Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Krew na placu Lalek

Aktualności

18.01.2022

PORZUCIŁAM ISLAM, MUSZĘ UMRZEĆ - spotkanie premierowe z Marcinem Margielewskim

We wtorek 25 stycznia o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualną premierę książki "Przuciłam islam, muszę umrzeć" z udziałem Marcina Margielewskiego.

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

27.11.2021

Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu Katarzyną Puzyńską, autorką ksiązki "Chąśba".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Krew na placu Lalek

Krzysztof Kotowski

...nad niewielką rzeką,
przy mostku ze starych kamieni,
gdzie trawa wyrosła wysoka...

Miękka ziemia pod trawą wydała mu się zdradliwa niczym bagienna, ledwie zastygła skorupa, która dopiero zaczęła pękać. Patrzył tępo, wciąż w to samo miejsce – jak kaleki manekin wyrzucony poza bezpieczne schronienie na zimną, mokrą od ulewnego deszczu łąkę, bez końca na horyzoncie. Błotnista, zapomniana droga, wycięta między dzikim, nieforemnym, zgniłozielonym polem, dobiegała do gęsto porośniętego po brzegach strumyka starym, kamiennym mostkiem. Długim na cztery, może pięć metrów.
Ciało chudego, przerażonego człowieka przeszywały potworne dreszcze. Buty niemal zupełnie przesiąkły wodą, na co nie zwracał już teraz najmniejszej uwagi. Wciąż powoli się cofał...
Pod mostkiem niknęło światło, za to wzmagał się szum wody opływającej kamienie. To w to miejsce przerażony człowiek patrzył półmartwym spojrzeniem, nad którym prawie nie miał już władzy. W dłoni trzymał jednak kurczowo gruby zeszyt w twardej oprawie. Szarpnął płaszcz, wyrywając guziki. Zamarł. Nabrał głęboko powietrza, jakby w obawie, że za parę sekund zabraknie mu tchu. Schował zeszyt pod płaszczem. Zrobił zaledwie parę kroków, gdy to, co do tej pory widział, zaczęło niknąć w nieokreślonej mgle, która spłynęła na niego nagle i właściwie znikąd. Upadł miękko na trawę. Mostka nie stracił z pola widzenia do końca. Gdy leżal na ziemi, niczego już nie czuł.

