Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Śmierć w Dallas

Aktualności

24.11.2020

Spotkanie online z Katarzyną Puzyńską

We wtorek 24 listopada o godz. 18:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Śreżoga".

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

17.11.2020

Tomasz Białkowski gościem Afera Kryminalna

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Tomaszem Białkowskim, autorem książki "Spica".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Śmierć w Dallas

J.D. Robb

Rozdział 1.

Za malutkim oknem gabinetu szalała letnia burza, a porucznik Eve Dallas marzyła o jakimś morderstwie.
Sądząc po tym, co widziała przed sobą, uznała, że tylko porządne, krwawe zabójstwo mogło ją wybawić od żmudnej roboty papierkowej, bo dokumenty piętrzyły się niczym Alpy na jej biurku w komendzie głównej. Niewątpliwe mogła mieć pretensje wyłącznie do siebie, ale była zbyt zaabsorbowana prowadzeniem kolejnych śledztw i zamykaniem spraw, żeby zajmować się preliminarzami wydatków, zestawieniami poniesionych kosztów i przeklętymi kartami ocen pracowników.
Tłumaczenie sobie, że to należy do jej obowiązków, niewiele pomagało, kiedy trzeba się było z tym uporać hurtem. Dlatego zamknęła się w gabinecie, zadbawszy żeby nie zabrakło jej kawy, i myślała, dlaczego ktoś kogoś nie zabije, by ją uwolnić od tego koszmaru.
Wcale za tym nie tęskni, zbeształa samą siebie. A przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Lecz skoro ludzie i tak stale się nawzajem zabijają, czemu nie mieliby tego zrobić właśnie teraz?
Wpatrywała się w liczby na monitorze komputera, aż rozbolały ją oczy. Klęła, dąsała się, wściekała, a potem się zmobilizowała i tak długo ograniczała i wykreślała poszczególne pozycje w budżecie, tak długo żonglowała liczbami, aż dopasowała skąpe fundusze wydziału do potrzeb swojej jednostki.
Prowadzimy śledztwa w sprawie morderstw, pomyślała z goryczą. Wydział zabójstw nie żywi się jedynie krwią.
Kiedy się z tym uporała, przeszła do zestawień poniesionych wydatków, przedstawionych przez jej podwładnych.
Czy Baxter naprawdę wierzył, że Eve się podpisze pod rachunkiem na trzysta siedemdziesiąt pięć dolarów za buty, ponieważ zniszczył obuwie, biegnąc po rynsztoku za podejrzanym? I dlaczego, do jasnej cholery, Reineke zapłacił dwa razy więcej niż zwykle ulicznej licencjonowanej prostytutce za informacje?
Zrobiła sobie przerwę, zaparzyła świeżą kawę i przez kilka minut patrzyła na burzę szalejącą za oknem. Przynajmniej nie podróżuje jednym z miotanych wiatrem tramwajów powietrznych ani nie toruje sobie drogi między pojazdami, sunącymi mokrymi ulicami. Bo mogła moknąć na deszczu albo gotować się podczas upałów tego lata dwa tysiące sześćdziesiątego roku w Nowym Jorku.
Bumeluję, pomyślała zniesmaczona i zmusiła się do zajęcia miejsca za biurkiem. Obiecała sobie, że upora się z tym przed popołudniową uroczystością. Razem ze swoją partnerką miały otrzymać medale. Peabody bardziej na niego zasłużyła, pomyślała Eve, bo głównie dzięki niej aresztowano grupę skorumpowanych gliniarzy.
Jeśli praca papierkowa stanowiła minus obowiązków szefa, ich plusem była możliwość przedstawienia Peabody do medalu „Za wyjątkową postawę w wypełnianiu obowiązków policjanta”. Musi się jedynie uporać z tą robotą głupiego, a potem z czystym umysłem i bez wyrzutów sumienia będzie się mogła rozkoszować przyjemną stroną swojej pracy.
Żałowała, że nie ma nic słodkiego, ale jeszcze nie wymyśliła nowej kryjówki, by udaremnić niecne działania nikczemnego złodzieja słodyczy. Żałowała, że nie może zwalić części tych obowiązków na barki Peabody, jak to robiła, kiedy Delia była jeszcze jej asystentką, a nie partnerką.
Ale tamte czasy minęły.
Znów się migam, pomyślała i przesunęła palcami po krótkich, lekko wzburzonych, brązowych włosach.
Przebrnęła przez zestawienia wydatków i przekazała je wyżej. To teraz nie jej zmartwienie, doszła do wniosku, niemal przekonana o słuszności swojego postępowania. I właściwie gdzie jest napisane, że właśnie teraz musi przystąpić do sporządzania ocen pracowników?
– Zadanie ukończone. Zamknąć pliki.

