Strona główna / Literatura światowa / Szansa na życie

Aktualności

18.04.2019

Spotkanie z Tanyą Valko w Bielsku-Białej

W czwartek 9 maja o godz.16:00 zapraszamy do Książnicy Beskidzkiej w Bielsku-Białej (ul.J.Słowackiego 17a) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką bestsellerowej arabskiej sagi.

Wywiady

09.04.2019

"Rodzina to jest siła, która pozwala przetrwać wszystko".

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską, autorką książki "Bezpieczny port".

Posłuchaj i zobacz

21.03.2019

Najpoważniejsze przestępstwa i najbrutalniejsze zbrodnie to ich codzienność.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Policjanci. Bez munduru".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jak podrywają szejkowie Marcin Margielewski
  2. Boska proporcja Piotr Borlik
  3. Wiem, jak wygląda piekło. Alina Dąbrowska w rozmowie z Wiktorem Krajewskim Alina Dąbrowska, Wiktor Krajewski

Fotogaleria

więcej »

Szansa na życie

Diane Chamberlain

Rozdział 2.

Dopiero przed wpół do piątej zadzwoniły do rodziców Holly. Wtedy już Janine bolała twarz od powstrzymywanego płaczu. Zastanawiała się, jak inna matka zareagowałaby w takiej sytuacji. Matka zdrowego dziecka ze spokojem przyjęłaby spóźnienie. Janine chciała zachowywać się jak typowa matka typowego dziecka, ale miała w tej kwestii bardzo małe doświadczenie.
Ze słów Glorii Janine domyśliła się, że rodziców Holly nie ma w domu.
– Jesteś siostrą Holly? Poproś, żeby do mnie zadzwonili, kiedy wrócą. To ważne... nie trzeba ich teraz niepokoić, jestem pewna, że wszystko w porządku. – Gloria mówiła z napięciem, ale energicznie. – Holly wróci z biwaku później i chciałam ich o tym poinformować, to wszystko. – Podała dziewczynce swój numer i rozłączyła się.
– Mają siedmioro dzieci. – Uśmiechnęła się do Janine. – Możesz to sobie wyobrazić?
Mogą stracić jedno, a mimo to pozostanie im sześcioro, pomyślała Janine, chociaż wiedziała, że ta myśl jest nieracjonalna i okrutna.
– Holly jest w samym środku – ciągnęła Gloria.
Suzanne spojrzała na Emily, która leżała na trawniku z czwórką pozostałych dziewczynek.
– Em też jest środkowym dzieckiem, ale nie ma tego syndromu. W każdym razie jeszcze nie – powiedziała.
– Jason na pewno go ma. – Gloria mówiła o swoim synu. – W dodatku trafił między dwie dziewczynki, więc musi się zmagać nie tylko z syndromem środkowego dziecka.
Janine nie miała nic do dodania. Jak Gloria i Suzanne mogą spokojnie gawędzić o kolejności narodzin, skoro Sophie i Holly są spóźnione ponad półtorej godziny? Odsunęła się od nich i znowu zadzwoniła do Alison, ale ta nadal nie odbierała. Charlotte, jej współlokatorka, powiedziała, że Alison nigdy nie wyłącza komórki, bo się boi, że przegapi jakąś rozmowę. Czy w czasie jazdy miała telefon przyklejony do ucha? Czy to możliwe, że koncentrowała się na rozmowie, a nie na drodze, i uderzyła w drzewo? Ale Gloria musiałaby widzieć wypadek, przecież jechała za nią. Może Alison wybrała inną trasę. W takim razie Gloria o niczym by nie wiedziała i... Z rozmyślań wyrwała ją Suzanne, która zwróciła się do Glorii:
– Może odwiozę dziewczynki do domu? Mam wielki samochód, zmieszczą się wszystkie, Randi też. – Randi była córką Glorii.
Gloria spojrzała na zegarek i przytaknęła:
– Byłoby świetnie. Nie ma sensu, żebyśmy wszystkie tu czekały.
Suzanne przytuliła Janine.
– Jestem pewna, że nic się nie stało – powiedziała. – To po prostu jedno z tych zwariowanych nieporozumień. Zobaczysz.
– Mam taką nadzieję. – Janine próbowała się uśmiechnąć.
