Strona główna / Literatura światowa / Spacer po szczęście

Aktualności

28.09.2020

Jak zdradzają Polacy? Spotkanie online z detektywem Dariuszem Korganowskim.

We wtorek 13 października  o godzinie 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z  detektywem Dariuszem Korganowskim oraz autorami książki "Jak zdradzają Polacy" Zuzanną Szulc i Patrykiem Szulcem

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

29.09.2020

Marcin Margielewski gościem Marzeny Rogalskiej i Tomasza Wolnego w Pytaniu na śniadanie

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Marcinem Margielewskim autorem książki "Urodziłam dziecko szejka"

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Spacer po szczęście

Lucy Dillon

Rozdział 1.

Jack russell terier Bena i Juliet miał na imię Minton, ponieważ w drodze do schroniska Ben usłyszał w radiu okropny dowcip o psie Mintonie, który połknął lotkę. Pies zachował się niegrzecznie. Niedobry pies. Bad Minton.
– Badminton! – ryknął radośnie Ben. – Nie ma lepszego imienia dla psa.
Wyjeżdżali z Longhampton, mijając właśnie rozłożystą wiśnię na grzbiecie wzgórza, które wyglądało, jak gdyby wystrzelił tam szampan różowych kwiatów. Było to pierwszego maja trzy lata temu – tego dnia Ben wziął wolne pierwszy raz od kilku miesięcy. Juliet doskonale pamiętała, jak wyglądał, odwracając się i mrużąc brązowe oczy, gdy usłyszeli tandetny żart.
– Bad Minton! Kapujesz, Jools? Badminton? Ha ha, ha ha ha!
Tamten moment utkwił Juliet w pamięci z powodu dwóch charakterystycznych dla Bena rzeczy. Jedną z nich był radosny i zaraźliwy śmiech, który znienacka wstrząsał jego atletyczną sylwetką miłośnika ruchu na świeżym powietrzu i zawsze wywoływał uśmiech na jej twarzy, odkąd usłyszała go po raz pierwszy w szkole – po równie okropnym dowcipie.
Drugą była wiśnia. Ben ją uwielbiał. Jako architekt krajobrazu ubóstwiał każde drzewo, ale wiśnia była jego ukochanym w całym miasteczku. Ilekroć przejeżdżali obok niej wiosną, za każdym razem kazał Juliet przyrzekać, że gdyby umarł pierwszy, zasadzi mu wielką wiśnię, żeby przynajmniej raz w roku mogła cieszyć oko kwietną kaskadą spływającą na ziemię jak spódniczka baletnicy.
Juliet nie mogła już o tym spokojnie myśleć. Znalazła inny wyjazd z Longhampton, bo na sam widok drzewa jej oczy niebezpiecznie zachodziły mgłą.
Zaniedbany terierek, którego pokazano im w schronisku, wabił się Dodger, ale gdy tylko spojrzeli po sobie z Benem, stał się Mintonem. Patrzył na nich z takim zapałem i tak entuzjastycznie merdał kikutem ogona, że nietrudno byłoby sobie wyobrazić, jak połyka lotkę tylko po to, by rozbawić swojego pana. Kiedy rozmawiali z kierownikiem schroniska, zdążył zaprezentować „siad”, „poproś” i „leżeć”.
Minton spozierał ze smutkiem na Juliet ze swojego koszyka. Miał kolor kremowej śmietany, z wyjątkiem brązowej łatki nad lewym okiem. Juliet sugerowała, żeby nazwać go Łatka. Albo Kapitan Hook. Ale jej propozycje trafiały w próżnię. Ben już się witał z Mintonem.
Od tej chwili Minton stał się psem Bena, mimo że to Juliet karmiła go, sprzątała po nim i wyrywała mu skarpetki z pyska. Ben zabierał go do pracy, sadzając na przednim siedzeniu furgonetki, a Minton był najszczęśliwszy, gdy truchtem usiłował dotrzymać kroku długonogiemu Benowi. Minton i Juliet żyli teraz jednak w wielkiej przyjaźni. Czasem zastanawiała się, kto się kim opiekuje.
– Juliet, wyglądasz na zmęczoną. Jesz?
Skinęła głową.
– Juliet!
Spojrzała uważniej. Mogłaby przysiąc, że Minton przewrócił oczami.
