Strona główna / Literatura polska / Domek nad morzem

Aktualności

30.09.2022

Spotkanie z Tanyą Valko i Igorem Kaczmarczykiem w Warszawie

W czwartek 6 października o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabskie opowieści. Historie prawdziwe" oraz Igorem Kaczmarczykiem, autorem książki "Islamskie fatum".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka

Domek nad morzem

Maria Ulatowska

Rozdział 2.

Na te niedzielne obiady Ewa jeździła na Pragę sama. Jej ojcu nigdy nawet do głowy nie przyszło, żeby wybrać się po swoje jedenastoletnie dziecko na Bielany. Rano więc jechały z babunią na plac Komuny Paryskiej, szły tam do kościoła, następnie babcia wracała do domu, a Ewa podjeżdżała na plac Dzierżyńskiego, u wylotu Trasy W-Z przesiadała się w czwórkę, swoim sposobem zapadała w jakiś kącik i czytała książkę. Nie bała się, że przegapi przystanek, na którym musiała wysiąść, bo jechała do samego końca trasy.
Dom, w którym obecnie mieszkał jej tata z „ciocią” Ireną, znajdował się bliziutko ostatniego przystanku, taka podróż nigdy więc nie sprawiała dziewczynce najmniejszego kłopotu.
Pewnego dnia jednak, gdy wysiadła z tramwaju, zaczepiło ją dwóch wyrostków, mniej więcej czternastoletnich.
– Hej, mała, co masz w tej torbie?
– Książkę – odpowiedziała grzecznie.
– Książkę, he, he, he, zobacz jaka mądrala! – zaśmiał się jeden z chłopaków. – Dawaj no tę torbę, zobaczymy. – I próbował ją Ewie wyrwać.
Zaczęła krzyczeć i raptem obok niej, jak spod ziemi, pojawił się Maciek.
– Ty, Zenek, odczep się od niej, dobrze?
– To ty się odczep, smarkaczu, znajdź sobie jakąś inną zdobycz – wrzasnął do Maćka ów Zenek, a jego kolega podszedł z tyłu i walnął Maćka otwartą dłonią w głowę. Maciek odwinął się i przyłożył tamtemu w nos, aż poleciała krew.
To wszystko odwróciło trochę uwagę Zenka od Ewy, która wyrwała mu swoją torbę i walnęła nią napastnika w kolano. Musiało zaboleć, bo aż przysiadł.
– Czyście zgłupieli? – krzyknął Maciek. – To moja siostra. Zapamiętajcie to sobie i wara wam od niej.
– Dobra, stary, w porządku. Nie wiedzieliśmy. – Chłopcy z Pragi mieli swój kodeks honorowy, zgodnie z którym nigdy nie zaczepiało się „swojaków”. – Nic się nie stało, może być? – usiłowali przeprosić, jak umieli.
– Nic ci nie jest? – spytał Maciek Ewę, oglądając ją ze wszystkich stron.
– Nie, nic, a tobie?
– Mnie też nic, więc nie mówmy nic starym, bo będzie więcej gadania niż to warte, dobrze?
– Ale skąd się tu wziąłeś, akurat w tej chwili? – spytała Ewa.
– No, przecież wiem, kiedy przyjeżdżasz, to sobie z domu wyszedłem – odpowiedział Maciek. – I tak nie miałem nic do roboty.
– Cieszę się. – Ewa go uściskała. – Jak to dobrze. Dziękuję ci za obronę.
– No co ty. – Maciek się zaczerwienił.
Od tej pory Ewa z Maćkiem stali się prawie nierozłączni. Po zjedzeniu obiadu wybiegali z domu i zwiedzali Pragę, dzielnicę, która cieszyła się raczej złą sławą, ale Ewa w zasadzie o tym nie wiedziała. Prawie w ogóle nie znała tej części Warszawy, bo do tej pory jej chodzenie po Pradze ograniczało się do spaceru do domu „cioci” Ireny i na przystanek tramwajowy.
Maciek był typowym chłopcem wychowywanym na ulicy, ojciec zniknął z jego życia niedługo po jego urodzeniu, a matka ograniczała się do karmienia go i kupowania mu niezbędnych rzeczy, zawsze zresztą jak najtańszych. Matczynej miłości nie zaznał prawie wcale – no, może trochę w najmłodszych latach. Generalnie musiał sobie radzić sam i tylko jakimś cudem nie stał się typowym „chłopakiem z Pragi”. Był normalnym chłopcem, trochę rozrabiaką, ale jakoś udawało mu się omijać takich chuliganów, jak Zenek i jego towarzystwo. W szkole kłopotów z nim nie było żadnych, uczył się dobrze i chętnie, tak więc, mimo że jego matka dość często nie przychodziła na wywiadówki, nauczyciele dawali jej spokój.
Był szczupły i zwinny, proporcjonalnie zbudowany, z długimi nogami. Miał jasnobrązowe włosy i szaroniebieskie oczy. Jego otwarta i szczera twarz budziła ogólną sympatię. Mimo niezbyt szczęśliwego dzieciństwa zawsze miał w oczach uśmiech. A co do dzieciństwa – było, jakie było. Tego, że nie miał ojca, w ogóle nie uważał za dziwne. Nie tylko on żył w niepełnej rodzinie. Inni chłopcy z Pragi mieli o wiele gorzej. Niektórzy z tych, co mieli ojców, woleliby ich w ogóle nie widywać… Ale na Pradze nikt się nie skarżył. I nikt o swoim dzieciństwie nie opowiadał.
Maciek miał jedno ukryte marzenie – postanowił, że będzie najlepszym na świecie prokuratorem. Albo sędzią, co do tego jeszcze się nie zdecydował. W każdym razie wiedział na pewno, że będzie studiował prawo. Choćby nie wiem co.
Ewa, którą początkowo traktował z pewną nieufnością, po jakimś czasie podbiła jego serce, bo zawsze z wielką uwagą słuchała tego, co do niej mówił, i zapamiętywała jego opowieści.
Teraz, gdy obronił ją przed „bandą zbójców” i został przez dziewczynkę uznany za dzielnego rycerza, tym bardziej czuł, że musi ją otaczać opieką i naprawdę być dla niej starszym bratem.
Na razie oprowadzał ją po swojej dzielnicy, a Ewunia z wielką ochotą biegała z nim po starych praskich podwórkach, przyglądając się wiekowym kapliczkom, przedwojennym budynkom, wybrukowanym ulicom. Potem wracała do domu. Na pytania babuni: „Jak było u taty?” – zawsze odpowiadała: „Dobrze”.

