochę łebki, a one od razu zdychały, takie były malutkie. Ach, jak bym chciał, żebyśmy już mieli króliki! One nie są takie małe.
– Do diabła z królikami! Swoją drogą, tobie nie można dać żywej myszy. Ciotka Klara dała ci kiedyś gumową, ale taka ci nie pasowała.
– Nie dało się jej głaskać – rzekł Lennie.
Ognisty blask zachodzącego słońca spełzł ze szczytów, na dolinę spłynął zmierzch i półmrok zapanował wśród wierzb i sykomor. Wielki karp wynurzył głowę z wody, zaczerpnął powietrza i zniknął tajemniczo w ciemnej toni, pozostawiając kręgi na wodzie. W górze znów zaszeleściły liście, porwane wiatrem kłaczki wierzbowych bazi osiadły na powierzchni zatoki.
(…)