Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Sherlockista

Aktualności

13.01.2022

PSIE PAZURY nagrodzone Złotym Globem

Z przyjemnością ogłaszamy, że ekranizacja książki Thomasa Savage'a "Psie pazury" w reżyserii Jane Campion została nagrodzona Złotym Globem w kategorii najlepszy film dramatyczny!

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

27.11.2021

Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu Katarzyną Puzyńską, autorką ksiązki "Chąśba".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Sherlockista

Graham Moore

Rozdział 1. WODOSPAD REICHENBACH

Więc proszę uchwyć ten fakt macką swego mózgu:
Lalka i jej twórca nigdy nie są identyczni

sir Arthur Conan Doyle, „London Opinion”,
12 grudnia 1912


9 sierpnia 1893

Arthur Conan Doyle zmarszczył czoło i myślał tylko o morderstwie.
– Zabiję go – powiedział, krzyżując ramiona na szerokiej piersi.
Wysoko w szwajcarskich Alpach wiatr łaskotał jego gęste, długie na dwa centymetry wąsy i zdawało się, że wieje prosto przez jego uszy. Bo uszy Arthura sprawiały wrażenie zawsze nastawionych, jakby wsłuchiwały w coś odległego, dziejącego się gdzieś za nim.
Jak na mężczyznę tak mocnej budowy miał niezwykle ostry nos. Dopiero niedawno zaczął siwieć, na co nie miał większego wpływu, ale z czego nawet się cieszył. Chociaż miał dopiero trzydzieści trzy lata, był już sławnym pisarzem. A cieszący się międzynarodowym uznaniem literat z włosami w kolorze jasnej ochry wyglądałby gorzej niż postarzały, nieprawdaż?
Dwaj jego towarzysze podróży wspięli się na skalną półkę, na której stał – najwyższy punkt wodospadu Rei­chenbach, jaki można było zdobyć. Silas Hocking był duchownym i powieściopisarzem dobrze znanym w miejscach tak odległych jak Londyn Arthura. Jego ostatni utwór z dziedziny literatury religijnej Her Benny Arthur wysoko sobie cenił. Edward Benson był znajomym Hockinga, a przy tym znacznie spokojniejszym od niego. Chociaż Arthur poznał ich dopiero tego ranka, przy śniadaniu w hotelu Riefel Alf w Lucernie, czuł, że może im zaufać. Może im zdradzić swoje przemyślenia i ciemne zamiary.
– Stał się kimś w rodzaju „starca z morza” wiszącego mi na szyi – ciągnął Arthur – i mam zamiar z nim skończyć.
Hocking stał obok niego, sapiąc i podziwiając rozciągający się przed nimi przestwór Alp. Łachy śniegu roztapiały się kilka metrów poniżej ich stóp, tworząc rwący strumień, który od tysiącleci żłobił ścieżkę przez górę, a teraz wlewał się z hałasem do spienionej sadzawki na dole. Benson w milczeniu ulepił twardą śnieżkę i pod wpływem kaprysu rzucił ją w otchłań pod nimi. Siła wiatru odrywała od niej kawałki śniegu, aż rozpłynęła się w powietrzu jak pasmo białych obłoczków.
– Jeśli tego nie zrobię – powiedział Arthur – wpędzi mnie do grobu.
– Nie sądzi pan, że jest pan dość surowy dla starego przyjaciela? – zapytał Hocking. – Przyniósł panu sławę. Majątek. Tworzycie razem ładną parę.
