Strona główna / Biografie, wspomnienia / Pszczoła, Bach i skrzypce

Aktualności

18.09.2019

Spotkanie z Katarzyną Puzyńską w Warszawie

W czwartek 10 października o godz. 18.00 zapraszamy do Empiku w Warszawie (ul. Marszałkowska 116/122) na przedpremierowe spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Pokrzyk".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Pszczoła, Bach i skrzypce

Wacław Krupiński, Zbigniew Wodecki

Rozdział 12. „PÓŁ NA PÓŁ” czyli SHOW I BIZNES

Twoje opinie o show-biznesie, naszym, rodzimym, są jakże prawdziwe, niemniej wiele twoich koleżanek i kolegów tak wprost by ich nie wygłosiło.
Mogę sobie na to pozwolić. Mnie już nic nie zaszkodzi. Dlatego staram się we wszystkich wypowiedziach być względnie szczery. To wielki komfort. Gdy się nie musi udawać, nie musi dobierać specjalnych słów, by kogoś nie urazić, czy skomplikowanych puent, by nie zabrzmieć jednoznacznie, by wszystkich zadowolić… Im bardziej jestem wkurzony, im trudniejszy interlokutor, tym łatwiej mi to przychodzi. Jak się wkurzę, jestem autentyczny. 

Teraz mi to mówisz? Szkoda że zauważyłem to dopiero, gdy przeczytałem ci opinię na temat Sonaty Belzebuba
Tak, powiedziałem to ostro i bez fałszywej skromności. Po tylu latach pracy wiem, co potrafię. 

Teraz takie czasy, że talent wcale nie jest najważniejszy.
Wiem coś i o tym. Przy okazji „Drogi do gwiazd” wszedłem do piwnicy w jakimś domu kultury, bodaj w Rybniku, gdzie siedziało paru gości obłożonych piwem i petami. Grali fantastycznie. Niejedna taka kapela mogłaby zrobić karierę – nie tylko w porównaniu z tymi lansowanymi w radiu. Słyszę nieraz redaktorów, jak nawijają przez pięć minut, sugerując, że za chwilę usłyszymy kogoś, kto będzie w muzyce rozrywkowej epokowym odkryciem, po czym puszczają nagranie i leci taki siuter, że uszy bolą. 

Radia są teraz sformatowane…

I stały się fabryką, serwującą – powtórzę się – dźwiękowe ksero… Na szczęście jednak ktoś przy rozumie pozostał i jest bardzo niewiele stacji, że wymienię RMF Classic, którym zależy na kulturze muzycznej odbiorców. Jedno tylko mnie denerwuje. Zdarza się, że szukając muzyki, słyszymy ciszę – i nagle olbrzymie fortissimo gasi nam papierosa oraz zmienia bieg w samochodzie. Cóż, duże różnice dynamiczne, które działają w sali koncertowej, niekoniecznie sprawdzają się w radiu. 

Ponoć George Harrison pytany, co to jest pop music, odpowiedział, że wszystko, co się dobrze sprzedaje. A sprzedaje się to, na co jest masowe zapotrzebowanie.

Niestety, jest bardzo wielu artystów, mówię to z całą świadomością, którzy śpiewają z tyłu za frontmanką czy frontmanem, choć słychać, że ta osoba z chórku nagrałaby wszystko lepiej od solisty. Ale to on się liczy, bo już się wylansował. Niekoniecznie z powodu talentu wokalnego. W jednym z odcinków „Tańca z gwiazdami” śpiewał „mały” Iglesias. Światowa gwiazda. Publiczność szalała. A za nim chórek – dwóch gości i dwie dziewczyny. Śpiewali tak, że to on powinien być w ich chórku, gdyby podołał, bo śpiewać chórki nie jest łatwo (może, cholera, potrafi, po nagraniach trudno powiedzieć). Ale to syn Iglesiasa. Cóż, takie to są obecne gwiazdy. A prawdziwi artyści to nierzadko twórcy offowi. 

