Strona główna / Biografie, wspomnienia / Życie przerosło kabaret

Aktualności

13.12.2019

Nominacja dla książki pod redakcją Cezarego Łazarewicza!

Książka pod redakcją Cezarego Łazarewicza "Wstając z kolan. Reportaże o '"dobrej zmianie"" został nominowana do nagrody Newsweek Polska imienia Teresy Torańskiej!

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Życie przerosło kabaret

Tadeusz Ross

TEATR SYRENA. SPOTYKAM WIELKICH

Pewnego dnia w portierni teatru Komedia dzwoni telefon. Portier przełącza do garderoby, a tu odbiera Jurek Tkaczyk, który po chwili przekazuje mi słuchawkę. Po drugiej stronie rozlega się głos:
– Mówi Zdzisław Gozdawa. Tadziu, mamy dla ciebie propozycję. Chcielibyśmy, żebyś przeszedł do nas, do teatru Syrena. Co ty na to?
– Ale… – Zupełnie nie wiem, co powiedzieć.
– Przygotowujemy właśnie nową rewię i potrzebny nam jest ktoś taki jak ty.
– Zdzisiu, bardzo mi miło, ale jestem zaskoczony. Muszę to przemyśleć – bredzę bez ładu i składu, ale serce skacze mi z radości, bo w tamtych czasach znaleźć się w Syrenie było ogromnym zaszczytem. Gozdawa i Stępień, dyrektorzy kierujący teatrem zapraszali do siebie tylko najlepszych.
– Dobrze – mówi Gozdawa. – Dam ci czas, ale nie dłużej niż do jutra. Jutro czekamy na telefon. Oczywiście z pozytywną odpowiedzią.
Odczekałem więc do następnego dnia i rano zatelefonowałem.
– Przyjdę do was. Ale pod jednym warunkiem - powiedziałem.
– O, stawiasz warunek? – zdziwił się Gozdawa, bo chyba dotychczas nikt mu żadnych warunków nie śmiał stawiać.
– Tak, Zdzisiu – idę na całość – mam warunek: przejdę do was, ale z własnym numerem. Napiszę tekst i będę go wykonywał.
– Napiszesz tekst? To ty także piszesz? – jeszcze bardziej zdziwił się Zdzisio przyzwyczajony do tego, że aktorzy wykonywali wyłącznie teksty literackiego duetu Gozdawa i Stępień.
– Tak, Zdzisiu – ja na to. - Piszę i mam nawet pomysł na świetny numer.
Gozdawa chwilę pomilczał i wreszcie powiedział:
– Dobrze, Tadziu, przychodź z własnym tekstem. Ale daj nam go chociaż wcześniej do przeczytania.
Byłem usatysfakcjonowany jak nigdy. Miałem znaleźć się w świetnym, znanym teatrze, i w dodatku z monologiem własnego autorstwa. Napisałem go bardzo szybko. Był to tekst wierszowany, zatytułowany Spacerek po Warszawie. Chodziło w nim o to, że ja, Tadeusz Ross, idę sobie ulicami stolicy, co chwila spotykam jakąś znaną postać i mówię jej głosem. Oczywiście wybrałem takie osoby, które świetnie umiałem parodiować. Zaniosłem tekst Gozdawie i Stępniowi, a oni z miejsca go zaakceptowali.
Wreszcie nadszedł dzień premiery. Nieco stremowany wyszedłem na scenę, wykonałem swój monolog i… publiczność nie chciała mnie już wypuścić. Sukces był wielki. Gdy w końcu udało mi się zejść do garderoby, obaj dyrektorzy szczerze mi gratulowali.
Tak zaczęła się moja przygoda z teatrem Syrena, przygoda w towarzystwie wspaniałych, największych przedwojennych i powojennych gwiazd. Obok mnie w garderobie siedzieli Adolf Dymsza, Kazimierz Brusikiewicz, Tadeusz Olsza, Lopek Krukowski i Ludwik Sempoliński, który z mojego ukochanego profesora stał się nagle moim teatralnym starszym kolegą. W teatrze były też oczywiście znakomite aktorki: Irena Kwiatkowska, Hanka Bielicka, Stefcia Górska, Lidia Korsakówna – słowem, sam kwiat aktorstwa i estradowej maestrii. Długo nie mogłem w to uwierzyć i wchodząc wieczorem do garderoby, przecierałem oczy ze zdumienia, że oto ja, Tadeusz Ross, znalazłem się wśród największych polskich gwiazd. Byłem wprost wniebowzięty.