– A zamieszczając jego nazwisko w każdym szmirowatym kryminale, jaki wydałem w Londynie, zbudowałem mu reputację daleko przewyższającą moją. Dostaję na przykład takie listy: „Moja ukochana kotka znikła na South Hampstead. Na imię ma Sherry-Ann. Czy może pan ją odnaleźć?”. Albo: „Mojej mamie wyrwano torebkę, kiedy wysiadała z dorożki na Piccadilly. Czy może pan wydedukować, kto jest winowajcą?”. Problem jednak polega na tym, że te listy nie są adresowane do mnie, lecz do niego. Myślą, że jest kimś rzeczywistym.
– Tak, ach ci biedni i pełni podziwu czytelnicy… – wziął ich w obronę Hocking. – Pomyślał pan o nich? Zdaje się, że strasznie tego gościa lubią.
– Bardziej niż mnie! Czy pan wie, że dostałem list od własnej matki, która przecież ma świadomość, że oczywiście zrobię wszystko, czego zechce, z prośbą, bym podpisał jako Sherlock Holmes książkę dla jej sąsiadki Beattie. Wyobraża pan sobie? Miałem się podpisać jego nazwiskiem zamiast własnym! Jakby matka była jego matką, a nie moją. Ech! – starał się zapanować nad gniewem. – Moje lepsze utwory się ignoruje – ciągnął. – „Micah Clarke”? „Biała kompania”? Ta urocza sztuczka, którą zmajstrowałem z panem Barriem? Wszystko to pominięte dla kilku makabrycznych opowieści. Co gorsza, przez niego tracę czas. Jeżeli będę miał wymyślić jeszcze jedną pokrętną fabułę – drzwi od sypialni jak zwykle zamknięte od wewnątrz, niedająca się odcyfrować pożegnalna wiadomość od nieboszczyka, a wszystko opowiedziane tak, by do końca nikt nie odgadł oczywistego rozwiązania – nie wytrzymam. – Arthur wpatrzył się we własne buty. Opuszczona głowa była u niego oznaką znużenia. – Mówiąc szczerze, nienawidzę go. I dla własnego zdrowia psychicznego wkrótce go uśmiercę.
– No i jak pan to zrobi? – droczył się z nim Hocking. – Jak można zabić wielkiego Sherlocka Holmesa? Wbić mu nóż w serce? Poderżnąć gardło? Powiesić go?
– Powiesić! Ach, te słowa są balsamem dla mojej duszy. Ale nie, to powinno być coś wielkiego – w końcu jest bohaterem. Dam mu ostatnią sprawę. I złoczyńcę. Tym razem jednak prawdziwego drania. To będzie dżentelmeńska walka na śmierć i życie. On się poświęca dla dobra ogółu i obaj giną. Coś w tym rodzaju.
Benson ulepił kolejną śnieżkę i łagodnym łukiem rzucił ją w przestrzeń. Arthur i Hocking śledzili jej płynny lot dopóty, dopóki nie znikła na tle nieba.
– Jeśli chce pan oszczędzić na wydatkach na pogrzeb – zachichotał Hocking – zawsze może go pan zrzucić ze skały. – Spojrzał na Arthura, szukając reakcji, ale nie zobaczył uśmiechu na jego twarzy, tylko głębokie zamyślenie.
Arthur spojrzał w dół na ziejącą otchłań. Słyszał ryk spadającej wody i huk, jaki wywoływała u wylotu kamienistej rzeki. Nagle poczuł przerażenie. Wyobraził sobie własną śmierć na głazach w dole. Jako lekarz wiedział aż nadto dobrze, jak kruche jest ludzkie ciało. Upadek z tej wysokości… Jego zwłoki obijające się o skały przez całą drogę w dół… Straszny krzyk zamarły w ustach… Rozczłonkowany na ziemskiej skorupie, źdźbła trawy poplamione jego krwią… A teraz w jego myślach własne ciało znikło, zastąpione przez kogoś szczuplejszego, wyższego, chudego jak wstążka, niedożywionego mężczyznę w myśliwskiej czapce i długim płaszczu. Jego surowa twarz roztrzaskana raz na zawsze na ostrym kamieniu.
Morderstwo.