*

W listopadzie 1959 roku zmarł dziadek Wacław. Miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Umarł cichutko, we śnie, okazało się później, że była to niewydolność krążeniowo-
-płucna. Tak więc Ewa została sama z babcią. Pomagała w robieniu zakupów, pomagała – jak umiała – w domu. Była naprawdę dobrą, odpowiedzialną i samodzielną dziewczynką. W dalszym ciągu w jej życiu nic się nie zmieniło – poza tym, że bardzo brakowało jej dziadka. Mamy zresztą też – cały czas. Za każdym razem, kiedy była w kościele, pytała Pana Boga, dlaczego zabrał jej mamę, a teraz jeszcze dziadka. Nigdy jednak nie uzyskała odpowiedzi. Odpowiedzi takiej nie umiał Ewie udzielić także żaden ksiądz, któremu zadawała to pytanie.
Tłumaczenie: „Bóg tak chciał, moje dziecko” – nie zadowalało Ewy i następnym jej pytaniem było: „A dlaczego? Za co?”. Zazwyczaj jednak to już był koniec dyskusji.
Ewa miała więc coraz większy żal do Pana Boga, ale poza nocnym płaczem w poduszkę nic innego nie mogła zrobić. Opisała tylko dziadziusia w swoim pamiętniku, tak jak go pamiętała, i wkleiła jego zdjęcie, które wyżebrała od babuni. Zdjęcie mamy było na początku.
Obecnie odwiedzały więc z babunią na cmentarzu dwa groby, a Ewa opowiadała teraz o wszystkim, co się działo w jej życiu, nie tylko mamusi, ale i dziadziusiowi. Pani Rozalia w dalszym ciągu myślała, że dziewczynka się modli, a ona nie wyprowadzała babuni z błędu.
Świat jednak istniał nadal, życie toczyło się dalej, Ewa zaczynała coraz bardziej rozumieć, że ludzie są śmiertelni. Dziewczynka, która teraz spała sama w pokoju, czasami budziła się w nocy i cichutko szła do babci sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Martwiła się bardzo o staruszkę, która ostatnio nie czuła się najlepiej, a śmierć męża, z którym spędziła prawie pięćdziesiąt lat, mocno ją przygnębiła. Bardziej niż śmierć córki, bo śmierci Krystyny spodziewano się już od paru lat, mąż natomiast zmarł nagle i w zasadzie wcześniej nie chorował. To znaczy po prostu nikt nie wiedział o jego chorobie. Jakoś rzadko chodziło się w tamtych czasach do lekarza, chyba że już bardzo było trzeba. I na ogół okazywało się wtedy, że już za późno.