Nie mogę wykonać polecenia – odpowiedział komputer.

– Skończyłam pracę.

Nieprecyzyjne oświadczenie. Zgodnie z wcześniejszym poleceniem przed zamknięciem systemu należy zakończyć wszystkie wymienione raporty i oceny. To polecenie porucznik Eve Dallas może zmienić tylko ona sama w przypadku pożaru, ataku terrorystycznego, najazdu kosmitów albo śledztwa, wymagającego jej uwagi...

Jezu, naprawdę zaprogramowała coś takiego?
– Zmieniłam zdanie.

Zgodnie z wcześniejszym poleceniem, zmiana zdania, zmęczenie, znudzenie i inne kiepskie wymówki nie mogą stanowić podstawy do...

– Ugryź mnie – mruknęła Eve.

Nie mogę wykonać...

– Dobrze już, dobrze. Komputer, wyświetlić w porządku alfabetycznym poprzednie oceny pracy wszystkich podlegających mi funkcjonariuszy.
Znów wzięła się do roboty. Wprowadziła to przeklęte polecenie, żeby się zdyscyplinować... I ponieważ każdy z jej podwładnych zasługiwał, by poświęcić mu czas i uwagę, jakich wymaga rzetelna i sprawiedliwa ocena pracy.
Uporała się z Baxterem, dwójką Carmichaelów i właśnie się brała do Jenkinsona, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
– Czego? – Spojrzała gniewnie na Peabody, gdy jej partnerka je otworzyła. – Czy chodzi o najazd kosmitów?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Przyszedł do nas jakiś facet. Jest bardzo roztrzęsiony. Twierdzi, że może rozmawiać tylko z tobą. Mówi, że to sprawa życia i śmierci.
– Naprawdę? – Eve się ożywiła. – Komputer, odwołuję polecenie w związku ze sprawą życia i śmierci. Zapisać zmiany w plikach.

Konieczne potwierdzenie...

– Peabody, powiedz tej przeklętej maszynie, że ktoś wymaga mojej uwagi i to kwestia życia i śmierci.
– Ach. Komputer, detektyw Delia Peabody musi się skonsultować z panią porucznik w pilnej sprawie.

Potwierdzenie zaakceptowane. Zapisuję dane. Nie wyłączam się...

