Strona główna / Biografie, wspomnienia / Każdy szczyt ma swój Czubaszek

Aktualności

16.11.2018

-40% na książki Stephena Kinga!

Tylko teraz 40% rabatu na wybrane książki Stephena Kinga! Sprawdź ofertę tutaj i kupuj taniej!

Wywiady

29.10.2018

"To nie jest książka wyłącznie dla ludzi chodzących po górach, ale także dla tych, którzy nigdy w nich nie byli"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Beatą Sabałą-Zielińską autorką książki "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć".

Posłuchaj i zobacz

06.11.2018

"Ferajna wciąż gra"

Zapraszamy do obejrzenia zwiastuna filmu o Stanisławie Grzesiuku "Ferajna wciąż gra".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  2. Cukiernia Pod Amorem. Dziedzictwo Hryciów Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska

Fotogaleria

więcej »

Każdy szczyt ma swój Czubaszek

Artur Andrus, Maria Czubaszek

IV
W SPATiF-ie odbyło się również przyjęcie po moim ślubie z Wojtkiem. Była wynajęta sala, byli goście, głównie zresztą koledzy Wojtka – Andrzej Trzaskowski, Andrzej Dąbrowski, Jan Ptaszyn Wróblewski… Chociaż sala była zarezerwowana, wchodził, kto chciał. Na przykład Irek Iredyński, już nieżyjący, ale wtedy na szczęście jeszcze żył. Przyszedł do SPATiF-u, zobaczył, że coś się dzieje, więc wszedł. Przyjaźniliśmy się (Wojtek też go znał i lubił), więc się ucieszyliśmy. Ale kiedy usiadł koło mojej mamy, trochę się wystraszyłam. Bo ona, wychowanka lwowskich urszulanek, nie tolerowała wulgaryzmów. A Irek (którego mama znała tylko jako świetnego autora) nagminnie używał (ze swoistym zresztą wdziękiem, z francuskim „r”) słowa „kułwa”. Bałam się, że mama zwróci mu uwagę i porobi się niesympatycznie. Tymczasem mama, zachwycona towarzystwem znanego pisarza (szczęście bibliotekarki!), w ogóle nie zwracała uwagi na te jego „kułwy”. U mnie nie tolerowała „cholery” i „dupy”, a gdyby przyjęcie potrwało trochę dłużej, Iredyński przekonałby ją do „kułwy” i wódki. Niewykluczone, że nauczyłby ją, jak zamrozić kota. Bo krążyły plotki, że kiedyś to zrobił. I poczęstował nim gości. Wiem, że tego nie zrobił. Przynajmniej na naszym weselu.
Były tańce? Prezenty?
Tańców nie było. Ty wiesz, że ja jestem skoczna, ale raczej w rozmowie. Tak, żeby przebierać nóżką, to nie bardzo. Więc były głównie rozmowy. A jeśli chodzi o prezenty, to dostaliśmy głównie zające.
Żywe?
Nie, ani nawet w formie pasztetu. Pluszowe zające. Wojtek, kiedy go poznałam, był już Zającem. Między innymi to mnie do niego przekonało, bo bardzo lubię zające. Ale żywe.
Przedstawił się „Dzień dobry, Zając jestem”?
Nie, ale jego koledzy mówili o nim per „Zając”. Dużo o Wojtku słyszałam, zanim go jeszcze poznałam. Na przykład Andrzej Dąbrowski opowiadał, że jest taki fajny facet, tyle że mieszka w Szwecji. A poza tym jest żonaty i ta żona jest piękna. To już mi się trochę mniej podobało, ale z drugiej strony mi nie przeszkadzało, bo po rozwodzie byłam pewna, że już drugi raz za mąż nie wyjdę.
To właśnie na imieninach żony Andrzeja Dąbrowskiego zobaczyłam Wojtka po raz pierwszy. Weszłam, a na parapecie siedział Zając.
Jak gołąb?