Pamiętam pewną zabawną historię. Adolf Dymsza, zwany powszechnie „Dodkiem”, był trochę głuchawy, jednak nigdy na tyle, żeby nie słyszeć, że któryś z kolegów dostaje głośne oklaski, o które „Dodek” był strasznie zazdrosny. Tego dnia po moim parodystycznym numerze publiczność nie chciała mnie puścić ze sceny. Schodziłem, a oklaski trwały, więc wchodziłem znowu i tak kilka razy. W końcu wszedłem na scenę i powiedziałem jeszcze raz ten fragment monologu, który zawsze najbardziej się podobał, ponieważ nie miałem przygotowanego żadnego specjalnego bisu. Po raz kolejny nagrodzony gromkimi brawami w końcu zszedłem ze sceny. W korytarzu za sceną stali dyrektor Gozdawa z Adolfem Dymszą. Dymsza, jak tylko mnie zobaczył, rzucił od niechcenia tym swoim charakterystycznym, knajacko akcentowanym głosem:
– Bardzo dobry numer!
- Dziękuję – odparłem.
Ale gdy tylko ich minąłem, „Dodek” wywalił do Zdzisia Gozdawy:
– A to chuj!
Strasznie się z tego śmiałem razem z innymi kolegami, którym powtórzyłem słowa Dymszy. Biedny, nie mógł przeboleć sukcesu młodego kolegi, a że słabo słyszał, nie przypuszczał, że epitet wypowiedziany pod moim adresem do mnie dotrze.
„Dodek” był nastawiony głównie na robienie żartów. Robił je właściwie każdemu, choć nie każdego one śmieszyły. Pamiętam, jak kiedyś Stefcia Górska potknęła się na scenie – w pewnym momencie zaplątała się w jakieś wstążki czy falbanki i runęła jak długa. Dymsza, który grał z nią i właśnie miał schodzić ze sceny, przeszedł spokojnie nad leżącą na podłodze Stefcią i jak gdyby nigdy nic zniknął za kulisami. Stefcia jakoś się pozbierała, ale długo nie mogła wybaczyć „Dodkowi”, że tak się wobec niej zachował. Zaraz po spektaklu oczywiście zapytała go, dlaczego jej nie pomógł. Na co Dymsza powiedział jej: „A co miałem pomagać? Patrzę, leży coś starego z piórami! Myślałem, że to struś!”. Kiedyś Dymsza wiózł do domu Irenę Kwiatkowską. Cudowna pani Irena była bardzo naiwna i łatwowierna. Można było wmówić jej dosłownie wszystko. Ponieważ w tamtym czasie właśnie przygotowywała się do kursu prawa jazdy, uważnie śledziła każdy ruch kierowcy. „Dodek” oczywiście natychmiast to wyłapał, no i się zaczęło. Postanowił wykonywać różne bezsensowne, niczym nieuzasadnione czynności, na przykład stukał trzy razy w kierownicę, zanim nacisnął klakson, odkręcał na moment szybę od strony pasażera, a potem dawał kierunkowskaz, jednocześnie opuszczając żaluzję przeciwsłoneczną, tupał nogą, gwałtownie odwracał głowę, kręcił chaotycznie kierownicą. Irena Kwiatkowska w milczeniu patrzyła na wszystkie te ruchy, aż w końcu nieśmiało spytała:
– To aż tak trudno prowadzi się samochód?
– Bardzo trudno – powiedział z ogromną powagą Dymsza. – Ja mam wprawę, więc i tak połowę rzeczy nie robię, ale jak ktoś zaczyna, to mogiła!
Nie wiem, czy skutecznie zniechęcił tym panią Kwiatkowską do prowadzenia samochodu, ale z całą pewnością sam miał ubaw po pachy. I tak już zostało, że w teatrze Syrena Dymsza był od robienia kawałów i strojenia z każdego żartów, przy czym jego niezwykle trudno było na jakikolwiek żart nabrać.