Poirytowana Eve uderzyła komputer dłonią.
– To oburzające, kiedy własny komputer nie wierzy ci na słowo.
– Wydałaś takie polecenie, żeby się nie móc wymigać od pracy papierkowej.
– Mimo wszystko. Przyślij tu tego nieszczęśnika ze sprawą życia i śmierci.
Wszedł pospiesznie, potykając się. Oceniła, że niewiele mu brakuje do trzydziestki. Był chudy, na głowie miał brudne, splątane dredy, w wardze srebrny kolczyk. Ubrany był w workowate, czerwone szorty, żelowe klapki i wyświechtaną, białą obcisłą podkoszulkę, odsłaniającą wytatuowane ramiona. Po chudej, bladej twarzy ściekał mu pot.
– Pani porucznik Eve Dallas z wydziału zabójstw nowojorskiej policji?
– We własnej osobie. Co, u...
Przybyły zalał się łzami. Płakał głośno i łkał.
– Powiedział... Powiedział... Że mogę rozmawiać tylko z panią. Że muszę zgłosić się do pani. Ma ją... Ma Julie. Zabije ją, jeśli nie wrócę tam z panią. Powiedział, że daje mi godzinę. Pół godziny zajęło mi dotarcie tutaj.
Słowa zlewały się ze sobą, przerywane łkaniem. Eve wstała z fotela i lekko pchnęła mężczyznę, aby usiadł.
– Proszę przestać się mazać i wziąć się w garść. Jak się pan nazywa?
– Tray. Tray Schuster.
– A kim jest tamten?
– Nie wiem. Pojawił się u mnie... U nas. Julie wprowadziła się w zeszłym tygodniu. Zobaczyliśmy go, jak się obudziliśmy. Związał nas. Zjadł śniadanie i... Nieważne. Musi pani ze mną pojechać, inaczej ją zabije. Och, zapomniałbym. Miałem powiedzieć: „Gong przed drugą rundą”. Jest uzbrojony w nóż. Poderżnie jej gardło. Powiedział, że ją zabije, jeśli pani się nie zjawi, albo jak zwrócę się do kogoś innego.
– Gdzie?
– U mnie. Znaczy się, u nas.
– Gdzie pan mieszka, Tray?
– Ulica Murray dwieście pięćdziesiąt osiem.
Przypomniała sobie ten adres i poczuła, jak ściska jej się żołądek.
– Mieszkania trzysta trzy?
– Tak. – Otarł twarz. – Skąd pani...
– Proszę tu zaczekać, Tray.
– Ale...
– Proszę zaczekać.
Weszła zamaszystym krokiem do sali ogólnej.
– Peabody. – Spojrzała na swoich ludzi, siedzących za biurkami. – Baxter, Trueheart, Carmichael, Sanchez, przerwijcie to, co robicie, i wskakujcie w garniaki. Podejrzany Isaac McQueen, ma zakładniczkę. Ulica Murray dwieście pięćdziesiąt osiem mieszkania trzysta trzy. Ten człowiek jest uzbrojony i bardzo niebezpieczny. Więcej szczegółów otrzymacie po drodze, bo podejrzany wyznaczył czas na naszą reakcję. Carmichael, Sanchez, idźcie do mojego gabinetu po świadka. Niech siedzi zamknięty w waszym wozie. Peabody, ze mną. Nie ma chwili do stracenia!
– Isaac McQueen? – Peabody starała się dotrzymać kroku długonogiej Eve. – Kolekcjoner? Siedzi w więzieniu Rikers. Dostał dożywocie.
– Sprawdź to. Albo uciekł, albo ktoś go naśladuje. To było jego mieszkanie. Tam trzymał...
Wszystkie te młode dziewczyny. Tyle młodych dziewczyn.
– Ma przyjaciółkę tego gościa – ciągnęła Eve, przeciskając się do windy. – Kazał mu zgłosić się do mnie. Aresztowałam McQueena właśnie w tamtym mieszkaniu.
– Nie ogłoszono alarmu ani nie poinformowano... Zaczekaj. – Peabody utkwiła wzrok w ekranie palmtopa. – Zakamuflowali wewnętrzny alert. Nawet nie powiadomili dowództwa. McQueen uciekł wczoraj. Zabił jednego z felczerów w izbie chorych i udało mu się wyjść w jego ubraniu i z jego dokumentem tożsamości. – Peabody uniosła głowę znad palmtopa. – Po prostu wyszedł.
– Postaramy się, żeby tam wrócił. – Przebiegła przez garaż do swojego wozu. – Powiadom komendanta Whitneya. Może przystąpić do przywoływania do porządku administrację więzienia. Nie zabił jej – mruknęła Eve, wyjeżdżając z podziemnego garażu. – McQueen nie uciekł, żeby poderżnąć gardło jakiejś kobiecie. Jest inteligentny, zorganizowany, działa według planu. I wie, czego chce. Nie zabija swoich ofiar, chyba że się załamią albo go rozczarują. Kolekcjonuje je. Poza tym ta Julie jest za stara jak na jego gust.
Peabody skończyła pisać wiadomość do komendanta i spojrzała na Eve.
– Ma być przynętą.
– Tak, chociaż to pozbawione sensu. McQueen z powrotem trafi do pierdla.