Niechętnie oderwała wzrok od psa i skierowała go na matkę. Diane siedziała z zaciśniętymi kolanami na przykrytym prześcieradłem krześle. Jej życzliwą twarz ściągał wyraz troski – i wysiłku, by jej nie okazać. Ben zawsze twierdził, że dla niej szklanka nigdy nie była w połowie pełna, ale zawsze w połowie pusta i zrobiona ze szkła.
– W ogóle nie jesz – ciągnęła. – Właśnie zajrzałam do lodówki. Ciągle masz całe jedzenie, które ci przysłałam w zeszłym tygodniu. Już przeterminowane. A było bardzo dobre – dodała z nutą urazy. – Gotowe dania z Marks & Spencer. Żebyś nie musiała gotować.
– Nic mi nie jest, mamo. Wyglądam, jakbym traciła siły?
Diane spojrzała uważnie na córkę.
– Owszem – odrzekła. – Naprawdę tak wyglądasz.
Juliet wiedziała na pewno, że tak nie jest. Po dziesięciu latach pracy w cateringu, gdzie specjalizowała się w babeczkach na przyjęcia weselne i wykwintnych ciastkach, zgromadziła spory zapasik żelaznych racji słodyczy, któremu było jeszcze daleko do wyczerpania. Owszem, nie miała wielkiej ochoty męczyć się z plackiem z wołowiną i cynaderkami, choćby to miało być delikatesowe danie z ekologicznej mąki, ale kitkatów ubywało w zaskakującym tempie. Potrafiła zjeść całą paczkę. Czasami zjadała. W pobliżu nie było nikogo, kto by jej tego zabronił.
Juliet spojrzała na swoje ręce, które rzeczywiście wyglądały na starsze i szczuplejsze. Dostrzegła drobne zmarszczki wokół złotej obrączki. Prawdziwe dłonie wdowy. Dawały jej niezdrowe poczucie satysfakcji, gdy mogła je zademonstrować wszystkim ludziom, których miny mówiły: „Ależ jesteś za młoda na wdowę!” – jak gdyby strata jedynej osoby, której powierzyła całe swoje życie, była mniej druzgocąca i mniej realna tylko dlatego, że Juliet miała zaledwie trzydzieści jeden lat.
– Musisz wychodzić na świeże powietrze. – Diane zrobiła znaczącą pauzę. – Mintonowi przyda się więcej ruchu. Robisz mu zawód, trzymając go ciągle w domu.
Każda wzmianka o zaniedbywaniu psa Bena zawsze pobudzała Juliet do reakcji.
– Ależ ja z nim wychodzę – zaprotestowała.
– Kiedy?
– Kiedy idę do Tes… – Urwała, unosząc wzrok.
Diane napotkała jej spojrzenie i zrobiła zbolałą minę. Juliet wiedziała, że matka wie. Nie było sensu zaprzeczać, a coś w twarzy Diane – nie tylko politowanie, ale i wyraz konsternacji – sprawiło, że wysunęła podbródek i dokończyła:
– Kiedy idę do Tesco – powiedziała. – Wtedy go wyprowadzam.
– A kiedy chodzisz do Tesco? – drążyła Diane.
Juliet nie odpowiedziała.
– Kathy Gibbon cię widziała – ciągnęła Diane. – Wracała ze swojej zmiany w szpitalu. Widziała cię na parkingu. Och, Juliet! Kto robi zakupy o czwartej rano?!
– Ktoś, kto woli chodzić do supermarketu, kiedy jest cisza i spokój. Kiedy nie jest pełen ludzi, którzy pytają mnie, jak sobie radzę. – Juliet klepnęła się w kolano i Minton jednym skokiem znalazł się przy jej boku, wpierając się w nią twardym ciałem. – Mintonowi to nie przeszkadza. Ma taką piłkę z lampką w środku. Fajną, nie? – dodała, zwracając się do psa.
Minton z zadowoleniem przymknął oczy, gdy podrapała go za uszami. Łatwo było sprawić mu przyjemność.
– Ależ ja się o ciebie martwię, że włóczysz się sama w środku nocy. – Głos Diane zadrżał, a w jej głowie najwyraźniej zakłębiły się wszelkie okropności, jakie mogły spotkać kobietę z małym psem w parku handlowym w Longhamtpon przed świtem. – Wszystko się może zdarzyć!
Juliet omal nie parsknęła ironicznym śmiechem. Gdyby ją napadli, trudno byłoby jej myśleć o czymkolwiek innym.
– Mamo – odparła tonem spokojnej perswazji – co gorszego może mnie jeszcze spotkać? Osiem miesięcy temu umarł mój mąż, jestem kucharką, która nie może pracować, bo straciła smak, a nasz tak zwany dom na zawsze będzie musiał w takiej sytuacji na rynku nieruchomości zostać taki na zawsze. Nie boję się, że mnie ktoś napadnie. Za odszkodowanie mogłabym wyremontować łazienkę.
