Strona główna / Literatura polska / Żegnaj, kochanku

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Żegnaj, kochanku

Zofia Mossakowska

Rozdział 10.

Wreszcie wylądowali w Hanoi.
Byli oszołomieni podróżą, zanadto zmęczeni, by poświęcać uwagę docelowemu miejscu. Wokół nich wszystko stało się naraz bałaganiarskie i pospieszne, jakby czas obowiązujący na wietnamskiej ziemi był szybszym bratem czasu dyrygującego przestworzami.
Matylda i Madej – jednak postarał się być przy niej podczas wysiadania z samolotu – wtopili się w tłum wysiadających Azjatów. W wąskich przejściach lotniska górowali nad nimi wzrostem, jak inni nieliczni Europejczycy nagle widoczni. I bardzo spięci.
W przeciwieństwie do Wietnamczyków.
Ci odzyskali pewność siebie i, wyluzowani, spieszyli raźno w znanym kierunku. Obciążeni swymi małymi dziećmi oraz dziesiątkami paczek i zawiniątek czuli się swobodnie. Teraz oni byli u siebie.
Nagle pojawiło się wiele broni.
Obficie wyposażeni w karabiny i pistolety niewielcy wietnamscy żołnierze wydawali się przytłoczeni ich ciężarem. Mimo to sprawiali wrażenie, że noszą broń chętnie; sterczące w górę lufy dodawały im i wzrostu, i powagi. Żołnierze prężyli się w swych przybrudzonych mundurach, robiąc wszystko, by wyglądać groźnie.
– Całkiem tu inaczej – powiedziała Matylda do Madeja, odruchowo zniżając głos w brzydkim, jakby z trudem utrzymywanym w czystości pomieszczeniu. – Biednie. Tak... socjalistycznie.
Mlasnął z dezaprobatą; co ona mogła wiedzieć o socjalizmie, skoro nawet jemu, starszemu od niej o osiem lat, pozostały w pamięci zaledwie strzępy obrazów. Mogła powoływać się na książki, filmy i fotografie, jednak porównania i tak byłyby naciągane: nie mówi się o czymś, czego się nie doświadczyło.
– Kto to jest ten facet?
Matylda wyciągnęła rękę; otwarty gest natychmiast obudził czujność jednego ze strażników. Mały żołnierz poruszył się niespokojnie i poprawił lufę karabinu. Wraz z innymi mundurowymi tworzył zmęczony ludzki szpaler, flankujący przejście do kontroli celnej i paszportowej.
– Ojciec narodu – powiedział Madej, ściągając jej łokieć. Posłał przepraszający uśmiech strażnikowi. – Ho Szi Min. Kompletnie się nie przygotowałaś do tej wycieczki, mała.
– Mówiłam ci, że nie miałam czasu – mruknęła, nieprzesadnie zawstydzona. – I co on takiego zrobił, ten Szimin?