Rozdział 2. CHŁOPCY Z BAKER STREET

Nazywam się Sherlock Holmes, i mym zadaniem jest
wiedzieć to, czego nie wiedzą inni.

sir Arthur Conan Doyle, Błękitny rubin


5 stycznia 2010

Moneta pięciopensowa wpadła w dłoń Harolda. Sprawiała wrażenie ciężkiej, kiedy wylądowała reszką do góry, a Harold zamknął palce na wytartym srebrze. Ściskał je przez kilka sekund, zanim sobie uświadomił, że drżą mu ręce. W pokoju wybuchł aplauz.
– Hurra!
– Witaj na pokładzie!
– Gratulacje, Haroldzie!
Czyjaś ręka poklepała go po plecach, inna serdecznie uścisnęła za ramię. Ale jedyną rzeczą, o jakiej mógł myśleć, była moneta w prawej dłoni. W lewej ściskał nowy dyplom. Moneta była przyklejona byle jak do jego lewego dolnego rogu i odkleiła się, kiedy Harold zamaszyście, w nadmiarze radości chwycił dokument. Odpadła, a on złapał ją w locie. Spojrzał na srebrny krążek. Był to wiktoriański szyling, wart w swoim czasie tylko pięć pensów. Dzisiaj byłby wart znacznie więcej, a dla Harolda – wręcz cały majątek. Zamrugał, żeby przepędzić wilgoć, która zebrała się w kącikach oczu. Moneta oznaczała, że dotarł do celu. Że coś osiągnął. Że przynależy.
– Witaj, Haroldzie – usłyszał czyjś głos za plecami.
Ktoś poklepał go po czapce à la Sherlock Holmes, którą miał na głowie.
– Witaj w gronie Chłopców z Baker Street.
Słowa, na które Harold czekał tak długo, teraz, kiedy wreszcie padły, zabrzmiały obco i dziwnie. Wszyscy ci ludzie – dwieście osób śmiejących się, żartujących i poklepujących wzajemnie po plecach – bili mu brawo. Temu Haroldowi. Haroldowi White’owi, dwudziestodziewięcioletniemu, z lekkim brzuszkiem, gęstymi brwiami, astygmatyzmem i teraz spoconymi oraz drżącymi dłońmi.
Nie mógł uwierzyć, że naprawdę na to zasłużył. Ale taka była prawda. Tutaj było jego miejsce.
Chłopcy z Baker Street byli bodaj najważniejszą światową organizacją zajmującą się badaniami na temat Sherlocka Holmesa, a Harold został właśnie ich najnowszym członkiem. Swój pierwszy artykuł ogłosił w „Baker Street Journal”, kwartalniku stowarzyszenia, dwa lata wcześniej. Zatytułował go „O datowaniu plam krwi: Sherlock Holmes i początki nowoczesnej medycyny sądowej”. Badał w nim historyczne związki między pierwszymi eksperymentami Holmesa w „Studium w szkarłacie” z pracą doktora Edwarda Piotrowskiego. („Doktor Piotrowski, praktykujący w Krakowie w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, rozbijał głowy króliczków i utrwalał wzory, jakie tworzyła tryskająca z ich czaszek krew. Eksperymenty Holmesa były podobnie krwawe, chociaż miał przynajmniej na tyle przyzwoitości, żeby posługiwać się własną krwią, jak również pracą własnej czaszki”, napisał Harold. Uważał, że to najzabawniejsze zdanie w artykule). Potem opublikował jeszcze dwa teksty w mniejszych magazynach sherlockistów.
Dzisiaj po raz pierwszy brał udział w dorocznej kolacji Chłopców. Już samo zaproszenie do wzięcia udziału w tak ekskluzywnym wydarzeniu było ogromnym zaszczytem, a do tego propozycja członkostwa w tak młodym wieku, z tak niewielkim dorobkiem naukowym? Harold nie słyszał, by komukolwiek innemu złożono taką propozycję tak prędko, zaledwie po jednej kolacji. W tanim czarnym garniturze, który zwisał mu z ramion, w krawacie poplamionym kurczakiem przeżywał najwspanialszą chwilę swego życia. Poprawił kraciastą czapkę, zwaną szerlok, która wspaniale leżała na jego głowie. Miał ją od czternastego roku życia, od kiedy uległ obsesji na punkcie Sherlocka Holmesa i przebrał się za niego na Halloween. Należała do jego ulubionych przedmiotów i w miarę jak jego miłość do detektywa zmieniała się z dziecinnego zakochania w poważne studia, z rekwizytu awansowała do elementu jego codziennego stroju. Z dumą wystąpił w niej na rozdaniu dyplomów w Princeton, nawet przyszył do niej chwost na tę okazję. Kiedy po nerwowym okresie dorastania Harold wkroczył w nowy, nieco nużący etap życia i został dwudziestolatkiem, szerlok dobrze mu służył na koktajlach, jesiennych piknikach i ślubach przyjaciół, na których zdarzało mu się bywać coraz częściej. Miał go na głowie, kiedy podpisywał pierwszą umowę o pracę u wydawcy w Nowym Jorku, i miał, rozstając się z Amandą, dziewczyną, z którą był najdłużej i o której nigdy nie wspominał.
Kolacja Chłopców z Baker Street w hotelu Algonquin przy 44 Ulicy zawsze wypadała w wielkim tygodniu sherlockistów, około 6 stycznia, gdy miłośnicy Holmesa z całego świata zbierali się w Nowym Jorku, by przez cztery dni wykładami, wycieczkami, podpisywaniem książek czy sprzedażą wiktoriańskich antyków i pierwszych wydań świętować urodziny detektywa. Ale spośród setek tych towarzystw Chłopcy z Baker Street stanowili najstarszy i najbardziej ekskluzywny klub.