W czasach współpracy z teatrem Syrena spotkałem piękną, młodą wówczas jeszcze Violettę Villas. Zaledwie zaczynała swoją karierę, ale już wtedy słychać było siłę, piękno i niesamowitą skalę jej głosu. Nigdy nie zapomnę tego momentu. Przyszedłem jak co wieczór na spektakl. Bufet jak zwykle pęka w szwach. Każdy chce napić się kawy, herbaty, wody albo coś zjeść. Rozglądam się więc dookoła i nagle przy jednym ze stolików widzę Violettę. Ona też mnie zauważyła. Co więcej - na mój widok wyraźnie się rozpromieniła, wycelowała we mnie palcem zakończonym długim paznokciem w kolorze krwistej czerwieni i krzyknęła na cały bufet: „Będzie mój!”.
Ale swojej obietnicy nigdy nie spełniła.
(…)

KABARET POD GWIAZDAMI

Ulica Hoża, róg Marszałkowskiej - kabaret Pod Gwiazdami Hanki Bielickiej. Pod Gwiazdami, bo na ostatnim piętrze dziesięciopiętrowego bloku. Do prawdziwych gwiazd było wprawdzie jeszcze daleko, ale do tych rodzimych, polskich - bardzo blisko, bo Hanka zapraszała do siebie najlepszych. Mnie również zaprosiła, chociaż wcale nie czułem się najlepszy. Przyjeżdżaliśmy na Hożą po godzinie dwudziestej drugiej, każdy po występach w swoim teatrze. Występowaliśmy w kabarecie tylko cztery razy w miesiącu, zawsze w soboty. Atmosfera była niezwykła. Niewątpliwie była to zasługa Hanki Bielickiej, ale i my, aktorzy, czuliśmy się tam wyśmienicie, czując bijącą od publiczności życzliwość i mając świadomość, że dajemy im coś naprawdę dobrego i szlachetnego. Rozrywka tamtych lat nie miała nic wspólnego z tandetą, blichtrem czy łatwizną. Wszystkie nasze kabaretowe skecze były długo przygotowywane i wielokrotnie, właściwie po każdym występie, poprawiane. Bo my mogliśmy się mylić, ale publiczność nigdy. Publiczność dla artysty kabaretowego jest wyrocznią, natychmiastowym sprawdzianem tego, co robi dobrze, a co źle, czym rozbawia, a co w ogóle nie jest śmieszne. Estrada, kabaret są pod tym względem bezlitosne.
Hanka Bielicka zawsze wiedziała, czym rozbawić i chwycić za serca publiczność. Była mistrzynią w „kupowaniu” sobie ludzi. Jeździłem z nią wiele po świecie i mimo że czasem publiczność była wyjątkowo trudna, nigdy nie zdarzyło się, żeby Hania nie zawojowała jej już kilkoma pierwszymi słowami.
Hania miała też wielkie serce. Otwierała je przed ludźmi jak pudełko z kolorowymi cukierkami. Każdy mógł się poczęstować. Niestety zdarzali się też ludzie, którzy brali od razu całymi garściami.
– Haniu, czy nie pożyczyłabyś mi tysiaka na miesiąc? Zabrakło mi na marynarkę, a moja się już wysłużyła.
– Masz dwa – mówiła Hania. – Oddasz za trzy miesiące.
Taka była. Mnie również wielokrotnie pomagała. Moim życiem wstrząsały różne, często damsko-męskie kataklizmy, które powodowały, że zostawałem bez grosza i bez dachu nad głową. Hania znała moją słabość do kobiet, wiedziała też, jak bardzo chcę znaleźć tę jedną, wymarzoną - i zawsze wyciągała do mnie pomocną dłoń.
Pamiętam pewną rozmowę, którą odbyliśmy. Hania zapytała mnie:
– Jesteś samotny, Tadziu? Źle wyglądasz.
– Jestem, Haniu - odparłem. – A ja nie umiem być samotny, przecież wiesz.
– Wiem, wiem, ale ile tak można? Naprawdę nie umiesz się zatrzymać?
– Zatrzymać się umiem, nawet bardzo chcę, tylko widzisz, Haniu, musiałbym mieć przy kim. A ty? Też podobno nie zatrzymałaś się przy Jurku Duszyńskim. Dlaczego?
– Nie wyszło – odparła. - Z niczyjej winy. Może z mojej. Nie nadawałam się do małżeństwa. On też nie. Popijał. Straszny flegmatyk. Ale był piękny jak Bóg. A ty, nadajesz się do małżeństwa?
– Tak – powiedziałem bez namysłu. - Jak najbardziej. Jestem mieszczaninem do szpiku kości. Łóżko, biała pościel, ciepła kobieta pod kołdrą. Ale żeby była dla mnie dobra.
– I oczywiście wyrozumiała – domyśliła się Hanka. - Wy, chłopy, wszyscy jesteście takie same. On skok w bok, a ona zawsze wyrozumiała. Ja bym takiego zdzieliła po głowie, aż by się nogami nakrył!
– Jakbym znalazł tę jedyną, tobym jej nie zdradzał. Nie miałbym takiej potrzeby. Śniadania, obiady, kolacje, leniwe niedziele, może nawet spacer do kościoła albo do lasu, monotonia, powiesz, ale mnie by to nie przeszkadzało.
– To co ty robisz w tym zawodzie, Tadziu? – zdziwiła się Hanka. – Przecież to nieustanne napięcie, wieczne podróże, koncerty, emocje. A ty mówisz o jakimś nudnym mieszczaninie. Ja bym nie chciała tak żyć.
Wtedy opowiedziałem jej o swoim marzeniu:
– Wiesz, Haniu, moim marzeniem zawsze było zostać szewcem. Siedziałbym sobie w takiej małej klitce, a ludzie z chodnika widzieliby mój stolik, kopyta, sterty butów, gwoździki. Miałbym tam taką malutką kuchenkę na jeden garnek i przygrzewałbym sobie zupę czy drugie danie, które wcześniej zrobiłaby dla mnie żonka. A ona czekałaby na mnie w tym mieszczańskim domu. Po powrocie jadłbym kolację, mył się, może coś przeczytał, obejrzał telewizję, a potem do łóżka, do żony, która by mnie tuliła i pieściła. Nie jakiegoś tam artystę, tylko mnie, zwykłego szewca. Rozumiesz to, Haniu?
Pamiętam, że Hania patrzyła na mnie z niedowierzaniem, a potem, jak to ona, zasypała mnie niewiarygodną lawiną słów, które miały mnie sprowadzić z zakładu szewskiego z powrotem na ziemię. A właściwie na scenę.