– Państwo na pewno polubią Wietniam.
Przewodnik był niewysoki, miał mniej więcej trzydzieści lat, uważne, inteligentne oczy, staranną fryzurę z krótko obciętych – oczywiście czarnych – włosów oraz szeroki, azjatycki uśmiech. Jak większość wietnamskich mężczyzn miał na imię Thang i już w pierwszym kontakcie wydał im się sympatyczny.
– Jestem tiego pewien.
Przywitał ich przed bramą lotniska, teraz wspólnie czekali na podjechanie autobusu.
Jeszcze nie wiedział, komu w grupie należy się zwiększona uwaga, kogo trzeba się obawiać, u kogo szukać poparcia. Dopiero się badali: przewodnik oraz oni, ośmioosobowa, niepoważnie mała grupa.
– Kiedy kupowaliśmy ten wyjazd, wcale nie było wiadomo, że dojdzie do skutku – powiedziała do Thanga jedna z kobiet, Niemka.
Była wysportowaną, tlenioną blondynką w krótkich spodniach i traperskich butach. W tym stroju wysiadła z samolotu, jakby bezpośrednio z lotniska wybierała się na wspinaczkę.
– W katalogu biura było napisane, że wystarczy wymagana minimalna liczba uczestników, czyli sześcioro – ciągnęła z nienaturalnym ożywieniem – ale co z tego, skoro z całych Niemiec zdecydowała się tylko czwórka! Praktycznie dopiero dwa tygodnie przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że lecimy, bo dołączą do nas klienci plajtującego oddziału biura w Polsce...
Zamilkła nagle, szybko spojrzała na przewodnika, potem na Polaków – swoich rodaków zdążyła już pobieżnie poznać – nagle niepewna, czy właśnie nie uraziła ich wszystkich.
– Mówię wam, to dopiero był stres! – Zamachała rękami. – No, ale teraz już tylko się cieszymy...
Mówiła po angielsku niestarannie i szybko, połykając końcówki. Skupiony na jej zaaferowanej paplaninie przewodnik uprzejmie potakiwał, jednak był nią zaniepokojony. Ponieważ nie dopuszczała go do słowa, pozostawało mu tylko się uśmiechać – co z oddaniem czynił.
– I ja się cieszę – powiedział, gdy zamilkła – żie psijechaliście, Ulla i Dietmar Śmit.
Wiedział, jak się nazywają. Zrozumieli, że jako odpowiedzialny przewodnik z państwową licencją wyuczył się na pamięć listy klientów. Ich samych czekało dopiero przymusowe poznawanie.
Byli podzieleni symetrycznie: połowa Polaków, połowa Niemców.
Oprócz Matyldy, Madeja i młodziutkiej brunetki imieniem Bianka do polskiego kwartetu należał poznany pobieżnie szatyn. Miał na imię Kamil; podczas przywitania zachowywał się dziwnie i niemal bez przerwy się śmiał.
Niemiecką grupę tworzyli gadatliwa Ulla Schmidt z mężem Dietmarem oraz ciemnowłosa Heidi z mężem, do którego zwracała się zamiennie Andreas albo Schatz.
– A my powinniśmy się cieszyć – Andreas, jak się później okazało, adwokat, odwrócił się uprzejmie w stronę Polaków – że przyjechała tu z nami cała grupa naszych wschodnich sąsiadów. Gdyby nie to, że polskie przedstawicielstwo biura w ostatniej chwili znalazło chętnych na ten wyjazd, nie byłoby nas tutaj.
Zapadła chwila ciszy, zaledwie kilka lekkich sekund, potem wystąpienie Andreasa poparli jego rodacy. Na wietnamskim lotnisku rozległy się zdawkowe oklaski kosmopolitycznych Niemców.
Wyraz uznania dla zawiązania się nowej międzynarodowej wspólnoty.

Rozdział 11.

Zaczęło się od składania honorów.
Od tego, nawet gdyby chcieli, nie mogliby się wykręcić.
– Zaprasiam wsistkich – powiedział Thang, ich licencjonowany przewodnik – na hołd dla Ojcia Narodu.
Był odświeżony i uroczysty, w nowej koszulce polo z wyhaftowanym maszynowo logo macierzystej firmy.
Przyprowadziwszy ich do minibusa, wsiadł ostatni, upewniwszy się co do ich wygody. Mieli mnóstwo miejsca; w pojeździe, który poprzedniego wieczoru przywiózł ich z lotniska, mieścili się swobodnie wraz z bagażami. Zapytani o samopoczucie, skwitowali jego starania grzecznym podziękowaniem za zainteresowanie.
– Dziękujemy, Thang, a jak tam u ciebie?
Mieli za sobą fatalnie spędzoną noc w kiepskim – zwłaszcza jak na stolicę kraju – hotelu oraz pierwszy, niezbyt szczęśliwy kontakt z wietnamską gościnnością. Na śniadanie dostali zupę oraz, dopiero na wyraźne żądanie, przesłodzoną kawę.
Choć nie zamierzali się uprzedzać, pierwsze impresje z wietnamskiej ziemi nie przekładały się korzystnie na stosunek do jej największego bohatera.

