Strona główna / Literatura polska / Niemra

Aktualności

28.06.2022

Spotkanie z Zuzanną Gajewską w Elblągu

W poniedziałek 4 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Biblioteki Elbląskiej (Świętego Ducha 3-7, Elbląg) na spotkanie z Zuzanną Gajewską, autorką książki "Burza".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

26.06.2022

Rozmowa z Beatą Sabałą-Zielińską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Niemra

Arkadiusz Pacholski

ROZDZIAŁ DRUGI

Niedziela, ósmego października

– Dominus vobiscum.
– Et cum spiritu tuo.
– Sequentia sancti Evangelii secundum Matthaeum.
– Gloria tibi, Domine.
W kościele panował niemiłosierny ścisk. Chyba nawet w puszce sardynek, ironizował w myśli, byłoby luźniej. Ale co się dziwić? Z sześciu katolickich kościołów Niemcy cztery zamknęli, jeden – św. Józefa – zabrali dla siebie, a Polakom zostawili tylko ten. Najprawdopodobniej dlatego, że stał w połowie Częstochowskiej, mocno na uboczu. Dranie, nie mieli ochoty, żeby im tłumy tubylców co niedziela tratowały centrum miasta i swoją niemiłą obecnością przypominały, do kogo naprawdę ono należy! Tutaj nie kłuło to w oczy tak bardzo. Tylko jakże mógł niewielki św. Gotard pomieścić wszystkich polskich katolików? Doprawdy, nie wiadomo jakim cudem aż tylu ich wpychało się każdej niedzieli do jego wnętrza! I trudno żeby obeszło się bez ścisku, deptania sobie po butach, poszturchiwania. Bez witraży zaparowanych od ciepła kilku tysięcy oddechów. No i nieznośnego smrodku.
Najbardziej dokuczał mu właśnie ten smrodek. Zwłaszcza zimą, kiedy mróz nie pozwalał, tak jak teraz, na otwarcie okien i drzwi i wpuszczenie do wnętrza orzeźwiającego podmuchu. Nie pomagała wtedy nawet skropiona perfumami chusteczka, którą raz po raz unosił do nosa i dyskretnie wąchał.
– A gdy wyszedł Jezus ze świątyni, przystąpili doń uczniowie. I ukazali mu budynki świątyni, On zaś rzekł im: Widzicie to wszystko? Zaprawdę, powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. A gdy on siedział na górze Oliwnej, przystąpili do niego osobno uczniowie, mówiąc: Powiedz nam, kiedy to będzie, i co za znak twojego przyjścia i końca świata? A odpowiadając, Jezus rzekł im...
Głos czytającego ewangelię księdza był suchy, wysoki; brzmiał nieprzyjemnie beznamiętnie. Skąd u tych klechów, zastanawiał się, nieznośna maniera nieustannego przeciągania niektórych słów? Czyżby uważali, że przydaje ona czegoś czytanemu Pismu? Niby czego? Dostojeństwa? Wyjątkowości? Jeśli tak sądzili, mylili się solennie. Trącący fałszem zaśpiew, zamiast czynić tekst ciekawszym i pociągającym, zamieniał go w ciągnące się jak flaki z olejem nudziarstwo. Czy oni naprawdę tego nie słyszeli? Nie wiedzieli, że przy takim sposobie wysławiania się z ich ust wydobywa się słodkawe pustosłowie? A może... Może właśnie wiedzieli? Może doskonale zdawali sobie z tego sprawę? I robili tak celowo? Może wcale nie chcieli, by w duszach wiernych pozakwitały znienacka róże jerychońskie? Ostatecznie nikt nie potrafił przewidzieć, co by się stało, gdyby we łbach tych wszystkich ludzi słowa Objawienia zaczęły wybuchać niczym lotnicze bomby. Jak by się wtedy zachowali? Na jakie pomysły by wpadli? A nuż, rozpaleni wewnętrznym ogniem, zaczęliby działać jak nawiedzeni? Trudno byłoby ich okiełznać. Mogliby w ogóle zerwać się z łańcucha. I co wówczas? Więc kto wie, czy nie lepiej okadzać ich umysły łagodną melodią usypiającej recytacji. Najważniejsze, że tu przyszli, wytrwale stoją, żegnają się, dukają niezrozumiałe łacińskie formuły kiedy trzeba, przyklękają kiedy trzeba, powstają z kolan… Cierpliwi, pokorni, zdyscyplinowani, posłuszni. Właśnie takich wiernych potrzebuje Kościół. Takim, przede wszystkim, zawdzięcza tysiąc dziewięćset lat niewzruszonego trwania. I na takich też członkach zależy jego organizacji. Na ludziach bez szemrania wykonujących rozkazy, a nie medytujących nad ich zasadnością i moralnym sensem.