Oparta o vana patrzyła, jak Gloria i Suzanne pomagają dziewczynkom załadować plecaki i śpiwory. Pewnie powinna się do nich przyłączyć, ale nie była w stanie się poruszyć, oszołomiona widokiem tych wszystkich zdrowych, opalonych rąk i nóg. Na drugim końcu parkingu wybuchła kakofonia gwizdów i oklasków; Janine odwróciła się i zobaczyła wyjeżdżający na Beulah Road samochód z serpentynami powiewającymi z tylnego zderzaka. Pogrążona w niepokoju, dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to para młoda opuszcza przyjęcie.
Gloria podeszła do niej, spoglądając na zegarek.
– Myślę, że powinnyśmy zawiadomić policję – powiedziała. – Musimy się upewnić, że nie doszło do wypadku.
– Tak – zgodziła się Janine. Pomyślała, że powinny były zadzwonić na policję godzinę temu.
I znowu słuchała, jak Gloria spokojnie opisuje problem, używając określeń o wiele za łagodnych. Miała ochotę wyrwać jej komórkę, żeby przedstawić swój pogląd na sytuację, ale tylko zaciskała dłonie na swoim telefonie.
– Przyślą kogoś, żeby z nami porozmawiał – poinformowała Gloria. – Ale mam nadzieję, że kiedy ten ktoś się pojawi, nie będzie już potrzebny. – Spojrzała w kierunku Beulah Road, jakby liczyła, że zobaczy niebieską hondę.
– Nie mogę w to uwierzyć – odezwała się Janine. – Raz pozwoliłam jej wyjechać samej i teraz... Kto wie, gdzie ona jest?
Gloria objęła ją łagodnie.
– Jestem pewna, że wszystko z nią w porządku. A Sophie cudownie się bawiła, Janine. Tak się cieszyłam, że w końcu mogła spędzić czas z resztą zastępu. Wciąż myślę o tym, jak dobrze wygląda.
– Wiem – odparła Janine – ale nadal musi być ostrożna. Musi pilnować ilości przyjmowanych płynów i...
– …diety – skończyła za nią Gloria. – Bardzo uważałyśmy, Janine. Nie spuszczałyśmy z niej oka. Ale Sophie wie, że sama musi o siebie zadbać. Bardzo dużo wie o swojej chorobie.
– To prawda – przyznała Janine. – Tylko że sprawa bardziej się skomplikowała ze względu na eksperyment, w którym bierze udział. Jej potrzeby dotyczące płynów ciągle się zmieniają.
– Powiedziała mi o herbalinie.
– A co mówiła? – spytała zaciekawiona Janine.
– Na początku jej nie znosiła. Zastrzyk był bolesny i w ogóle. Ale teraz wie, że dzięki temu czuje się o wiele lepiej. I wieczorami ma więcej swobody, bo nie musi leżeć przypięta do maszyny.
– Rzeczywiście. – Janine pamiętała, jak Sophie płakała, kiedy igła po raz pierwszy przebiła jej żyłę. Ale przez ostatnie dwa, trzy tygodnie była bardzo dzielna i sama podsuwała rękę doktorowi Schaeferowi. Janine zawdzięczała to Lucasowi i jego drzewu odwagi.
– To ją wyleczy czy tylko złagodzi objawy?
Janine westchnęła.
– Zależy, kogo pytasz. Lekarz prowadzący eksperyment jest przekonany, że herbalina ją wyleczy, natomiast nefrolog uważa, że tylko odwleka nieuniknione, i to na krótko. – Odwróciła spojrzenie od Glorii na drogę, bo w oczach znowu zapiekły ją łzy.
Gloria ścisnęła Janine za ramiona.
– Nawet jeśli tak istotnie jest, to przynajmniej na razie Sophie może cieszyć się życiem.
– Uważam tak samo – powiedziała Janine, choć nie była to prawda. Głęboko na dnie serca nie potrafiła zaakceptować chwilowej poprawy. Pragnęła, by Sophie miała szansę na normalne życie – tak jak córka Glorii.
– Jest taka wrażliwa – ciągnęła Gloria. – Nie zrozum mnie źle – dodała pośpiesznie. – Nie chodzi o to, że jest przewrażliwiona na punkcie tego, co inni jej mówią, nic w tym rodzaju. Ale zwraca wielką uwagę na potrzeby innych. W pierwszą noc Brianna tęskniła za domem i Sophie opowiadała jej kawały, żeby przestała o tym myśleć.
– Moja dziewczynka. – Janine uśmiechnęła się. Sophie zawsze ze współczuciem opowiadała o innych dzieciach leżących w szpitalu. Było jej przykro, że są chore, jakby nie uświadamiała sobie, że przecież sama także należy do tego grona.
– Powiedziała, że martwi się o ciebie.
– O mnie? – zapytała Janine.
– Bo bez niej będziesz samotna.
