Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Spalone

Aktualności

23.06.2021

Wojciech Karolak nie żyje

Z ogromnym smutkiem żegnamy Wojciecha Karolaka, wybitnego jazzmana, świetnego autora, mądrego i dobrego człowieka, największego Zająca na świecie.

Wywiady

23.06.2021

Daję głos tym, którzy go nie mają - wywiad z Marcinem Margielewskim

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Marcinem Margielewskim. Z autorem książki "Koszmar arabskich służących" rozmawiał Artur Krasicki z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.07.2021

Rozmowa Agnieszką Cubałą

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Agnieszką Cubałą, autorką książki "Warszawskie dzieci '44. Prawdziwe historie dzieci w powstańczej Warszawie".

Bestsellery

TOP 20

  1. Koszmar arabskich służących Marcin Margielewski
  2. Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach Praca zbiorowa
  3. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Spalone

Jane Casey

Powinna była pójść do domu razem z innymi.
Kelly Staples gapiła się na swoje odbicie w spękanym i poplamionym lustrze; próbowała znaleźć jakiś sens w tym, co widzi. To przecież nie mogła być jej twarz. Tusz do rzęs rozmazał się pod oczami, ciemne smugi z drobinkami czarnej masy nie chciały zejść, choćby nie wiem jak mocno je ścierała. Resztki podkładu pozlepiały się w grudy wokół nosa i na czole, gdzie skóra wyglądała na suchą. Policzki miała czerwone, a na podbródku zauważyła plamę – na pewno tam jej nie było, kiedy szykowała się do wyjścia. Usta miała zwiotczałe, wilgotne i do tego zabrudzoną czymś bluzkę. Z wysiłkiem pochyliła głowę, żeby obejrzeć zniszczenia. Wino, pomyślała półprzytomnie. Oblała się czerwonym winem. Pamiętała mgliście, jak śmiała się histerycznie, odciągając od ciała mokrą tkaninę i proponowała komuś, jakiemuś mężczyźnie, którego nigdy wcześniej nie widziała, wyssanie wina z bluzki, żeby się nie zmarnowało. Faye odciągnęła ją na bok i syknęła do ucha ze złością, żeby się zachowywała. Tylko że, jak przypomniała jej Kelly czy też usiłowała przypomnieć, tego wieczoru chodziło właśnie, żeby się źle zachowywać. Urządziły sobie z dziewczynami wieczór wolności, odwiedzając kolejne puby w Richmond. Wystrojone, pijane, w doskonałych humorach. Zbliżał się koniec semestru i potrzebowały przerwy, wszystkie. Zwłaszcza ona, bo trzy tygodnie wcześniej zerwała z PJ. Gwoli ścisłości, on z nią zerwał. Byli razem dwa lata, a on odrzucił wszystko, co ich łączyło, żeby się uganiać za Vanessą Cobbet, tą tłustą krową. Łza spłynęła Kelly po policzku, ześlizgując się po resztkach makijażu.
Zaczęły od białego wina jeszcze w domu, szykując się na imprezę. Kelly wypiła kilka kieliszków. Potrzebowała tego, żeby uspokoić skołatane nerwy. I to jej zapewniło niezłe rozpoczęcie wieczoru.
Pomieszczenie za nią chwiało się i kołysało na boki. Zamknęła oczy i całym ciężarem ciała zawisła na umywalce, jakby to miało jej jakoś pomóc. Wcześniej ją mdliło; na pewno poczuje się lepiej, gdy zwymiotuje. Za jej plecami stuknęły drzwi kabiny. Koścista kobieta w średnim wieku przeszła obok niej, rzucając spojrzenie, które mówiło: „Jesteś za młoda, żeby być w takim stanie”. Kelly pomyślała, ale nie miała odwagi powiedzieć: „Tak, a ty jesteś za stara, żeby w ogóle tu być”.
Ciasna toaleta – dwie kabiny i dwie umywalki wciśnięte w wąski narożnik pubu – cuchnęła agresywnym odświeżaczem powietrza i, za sprawą Kelly, słodko-kwaśnym zapachem przetrawionego wina. Wyposażenie wnętrza zdradzało, że ostatni remont był w latach osiemdziesiątych, o ile nie wcześniej. Różowa porcelana i różowo-