– ...i będą mory, i głody, i trzęsienia ziemi po miejscach. Ale to wszystko są początki boleści. Wtedy podadzą was w udręczenie i będą was zabijać, i będziecie nienawidzeni przez wszystkie narody dla imienia mego. A wtedy wielu się zgorszy i będą się wzajemnie wydawać, i jedni drugich nienawidzić. I powstanie wielu fałszywych proroków, i zwiodą wielu. A iż się rozmnoży nieprawość, oziębnie miłość wielu. Kto zaś wytrwa aż...
Duchota coraz bardziej dawała mu się we znaki. Pod pachami i na plecach czuł wilgoć. Ilekroć spocił się w towarzystwie, nie mógł się oprzeć nieznośnemu wrażeniu, że wszyscy wokół czują jego pot i szepcą o tym. Teraz też torturowało go takie podejrzenie – podejrzenie absurdalne, bo przecież dopiero co się umył i wyperfumował.
– ...brzydotę spustoszenia, która jest opowiedziana przez Daniela proroka, zalegającą miejsce święte, kto czyta, niech rozumie. Wtedy ci, którzy są w Judei, niech uciekają na góry; a kto na dachu...
Monotonny głos księdza spowodował, że powrócił do swoich rozmyślań. Tak, tak, posłuszeństwo, przede wszystkim posłuszeństwo. Sam, na własnym przykładzie, mógł się niegdyś przekonać, do czego potrafi doprowadzić niekontrolowana eksplozja religijnego żaru. Jako piętnastolatek przeżył coś takiego po lekturze Wyznań św. Augustyna. Pod wpływem dewocyjnej egzaltacji, jaka go wówczas naszła, postanowił przeczytać od deski do deski całe Pismo Święte. Zabierając się do jego lektury, cieszył się jak dziecko otwierające zbiór tajemniczych baśni. Liczył na to, że nauczą go spoglądania z góry na doczesność, przeniosą w świat wyższy, gdzie króluje duchowa harmonia, boskie piękno i wieczysty ład. A tymczasem co znalazł? Cha, cha, cha! Mściwego kobolda, złaknionego krwi, mordującego ludzi i przeklinającego ich do czterdziestego pokolenia. Ojca, który bez szemrania godzi się własnymi rękoma zarżnąć w ofierze ukochanego syna. Bezwzględnego wodza, systematycznie wybijającego do nogi mieszkańców zdobywanej krainy. Demiurga pozwalającego z powodu zakładu pognębić poczciwego człowieka. Czytał to wszystko z włosem zjeżonym na głowie. I w efekcie popadł w niebezpieczny stan długotrwałej umysłowej gorączki.
– ...wasza nie była w zimie, albo w szabat. Albowiem naonczas będzie wielki ucisk, jakiego nie było od początku świata aż dotąd, ani nie będzie. I gdyby owe dni nie były skrócone, nie byłoby zachowane żadne ciało; ale dla wybranych będą skrócone dni owe. Wtedy jeśliby wam kto...
Chociaż księżulo, któremu zwierzył się na spowiedzi z niefortunnej próby poznania świętych tekstów, uchodził za niegroźnego poczciwca i słynął z wyznaczania niewielkich pokut nawet za tak poważne grzechy, jak palenie papierosów, wulgarne słowa, a nawet onanizm, tym razem wprost się wściekł i nakrzyczał na niego na cały kościół. Nie dość, że wlepił mu chyba z pięćdziesiąt Ojcze nasz i tyleż samo Zdrowasiek, to na dodatek stanowczo zabronił czytania Pisma. Dopiero po dłuższym namyśle, widząc jego rozpacz, zezwolił łaskawie na lekturę Nowego Testamentu, ale tylko i wyłącznie pod nadzorem szkolnego katechety. A o Starym Testamencie kazał stanowczo zapomnieć.