Janine pokręciła głową, przyciskając pięść do ust.
– Nie chcę, żeby się o mnie martwiła. – Wiedziała jednak, że Sophie ciągle się martwi. Wielokrotnie Janine stała na szpitalnym korytarzu i z ukrycia zerkała do sali córki. Blada, piegowata buzia mogła być wykrzywiona bólem i cierpieniem, ale momentalnie pojawiał się na niej brawurowy uśmiech, kiedy Sophie uświadamiała sobie obecność matki. A jak jest teraz? Gdziekolwiek Sophie się znajduje, z całą pewnością wie, że Janine się o nią martwi, i to będzie ją niepokoić. Sophie zawsze brała na siebie zbyt wielką odpowiedzialność za uczucia innych.
Na parking wjechał wóz policyjny. Zahamował koło vana Glorii, a kiedy ze środka wysiadł funkcjonariusz, Janine poczuła, jak cała jej nadzieja koncentruje się na nim. Ale sam był bardzo młody; widziała jego spieczony od słońca nos i niezgrabne ruchy, jakby nieoczekiwanie znalazł się w mundurze ojca i nie bardzo wiedział, jak go nosić.
– Panie czekają na spóźnione skautki?
– Tak – odparła Gloria.
Janine wstrząsnęła bezduszność policjanta. Spóźnione skautki. Ale pewnie sama jest przesadnie wrażliwa.
– Miały przyjechać o trzeciej. – Gloria opowiedziała mu o powrocie z biwaku i podała nazwiska Alison i dwóch dziewczynek, a policjant wolno i starannie drukowanymi literami zapisywał informacje w małym notesie.
– Jest pani pewna, że koleżanka pojechała tą samą trasą co pani? – zapytał.
– Tak przypuszczam. W tamtą stronę jechałyśmy razem. Sądzę, że wracała tak samo.
– Ale nie wie pani na pewno.
– Nie.
– Zauważyła pani coś niezwykłego w drodze powrotnej? Jakąś budowę albo imprezę przy drodze, na przykład targ, na który mogłyby mieć ochotę wstąpić?
– Nie, ale w gruncie rzeczy się nie rozglądałam.
Młody człowiek studiował zapiski w notatniku, jakby nie był pewien, jak je rozumieć.
– Dobrze, na początek niech wszyscy tu przyjadą. Współlokatorka opiekunki, pani mąż. – Głową wskazał Janine, której przeszło przez myśl, żeby go poprawić, ale uznała, że nie ma większego sensu robić tego akurat teraz. – A także rodzice drugiej dziewczynki – ciągnął policjant. – Zadzwonię do szefa, sprawdzi u dyspozytorów wzdłuż trasy, czy zgłaszano wypadki. Niestety, tylko niewielka część należy do hrabstwa Fairfax, więc musimy skoordynować działania z innymi posterunkami, znajdującymi się przy drodze na biwak. Niedawno nastąpiła zmiana zespołów, więc dyspozytorzy mogą nie wiedzieć o wypadkach, które się zdarzyły na wcześniejszym dyżurze. – Stukając długopisem w podbródek, wpatrywał się w notatnik. Janine zaczęła się irytować.
– Ale przecież muszą mieć te wypadki w rejestrze, prawda?
– Och, jasne. Myślałem głośno. Nie powinienem był.
Uśmiechnął się i Janine odwróciła głowę. Jest zbyt młody, żeby mieć własne dzieci, pomyślała. Nie ma zielonego pojęcia, co się wtedy czuje. Nagle zadzwoniła komórka Glorii.
Gloria szybko odebrała. Kiedy się okazało, że dzwoni matka Holly, Janine miała ochotę głośno krzyknąć z rozczarowania.
– Właśnie – mówiła Gloria do telefonu. – Holly jedzie samochodem z Alison i drugą skautką, Sophie Donohue. Jeszcze ich nie ma. Jestem pewna, że nic się nie stało, ale na wszelki wypadek zawiadomiłyśmy policję... tak, powinnaś przyjechać. Policja chce, żeby wszyscy tu
byli.
Jakimś sposobem świadomość, że policja chce, by wszyscy zainteresowani zebrali się w Meadowlark Gardens, przydała powagi sytuacji.
– Zadzwonię do byłego męża – powiedziała Janine, wybierając numer.
Joe nie odebrał, usłyszała tylko nagraną wiadomość, że w tej chwili nie może podejść do telefonu.
Kolejna wyłączona komórka, pomyślała Janine. W wypadku Joego miała jednak rozsądne podstawy przypuszczać, że wie, gdzie go znajdzie... i kto z nim będzie.