Niedokładnie. Bo siedział na parapecie nie na zewnątrz, tylko wewnątrz. Kuchni. Wyglądał bardzo malowniczo. Dżinsowe ubranko, ciemne okulary, długie włosy. W piklach.
W czym?
No dobrze – w puklach. Do ramion. Potem, kiedy je na szczęście ściął, tłumaczył, że to Michał Urbaniak kazał mu takie włosy nosić, bo tak podobno miał wtedy wyglądać prawdziwy jazzman. Dla mnie wyglądał naprawdę malowniczo.
I co? Piorun? Porażenie miłosne?
Nie przesadzaj! Mnie rzadko coś poraża. A burzy się nie boję. Wojtek uważa, że nie mam wyobraźni, bo kiedy walą pioruny, otwieram okna i wychodzę na balkon. A on się boi. Oprócz burzy na przykład jeszcze pająków. W ogóle nie jest zbyt odważny. Jak to Zając… Chociaż nie jestem pewna, czy wszystkie Zające boją się pająków.
Skoro to nie był piorun sycylijski, to co to było?
Zając na parapecie. A potem rozmowa. Okazało się, że w Szwecji, gdzie mieszkał od paru lat, dało się słuchać „Trójki” i Wojtek znał moje teksty z „Ilustrowanego Tygodnika Rozrywkowego”. Bardzo mu się podobały, ale mnie wyobrażał sobie (nie wiadomo dlaczego) jako dużą blondynę z cienkim głosem i grubymi nogami.
Jego ideał?
Wprost przeciwnie. Był mile zaskoczony, że zgadzał się jedynie kolor włosów. Bo po tych czarnych wróciłam już do naturalnych. A on miał wrócić za parę dni do Szwecji.
Ale, domyślam się, nie wrócił?
Bo się we mnie zakochał?
A nie?
Ano nie. W każdym razie nie wtedy. I jeszcze długo nie. Ale po tych imieninach u Dąbrowskich odwiózł mnie do domu… Tylko nie pytaj, czy zaproponowałam, żeby wpadł do mnie na kawę…
Bo?
Znów cię rozczaruję. Nie zaproponowałam. A on nie poprosił mnie o numer telefonu. Pomyślałam, że może to i lepiej, bo i tak pewnie by nie zadzwonił i byłoby mi przykro.
Sprytnie to sobie wytłumaczyłaś.
Innego wytłumaczenia nie było. Nieważne. Nazajutrz wchodzę do radia na Myśliwieckiej i kogo widzę?
Karolaka? Na parapecie?
Nie. Na korytarzu. „A co ty tu – udałam zdziwienie – robisz?”. Okazało się, że umówił się z Dąbrowskim w sprawie piosenki, którą obiecał napisać dla niego przed wyjazdem. W tym momencie pojawił się Andrzej, więc po chwili ich zostawiłam. Wieczorem, już w domu, telefon…
A jednak!
Też tak pomyślałam. Ale dzwonił Andrzej. Czy jeśli Wojtek napisze muzykę, nie napisałabym tekstu? Powiedziałam, że może bym napisała, gdybym umiała. Ale w życiu nie napisałam piosenki. „To skąd wiesz – spytał – że nie umiesz?”. I dał do telefonu Karolaka.
Przekonał cię?
Nie. Zgodziłam się bez przekonania. Na próbę. Wojtek został wtedy w Polsce przez kilka dni, przychodził do mnie korzystać z telefonu…
Czyli można powiedzieć, że dosłownie Andrzej Dąbrowski dał ci go do telefonu…
Może to był tylko pretekst? W każdym razie wpadał do mnie czasem i pytał, czy może zadzwonić.
Płacił?
No co ty?! Czy ja wyglądam na kogoś, kto obok aparatu stawiałby skarbonkę na drobne za korzystanie z telefonu? Chociaż w paru takich domach byłam, gdzie stały jakieś szklane naczynka z monetami obok aparatów telefonicznych. Ale nie płacił. Powoli zaczynał się uzależniać finansowo.
A ta zamówiona piosenka powstała. I teraz ją bardzo lubię. Nie dlatego, że to pierwsza nasza wspólna, ale dlatego, że podoba mi się początek: „Kochać można byle jak i byle kogo”.