Pozbawione sensu, znów pomyślała Eve, niemniej jednak poleciła Peabody, żeby poprosiła o wsparcie mundurowych.
Posłużyła się zegarkiem, który dostała od męża, włączyła wmontowany w tarczę komunikator.
– Carmichael, chcę, żebyś razem z Sanchezem pilnowała tyłów budynku. Mundurowi, stanowiący wsparcie, już są w drodze. Baxter, ty i Trueheart wejdziecie ze mną i Peabody. Macie włożyć kamizelki kuloodporne. Spodziewa się nas.
Pokręciła głową, przeciskając się między dwiema taksówkami.
– Nie będzie go tam. Wykluczone, żeby dał się złapać w pułapkę. Wie, że przyjadę, i że nie będę sama.
– Może chce, żebyś tak myślała, i właśnie na tym polega pułapka.
– Wkrótce się przekonamy.
Przyjrzała się budynkowi, jednemu z tych przeogromnych gmachów, które przetrwały wojny miejskie i później zostały zaadaptowane do celów mieszkalnych. Pamiętał lepsze czasy, okres jego świetności minął sto lat temu, ale elewacja z wypłowiałego, różowego piaskowca i ozdobne kraty w oknach całkiem nieźle się prezentowały.
Główne wejście wychodziło bezpośrednio na ulicę i miało jedynie podstawowe zabezpieczenia. Dzielnica robotnicza, pomyślała Eve, tak jak za czasów, kiedy mieszkał tu McQueen. Większość lokatorów wracała do domu pod koniec dnia, zasiadała z puszką piwa przed telewizorem i zajmowała się własnymi sprawami.
Dlatego McQueen mógł robić swoje przez prawie trzy lata. I zostawił niezatarte piętno na psychice dwudziestu sześciu dziewcząt w wieku od dwunastu do piętnastu lat.
– Żaluzje w oknach są spuszczone – powiedziała Eve. – Jeśli tam jest, wie, że stawiliśmy się na jego wezwanie. W więzieniu nawiązał nowe kontakty, przyjaźnie. Jest czarujący, sympatyczny, szczwany. Możliwe, że dorwał coś o większym zasięgu rażenia niż nóż. Musimy zachować ostrożność i działać szybko.
Sprawdziła, co u Carmichael, a następnie dała rozkaz rozpoczęcia akcji.
Odpędzając wspomnienia, wyciągnęła broń i zaczęła wchodzić po schodach. Zaschło jej w gardle, ale umysł miała chłodny.
– Pozwól mi sprawdzić drzwi. – Peabody wyciągnęła swojego palmtopa. – Mógł je zablokować.
– Pierwszy jest pokój dzienny, w głębi kuchnia, na prawo aneks jadalny. Dwie sypialnie, jedna z prawej, jedna z lewej. Ta z prawej z łazienką. Na lewo od kuchni druga, mniejsza łazienka. To spory lokal, około czterdziestu pięciu metrów kwadratowych.
– Droga wolna – poinformowała ją Peabody.
– Baxter, zajmij się pomieszczeniami w głębi. Trueheart i Peabody na lewo. Ja idę na prawo. – Skinęła głową Trueheartowi, trzymającemu taran. Odliczyła do trzech, odginając palce.
Drzwi spadły z zawiasów, zamki puściły. Eve pochyliła się i szybko wkroczyła do środka, skupiając się na tym, co jest teraz, a nie, co było kiedyś. Usłyszała tupot nóg, kiedy jej ludzie wpadli do mieszkania.
Pchnęła drzwi do sypialni i omiotła ją bronią. Zobaczyła jakąś postać na łóżku, ale nie przerwała sprawdzania z lewej, z prawej strony, a potem garderoby, łazienki, aż usłyszała, jak ktoś z jej ekipy zawołał:
– Nie ma nikogo!
– Do mnie! – krzyknęła Eve i podeszła do łóżka. – Wszystko w porządku. Nic pani nie grozi. Jesteśmy z policji.
Wyciągnęła knebel z zakrwawionych, spuchniętych ust kobiety. Ofiara wydawała jedynie niezrozumiałe jęki i coś szeptała.
Rozebrał ją do naga. Pod tym względem nie zmienił swojego sposobu postępowania. Nim Eve zdążyła wydać rozkaz, Trueheart, z którego młodej, urodziwej twarzy biło współczucie, podniósł z podłogi cienką narzutę, by okryć dygoczącą kobietę.
– Teraz już nic pani nie grozi – powiedział łagodnie. – Jest pani bezpieczna.
– Okaleczył mnie. I pobił.
Peabody podeszła do niej i zdjęła z haka w ścianie skręcone prześcieradło, którym McQueen związał ręce swej ofierze.
– Już nic pani nie zrobi. – Usiadła i przytuliła Julie, pozwalając jej się wypłakać.
– Przysięgał, że nic mi nie grozi, jeśli Tray zrobi to, co mu kazał. Ale nie dotrzymał słowa. Zgwałcił mnie i pobił. I zostawił jeszcze to.
Eve zobaczyła to już wcześniej: krwistoczerwony tatuaż na lewej piersi Julie. Liczbę „27” w samym środku serca.