Rozdział 3.

Joe nigdy nie widział, żeby Paula tak zażarcie walczyła na korcie. Skoczył, by odebrać jej serw, ale chybił i w dodatku potknął się o własne stopy.
Wygląda na to, że Paula wychodzi z żałoby. Półtora miesiąca temu pojechał z nią na Florydę na pogrzeb matki, zamieszkał w jej rodzinnym domu i próbował ją pocieszać, kiedy wydawała się niepocieszona. Poza matką nie miała innych krewnych i po jej śmierci bardzo cierpiała, dopiero teraz ból zaczynał łagodnieć. Ten rodzaj cierpienia Joe znał i rozumiał aż za dobrze.
A może Paula wydawała się dzisiaj bardziej agresywna, ponieważ on sercem nie przebywał na korcie w Reston, ale w Ayr Creek, gdzie Sophie podniecona będzie paplała o biwaku. Chciał usłyszeć wszystkie szczegóły. Pomimo tego, że gorąco sprzeciwiał się wyjazdowi córki, miał nadzieję, że cudownie i zdrowo spędziła czas. Wcale nie pragnął, by jego zastrzeżenia okazały się słuszne.
Paula z okrzykiem posłała ostatnią piłkę za daleko, by mógł ją odebrać. Nawet nie próbował. Pochylił się, opierając dłonie na kolanach i usiłując złapać oddech po szalonych przebieżkach, które mu zafundowała.
– Gratulacje! – zawołał. Po raz pierwszy pokonała go tak zdecydowanie. Wyprostował się, podszedł do siatki i uścisnął jej dłoń.
– Marne zwycięstwo – powiedziała Paula, wyciągając spinkę z czarnych włosów, które spadły jej na ramiona. Odgarnęła zabłąkane pasma z twarzy.
– Dlaczego tak mówisz? – zapytał, gdy szli wzdłuż siatki w stronę ławek.
– Bo w ogóle nie zwracałeś uwagi na grę.
– No wiesz, może istotnie byłem trochę roztargniony, ale ty słusznie i bezapelacyjnie wygrałaś.
Paula usiadła na ławce, wycierając twarz ręcznikiem.
– Wciąż się niepokoisz o Sophie, prawda?
– Nie powiedziałbym, że się niepokoję. – Joe wsunął rakietę do futerału. – Gdyby na biwaku stało się coś złego, już byśmy wiedzieli. Jestem bardzo ciekaw, jak sobie poradziła. Po raz pierwszy w życiu brała w czymś takim udział.
– Po raz pierwszy w życiu mogła to zrobić – przypomniała mu Paula i Joe wiedział, o czym myśli.
– Racja. – Usiadł i upił wielki łyk wody z butelki.
– Ale ty wciąż nie chcesz przyznać, że powodem zmiany jest ta ziołowa terapia.
– Och, jestem skłonny się zgodzić, że to możliwe, ale wszyscy mówią – to znaczy wszyscy oprócz lekarza prowadzącego eksperyment...
– Schaefera – przerwała mu. – I wiem, do czego zmierzasz. Wszyscy myślą, że poprawa jest chwilowa.
Podejrzewał, że zaczyna brzmieć jak zepsuta płyta.
– Właśnie. Więc komu wierzyć? Ten rodzaj choroby nerek jest znany od dawna, najlepsi badacze studiują ją pod każdym możliwym kątem. Mam wierzyć im czy jakiemuś lekarzowi medycyny alternatywnej, który pojawia się znikąd ze swoim workiem ziół?
– Ale ona o wiele lepiej się czuje – argumentowała Paula.
– Zgadzam się, że po tych kroplówkach czuje się lepiej. Ale to nie znaczy, że jej stan się poprawia.
– Pojedziesz dzisiaj wieczorem do Ayr Creek, żeby się z nią zobaczyć?
– Tak. Chcesz jechać ze mną?
Paula potaknęła.
– Jeśli ci to nie przeszkadza. Chyba że chcesz być tylko z Sophie i Janine.
Doceniał jej takt, ale wiedział też, jak bardzo zależy jej na Sophie.
– Nie, chciałbym, żebyś...
Oboje odwrócili się w kierunku małego parkingu, skąd dobiegł trzask zamykanych pośpiesznie samochodowych drzwi. Kort otaczały drzewa, więc Joe wstał, starając się dojrzeć coś przez gałęzie. Przez parking biegła kobieta.
Zmarszczył czoło.
– To chyba Janine.
– Joe! – krzyknęła kobieta, otwierając furtkę, i teraz widział ją wyraźnie – na tyle wyraźnie, by dostrzec przerażenie na jej twarzy.