W kabarecie Pod Gwiazdami razem z moim kolegą z teatru Syrena Bogusiem Koprowskim „Koprem” prowadziłem konferansjerkę. Wymyśliliśmy sobie, że będziemy prowadzić kabaret jako dwóch Zenonów Wiktorczyków. Zenon Wiktorczyk to była w owych czasach bardzo znana postać - miał specyficznie brzmiący głos i charakterystycznie seplenił. A że obaj byliśmy dość dobrymi parodystami, przy czym „Koper” o wiele lepszym niż ja, potrafiliśmy naprawdę dobrze mówić głosem pana Zenona. Na scenę kabaretu wchodziło zatem dwóch Zenonów Wiktorczyków i zaczynała się sepleniąca gra słów, która niezmiennie rozbawiała nie tylko widzów, ale i nas samych.
Któregoś dnia Hania przyprowadziła do kabaretu jakąś dziewczynę i powiedziała:
– Chłopaki, to jest pani Zdzisława Sośnicka. Dobrze śpiewa, ale dopiero zaczyna, więc zapowiedzcie ją ładnie. Na wejście muszą być brawa.
Przyjrzeliśmy się z „Koprem” owej Zdzisławie. Była ładna i bardzo kobieca, wystarczająco kusząca, żeby moje męskie oko zdobywcy zatrzymało się na niej na dłużej. Zdzisia była jednak niewzruszona i zupełnie nie reagowała na moje umizgi. Szybko zrozumiałem dlaczego - pod koniec programu w drzwiach stanął wysoki przystojny młodzian, a twarz Zdzisławy na jego widok wyraźnie pojaśniała. Nie miałem więc szans. Zresztą nikt nie miał, ponieważ mężczyzna ów, czyli Jerzy Bajer, okazał się miłością jej życia, a z czasem został jej mężem.