Nie wiem, czy znasz płytę Krzysztofa Ścierańskiego Directions – rewelacja, światowy poziom. Ale ile osób o niej wie i po nią sięgnie, ile w ogóle zna Krzysztofa Ścierańskiego…
Krzychu kiedyś nie czytał nut, jak wielu w tej branży, choćby Paul McCartney. Żeby być dobrym, wcale nie trzeba być wykształconym muzykiem. Podobnie fakt, że ktoś ma słuch absolutny, nie znaczy, że będzie świetnym artystą. 

Andrzej Zaucha – wybitny talent, a przecież autodydakta…
Są tacy, którzy od razu pięknie harmonizują, i gdy brakuje jakiegoś składnika, wskakują natychmiast w wolne miejsce, nie wiedząc, tercja to czy kwinta, ale intuicyjnie czując lukę. I taki był Andrzej – łapał wszystko w ułamku sekundy. Pamiętam, jak wspólnie z Andrzejem i Hanią Banaszak płynęliśmy promem w czasie sztormu na Bałtyku. Siedzieliśmy sobie w barze – niemal pustym, bo wszyscy chorowali – i śpiewaliśmy na trzy głosy. Żal było kończyć. 

To jeden z tych, którzy dowodzili, że nie musimy mieć kompleksów przed światem…
Żadnych!!! Co najwyżej żal do losu, że niektórzy urodzili się w Kaliszu, Sochaczewie, Katowicach czy Warszawie, a nie w Nowym Jorku czy na prowincji stanu Ohio. Od lat podaję jeden przykład: Dzidka Sośnicka i Madonna. Obie śpiewały Don’t Cry for Me Argentina. Można porównać. I tylko głuchy nie usłyszy, że Madonna, delikatnie mówiąc, lekko odstaje. Mogłaby śpiewać u Dzidki w chórku. I to świetnie, jestem nawet o tym przekonany.
 
Niegdyś zostawali piosenkarzami ci, którzy umieli śpiewać.
Teraz także jest w Polsce bardzo wielu młodych zdolnych śpiewających. Nawet powiedziałbym, że stanowczo za dużo. Problem w tym, że nikt im nie uświadamia, że chcąc zrobić karierę i z tego żyć, muszą znaleźć sposób na siebie, jakiś pomysł, bo na razie jest to olbrzymia rzesza imitatorów – świetnych, muzykalnych, ale śpiewających covery. Albo jakieś podróbki. Wszyscy śpiewają głównie po angielsku. Przychodzi polski tekst i bywa, że czarodziejska bańka pęka. Brakuje im odrębności, oryginalności… A może i nie brakuje, tylko nikomu nie zależy, by tę indywidualność odkryć. 

O to, jak wiesz, najtrudniej. A przypomnij sobie; w czasach gdy sam zaczynałeś, czy jeszcze wcześniej, liczyły się głos, umiejętność, talent. Irena Santor, Ewa Bem czy Jerzy Połomski po prostu umieli śpiewać. Nikt nie oczekiwał, że będą mieć pomysł na siebie…
No, zmieniło się… Z jednej strony komercjalizacja i totalne zapatrzenie na rynek amerykański, z drugiej – brak edukacji muzycznej. Tylko jak zmusić decydentów, by chcieli pamiętać o potrzebie podnoszenia tego kraju z kulturalnej depresji? Tak zwana kultura wyższa, owszem, istnieje, ale coraz bardziej spychana jest na margines… Podobnie jak zaniechano upowszechniania kultury, bo nie ma pieniędzy na nauczanie muzyki, na sale prób, na chóry, nie mówiąc o orkiestrach. Skutki słychać i w kościele, i na stadionie. Czy my aby nie za bardzo narzekamy? 