Jasne oczy Diane za szkłami okularów rozszerzyły się w karykaturalnym zdumieniu, a Juliet po raz piąty tego dnia zatęskniła za Benem, tym razem za jego czarnym poczuciem humoru. Zresztą tylko oni dwoje w całej rodzinie w ogóle mieli poczucie humoru.
Najbardziej tęsknię za tobą z powodu drobiazgów, pomyślała, przygotowując się na nadciągającą falę melancholii, która często ogarniała ją bez reszty, nawet dziś. Po prostu nie potrafię się przyzwyczaić do takich chwil, gdy czuję się gorzej, niż kiedy jestem sama, bo wybuchnąłbyś śmiechem i mielibyśmy jeszcze jeden prywatny żart.
Wzdrygnęła się na myśl o długich seriach prywatnych żartów, zgromadzonych w ciągu piętnastu lat, które zniknęły w mgnieniu oka.
– Były jakieś napady? – spytała z niepokojem Diane. – W parku handlowym?
– Nie, mamo, tam jest absolutnie bezpiecznie. – Juliet żałowała, że nie ugryzła się w język: centrum z pewnością trafi teraz na listę Diane i Louise „Niebezpiecznych Miejsc, Do Których Nie Należy Zabierać Toby’ego”. Była na niej sala zabaw, gdzie czyjeś dwuletnie dziecko połknęło szklaną kulkę, kawiarenka przy High Street, do której wpuszczają psy, teraz jeszcze park handlowy.
Minton nie potrafił się usadowić. Wciąż kręcił się na kolanach Juliet, nie mogąc znaleźć wygodnego miejsca. Zawsze był towarzyski, ale dziś jakby podzielał jej niezadowolenie, że zakłóca się ich samotność.
– Biedactwo – westchnęła Diane. – Ciągle śpi przy…
– Tak – ucięła krótko Juliet. – Zrobić herbaty? – Wstała, ciesząc się, że ma okazję się ruszyć.
Diane i Minton poczłapali za nią do kuchni, gdzie wciąż nie było porządnych mebli ani podłogi. Ani kafli. Juliet i Ben urządzili sobie burzę mózgów na temat idealnej kuchni na dzień przed jego śmiercią, beztrosko zrywając stare, sfatygowane szafki z płyt MDF, myśląc, że wkrótce zastąpią je nowymi. Do nagiego tynku, spękanego już i zniszczonego, wciąż były przyklejone taśmą strony z czasopism.
Juliet czuła, że matka przygląda się temu bałaganowi, zwracając uwagę na odsłonięte przewody i ostre kanty. Jej siostra Louise była tu kilka razy ze swoim synkiem Tobym, ale stanowczo zabraniała mu opuszczać salon albo trzymała go przypiętego w wózku – jeśli na to pozwalał.
– Wiesz, mogłabym poprosić twojego tatę, żeby wpadł i zajął się tynkiem – powiedziała Diane, jak gdyby właśnie przyszło jej to do głowy. – Całkiem dobrze radzi sobie ze szpachlówką.
– To bardzo miło z twojej strony, ale nie trzeba. – Juliet odłączyła toster i podłączyła czajnik. Jej ojciec, Eric, już „wpadał” do niej raz na tydzień, żeby jej uporządkować ogród. Nie miała nic przeciwko temu; w rodzinie żartowano, że Juliet do roślin ma dobrą każdą część ciała z wyjątkiem ręki, a poza tym tato lubił pracować w ogrodzie. Mówił, że nie chce, aby starania Bena szły na marne, ale Juliet podejrzewała, że bał się pozwalać jej posługiwać się ostrymi narzędziami. Ostatnio była tak rozkojarzona, że gdyby musiała skosić trawnik, prawdopodobnie ucięłaby sobie stopę.
Urządzanie domu było jednak czymś zupełnie innym i Juliet nie miała ochoty, by wtrącała się do tego jej rodzina, choćby i w najlepszej wierze. Razem z Benem mieli świetne pomysły na kuchnię, serce ich pierwszego prawdziwego domu. Zamierzali kupić piec Aga (kremowy, wyremontowany) z gwiżdżącym czajnikiem i suszarką na pranie. Zimą Minton miał się przy nim zwijać w kłębek, a Juliet miała robić dżem i babeczki. Zamykając oczy, wciąż słyszała głos Bena opowiadającego o odnawianiu oryginalnych wiktoriańskich kafli i o robionych na zamówienie półkach, za pomocą których chciał jej urządzić piekarski raj… (…)