Pewnego razu zawitał do kabaretu niepozorny mężczyzna. Może nie do końca niepozorny, bo cały aż błyszczał od złota. Złote bransolety na obu nadgarstkach, złoty zegarek, złoty łańcuch. Kiedy przedstawienie dobiegało końca i wszyscy wyszliśmy na scenę, ów mężczyzna wstał od stolika, podszedł do Hani i zaczął śpiewać popularny wtedy przebój Moja droga, ja cię kocham. Hania na początku trochę się zdenerwowała, że ktoś przerywa nam spektakl, ale szybko odnalazła się w sytuacji i poszła z nieznajomym na układ. Kazała nam zejść ze sceny, zostawiając samozwańczego artystę samego. Artysta wcale się nie speszył, co więcej, spowodował, że cała sala zaczęła śpiewać razem z nim. W końcu i my wciągnęliśmy się w tę nieplanowaną zabawę, a publiczność była święcie przekonana, że tak miało być. Po spektaklu Hania pogratulowała showmanowi udanego występu, a on wyciągnął swoją wizytówkę i powiedział:
– Zapraszam was do siebie, do Miami. Mam wielki dom z basenem, będę was gościł, jak tylko długo zechcecie. Wszystko funduję. I przelot, i jedzenie. U mnie jest dużo jedzenia. Pobawicie mnie i moją żonę, i jeszcze wam za to dodatkowo zapłacę.
Był chyba przekonany, że w Polsce wszyscy cierpimy głód, nędzę i że na wspomnienie jedzenia i pieniędzy opadną nam szczęki. Ale nie opadły. Były to czasy, w których każdy z nas sporo zarabiał. Hania podziękowała mu więc grzecznie, ale z właściwym sobie poczuciem humoru. Powiedziała, że jesteśmy artystami bardzo zajętymi, mamy kontrakty, które nie pozwalają nam ruszyć się z Polski. „Złoty Pan” był bardzo zawiedziony i jeszcze przez kilka dni przychodził do nas, ponawiając swoje zaproszenie. W końcu jednak dał spokój. Kto wie? Może zatrudnił sobie jakiegoś sztukmistrza albo połykacza ognia? My, skromni aktorzy i kabareciarze, zostaliśmy na Hożej u Hanki.
(…)

OPOLE I SŁOŃCE W KAPELUSZU

Pewnego dnia dostałem propozycję. Zatelefonował do mnie Janusz Odrowąż.
– Tadeusz, czy chciałbyś wystąpić na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu? Mam dla ciebie świetną piosenkę. Świetną, bo moją. Muzyka Marka Sarta. Przyjedź do mnie, to ci puszczę. Mam nagranie fortepianowe.
– Dobrze, przyjadę – odparłem bez wahania.
I pojechałem. Janusz pokazał mi tekst i puścił nagrany podkład.
– Nie zrażaj się brzmieniem. W Opolu zagra ci cała wielka orkiestra.
– Ale czy ja dam radę? – wyjąkałem.
– Dasz, Tadziu, dasz. Śpiewałeś już przecież tyle piosenek, masz wprawę.
– Janusz, nie rozumiesz, tu chodzi o wielki festiwal. Tłumy ludzi, transmisja telewizyjna na całą Polskę. I to wszystko na żywo.
Ale Janusz nie słuchał już moich wątpliwości. Dał mi tekst i taśmę z nagraniem, żebym się uczył, i dosłownie wywalił mnie z domu.
– Nie pokazuj mi się na oczy, dopóki nie będziesz tego znał na pamięć. Jak będziesz gotowy, zadzwoń.
Kochany Janusz chciał mnie zmobilizować, żebym się nie rozklejał i nie rezygnował. On wiedział już wtedy, że to będzie sukces. Znając moje możliwości i wartość tej piosenki, uznał, że najwyższy czas, żebym wpisał się w historię muzyki rozrywkowej czymś znaczącym. I tak się stało. Spotkałem się z kompozytorem Markiem Sartem. Marek dobrał tonację odpowiednią do mojego głosu, zaaranżował na orkiestrę i klamka zapadła.
Wreszcie nadszedł sądny dzień występu. Jechałem do Opola w takim nastroju, jakbym jechał na pogrzeb. Miałem tremę, ze strachu nic nie mogłem przełknąć, czułem się ciężko chory. W pewnej chwili myślałem nawet, czyby nie uciec, ale wziąłem się w garść. Rano próba. Na scenie orkiestra Polskiego Radia i Telewizji pod dyrekcją Bogusława Klimczuka. Proszą mnie na scenę. Idzie wstęp. Zaczynam śpiewać. Tonacja wydaje mi się odrobinę za wysoka, ale już za późno na zmiany. Rano zawsze gorzej się śpiewa. Liczę na to, że wieczorem będzie lepiej. Głos się rozgrzeje, nieco podniesie, adrenalina zrobi swoje. Zaśpiewałem. Nawet trochę stepowałem. Dyrygent radzi: „Wszystko jest dobrze, ale masz kłopot z kodą. Czuć, że to dla ciebie wysiłek. Tuż przed ostatnią nutą weź oddech i trzymaj przeponą. I będzie sukces”.
Wreszcie premiera. Trema sięgnęła zenitu. Boję się, że nie zaśpiewam, nie wyjdę na scenę, ucieknę. Zapowiadają mnie. Wychodzę. Popielaty garnitur w prążki, biała koszula, krawat, na głowie słomkowy kapelusz. Rozlegają się brawa. Orkiestra pod batutą Klimczuka zaczyna grać wstęp. Z mojego stremowanego gardła płyną pierwsze słowa piosenki. Jestem spięty, ale głos mam pewny, nie słychać w nim tremy, brzmi dobrze, płynie po całym opolskim amfiteatrze.