Szpital
Sina plama na suficie
Wiadro pełne wody

Szepty... Wydawały mu się raz nieco głośniejsze, a innym razem bardziej stonowane. Ostrożne.
Nie był jeszcze w stanie rozpoznać poszczególnych słów, nie wiedział nawet, czy wciąż śni. Wreszcie – dość nagle – udało mu się otworzyć oczy. Na razie niezbyt szeroko. Instynkt nakazał mu natychmiast zamknąć je, ale po chwili odważył się powtórzyć próbę. Za wszelką cenę chciał zobaczyć, cokolwiek rozpoznać, wyzwolić się ze snu. Gdy zbierał siły, mózg znów sprawił mu niespodziankę i pozwolił usłyszeć dźwięk. Inny niż szepty. Mniej skomplikowany, konsekwentny, trwający nieprzerwanie. Ale to, co usłyszał, wydało mu się dziwnie niepokojące i nieprzyjazne. Woda... Chyba woda. Spadające krople. Jakoś dokuczliwie hałaśliwe, z pogłosem docierającym do samego środka głowy. W pewnym momencie pojawiła się nawet myśl o jakiejś wyrafinowanej chińskiej torturze; po czym zupełnie już świadomie wykrzywił w bólu twarz.
- Budzi się... – usłyszał wyraźnie.
Sylwetka mężczyzny przy jego łóżku nabierała ostrości. Nad jego głową, w rogu, między dwiema ścianami a sufitem, była sinawa plama, z której co pewien czas krople wody skapywały do wiadra. Pluskanie drążyło mózg, rozsadzało głowę potwornym bólem.
Sufit był brudny i wyglądał na nieprzyjemnie stary. Ze ścian odchodziła farba położona tam co najmniej pięćdziesiąt lat temu, a może jeszcze wcześniej.
- Chudy... – Ktoś dotknął delikatnie jego ramienia.
- Tak... – Miał już siłę, aby odwrócić w tym kierunku wzrok. Wydobycie z siebie głosu sprawiło mu jednak dodatkowy ból. Gardło miał suche, próbował zebrać w ustach trochę śliny.
- To my! – oznajmił entuzjastycznie ten, którego nie całkiem jeszcze przytomny Chudy zobaczył pierwszego. – Szuchcik i Dareczek! Poznajesz nas?!
Poznał ich. Dareczka od razu. Facet był potężny, niezbyt wysoki, ale szeroki w barach, zawsze uśmiechnięty, nawet gdy, tak jak teraz, twarz zdradzała niepokój. Znali się długo. Od pierwszego dnia roboty. Szuchcik przyszedł do wydziału później. Z Żoliborza chyba. Był tak drobny jak on, ale dawał sobie radę. Dobry kolega. Uczciwy. Uczynny.
- Głowa... – szepnął Chudy.
- Boli? – spytał Dareczek.
- Tak.
- Wody chcesz? Albo wódeczki, mamy trochę... – Szuchcik ostrożnie rozejrzał się dookoła.
- Co to jest...? – wyszeptał, wciąż z trudem, Chudy.
- Co? – spytał Dareczek.
- Gdzie jesteśmy... to... co to jest?
- Szpital. Zapyziały kurewsko i wiochowaty, ale dupy fajne w pokoju pielęgniarek. No nic... Nieważne. Zabieramy cię stąd. Do naszego. Tu z komuny nie wyszli chyba jeszcze. Zdrowego by wykończyli. – Zaśmiał się głośniej, ale szybko przycichł, wymieniając spojrzenia z Szuchcikiem.
Choć szpital był skromny, tę niewielką salę zarezerwowano tylko dla jednego chorego. Dareczek, gdy już w miarę się uspokoił, widząc, że z kolegą nie jest tak źle, jak wyglądało na początku, usiadł na krzesełku przy łóżku. Szuchcik cały czas stał z drugiej strony. Mniej się uśmiechał i trudniej go było, szczególnie teraz, wybić z zamyślenia. Wpatrywał się w Chudego, przymrużając powieki. Obaj ubrani byli dość głupio; w ciemnoniebieskie spodnie i sweterki, niby po cywilnemu, ale każdy przecież bez trudu mógł rozpoznać w nich gliniarzy.
- Siostro! – zawołał Dareczek w stronę uchylonych drzwi. – Wody trochę, albo herbatki jakiejś chłodniejszej, można?
W progu stanęła kucharka rozwożąca zwykle po­siłki.
- Siostra przyjdzie zaraz. Kompot z obiadu może być, jak trzeba – wychrypiała dziwnie niskim tonem. – Przynieść, panie poruczniku?
Kiwnęli głowami. Kucharka zniknęła za drzwiami.
- Słyszałeś Chudy? – Uśmiech nie schodził Dareczkowi z twarzy. – „Panie poruczniku”! Uwierzysz? Gdzie oni się uchowali! I to tak wszyscy. Nawet ten lekarz. Nic nie kumają.
Pielęgniarka pojawiła się szybko. Niosła tacę z trzema kubkami i termometrem. Ładna. Na oko trzydziestka. Atrakcyjna i zadbana. Jakby nie z tego szpitala.
- Chory powinien ostrożnie pić, panie poruczniku – rzuciła przez ramię do Dareczka, stawiając tacę na niewielkim stoliczku. – Kompot, herbata ciepła i trochę wody.
Zawsze tak było, że gdziekolwiek by byli w trójkę, obcy zwracali się przede wszystkim do niego. Cholera wie dlaczego. Bo największy? Uśmiechnięty? Miły? Tak czasem bywa, że nie wiadomo dlaczego.
Chudy był już całkowicie przytomny. Ból głowy zelżał, oddychał spokojniej i wolniej, z mniejszym wysiłkiem ruszał głową. Patrzył teraz na Dareczka, który wodził pożądliwie wzrokiem za pielęgniarką.