-brązowe zasłony w kwiatowy wzór na oknie z matowego szkła. Reszta pubu wyglądała niewiele lepiej, choć przyćmione światło ukrywało zniszczenia. Jolly Batman miał już najlepsze lata za sobą, podobnie jak większość jego bywalców, lecz mimo to pękał w szwach zatłoczony lubiącymi wypić klientami. We wszystkich pubach nad rzeką roiło się od ludzi; był czwartkowy wieczór, nieoficjalny początek weekendu i większość wyszła z domu, żeby się zabawić, także Kelly. Jednak po drodze coś się zepsuło i było nie tak, jak miało być. Reszta dziewczyn wyszła, co Kelly pamiętała jak przez mgłę, mówiąc jej, żeby wzięła taksówkę, gdy zechce wrócić do domu. Tańczyła z chłopakiem, którego nie znała, kiedy Faye próbowała ją namówić do wyjścia, ale odmówiła. Wtedy wydawało jej się to całkiem sensowne. Miała ochotę się zabawić. Nie nalegały i ją zostawiły. Nie mogła zrozumieć, dlaczego tak się stało.
– Jestem zalana – powiedziała na głos, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z niewyraźną postacią w lustrze. – Muszę wracać do domu.
Zawartość torebki wysypała się do umywalki. Pozbieranie wszystkiego wymagało czasu; ręce poruszały się niezbornie, poza tym było tego dużo – pióro, puder, klucze, bilet autobusowy, trochę drobnych, trzy papierosy, które wypadły z paczki i zamokły. Nakrętka od tubki z błyszczkiem spadła i gdy Kelly po niego sięg­nęła, lepka czerwona substancja chlapnęła na różową porcelanę umywalki. Przez moment wyglądała jak krew.
Kiedy otworzyła drzwi, uderzyły ją hałas i żar; stanęła, próbując sobie przypomnieć, w którą stronę powinna pójść. Zaświtało jej mgliście, że drzwi do świata zewnętrznego znajdują się po lewej stronie, i zaczęła się przeciskać przez tłum. Szła wyprostowana, udając trzeźwą, z ramionami odciągniętymi do tyłu i wysoko uniesioną głową. Nikt nie dał się nabrać, poza samą Kelly.
Przy drzwiach ścisk był jeszcze większy, palacze wchodzili i wychodzili na taras.
– Przepraszam – wymamrotała, bezskutecznie próbując wyminąć postawnego mężczyznę, który jakby jej nie słyszał, aż wpadła mu na plecy.
– Potrzebujesz taksówki, skarbie? Pozwól, że ci pomogę. – Głos zabrzmiał tuż przy jej uchu i męskie ramię objęło ją w pasie. – Czas wracać do domu, młoda damo.
Nie wyrażając świadomej zgody, poczuła, że przesuwa się naprzód, prowadzona zręcznie i szybko przez tłum, aż znaleźli się na zewnątrz. Noc była pogodna, ale zimna, mróz zaczynał się dawać we znaki.
Odwróciła się, gotowa dziękować wybawcy, i ujrzała przed sobą obcego mężczyznę w wieku jej ojca albo nawet starszego. Starała się skupić wzrok na jego twarzy, która falowała Kelly przed oczami w górę i w dół. Dostrzegła okulary bez oprawek wokół szkieł, włosy o barwie stanowczo zbyt ciemnej, by mogła być naturalna, i wąsy; uśmiechnięte usta poruszały się szybko: „Gdzie mieszkasz, moja taksówka jest tuż za rogiem, może zabierzesz się ze mną, odwiozę cię do domu, żaden kłopot, to niedaleko, nie mam nic lepszego do roboty, daj mi swoją torebkę, czy to są twoje klucze, zaopiekuję się tobą, nie martw się. Chyba nie chcesz być teraz na ulicy sama, nie w tym momencie, bo to niebezpieczne?”.