BYLE JAK
(śpiewał Andrzej Dąbrowski)

Kochać można byle jak
I byle kogo.
Ja kochałem właśnie tak,
Nim przyszłaś ty.
Byłaś mi już bardzo potrzebna,
Wymyśliłem cię więc
Kiedyś w barze nad ranem,
Czując, że
Znów sam zostanę.
Kochać można byle jak
I byle za co.
Ale tęskni się do dnia,
Gdy przyjdzie ktoś,
Ktoś, kto byle jak kochanym
Za nic nie zechce być.
Kto wszystko zechce brać,
Kto wszystko zechce dać.
Lub nic.
Tak jak ja dziś.
Kochać można byle jak
I mimo wszystko.
A ty nie chcesz nawet tak
Pokochać mnie.
A ja właśnie ciebie wymyśliłem
Na miłość swą.
I boję się wciąż dnia,
Dnia, w którym kochać bym cię miał
Też byle jak.

Nie było porażenia piorunem, ale zrobił na mnie miłe wrażenie. Po pierwsze był inteligentny, po drugie wszyscy mówili, że jest naprawdę świetnym muzykiem. A ja uważam, że mężczyzna poza tym, że ma być inteligentny, to jeszcze…
Powinien być świetnym muzykiem.
Na przykład. W każdym razie powinien być kimś. Przez duże „Ka”.
Jak Karolak?
Właśnie. Nie lubię miernot. Facetów, bo kobitka jak jest młoda i ładna, to czasem wystarczy. Mężczyzna jeszcze musi być w czymś dobry. Chociaż, gdyby się okazało, że Wojtek na przykład jest świetnym hydraulikiem, to nie wiem, czy tak by mnie to ruszyło. A muzyk – jak najbardziej.
Po kilku dniach wyjechał, a po paru miesiącach wrócił i ten powrót pamiętam, bo mnie strasznie wkurzył. Nigdy nie byłam przez mężczyzn rozpieszczana prezentami. I nie lubię takiego rozpieszczania. Mam swoją dumę. Zarabiam, więc sama się mogę rozpieścić. A Karolak przywiózł mi ze Szwecji piękne buty. Szalenie mi się spodobały, ale strasznie mnie to wkurzyło… Cóż ty sobie myślisz?! Że mnie nie stać na buty?! To była pierwsza, jeszcze przedmałżeńska awantura. Nie wyrzuciłam ich przez okno. Jakoś dałam się przekonać, bo one były takie ładne. I potem już z każdej podróży Wojtek przywoził mi jakieś buty. Pierwsza awantura w związku jest najważniejsza! Kochać można byle jak, ale nie można się kłócić o byle co! Dzięki odpowiedniej awanturze mam teraz kolekcję pięknych szpilek. Wszystkie przechowuję, bo Wojtek nie lubi, jak się coś wyrzuca, i przywiązuje się nawet do prezentów, które mi podarował. Czasem tylko pożyczałam je znajomym, na przykład na ich śluby. Kobietom, bo nie mam zbyt wielu znajomych mężczyzn, którzy chodzą w damskich szpilkach. Ale pożyczałam w tajemnicy przed Wojtkiem, bo by się denerwował. Mamy zupełnie różny stosunek do przedmiotów. Ja chciałabym mieć ich jak najmniej, a do tych, które mam, w ogóle się nie przywiązuję. Na przykład zawsze marzyło mi się, żeby mieszkać w hotelu. Ale nie tak przez kilka dni. Na stałe. Lubię takie miejsca bezosobowe, takie, po których nie widać, kto w nich mieszka. Karolak, kiedy zobaczył mieszkanie, w którym mieszkałam już jakieś sześć lat, był pewien, że właśnie się tam wprowadziłam. Żadnych zdjęć, zasuszonych kwiatków, dzbanuszków. Dlatego uwielbiam