Szczęśliwy, że udało mu się wywalczyć choć tyle, bez szemrania podporządkował się zaleceniu. Raz na tydzień odwiedzał po lekcjach księdza katechetę, który odpytywał go z zadanego fragmentu ewangelii i objaśniał, jak należy go rozumieć. Ale taka procedura zagłębiania się w Słowo Boże nie miała już posmaku odważnej przygody, samotnej wyprawy na nieznany ląd, poszukiwania ukrytego skarbu. W końcu tak go znudziła, że po niecałym roku dał sobie spokój.
– ...wewnątrz gmachu, nie wierzcie. Albowiem jako błyskawica wychodzi od wschodu słońca i ukazuje się aż na zachodzie, tak będzie i przyjście Syna Człowieczego. Gdziekolwiek by było ciało, tam się zgromadzą i orły. A natychmiast po utrapieniu owych dni słońce się zaćmi i księżyc nie da światłości swojej, a gwiazdy będą spadać z nieba i moce niebieskie poruszone będą. A naonczas...
Historia z Biblią nie była jedyną tego typu przygodą w jego życiu. Podobnego bolesnego zawodu doznał ponownie kilka lat później, tym razem za sprawą starożytnych greckich mitów. Było to wkrótce po klęsce wrześniowej, po gwałtownym i bolesnym zawaleniu się dotychczasowego świata. Przygnębiony dziejącymi się wokół okropnościami – wysiedleniami, rozstrzeliwaniami, upokarzającymi zarządzeniami – zapragnął zanurzyć się w przejrzystym morzu ponadczasowych prawd i pooddychać szlachetnymi alegoriami, oczyszczającymi umysł z trucizn wydzielanych przez rzeczywistość. Zachwyt, z jakim całe rzesze artystów od stuleci czerpały z tych pradawnych opowieści, gwarantował, że podobna terapia zrobi mu dobrze. I co? Skutek był taki, jakby cierpiącego na ból głowy rąbnąć w nią z całych sił kowalskim młotem. Ojcobójstwo i matkobójstwo, bratobójstwo i dzieciobójstwo, wiarołomstwo i zdrada, zemsta i okrucieństwo – oto co znalazł w legendach o bogach i herosach. Cały czas, kiedy o nich czytał, nie opuszczało go wrażenie, że trzyma w dłoni nie książkę, ale nasączoną krwią gąbkę. W efekcie znowu przez kilka miesięcy chodził jak w malignie.
– ...z trąbą i głosem wielkim, i zgromadzą wybranych jego ze czterech wiatrów, od szczytów niebios aż do krańców ich. A od figowego drzewa uczcie się podobieństwa. Gdy już gałąź jego staje się miękką i liście...
Jego spojrzenie prześliznęło się po zawieszonych na ścianie gipsowych stacjach Męki Pańskiej i zatrzymało się na pierwszej z nich: „Jezus na śmierć osądzony”. Zapatrzył się w Piłata, siedzącego na wysokim tronie i zanurzającego ręce w złotym naczyniu. Powłóczystą białą togą, twarzą o jasnej karnacji Aryjczyka oraz krótkimi włosami różnił się wyraźnie od żółtoskórego, pstrokato wystrojonego Jezusa. Pod powlekającą oblicze namiestnika obojętnością kryła się pogarda dla całej tej żydowskiej hołoty i jej wewnętrznych swarów. Doskonale rozumiał zdegustowanego Rzymianina. Oto człowiek, myślał o Piłacie, który dogłębnie pojął rządzące światem ponure zasady. Może i żal mu wędrownego nauczyciela z Galilei, ale z pewnością nie będzie z jego powodu kopać się z koniem. Logika rzeczywistości uczy, że kto tego próbuje, źle kończy. Na szczęście on także już ją zrozumiał. Choć dopiero jako dwudziestojednolatek, latem czterdziestego, tuż po pogromie Francji. Trochę późno, ale jednak. Właśnie wtedy dotarło wreszcie do niego, dlaczego świat biblijnych i mitologicznych archetypów jest światem zbrodni. Bo to właśnie