Te święta Bożego Narodzenia były bardzo smutne.
Przyszedł, oczywiście, jak co roku wujek Władek, który do tej pory nie ożenił się ponownie i żył samotnie, całkiem sobie tę sytuację chwaląc. Pracował w Klinice Położnictwa i Ginekologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego przy placu Starynkiewicza; był bardzo dobrym lekarzem.
Wprawdzie z Bydgoszczy przyjechała ciocia Ala z wujkiem Olkiem i jak zwykle przywieźli Ewie mnóstwo prezentów, głównie wyczekiwanych nowych książek; wprawdzie prezenty dostała też babcia Rozalia – mimo to jednak nastrój był zgoła nieświąteczny.
W Wigilię przyszli także, zaproszeni przez babunię, tata Ewy z żoną i Maćkiem, było jednak dość sztywno, bo co tu dużo mówić, za panią Ireną nikt nie przepadał. Jerzy w ogóle tego nie dostrzegał, więc się nie przejmował. Jego małżonka czuła to doskonale, ale też się nie przejmowała, bo całą rodzinę męża miała głęboko… gdzieś. Przyszła, bo były święta i ktoś za nią przyrządził wigilijne potrawy, reszta się nie liczyła. Ze spotkania ucieszyli się tylko – jak zwykle – Ewa i Maciek. Maciek dostał chińczyka, grę planszową, w prezencie od państwa Kotwiczów z Bydgoszczy, którzy wiedzieli, że Jerzy z nową rodziną będzie na Bielanach na Wigilii. Ponieważ wiadome im było, że Jerzy ma pasierba, kupili chłopcu prezent; byli przecież kulturalnymi i sympatycznymi ludźmi.
Kiedy już można było wstać od stołu, dzieci poszły do małego pokoju i grały sobie w tego chińczyka. To było ich najmilsze wspomnienie z tych świąt.