Tak jakoś wyszło, że Kelly go usłuchała. Chciała odebrać mu torebkę i wrócić do domu bez pomocy, ale zgoda na jego propozycję wydawała się łatwiejsza. Choćby dlatego, że bolały ją stopy; buty na platformach, które wyglądały efektownie, zanim wyszła z domu, zgniatały jej palce i obcierały pięty, a cholewka prawego ściskała łydkę. Nie nadawały się na długi spacer. Poza tym miał rację, pozostawanie samej na ulicy nie było bezpieczne.
Pomyślała ociężale, że ten mężczyzna jest miły, uprzejmy, dobrze wychowany, troskliwy. Tacy byli starsi mężczyźni, czyż nie? Dżentelmeni w każdym calu. PJ nigdy nie trzymał jej za rękę. Nigdy nie otwierał przed nią drzwi samochodu i nie czekał, żeby je zamknąć, gdy ona wsiądzie (trochę trudno, prawdę mówiąc, ale ten mężczyzna potrafił się zachować i wolał patrzeć przed siebie niż na jej spódnicę w miejscu, gdzie się podwinęła). Zwykle biorąc taksówkę, siadała z tyłu, ale otworzył przednie drzwi od strony pasażera, więc nie chciała być nieuprzejma.
Wsiadł i włączył silnik. A potem, zanim ruszył, pomógł jej zapiąć pas. Wcisnął gaz, niepotrzebnie, i wycie silnika rozeszło się echem po całej ulicy.
– Będzie ci przeszkadzać, jeśli zapalę? – spytała Kelly, trochę ryzykownie, i zdziwiła się, kiedy pokiwał głową. W samochodzie pachniało miętą i sosnowym odświeżaczem powietrza, ale te mocne zapachy nie zdołały zabić smrodu benzyny, jakby oblał sobie nią buty, gdy ostatnio tankował. Domyśliła się, że sam nie pali. Zgodził się jednak, żeby ona zapaliła, więc aż tak bardzo mu nie przeszkadzało.
Jedynym suchym papierosem w paczce był ten szczęśliwy, ostatni, ten, którego Kelly zawsze odwracała ustnikiem do dołu, gdy otwierała nową paczkę, żeby go było widać; mały biały żołnierzyk stał dumnie obok jasnobrązowych filtrów całej reszty. Wetknęła go do ust i zakryła zwiniętą dłonią płomień zapalniczki, osłaniając się odruchowo przed wiatrem, którego nie było. Podniosła zapalniczkę za wysoko, omal nie przypaliła sobie włosów nad czołem.
– Cholera. – Zamrugała oszołomiona, a potem spojrzała ze skruchą na nieznajomego. – Przepraszam. Nie powinnam przeklinać.
Wzruszył ramionami.
– Nie przeszkadza mi. Jak masz na imię?
– Kelly. – Opuściła osłonę przeciwsłoneczną i przejrzała się w lusterku, strosząc przy tym grzywkę. – A ty jak się nazywasz?
Zawahał się na sekundę.
– Dan.
– Skąd jesteś, Dan? Z Birmingham? – Zdawało jej się, że miał akcent z Midlands, ale zaprzeczył ruchem głowy.
– Z tych okolic.
– Tak?
Pokiwał głową wpatrzony w drogę. Także spojrzała przez szybę, przyglądając się mijanym sklepom. Zmarszczyła czoło.
– To nie ta droga.
Nie odpowiedział.
– To nie ta droga – powtórzyła zakłopotana, że marudzi, kiedy on jest taki uczynny. – Źle pojechałeś. Trzeba było wcześniej skręcić w lewo, a nie jechać prosto.
– To lepsza trasa.
– Nieprawda – odparła z irytacją. – Chyba wiem, jak się jedzie do mojego domu.
Zmienił bieg i przyspieszył.
– Hej! – rzuciła ostrzegawczym tonem, opierając się jedną ręką o deskę rozdzielczą, której powierzchnia była aż szorstka od kurzu. – Spokojnie.
Samochód podskakiwał na drodze, jechał za szybko jak na jej gust. Mrugając z wysiłkiem, starała się skupić wzrok, pomyślała, że on wygląda na zdenerwowanego. Wargi miał spierzchnięte i co chwila przesuwał po nich językiem. Poczuła, że jej usta też stają się suche, i musiała się powstrzymywać, żeby nie zrobić tego samego. Nagle ogarnął ją chłód, wytrzeźwiała, alkoholowa mgła wyparowała, pozostawiając po sobie strach. Co ona zrobiła? Matka zawsze ją ostrzegała, żeby nie ufała obcym, a ona, proszę, siedziała w samochodzie z mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziała, jechała nie wiadomo