Zastygł. Sophie. Stało się coś złego. Paula także wstała i mocno chwyciła go za rękę.
– Co się stało? – zapytał, odzyskując głos i robiąc krok w stronę Janine. – Z Sophie wszystko w porządku?
Janine spojrzała na Paulę, potem na Joe.
– Nie wróciła z obozu – powiedziała zadyszana. – Jedzie z inną dziewczynką i jedną z instruktorek. Czekałam na nią w Meadowlark Gardens, ale jeszcze jej nie ma.
– O której miała wrócić? – zapytał Joe.
– O trzeciej.
Spojrzał na zegarek: było wpół do siódmej.
– Spóźnia się o trzy i pół godziny?
– Tak.
– Musimy wezwać policję i...
– Policja już wie – przerwała mu Janine. Kosmyki jasnych włosów przykleiły się jej do spoconego czoła. – Chcą, żeby wszyscy pojechali do Meadowlark Gardens. Postarają się ustalić, co się wydarzyło.
– Cholera jasna! – Joe uderzył dłonią w płot i dostrzegł, jak Janine się wzdryga. – Wiedziałem, że nie powinna jechać na ten biwak!
Paula położyła mu dłoń na ramieniu.
– Nie teraz, Joe – powiedziała cicho, po czym zwróciła się do Janine: – Pojedziemy za tobą. W którym miejscu parkingu mamy się spotkać?
– W pobliżu Beulah Road – odparła Janine. Odwróciła się i pobiegła do furtki. – Zobaczycie białego vana opiekunki.
Z rakietami przyciśniętymi do piersi Joe i Paula pobiegli za nią.
– Może Sophie już będzie na miejscu, kiedy tam dojedziemy – powiedziała Paula, wsiadając do samochodu Joego. Zawsze taka była: racjonalna i optymistyczna. Od czterech lat pracowała razem z Joem w firmie księgowej, była jego najbliższą przyjaciółką. Czasami nie wiedział, jak bez niej zdołałby zachować zdrowe zmysły. Ale teraz nawet Paula nie potrafiła uspokoić jego gniewu.
Obiema pięściami bił w kierownicę.
– Powinienem był pozwać Janine do sądu z powodu tego idiotycznego eksperymentu – mruknął. – W żadnym razie nie powinienem się zgodzić, żeby moja córka została królikiem doświadczalnym.
– Eksperyment nie ma nic wspólnego z późnym powrotem Sophie z...
– Ależ wręcz przeciwnie – warknął. – Gdyby nie czuła się lepiej, nie pojechałaby na biwak.
– To bez sensu, Joey – powiedziała Paula spokojnie. – Naprawdę nie cieszysz się z poprawy jej stanu?
– Choroba wciąż jest, Paulo. Wciąż szaleje. Zabija ją.
Paula umilkła. W ostatnich tygodniach głównie o to się kłócili i Joe wiedział, że Paulę ta dyskusja zmęczyła.
Przez ostatnie trzy lata Sophię leczyli wszyscy sławni lekarze. Kiedy Janine powiedziała mu, że zamierza zgłosić Sophie na eksperyment medycyny alternatywnej, poprosił ich, żeby odwiedli ją od tego zamiaru. Jeden bez ogródek oznajmił, że Sophie i tak umrze, więc nie ma większego znaczenia, jakiego rodzaju terapii się podda. Inni jednak poświęcili wiele godzin na rozmowy z Janine, osobiście lub telefonicznie, ale nie zdołali jej przekonać, by nie robiła z córki królika doświadczalnego, który łyka wężowy olej Schaefera.
Joe spotkał się z Schaeferem, bo chciał dokładnie zrozumieć, na czym według lekarza polega działanie herbaliny. Schaefer był drobnym mężczyzną o wyglądzie nieśmiałego naukowca, niezdolnym do spojrzenia rozmówcy w oczy, i ta wizyta wcale nie zmniejszyła zastrzeżeń Joego. Lekarz mówił cicho, z wahaniem, powiedział jednak, że jest „prawie pewien”, że odkrył coś, co pomoże dzieciom takim jak Sophie. Tak odpowiadał na wszystkie pytania Joego. Powtarzał to jak katarynka.
Na początku kwietnia nefrolog prowadzący Sophie poinformował Janine o nowym badaniu w szpitalu im. Johnsa Hopkinsa. Joe błagał ją, by dała Sophie szansę, ale wydawała się wprost opętana projektem Schaefera. Nie chciała, żeby Sophie dłużej cierpiała, jeśli można jej stan poprawić, i znalazła nieoczekiwanego sojusznika. (…)