*

W tym roku znowu mieliśmy smutne święta. Tym razem nie było z nami jeszcze dziadziusia. Babunia postawiła na stole dodatkowe nakrycie – jak mówiła – dla zbłąkanego wędrowca, ale ja wiedziałam, że to nakrycie jest dla dziadziusia i kiedy wszyscy dzielili się opłatkiem, położyłam kawałek dziadziusiowi na tym pustym talerzyku. Babunia to zobaczyła i jakoś dziwnie na mnie spojrzała, ale nic nie powiedziała. Ale widziałam, że się odwróciła i wycierała oczy chusteczką.
Cieszyłam się, że są święta, bo zawsze je uwielbiam. I cieszyłam się, że wszyscy jesteśmy razem, choć bez mamy i bez dziadziusia, ale rozumiem już, że ludzie umierają. Tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego umierają ci, których tak bardzo kochamy. Czy nie mogłoby tak być, że skoro ktoś musi umrzeć, niechby był to ktoś, kto nie ma żadnej rodziny, za kim nikt nie będzie tęsknił?
Zapytałam nawet o to Pana Boga, bo wszyscy poszliśmy razem na pasterkę i postanowiłam, że przynajmniej w Boże Narodzenie przestanę się na Niego gniewać. Nikt mi oczywiście nie odpowiedział, ale jestem już na tyle duża, żeby to zrozumieć. Wierzę jednak, że moje pytanie do Pana Boga dotarło i postanowiłam, że teraz codziennie będę się modlić, żeby wziął moją propozycję pod uwagę, układając plany dla każdego człowieka.
Wstydzę się do tego przyznać, ale chyba mniej kocham tatę. Ja go przecież w ogóle nie obchodzę. Spytałam Maćka, czy chociaż nim się zajmuje, ale Maciek zaśmiał się tylko. „Mną się nikt nigdy nie zajmował”, powiedział i zrobiło mi się go bardzo żal. No, bo jak to? Ma przecież mamę, nie? Ale już go o nic nie pytałam, bo wydawało mi się, że nie powinnam. Zaproponowałam mu tylko, że my oboje – on i ja – będziemy się sobą zawsze zajmować, aż do śmierci. Chyba się ucieszył.
*

Zasada niezawracania głowy lekarzom niepotrzebnie niestety dotyczyła też babci Rozalii.
Tak gdzieś w połowie lutego 1960 roku Ewa znalazła rano babunię na podłodze. Nie wiedząc, co robić, pobiegła do sąsiadów. W bloku mieszkał pewien towarzysz partyjny, który miał telefon, sąsiadka pognała więc do niego i zadzwonili po pogotowie. Babcię zabrano natychmiast do Szpitala Bielańskiego, gdzie po zrobieniu serii niezbędnych badań okazało się, że to ostatnie stadium nieoperowalnego raka trzustki. Ewę zabrał ojciec, powiadomiony telefonicznie przez tę samą sąsiadkę, a do Warszawy natychmiast przyjechała ciocia Ala z Bydgoszczy. Niestety, babcia Rozalia umarła po trzech dniach.
Alicja, która obiecała umierającej Krystynie, że w razie potrzeby zaopiekuje się Ewunią, pojechała na rozmowę do Jerzego i Ireny. Zapytała, czy dadzą sobie radę z opieką nad dziewczynką i są gotowi wziąć za nią odpowiedzialność. Irena, obruszona do żywego kwestionowaniem jej umiejętności matczynych i opiekuńczych, oświadczyła, że skoro zajmuje się już własnym dzieckiem – Maćkiem – i to z dobrym rezultatem, zaopiekuje się także Ewą. Dodała jednak, że niestety ich dochody nie są duże, więc poziom życia dziewczynki z pewnością się obniży. Alicja obiecała więc, że co miesiąc będzie przysyłać pewną kwotę na potrzeby siostrzenicy.
Był luty, ciocia Ala postanowiła więc sobie, że zobaczy, jak sprawdzać się będzie ta „opieka” do końca roku szkolnego, nie chciała bowiem teraz wnosić w życie dziecka większego zamieszania, niż to było konieczne. Ewunię natomiast uroczyście zobowiązała do cotygodniowych sprawozdań listownych. Wiedziała, że dziewczynka lubi pisać, zawsze w szkole wychwalano jej wypracowania – nic zresztą dziwnego, skoro Ewa połykała książki i chciała kiedyś zostać pisarką. Alicja Kotwiczowa miała więc pewność, że wszystkie szczegóły tego praskiego życia siostrzenicy będą co tydzień dokładnie opisane.
– Tylko, Ewuśku, to będzie taka tajemnica między nami, dobrze? – wymusiła na niej. – Nic nie mów tacie, ani tym bardziej tej cioci Irenie, że piszesz do mnie listy, i nie pokazuj im, co piszesz, dobrze?
(…)