Dotarli do niego spoceni i zmęczeni po odstaniu czterdziestu minut w kolejce pilnowanej przez uzbrojonych wartowników.
Przyjął ich w pozycji leżącej.
– Boże wielki, a co to ma być?
Nieprzygotowanej Matyldzie zabrakło naraz oddechu. Gwałtownie zatrzymała się przed katafalkiem, uczepiła ramienia Madeja.
– Przedstawiam: to właśnie jest Ho Szi Min.
Mieli przed sobą Ojca Narodu. Trud, który zadali sobie z jego powodu, nie robił na nim wrażenia. Cały był niewzruszonym spokojem: zabalsamowany, odpoczywał sobie od życia w uroczystej, szklanej lodówce.
– Nie bój się – szepnął Madej. – Wyobraź sobie, że to dorodny łosoś...
Łagodnie odwrócił jej głowę od katafalku.
Pomarańczowe światło podbijało siłę obrazu człowieka zatrzymanego między zgonem a pochówkiem. Matylda zdążyła zapamiętać kształt czaszki, nienaturalnie błyszczące dłonie, stopy sprawiające wrażenie ogromnych. Prowadzona przez Madeja przylgnęła nerwowo do ściany, wzdłuż której sunął tłum odwiedzających. Starając się nie zwracać niczyjej uwagi, wbiła wzrok w posadzkę.
Nie chciała prowokować strażników. Umundurowani ochroniarze grobu nagle wydali jej się groźni, jakby w ich mocy leżało nawet zmuszanie do patrzenia w jednym, pożądanym kierunku. Przypomniała sobie zamierzchłe opowieści: w milicyjnych czasach jedna z ciotek odwiedziła w Moskwie zmumifikowanego Lenina. Przy tamtym nie wolno było nawet ziewnąć.
Jednak żaden ze strażników nie zwracał na nią uwagi. Wystarczało, że zachowuje się cicho, jest porządnie – porządniej nawet niż z rodzicami w kościele – ubrana, czyli ma zakryte ramiona i kolana. Zdjęła nawet kapelusz; w mauzoleum Ho Szi Mina, inaczej niż wszędzie na świecie, nie wolno było nosić ich nawet kobietom. Matyldzie i pozostałym cudzoziemkom uzmysłowił to strażnik przed wejściem. Nie zadał sobie trudu dłuższej wypowiedzi, po prostu dotknął palcem jej kapelusza i wygłosił krótkie No.

– Jemu i tak jest gorzej – wyszeptała do Madeja Matylda.
Nie miała już siły na złość.
Na szczęście właśnie opuszczali mauzoleum; przy wyjściu wskazała mu na niezbyt czysty, za to zdumiewająco szczelny mundur strażnika. Miał kolor naciąganej bieli i z pewnością nie był bawełniany; nie tylko po zapachu poznawali, że wciśnięty w niego żołnierz okrutnie się w nim poci. Młody chłopak w niemożliwym do określenia wieku nosił go z godną podziwu determinacją. Topił się w słońcu, a w przeciwieństwie do kolegów pracujących we wnętrzu, nie mógł liczyć ani na chłodny mrok budynku, ani na dobrodziejstwo klimatyzacji.
– Niezły omen.
Matylda i Madej obejrzeli się za siebie: tuż za nimi dreptał po schodach Kamil. Uśmiechał się szeroko. Już poprzedniego wieczoru, kiedy przedstawiali się sobie, obiecał im solennie, że szybko poznają się bliżej.
– Niezły omen – powtórzył z namaszczeniem, jakby smakował ładnie brzmiące słowa. – Podróż zaczyna się od trupa!

Rozdział 12.

Po mauzoleum oczekiwało ich muzeum Ho Szi Mina.
Składało się z kompleksu budynków, w których skład wchodził oficjalny prezydencki pałac oraz demonstracyjnie z nim kontrastujący dom, w którym pracował. Obydwa obiekty otaczał rozległy, poznaczony alejkami i klombami teren. Dla Wietnamczyków – w tym oczywiście dla Thanga – był czymś w rodzaju ziemi świętej.
– Tu ził i praciował Ojciec Narodu, nasz wietniamski Lenin. Zwiedzimi teraz...
Nauczyli się, że w ustach Thanga „muzeum” brzmi jak „muzium” i nie należy mylić go z „mauźlum”, czyli „mauzoleum”. Właściwie ich czarnowłosy opiekun był przewodnikiem anglojęzycznym, jednak, jak zdążyli zauważyć, równie chętnie popisywał się znajomością niemieckiego.
– Muzium Ho Szi Mina jest waźne. Ale nie tak samo jak mauźlum.
– Nie rozumiem – oświadczyła głośno Ulla. Była zaskoczona i zabawnie mrugała oczyma. – Jaka mysia dziura?
Oni, czwórka Polaków, nie zrozumieli ani jednego, ani drugiego. Pojmująca przyczynę ich językowej ignorancji Heidi – z zawodu nauczycielka – sprawnie pospieszyła im z pomocą.
– Mäuseloch: mysia dziura – wyjaśniła, akcentując fonetyczne podobieństwo niemieckich głosek.
– Niby tak kiepsko mówi po niemiecku – pokręciła głową nadal zdziwiona Ulla – a tu nagle wyskakuje z takim trudnym słowem!
– Mauźlum – powtórzył z udawanym szacunkiem Kamil.
Znowu krztusił się ze śmiechu.
I właśnie to słowo, nieszczęsne Thangowe mauzoleum, stało się pierwszym hasłem długiego wietnamsko-niemiecko-polskiego słownika, który sam napisał się podczas ich wyprawy.
Dla każdego z nich słownik przybrał inny format. Był dłuższy lub krótszy, pisany różnoraką czcionką. Hasła do niego zbierali wszyscy, każdy według własnych potrzeb. Gromadzili czasowniki zapamiętujące czas, przymiotniki opisów oraz rzeczowniki – podmioty obrazów. Był leksykonem, nie powieścią z rozdziałami wydarzeń – mimo to pod ich kątem posegregowali go we własnych głowach. Przez blisko miesiąc spędzony w Wietnamie pomagał im zapamiętywać, był dodatkiem do aparatu fotograficznego i kamery, zastępował notatki. Odegrawszy rolę towarzysza podróży, utrwalił się w ich umysłach.
I – już na zawsze – pozostał częścią ich myślenia.