Truman i FDR twierdzili, że są jego członkami, podobnie jak Isaak Asimov. I to właśnie Chłopcy sprawili, że 6 stycznia był przez wszystkich uznawany za dzień urodzin Holmesa. Sir Arthur Conan Doyle bowiem nigdy nie wymienił tej daty w kanonie, czyli czterech powieściach i pięćdziesięciu sześciu opowiadaniach składających się na przygody detektywa. Ale wnikliwe, niemal talmudyczne odczytanie tych historii pozwoliło Christopherowi Morleyowi, jednemu z założycieli Chłopców z Baker Street, wysunąć tezę, iż 6 stycznia jest najbardziej prawdopodobną datą urodzin Holmesa.
Pozostałe organizacje były uważane za naśladowców Chłopców i potrzebowały ich oficjalnej zgody na działalność. Nie można było wypisać podania o przyjęcie do klubu. Jeśli wyróżniłeś się na polu badań sherlockistowskich, sami cię znajdowali. A gdy przywódca Chłopców uznał, że się nadajesz, dostawałeś szylinga na znak członkostwa. Takiego jak moneta, którą Harold właśnie ściskał w pobielałych palcach.
Oklaski przeszły w rozmowy. Odsuwano krzesła, białe lniane serwetki rzucano na talerze z na wpół zjedzonymi kurczakami i gotowanymi jarzynami. Długimi haustami opróżniano szklaneczki szkockiej. Wymieniano uściski dłoni. Mówiono sobie do widzenia.
Harold poczuł się nagle głupio. Od kiedy dowiedział się o istnieniu klubu, stale wyobrażał sobie tę chwilę. A teraz było po wszystkim. Co będzie musiał teraz zrobić, żeby to uczucie wróciło? Tak bardzo chciał zatrzymać te emocje, nie pozwolić im rozpłynąć się w nudnym zgiełku zwykłego życia. Patrzył, jak kelnerzy zbierają sztućce, zgarniają brudne widelce i tępe noże do masła do plastikowych misek.
Harold White mieszkał w Los Angeles i pracował jako niezależny ekspert od literatury. Jego głównymi zleceniodawcami były studia filmowe, których działy prawne zatrudniały go do obrony przeciwko oskarżeniom o pogwałcenie praw autorskich. Jeżeli jakiś wściekły powieściopisarz skarżył producentów największego kasowego przeboju kina akcji lata, twierdząc, że pomysł na film zaczerpnęli z jego mało znanego kryminału politycznego sprzed dwudziestu lat, do Harolda należało wyjaśnienie, że nie, że w istocie oba te dzieła zaczerpnęły podstawowe elementy fabuły z jednej z mniej znanych sztuk Bena Jonsona bądź z którejś z trudnych nowel Dostojewskiego czy z innego tekstu równie mało znanego i będącego już włas­nością ogólną. W działach prawnych studiów filmowych nazwisko Harolda było często przywoływane i chwalone, pomijając te rzadkie przypadki, gdy postanawiały podać do sądu siebie nawzajem.
Główną kwalifikacją Harolda na to stanowisko było to, że przeczytał wszystko. Po prostu przeczytał więcej książek niż ktokolwiek, kogo znał on sam czy jego pracodawcy. Osiągnął to w tak młodym wieku dzięki wielkiej umiejętności szybkiego czytania. Gdy jako dziecko mozolnie brnął przez stronice opowieści o Holmesie, jego pragnienie – jego niemal zwierzęca potrzeba – poznania rozwiązania zagadki była źródłem problemów: czytanie książki bowiem trwało dłużej, niż mógł znieść. Nauczył się więc szybkiej lektury z poradnika, który sprowadził pocztą. Koledzy droczyli się z nim z powodu tej umiejętności, gdyż uważali za rzecz nie do pomyślenia, aby ktoś potrafił przeczytać czterystustronicową książkę w dwie godziny i zapamiętać z niej znaczną liczbę informacji. Ale Harold to umiał. I udowadniał im to, pozwalając się później przepytywać z zawartości fabuły i opisów przyrody. Oczywiście dzięki temu również szybciej przyswajał informacje niż wszyscy koledzy poznani w szkole w Chicago, na Uniwersytecie Princeton czy w dorosłym życiu.
– Harold! – odezwał się za nim niski, dźwięczny głos.
Para rąk ścisnęła go za ramiona. Odwrócił się i ujrzał nad sobą twarz Jeffreya Engelsa, siwego Kalifornijczyka z niemal przyklejonym do twarzy uśmiechem, który był najbardziej lubianym i szanowanym sherlokistą w tej sali. Harold podejrzewał, że to właśnie on był zwolennikiem przyjęcia go do Chłopców z Baker Street. Ale wiedział też, że nawet jeśli, to Jeffrey nigdy mu o tym nie powie.
– Dziękuję – powiedział więc tylko.
Jeffrey puścił to mimo uszu. Jego zwykły uśmiech gdzieś znikł, a zamiast niego na twarzy mężczyzny pojawiło się posępne spojrzenie.
– Ta sprawa zmierza w krytyczną stronę – powiedział cicho.
– W jaką?
– W stronę morderstwa! – odparł Jeffrey.