- Kto pani powiedział, że jestem porucznikiem? – spytał zaczepnie, ale nie złośliwie, z nieodłącznym uśmiechem.
Wzruszyła ramionami.
Poszerzył uśmiech.
- Jestem nadkomisarz Dariusz Wieczorek. Tam widzi pani komisarza Tomasza Szuchcińskiego. A wasz pacjent, którego nazwisko pani zapewne zna, jest, podobnie jak ja, nadkomisarzem.
- Nie znam – odgryzła się. – Nie miałam wczoraj dyżuru. Temperaturę trzeba zmierzyć.
- Kamil Symeon – przedstawił się spokojnie Chudy. Zdobył się również na uśmiech, nie mając jej za złe nie najlepszego humoru.
- Śmieszne takie trochę ma nazwisko, co? – wyrwał się znowu Dareczek, licząc na milsze spojrzenie pielęgniarki. – Symeon to też jest imię. Tylko nie u nas.
- Hebrajska odmiana Szymona – mruknął obojętnie Szuchcik, który nie miał zamiaru spoufalać się z pie­lęgniarką, więc cierpliwie czekał, aż wreszcie sobie pójdzie.
Chudy chciał coś powiedzieć, ale uniemożliwił mu to nagły napad kaszlu. Dareczek uniósł jego głowę z poduszki i bardzo ostrożnie przystawił koledze kubek do ust, by mógł przynajmniej zwilżyć usta.
- Może jednak ja? – zadeklarowała się pielęgniarka.
- Zaopiekujemy się nim – zapewnił chłodno Szuchcik, ciągle sprawiający wrażenie zamyślonego, ale i już zniecierpliwionego. Podszedł do stolika, dając raczej niedwuznacznie kobiecie do zrozumienia, że chcieliby zostać sami. Odprowadził pielęgniarkę do wyjścia i zamknął za nią drzwi.
- Co mi jest? – spytał wprost Chudy.
Szuchcik podsunął sobie stołek i usiadł obok Da­reczka.
- Napij się jeszcze – zaproponował Wieczorek.
- Co tu robię?
- Znaleźliśmy cię nieprzytomnego – odparł poważnie Szuchcik, przejmując kubek z wodą od Dareczka.
Wydarzenia z wczoraj powróciły, nagle stając przed oczami Chudego jak najczarniejszy nocny koszmar. Odwrócił gwałtownie głowę do okna. Serce zaczęło mu walić.
- Dajcie mi jeszcze wody! – poprosił, czując, jak coraz ciężej zaczyna oddychać.
- No mówiłem... – Dareczek wziął od Szuchcika kubek z wodą, po czym mówił dalej: – Możesz się czuć bezpieczny. My tu jesteśmy. Pogadamy trochę i zrobi ci się lepiej.
- Nie zrobi mi się lepiej! – wybuchnął nagle Symeon. Zamknął oczy, próbując się opanować.
Zapadła cisza. Szuchcik sięgnął po szpitalny kubek z herbatą i sam pociągnął potężny łyk.
- Przepraszam... – zreflektował się po chwili. Oddychał spokojniej, ale oczy zdradzały to samo przerażenie, które pamiętały z wczorajszego dnia.
- Co tam się stało, stary? – Dareczek chwycił dość mocno Kamila za ramię. – Co się stało po tym, gdy zadzwoniłeś do nas?
Chudy odwrócił się do okna i długo nie odpowiadał.
- Ona tam była... – odezwał się wreszcie, ale tak cicho, że kapiąca woda do wiadra niemal go zagłuszyła. – Leżała pod mostkiem... Widziałem jej twarz... Była martwa... Kurwa, chłopaki, ona naprawdę była martwa!!!
- Spokojnie – Dareczek nie zdejmował dłoni z ramienia Chudego.
- Wiem, że mi nie wierzycie. – Poprawił się z wysiłkiem na łóżku.
- Wierzymy ci – odparł niespodziewanie Szuchcik.
- Wierzycie mi?! – Patrzył na nich z wyrzutem. – Od kiedy? Odkąd zacząłem jej szukać, wszyscy mnie olali. Stary wychrzanił mnie na urlop, a wy mieliście mnie za świra!
- Uspokój się – powiedział Dareczek łagodnie.
- Ona znów się pojawiła! Mówiła do mnie! Pukaliście się w czoła, nawet kiedy dała mi ten dziennik! A tam opisany jest niemal każdy dzień. Co szkodziło wam zajrzeć...
- Jesteś zmęczony – przerwał mu Szuchcik. – Dziennik dostałeś podobno dwa dni temu. Nie widzieliśmy go do tej pory na oczy. Chcemy, żebyś to wszystko spokojnie nam opowiedział.
- Gówno chcecie! – Chudy wpatrywał się w okno. – Boicie się, że całkiem mi odbije w szpitalu, dlatego ze mną gadacie!
- Nie – odparł spokojnie Dareczek. – My też tam byliśmy. Przyjechaliśmy przecież, jak prosiłeś, mimo że mówiłem ci, jak komuś mądremu, żebyś sam na takie akcje nie łaził. To nieprofesjonalne! Leżałeś w tym błocie jak trup.
- Jakoś żyję. Co mi jest?
Policjanci spojrzeli po sobie.
- O to właśnie chodzi... – podjął niepewnie Wieczorek. – Nic ci nie jest. Nikt ci nic nie zrobił! Nikt nawet nie przyjebał ci w ten głupi łeb! Byłeś tam sam... No prawie sam...
Chudy po raz pierwszy uniósł się samodzielnie na dłoniach i usiadł na łóżku. Spojrzał głęboko w oczy Dareczkowi, a w chwilę później Szuchcińskiemu.
- Prawie? – wycedził.
- Prawie – powtórzył Wieczorek.
- Nie gadamy od wczoraj o tym z nikim – wtrącił Szuchcik.
- Dlaczego?