hotelowe pokoje. I w podróż zabieram jak najmniej rzeczy. Wojtek odwrotnie – żaróweczka, lampka, kubeczek… Kiedy widzę, jak się pakuje, pytam, czy tapczanu nie zabiera. Bo on uważa, że wszystko może się przydać. I chce, żeby w hotelu było jak w domu. A ja bym chciała, żeby w domu było jak w hotelu. Żeby ktoś posprzątał, łóżeczko pościelił, kwiatki zmienił… O, właśnie, przypomniałam sobie… Brudna woda w kwiatkach… A w hotelu by zmienili.
Nie myślałaś, żeby pierwsze buty, które dostałaś od Karolaka, wystawić na jakąś aukcję? Wiesz, za ile sprzedali sztuczną szczękę Churchilla?
Ale to po jego śmierci! Gdyby sprzedawali za życia, nie byłaby taka droga. Poczekaj, po mojej śmierci… Chociaż Wojtek na pewno nie pozwoli tego sprzedać. Nie dlatego, że sam będzie chodził w tych butach. Czy dlatego, że po mnie. Tylko dlatego, że on to kupił, to są jego ulubione przedmioty, to niech to zostanie.
Jak widać, ma parę wad. Jednak się pobraliście.
Ma też parę zalet! A z tym ślubem to był jego autorski pomysł. Którego potem zresztą się przestraszył. W dniu ślubu, kiedy do mieszkania na Świętokrzyską przyjechał Jan Ptaszyn Wróblewski, który był naszym świadkiem, Wojtek zasłabł. Prawdziwy mężczyzna – bardzo wrażliwy, delikatny, nieprzyzwyczajony do stresu. Wtedy ja udawałam, że jest fajnie, że to żadna sprawa. A byłam pewna, że drugi raz wychodzić za mąż nie będę. Jego pierwsze małżeństwo też się rozpadło. Nie przeze mnie, tylko wcześniej. Wojtek uważa, że jak ludzie są ze sobą, to powinni się pobrać. Pomieszkiwał u mnie coraz częściej, więc trzeba było znaleźć większe mieszkanie. A wiedziałam, że bez ślubu nie ma na to szans. Wtedy obowiązywały jakieś normy, artyści mieli dodatkowy przydział metrów. Nawet tacy jak my, nie bardzo ruchliwi. O, teraz wpadło mi do głowy, że ciekawe, czy tancerze mieli wtedy większe „normy metrażowe”. Bo przecież oni potrzebują więcej niż na przykład ktoś, kto siedzi przy klawiszu i coś komponuje albo przy maszynie i pisze. Więc może jakby Wojtek był tancerzem, to po ślubie dostalibyśmy większe mieszkanie? Z tym że gdyby był tancerzem, raczej bym za niego nie wyszła. Kobieta w tańcu, może to i najpiękniejszy widok. Ale facet w tańcu mniej mnie kręci niż koń w galopie czy statek pod żaglami. W każdym razie, wracając do naszego ślubu, możliwość załatwienia dodatkowych metrów kwadratowych to był jakiś argument. A innym, ważniejszym, była obietnica, że jak się pobierzemy, to on przestanie pić. To jest tajemnicą poliszynela, że miał wtedy problem z alkoholem. Uwierzyłam. Każda kobieta w to wierzy, co jest kolejnym dowodem na to, że kobiety są głupsze od mężczyzn. Znam wiele takich przypadków, kiedy ktoś przestaje pić, ale żadnego takiego, że facet przestał, bo żona go o to poprosiła.