Nie. Jedynie porównujemy. Mam wrażenie, że kiedyś w radiu czy w telewizji decydowali o rozrywce ludzie bardziej kompetentni. I nie myślę tylko o Szpilmanie… To Wojciech Młynarski wyraził opinię, że: „Telewizja z lat sześćdziesiątych tym się odróżniała od dzisiejszej, że wtedy pracowali tam inteligenci. To znaczy: mieli inteligentne pomysły, angażowali inteligentnych artystów po to, żeby inteligentna publiczność ich oglądała. I ten obieg funkcjonował. Audycje były może skromne od strony formy, ale bardzo bogate od strony pomysłów i treści”. Dziś Olga Lipińska w jednym ze swych felietonów mówi dobitnie: „Media podlizują się motłochowi. Kiepski musi rechotać”.
Ja i dziś spotykam w telewizji ludzi inteligentnych – mówię oczywiście o tych, którzy dzwonią do mnie z propozycjami. Choć na pewno telewizja, poddana prawom rynku, się zmieniła. A ten domaga się stale nowych twarzy. Byłeś w telewizji – istniejesz. A jeszcze jak w niej powiedzą, że coś jest dobre, to musi być dobre. Choć bywa, że to wciskany ludziom kit. 

I tak psuje się masowy gust, w wyniku czego ludzie oczekują taniej rozrywki, a skoro oczekują, to dostają, bo liczy się oglądalność. Błędne koło. Ambitną rozrywkę zamknięto w getcie TVP Kultura.
A z drugiej strony zdarzają się takie sytuacje: Ala Majewska śpiewa podczas recitalu swe piosenki, po czym przychodzą młode dziewczyny – byłem tego świadkiem – i mówią, że im się bardzo podobało… Pytają, czemu tych piosenek nie ma w radiu, w telewizji. Nie ma, bo tam królują głównie zachodnie rzeczy, niektóre wręcz tragicznie banalne. 

Muzyczny plastik. Dziś, obawiam się, piosenki Starszych Panów by się nie przebiły…
My byliśmy, moim zdaniem, w sytuacji o tyle lepszej niż muzycy anglosascy, że mieliśmy literackie teksty – pisane także przez Korczakowskiego, Keynego, Koftę, Młynarskiego…
 
Osiecką… Teraz panienka pisze sobie wyrazy, dodaje melodyjkę, aranż załatwia komputer…
A wokół tylu rewelacyjnych aranżerów: Krzysztof Herdzin, Wojciech Olszewski, Tomek Szymuś, Tomek Filipczak, Zbyszek Stelmasiak, Jarek Zawadzki, Piotrek Kałużny i wielu przezdolnych, wrażliwych muzyków. Cóż, w większości muszą aranżować hiciory…. Naprawdę mamy wszelkie atuty, by poziom rozrywki się podnosił. 

Pozwolisz, że przywołam raz jeszcze Młynarskiego: „Od dawna hołduję zasadzie, którą mi podszepnął profesor Kazimierz Rudzki. Powiedział tak: «Niech pan założy, że widz nie jest głupi, tylko inteligentny, a nawet często inteligentniejszy od pana. Niech pan tak pisze, żeby ten najbardziej wyrafinowany i inteligentny był z pana zadowolony»”.
Fantastyczna rada. Tylko że sformułowana w jakże innych realiach – innego radia, ambitnej telewizji. Teraz, co przyznaję ze smutkiem, wiele pomysłów muzycznych poodkładałem na bok jako te, które są, że tak się wyrażę, niekompatybilne z oczekiwaniami publiczności. 

To może trzeba publiczności oferować coś ponad jej oczekiwania…
Ależ marzę o tym i wręcz się staram. Mówiłem o moich koncertach filharmonicznych. Tam już nikt nie oczekuje Pszczoły. 

To jej w ogóle nie śpiewaj.
Myślisz, że to możliwe? To jest przeboik wylansowany przez telewizję, a jaka jest jej siła, o tym już mówiliśmy. 