- Bo nie mamy pojęcia, co tam się stało!
- Może odwaliło mi ze strachu i zemdlałem?
- Nie zemdlałeś ze strachu. – Dareczek był zakłopotany. – Przynajmniej nie tylko z tego powodu. Tak mówi lekarz. Po prostu zasnąłeś. Bardzo głęboko. Jakby ktoś cię uśpił. Albo jakbyś miał tę nakro... coś tam.
- Narkolepsję – pomógł Szuchcik.
Chudy zmarszczył brwi.
- Co znaleźliście?
- Ślady – przyznał Dareczek – Możliwe, że ktoś tam jednak rzeczywiście był. Mamy kosmki z ubrania. Ślady na trawie w promieniu metra. Dalej już nie. Niewiele... ale na brzegu tego strumyka ktoś być może leżał. I to nie byłeś ty.
- Nikt nie wie kto – dopowiedział ponuro Kamil. – Ale ja wiem. Rozumiecie? Widziałem ją! Ona tam była! Patrzyła na mnie tymi swoimi martwymi oczami. Leżała bez życia. Chwilę później, jakby za pstryknięciem palca, wyparowała... Odwróciłem wzrok tylko na parę sekund. Rozejrzałem się dookoła. Nic, pustka. Z jednej strony wielka łąka aż po horyzont. Z drugiej jakieś zaorane pola. Nawet jednego drzewa. Tylko kilka sekund, a gdy znowu tam spojrzałem... Nic... Nikogo... Wy też nie znaleźliście żadnych innych śladów ani na drodze, ani na trawie, ani na polach, prawda? Tylko ślady mojego wozu.
Szuchcik wolno przytaknął.
- No właśnie. Nawet jeśli ktoś ją zrzucił z samolotu, to jak połowę jej ciała wcisnął pod mostek? A potem jak ją zabrał z powrotem? Niemal na moich oczach! Nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Tylko kosmki po jej ubraniu. I po co? Chciałem, żebyście wreszcie zobaczyli, dlatego zadzwoniłem. Miała tam być i była. Nie wiedziałem tylko, że tak się wszystko skończy.
- Zbadałeś ją? Sprawdziłeś puls? – spytał Szuchcik.
- Nie zdążyłem!
- A więc nadal gówno wiesz – zakończył chłodno komisarz.
Chudy opadł na poduszkę.
- Zleciliście badania? – spytał spokojniej.
- Nie – odparł Dareczek.
- Dlaczego? Znaleźliście ślady. Dajcie to okularnikom!
- I co im, kurwa, powiemy? – Dareczek nie wytrzymał. – Że znaleźliśmy trzy kosmki i odciski na trawie? Kto to kupi? Nikt nie zgłosił zaginięcia. Nie ma ciała. Jeśli będziemy się upierać, wyślą nas do wariatkowa, lub jak ciebie na urlop i powiedzą, że tam mogła leżeć byle krowa z pastwiska.
- Która musiałaby chyba przylecieć na lotni! – dopowiedział Szuchcik.
- Nieważne. Nikogo to nie obchodzi. Padał deszcz i i tak już wszystko rozmyte. Jesteśmy glinami, a nie Archiwum X!
- Kiedy stąd wyjdę, dalej będę szukać – powiedział twardo Chudy. – Do skutku. Czy mi pomożecie, czy nie.
- Nie słyszysz, co do ciebie mówimy?! Nikt nie zaginął. Chcemy ci wierzyć i chcemy pomóc, ale to nie zmienia postaci rzeczy. Nie pójdziemy do szefa z czymś takim, bo nas wyśmieje albo wywali z roboty! Ten nie śpi od wczoraj i filozofuje – wskazał na Szuchcika. – Ja też o niczym innym nie myślę. Bo jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Staramy się uwierzyć i pomóc. Ale nie wymagaj zbyt wiele.
- To po co przyjechaliście?
- Rusz mózgiem, kretynie – warknął Szuchcik. – Raz w życiu przestań myśleć tylko o sobie. Ile razy powtarzamy, że chcemy pomóc. Ale dyskretnie i rozsądnie. Po naszemu. Tak, jak zawsze robiliśmy. To cholernie dziwna sprawa.
- Wracajcie do siebie. Dam sobie radę sam.
- Przestań, Chudy! Bo to rzeczywiście wygląda na
obsesję – jęknął Dareczek. – Jak tam przyjechaliśmy, ledwo wyczuliśmy u ciebie puls. Chcesz skończyć w lodówce?!
- Przysłał was stary...
- Nie, debilu, po prostu nie wiemy, co o tym sądzić. Tu nie ma czego się złapać, a musi być jakieś wytłumaczenie – zdenerwował się wreszcie Dareczek. – W co mamy uwierzyć?! W duchy i wniebowzięcia na pastwiskach?! Zawsze na końcu się okazuje, że jest logiczne wyjaśnienie. Teraz też tak będzie. Tylko dokładnie jeszcze raz wszystko opowiedz.
- Jeszcze dwa dni temu nie chcieliście słuchać.
- A teraz chcemy.
- Przeczytajcie dziennik. – Po raz nie wiadomo który Chudy odwrócił się do okna, jakby stracił ochotę do rozmowy.
- A ta dziewczynka? Ta, która przy niej zawsze była. Tym razem przy mostku nie widziałeś jej?!
- Nie.
- Więc mów. To, co upierdliwie codziennie nam wciskałeś. Teraz słuchamy!
- Wszystko jest w dzienniku.
- Czego się upierasz jak kretyn?! – nie wytrzymał z kolei Szuchcik.
- Bo bez tego nie zrozumiecie!!! – wrzasnął Chudy. – Teraz, kiedy jest szansa, chcę, abyście poznali prawdę! Przeczytajcie jej dziennik! A wtedy powiem wam coś... dzięki czemu z pewnością nie pożałujecie, że tak się biedacy wysilaliście.