dokąd w ciemny czwartkowy wieczór. Ktoś zabijał młode kobiety, widziała taki nagłówek w gazecie taty. Cztery dziewczyny nie żyły, spalone i porzucone w odludnych miejscach. Dziewczyny takie jak ona. Policja nie miała pojęcia, kim jest zabójca ani jak go złapać. Był na wolności i polował na bezbronne kobiety, które same chodziły po mieście. Nawet Kelly – nigdy nie interesowała się specjalnie wiadomościami – o nim słyszała. Nie było późno, ulice tętniły życiem, ale ona jeszcze nigdy nie czuła się taka samotna.
– Słuchaj, może byś mnie tu wysadził? Wolałabym pójść pieszo, jeśli ci to nie zrobi różnicy.
– Nie denerwuj się.
Samochód zatrzymał się na światłach. Kelly przesunęła ręką po drzwiach, szukając klamki.
– Jest zepsuta – powiedział, nie odwracając głowy. – Drzwi można otworzyć tylko z zewnątrz. Siedź spokojnie i przestań się miotać.
– Chcę wysiąść. – Jej głos wzniósł się na wysokie tony; kierowca skrzywił się, słysząc zapowiedź histerii.
– Uspokój się z łaski swojej. Wypuszczę cię, jeśli tego chcesz. – Skręcił w wąską uliczkę między domami, pełną aut zaparkowanych po bokach. – Nie ma gdzie się zatrzymać. Zobaczmy tam dalej.
„Tam dalej” była uliczka między ogrodami, ślepy zaułek niewidoczny z okien, co Kelly uświadomiła sobie z mocno walącym sercem. Miała wrażenie, że wyskoczy jej z piersi. Samochód zwolnił, a potem stanął.
– Co się dzieje? Dlaczego się zatrzymujesz?
– Myślałem, że chcesz wysiąść. Wypuszczę cię. – Zgasił silnik, potem światła i otoczyła ich ciemność. Kelly widziała obok siebie jedynie zarys sylwetki. Znów wyraźniej poczuła zapach mięty i ledwie wyczuwalny ślad benzyny i pomyślała o dziewczynach leżących tam, gdzie je porzucono, o ich płonących ciałach, o gazetowych nagłówkach „Palacz”. Poruszył się, ale mimo że nie wiedziała, czy sięga do niej w ciemnym samochodzie, bez zastanowienia, nawet nie zdając sobie sprawy, że wykonuje jakiś ruch, wyciągnęła nóż, który dał jej młodszy brat, nóż, który zabierał do szkoły na wypadek, gdyby trafił w środek bójki, nóż, który uwierał ją w kostkę od wielu godzin, scyzoryk z wąskim ostrzem i zdradliwie ostrym końcem; nie było nawet tyle światła, żeby ostrze błysnęło, kiedy zamachnęła się lewą ręką, celując nisko, w miękką część poniżej żeber, ale nad pasem, a on nie miał czasu w ogóle zareagować, zanim nóż znalazł się w nim, wyszedł z niego i znów się w niego wsunął, chociaż tym razem próbował chwycić ostrze, kiedy Kelly wyciągnęła nóż, który teraz był ciemny i mokry; mężczyzna chlipał, czuła go i czuła krew – jak u rzeźnika w gorący dzień, ten słodkawy odór – a potem się zsikał, a ona krzyczała; serce jej waliło głośno jak werbel, więc nawet nie usłyszała słów. Ale wciąż je powtarzała, kiedy przeczołgiwała się przez siedzenie na tył auta i szukała klamki w drzwiach, i wypadała na zewnątrz, działając instynktownie, rękami, całymi we krewi, przesuwała po lakierze karoserii; kolana się pod nią uginały, gdy próbowała biec w swoich głupich butach, zapominając o obolałych stopach. Wciąż coś mamrotała, kuśtykając uliczką w stronę domów, w stronę pomocy; oddech ranił jej płuca, jakby był piłą z zardzewiałymi zębami. To te słowa powiedziała do kobiety, kiedy ta wyszła do drzwi i krzyknęła na jej widok, i powiedziała je też policji, która przybyła na telefoniczne wezwanie, a potem lekarzom i pielęgniarkom w szpitalu. Tylko tego jednego była pewna, tylko to trzymało ją przy życiu.
– Nie ja. Nie chcę być następna. Nie ja. Nie ja.
(…)