Bo ja mam słońce w kapeluszu,
słońce w kapeluszu,
słońce w kapeluszu mam,
przyzwyczaiłem się i muszę
trochę słońca nosić tam,
a jeśli słońce w kapeluszu,
słońce w kapeluszu,
słońce w kapeluszu się ma,
to ma się tyle animuszu,
tyle animuszu, co ja.

Gdy stepuję, znowu rozbrzmiewają gromkie brawa. Publika nie jest przyzwyczajona do tego, że artysta śpiewa i tańczy jednocześnie. (To zasługa Małgosi Potockiej, wspaniałej tancerki i choreografa, która ułożyła mi stepowanie pod tę piosenkę). Przede mną jeszcze najtrudniejsze – koda. Pamiętając radę Bogusia Klimczuka, przed ostatnim, głębokim dźwiękiem biorę oddech i wspinam się do „f”. Koniec piosenki. Brawa są ogromne, publiczność nie chce mnie puścić ze sceny, ale w Opolu bisów nie ma. Wracam do garderoby. Koledzy gratulują: „Sukces! Widzisz, a tak się bałeś. Zupełnie niepotrzebnie”.
Łatwo to mówić „niepotrzebnie”, ale każdy występ artysty jest zawsze wielką niewiadomą. Ta niewiadoma zależy od wielu czynników, czasem niezależnych od nas. Każdy koncert artysty jest zawsze pierwszy, bo zawsze jest inna publiczność, której trzeba z siebie dać, co tylko ma się najlepszego. Ale o tym wiedzą tylko ci, którzy są uczciwi w swojej pracy, solidni, dobrze przygotowani, świadomi wielkiej odpowiedzialności za to, co robią. Nie wolno zawieść swojej publiczności. Zdarzało się, że organizatorzy, spiesząc się na następny koncert, prosili mnie, żebym coś skrócił, wyrzucił jakąś piosenkę, powiedział tylko pół monologu, a ja zawsze w takich momentach mówiłem im, że to nie jest możliwe, bo ludzie zapłacili za cały mój występ, a nie za kawałek i że ich nie obchodzi, że przede mną są jeszcze następne koncerty. Niektórzy tego nie rozumieli i stukali się w czoło, ponieważ dla nich liczyły się tylko pieniądze.
Tak więc swój występ w Opolu miałem za sobą, a ponieważ transmisja była na żywo, cała Polska w jednej chwili dowiedziała się, że jest taki artysta, który nosi słońce w swoim kapeluszu. Swoją drogą komunikacja w tamtych czasach była czymś niesamowitym. Mieliśmy tylko dwa kanały telewizyjne, nie było internetu, nie istniały iPady, telefony komórkowe, było tylko radio i telewizja. A jeśli ktoś oglądał telewizję, to nie było takiej możliwości, żeby w tym czasie nie oglądał festiwalu. Między innymi dlatego przeboje tamtych lat tak mocno zapadały wszystkim w pamięć. W sensie kultury masowej nie działo się wówczas nic więcej poza tym, co przekazywała telewizja. Nie gloryfikuję tamtych czasów, ale nasze artystyczne rzemiosło było prawdziwym rzemiosłem – bez lipy, bez udawania, naciągania. Nikt wtedy nie ośmieliłby się śpiewać z playbacku. To publiczność wyznaczała nam miejsce w szeregu, sprawiedliwie i surowo, ale zawsze życzliwie. A gdy już kogoś pokochała, była mu oddana i wierna.