Także w Hoszimińskim kompleksie należało zachować powagę. Jego nastrój wydawał się dość absurdalny, wygenerowany przez wojskową organizację miejsca.
Musieli chodzić ustalonymi alejkami i ustawiać się w kolejkach. Nie było mowy o przechodzeniu przez trawniki i lepiej było głośno się nie odzywać – nawet jeśli prócz karcących spojrzeń strażników nie groziły za to jakieś poważne kary. Wystarczała świadomość permanentnego nadzoru.
Czuli, że narasta w nich irytacja: byli zmęczeni i coraz gorzej bronili się przed niechęcią do otoczenia. Ich malkontenctwo kontrastowało z pogodnym tłem zadowolenia miejscowych turystów.
– Popatrz tylko, jak oni się cieszą!
Matylda ze zdziwieniem obserwowała przybyłych Wietnamczyków. Wyglądali skromnie, niemal ubogo. W ich ożywionej masie można było odróżnić zorganizowane grupy rodzimej turystyki oraz tych, którzy jak do sanktuarium przyjechali tu na własną rękę. Zjechali się całymi rodzinami, ciekawi włości wiecznie żywego przywódcy.
Promienieli narodową dumą i dziecięcym zapałem, który ona znała tylko z religijnych świąt i pielgrzymek.
– Każdy ma swój własny Wawel – odpowiedział Madej.
– Albo Wersal – wpadł mu w słowo nowy kolega, Kamil. – Albo nawet Westminster Abbey! Jakie państwo, taki król.
Matylda zmarszczyła brwi. Kordialność wszechobecnego, depczącego im po piętach Kamila budziła już jej sprzeciw.
W mieszkaniu Ho Szi Mina stało parę szaf, proste stoły, twarde krzesła. W garażu dwa samochody. Jeden z nich, peugeot, był prezentem od Francuzów, miłośników rewolucji; Ojciec Narodu przyjął go od nich, aby później bojkotować. Podobno nie chciał świecić bogactwem w oczy swemu zmęczonemu wojnami ludowi. Używał poprawnego politycznie rosyjskiego moskwicza, chociaż, jak złośliwie zauważyła Matylda, z pewnością często mu się psuł.
– To chyba niełatwo ruszać na pych takim czołgiem?
Jej uszczypliwość nie uszła uwagi socjalistycznych idoli z portretów; oprawieni w drewniane ramy Lenin, Marks i Engels patrzyli na nią z dezaprobatą. Ich surowe twarze potrajały wiarygodność gabinetu Ho Szi Mina.
Matylda rozejrzała się za Thangiem; chciała wiedzieć, czy ich również przysłano mu w prezencie.
– Podoba się?
Thang dwoił się i troił. Zasób jego wiedzy był olbrzymi, jednak wciąż padał ofiarą przekazu.
Słuchanie go wymagało wysiłku; Niemcy robili to z determinacją turystów zaprogramowanych na gromadzenie wiadomości. W chwilach wątpliwości konsultowali między sobą problematyczne wypowiedzi, w chwilach rozpaczy – sprawdzali rzecz w przewodniku.
Polacy nie czyhali na szczegóły, byli za to bardziej podejrzliwi.
Po narodowemu kusiło ich, by powypytywać go o przekonania polityczne, na co z pewnością było za wcześnie. Znajomość była zbyt świeża, nie wiadomo nawet, czy kiedykolwiek miała przekroczyć oficjalną poufałość. Na razie więc próbowali tylko wywąchać ślad niezgody czy może nawet protestu przeciwko narodowemu mitowi. Byli ciekawi rzeczywistego odbioru kultu człowieka odpowiedzialnego za regulamin życia tego kraju. Wysłuchiwali legend o wielkim małym Wietnamczyku, który najpierw przepędził zachodnich kolonialistów, a potem odrzucił dobrodziejstwa amerykańskiej demokracji.
Rozglądali się po śladach jego schedy, próbując uwierzyć.
– My jesteśmy dumni – oświadczył Thang, a oni znowu nie do końca go rozumieli. (…)