zbrodnia spaja świat bogów ze światem ludzi. Bo to zbrodnia jest kamieniem węgielnym cywilizacji i kultury. Nie przypadkiem w pradawnych czasach na progu wznoszonej świątyni zakopywano ciało zabitego w ofierze człowieka. Nie glina, nie wapno, nie beton, ale krew jest lepiszczem scalającym pojedynczych ludzi w zdolną do przetrwania społeczność. Dopiero dzięki niej stają się oni prawdziwą wspólnotą. A to oznacza, że te trupy za oknem są czymś naturalnym, czymś, czego nie można uniknąć. Czymś po prostu koniecznym. Zostały na całą wieczność wpisane w logikę ziemskiego porządku i choćby nie wiadomo jak bardzo starał się człowiek, nie zdoła tej logiki zmienić. Harmonia mundi nie rozbrzmiewa słodkim trelem ptaszków na wiecznie zielonej łące, ale zgrzyta krzykiem mordowanych. Gra zaś toczy się o to, by nie stać przed Piłatem w charakterze podsądnego, lecz siedzieć na tronie prokuratora i samemu sądzić. Okrutne? Straszne? Cyniczne? Pewnie! Ale tak jest i nic się na to nie poradzi. Kiedy tylko człowiek pogodzi się z tym przedwiecznym prawem, od razu odzyskuje psychiczną równowagę i wyzwalający duchowy spokój. Jak ten Piłat, ze stoicką miną obmywający dłonie.
– ...moje nie przeminą. Lecz o owym dniu i godzinie nikt nie wie, ani aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec. Per evangelica dicta deleantur nostra delicta.
– Laus tibi, Christe.
Ksiądz podniósł do ust ewangeliarz, przymknąwszy powieki, ucałował go, po czym zamknął i odłożył z szacunkiem. Cała świątynia czekała w napięciu na kazanie – od przeszło pięciu lat jedyną okazję do usłyszenia publicznie polskiego słowa. Na chwilę przycichło chrząkanie, pokasływanie i skrzypienie ławek.
– Drodzy wierni! Rozważmy w naszych sercach i umysłach fragment Pisma, którego właśnie wysłuchaliśmy. Cóż może...
No tak, znowu ten okropny zaśpiew! Jak można kastrować tak żywe słowo z całej jego wewnętrznej mocy? Gdyby na szkoleniach ideologicznych przemawiał w podobny sposób do swoich chłopaków, po paru tygodniach poszukaliby sobie innej organizacji. Tak, pod tym względem Kościół katolicki nie dostarcza dobrego wzorca. Ale poza tym – chapeaux bas, panowie, chapeaux bas! Ta wspaniała, feudalna struktura, twarda jak najtwardszy granit, ta niezmienność wyznawanej doktryny, to niewzruszone przekonanie o słuszności i wyjątkowości własnej misji! Oto niedościgły wzór dla przyszłego zakonu polskich faszystów. I nie ma się co łudzić – bez współpracy z Kościołem nie da się w Polsce nic zrobić. Na szczęście i tam są mądrzy ludzie. Z nimi zawrze się sojusz. Oczywiście, na pewnych warunkach. W końcu to Kościół ma służyć ich sprawie, a nie odwrotnie. Zatem pewne rzeczy są nie do przyjęcia. Przede wszystkim – branie serio tego całego bredzenia o miłosierdziu i nadstawianiu drugiego policzka. Nie ma mowy, by coś takiego zaakceptować. Sojusz ten musi być oparty na twardo egzekwowanej zasadzie: katolicyzm – tak, chrześcijaństwo – nie. Chociaż klechom, rzecz jasna, nie należy tego mówić. No i nie będzie można, niestety, używać dłużej ani słowa „faszyzm”, ani nawet „totalizm”. Z powodów taktycznych należy raz na zawsze wymazać je ze słownika i zastąpić innymi. Ale kapelan bratniej, dużo większej organizacji z Warszawy już wymyślił odpowiednie słowo – „uniwersalizm”. Uniwersalizm, czyli coś powszechnego. Właściwie synonim katolickości. Doskonały haczyk na owieczki i ich poczciwych pasterzy.
– Jak zatem rozumieć te słowa? Czy jako zapowiedź…
(…)