Picie Wojtka trwało latami. Na szczęście wyszedł z tego. Trochę z moją pomocą, bo w pewnym momencie ostro postawiłam sprawę. Wyprowadziłam się z domu, przestraszył się, że odejdę. I że zostanie ze swoim problemem sam. Ale przez parę lat popełniałam te same błędy, które popełniają niemal wszystkie partnerki alkoholików – kryłam, pomagałam, kiedy „umierał” – załatwiałam alkohol albo odtrucie, wybaczałam i wierzyłam. Że uratuję człowieka. Można, ale nie w ten sposób. Wytłumaczył mi to lekarz, który próbował go z tego wyciągnąć. Pierwsza zasada to nie szkodzić. Czyli – nie pomagać. Albo się zapije, albo odbije się od dna. Albo, albo. Swoiste AA. To działa. Pewnie nie każda kobieta tak zaryzykuje i nie w każdym przypadku to pomoże. Ja się zdecydowałam i pomogło. Nie wierzę już, że nałogowiec skończy z nałogiem z miłości do partnerki. Chyba że tak jak w starym dowcipie: rzuciłem picie, rzuciłem palenie, teraz kolej na ciebie. Miłość przenosi góry, wynosi (czasem) śmieci, ale nie leczy z alkoholizmu. A tak w ogóle, miłość wydaje mi się przereklamowana. Oczywiście istnieje, ale głównie własna. Kochamy kogoś, kiedy nam jest z nim dobrze, chcemy z nim być, bo wydaje się nam, że bez niego nie umiemy żyć.
„Kochać”. To łatwo powiedzieć?
Pewnie, że łatwo powiedzieć „Kocham cię”. Tylko że – zacytuję Rafała Bryndala – w odpowiedzi „…można usłyszeć: Myślałem, że stać cię na więcej”.
Usłyszałaś tak kiedyś od Wojtka czy, na wszelki wypadek, nie mówisz, że go kochasz?
Mówię. I jemu to wystarcza. Zresztą, choć nie uważam, że z nikim innym nie byłoby mu tak dobrze jak ze mną, myślę, że najgorzej ze mną nie ma. Najlepszy dowód, że już tyle lat ze mną wytrzymuje. A ktoś kiedyś powiedział, że mężczyzna, który jest z jedną kobietą dłużej niż dwadzieścia lat, zasługuje na aureolę. Lepiej przyprawić mężowi aureolę niż rogi.
Dobre!
Choć moje. Zaskoczony?
Już parę razy. A Wojtek potrafi cię jeszcze czymś zaskoczyć?
Na to liczę. Że wyrzuci kiedyś, albo pozwoli, żebym ja wyrzuciła, wszystkie jego stare ubrania. Te, których od lat nie nosi i których na pewno nigdy już nie włoży. Wszystkie zepsute radia i do niczego niepotrzebne pudła po instrumentach, telewizorach, komputerach itp. Gazety sprzed dwudziestu i więcej lat… Słowem wszystko, co tylko zagraca mieszkanie i piwnicę. Aha. Zaskoczyłby mnie również, gdyby zaczął chodzić spać wieczorem, a budziłby się rano. No, powiedzmy przed południem. Czyli tak, jak teraz kładzie się spać. I gdyby przestał narzekać, że wszystkie sklepy i urzędy nie są czynne w nocy. Natomiast od pewnego czasu już mnie zaskoczył. Tym, że coraz częściej kupuje mi kwiaty. Bez okazji.
Kiedyś nie kupował?
Rzadziej. Więc kiedy zaczął ostatnio częściej, najpierw byłam zaskoczona. Aż w końcu go rozszyfrowałam. Jestem coraz starsza, a on chce, żebym jak najdłużej żyła.
I dlatego kupuje ci częściej kwiaty?!?
Oczywiście. Bo wtedy jestem szczęśliwa, a szczęśliwi żyją dłużej.
Kto tak powiedział?
Ja.
Sypiesz tymi powiedzonkami jak z rękawa.
Dopiero się rozkręcam.
(…)