KABARETON

Słowo „kabareton” wymyślił przed laty Jacek Fedorowicz, łącząc dwa słowa: „kabaret” i „maraton”, ponieważ w Opolu kabarety oglądało się przez całą noc, a więc niemal w trybie maratonu. Skrót przyjął się natychmiast i od tamtej pory funkcjonuje z powodzeniem.
Mój kabareton był pamiętny z kilku powodów. Po pierwsze, propozycję poprowadzenia go dostałem od samej Olgi Lipińskiej, którą zawsze uważałem za wielki autorytet kabaretowy. Po drugie, było to następnego dnia po wspomnianym już sukcesie piosenki Słońce w kapeluszu. Po trzecie wreszcie, moją partnerką w konferansjerce miała być Krystyna Sienkiewicz.
Olga Lipińska jak zwykle szalała na próbach.
– Konferansjerka ma wyglądać tak, jakby była improwizowana. Żadnych wyuczonych tekstów! – krzyczała – Stwórzcie sobie jakiś szkielet, a cała reszta musi być spontaniczna.
My z Krysią mieliśmy dużą wprawę, więc naprędce wymyśliliśmy tekst i zrobiliśmy tylko jedną próbę, bo na więcej nie było czasu. Trema była ogromna, ale kabareton był naprawdę udany.
Wtedy, na deskach opolskiego amfiteatru występował między innymi kabaret Elita, jeszcze mało znany, a w nim Janek Kaczmarek, Włodzimierz Plaskota, Jerzy Skoczylas i Leszek Niedzielski. A propos Elity, przypomniała mi się historia, którą kiedyś opowiadał mi Jacek Fedorowicz. Było to znacznie później, rzecz jasna. Otóż Włodek Plaskota jadł obiad w restauracji. W pewnej chwili do stolika podszedł Leszek Niedzielski.
– Co jesz? – zapytał Włodka.
– Kotlet z ziemniakami – odpowiedział Włodek.
Leszek dosiadł się do Włodka i powiedział:
– Zjem ci jednego kartofelka.
– Proszę bardzo – powiedział Włodzio.
– I jednego kotlecika – dodał Leszek.
I zjadł.
W tym pamiętnym kabaretonie królował Janek Kaczmarek, który tam właśnie po raz pierwszy zaśpiewał swoją Kurną chatę, piosenkę, jak wszystkie piosenki Janka, mądrą i niewygodną dla władzy. A trzeba pamiętać, że były to lata szalejącej cenzury, którą my, artyści, musieliśmy zawsze jakoś przechytrzyć. I przechytrzaliśmy. Byliśmy mistrzami aluzji, pisaliśmy tak, żeby wszyscy wiedzieli, o co chodzi, ale żeby do niczego nie można się było przyczepić.
W tamtym kabaretonie brała też udział młodziutka Elżbieta Jodłowska. Nie pamiętam już dziś, co śpiewała, ale była bardzo zabawna i z miejsca przypadła do gustu publiczności.
Wieczór był naprawdę udany, ale co przedtem wyprawiała z nami Olga, to wiemy tylko my. Olga Lipińska znana jest bowiem z tego, że trzyma wszystko twardą ręką, a przy tym bywa zupełnie niepohamowana, wrzeszczy, tupie i histeryzuje. Tak było i tym razem. Dzielnie to jednak z Krysią wytrzymaliśmy, a ja żałowałem później, że Olga nigdy już nie zaprosiła mnie do żadnego swojego przedsięwzięcia, bo był to klimat, który doskonale czułem. Absurd, wariactwo – cudownie odzwierciedlające naszą polską rzeczywistość. Ze wszystkich kabaretów najbardziej ceniłem właśnie kabaret Olgi Lipińskiej. Ona nie bawiła się w politykę, nie szukała winy na zewnątrz, ale w nas samych, i przez lata udowadniała, że wróg jest właśnie w nas. Że to my sami stwarzamy sobie kaleką rzeczywistość pełną martyrologii, fałszywie pojętego patriotyzmu, nadętego i napuszonego mniemania o sobie.
Pamiętam, że następnego dnia po kabaretonie jechałem w deszczu z Opola do Wrocławia swoim przeciekającym „garbuskiem”. Jechałem po następne sukcesy kiełkujące w słońcu, które podczas opolskiego festiwalu na wiele lat zamieszkało w moim kapeluszu.
(…)