– Ambulans już w drodze – poinformował Baxter. Odwrócił się trochę od kobiety szlochającej w ramionach Peabody i dodał cicho: – Już zadbali, by jej zapewnić pomoc psychologa. Chcesz, żebym wezwał techników, aby zabezpieczyli ślady?
To i tak nic nie da, pomyślała Eve. Nie zostawił nic, czego nie chciał zostawić. Ale skinęła głową.
– Poinformujcie jej chłopaka, że jest bezpieczna. Może z nią jechać do szpitala. Baxter, proszę, wyjdź stąd i zabierz Truehearta. Peabody, przynieś ubranie dla ofiary. Jeszcze nie może go pani włożyć. – Stała w nogach łóżka, czekając, aż Julie na nią spojrzy. – Najpierw muszą panią zbadać, a my musimy zadać pani kilka pytań. Wiem, że to niełatwe. Musi pani wiedzieć, że Tray zrobił wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby ściągnąć mnie tu jak najszybciej.
– Nie chciał mnie tu z nim zostawić. Błagał, żebym to ja mogła pojechać zamiast niego. Nie chciał mnie tu z nim zostawić.
– Wiem. Sprawca nazywa się Isaac McQueen. Powiedział pani coś, Julie. Coś, co chciał, żeby mi pani powtórzyła.
– Powiedział, że nie jestem odpowiednia, nie jestem... Świeża, ale zrobi wyjątek. Nie mogłam go powstrzymać. Związał mnie. – Wciąż dygocząc, wyciągnęła ręce, żeby pokazać świeże otarcia na przegubach. – Nie mogłam go powstrzymać.
– Wiem. Julie, jestem porucznik Eve Dallas. Co Isaac kazał pani mi powtórzyć?
– Dallas? Pani nazywa się Dallas?
– Tak. Co kazał pani mi powtórzyć?
– Powiedział, abym pani powtórzyła, że wszystko zawdzięcza pani jemu. Nadeszła pora, by mu pani zapłaciła. Chcę do mamy. – Ukryła twarz w dłoniach. – Chcę do mamy.
(…)