Pamiętnik albo dziennik

To jest dziennik albo pamiętnik, jak wolicie. Bez znaczenia. Dlaczego? Bo istnieje zaledwie ułamek procenta, że to kiedykolwiek do kogokolwiek będzie miało szansę trafić. Że wydarzenia tu opisane ocaleją w czyjejkolwiek pamięci. Nie wiem, skąd czerpię nadzieję, że przynajmniej ułamek z tego przetrwa. Cholerny dziennik, czy tam pamiętnik. Żebyście mieli choć mgliste pojęcie o tym, o czym ja teraz już wiem...

Postanowiłam wszystko spisać. Jeszcze wtedy nie wiedziałam dlaczego. Z jakiegoś powodu kupiłam zeszyt i zaczęłam notować. Codziennie. Dokładnie. Aż powoli doszłam do tego, co właściwie na początku wydało się niewyobrażalne. Wystarczy, jeśli powiem, że tu chodzi o najpotworniejszy strach? Nie sądzę. Więc zanim usłyszycie moją historię, może warto przez chwilę zastanowić się, czym tak naprawdę jest świadomość... Czy samo posiadanie jej jest równoznaczne z tym, że kiedykolwiek się urodziłeś, czy kiedykolwiek umrzesz lub umarłeś... Czy miałeś, jak wszystko, swój początek? Czy jednak nie... bo jakiś chybiony demiurg, a może bardziej szalona, niż myśleliśmy – natura, stworzyła cię wyłącznie dla jakiejś małej konieczności. Nie uniwersalnej, lecz pozornie zespolonej z istotami podobnymi do ciebie, wyłącznie dla... spełnienia konieczności. A reszta to zwykłe przywidzenie, nieprawda, kłamstwo... Do tego zaszczepiono ci świadomość, pamięć. Ale za tym wszystkim stoi tajemnica, która może okazać się piekłem niezdolnym do pojęcia. Nie rozumiecie? Te zdania wydają wam się bez sensu? Ja też nie rozumiałam, aż wreszcie odkryłam to, o czym być może nikt z was nie ma najmniejszego pojęcia. Tego najbardziej wam zazdroszczę.