Miałeś szczęście pojawiać się w tamtej telewizji…

I cokolwiek by o niej mówić, zrobiła ona dużo dla kultury. Pewnie prezes Szczepański uprawiał propagandę sukcesu, ale takich programów, jakie wtedy powstawały, kulturalnych czy edukacyjnych, próżno by teraz szukać. Gdzie są programy, które by ludzi czegoś uczyły – nie mówię o gotowaniu – które kształtowałyby dobry gust? Uczyły odbioru malarstwa czy muzyki?! Teraz liczą się szybki montaż, efekty, tempo. Nie ma czasu na wzruszenia… Bo się reklama nie zmieści. I mówię to bez specjalnych pretensji. Takie czasy. 

Ty zaczynałeś w jakże odmiennym świecie.
Wtedy liczyło się zupełnie co innego, bynajmniej nie sam obrazek. Nawet jeśliby zgasła jedna paląca się w studiu lampa, to i tak ludzie by słuchali. A teraz zgaśnie laser i „gwiazda” natychmiast przestaje świecić.
Sting już piętnaście lat temu mówił Piotrowi Kaczkowskiemu: „Myślę, że nowemu artyście znacznie trudniej osiągać sukces teraz niż kiedyś. Ludzie mają mniej czasu. Inne jest nastawienie wytwórni płytowych, mediów. Oczekują one od artysty natychmiastowego sukcesu, co więcej żądają, żeby się na tym wysokim poziomie utrzymał. Tym samym nie dają mu czasu na dojrzewanie, na rozwój, co – wydaje mi się – jest dla artysty niezwykle ważne. Pod tym względem więc sytuacja muzyki jest, w odróżnieniu od tej sprzed lat, inna i niestety gorsza”. Wszystko wskazuje na to, że ten proces się pogłębia.

Sting miał sporo szczęścia, że urodził się tam, gdzie się urodził, a nie na przykład w Sochaczewie. Wtedy – choćby był bardziej zdolny, niż jest – na światową karierę nie miałby szans. Jego diagnoza jest, niestety, bardzo prawdziwa. Co widać i na naszym podwórku. W interesie firm płytowych nie leży dbałość o jakiś talent, tylko jak najszybsza sprzedaż produktu. Zrozumiałe. Za mało czasu, za duża konkurencja, za dużo telewizji, za dużo młodych zdolnych, którzy mają za mało czasu. Wręcz podejrzewam, że w dzisiejszych czasach nie byłoby Beethovena, Mozarta, Bacha. To tempo, ta technologia, te jakże atrakcyjne pożeracze czasu – kto wie, czyby nie sprawiły, że Beethoven oglądałby godzinami Bundesligę, Mozart by się skupił na HBO, dajmy na to. A i Bach mógłby sobie znaleźć lepszy sposób, by zarobić na tak liczną rodzinę. 

Kiedy po raz pierwszy trafiłeś do telewizyjnego studia?
Trudno powiedzieć, pamiętam natomiast pierwsze wejście na żywo w jakimś młodzieżowym programie, który prowadziła Elka Jaworowicz. A potem już trafiłem do programu Janusza Rzeszewskiego. Śpiewałem wspomnianą już Muszlę – z Alą Majewską, Agatą Dowhań i Anią Pietrzak. Przykładając dzisiejsze kryteria, efekt był żałosny. Co nie zmienia faktu, że Rzeszewski był wtedy królem.
 
A gdy zmarł w 2007 roku, Irena Santor, jak mi opowiadała, zatelefonowała do TVP, by przekazać tę wiadomość – w końcu przez tyle lat realizował programy, odpowiadał za telewizyjną rozrywkę, i została przepytana na okoliczność, kim był zmarły…
To również efekt tego, że po zmianie ustroju postanowiono usunąć nie tylko ludzi, którzy wcześniej w tej telewizji coś zrobili, ale nawet pamięć o nich. Janusz Rzeszewski zapraszał takich artystów jak Irka Santor, Halina Kunicka, Ewa Wiśniewska, Jan Kobuszewski z Janem Kociniakiem… I Lucjana Kydryńskiego jako prowadzącego… No i ja też wskoczyłem ze wspomnianą piosenką. Przyjechałem do Warszawy i coś mi się pomyliło – zamiast na próbę do największego studia na Woronicza, udałem się, niczym koń z klapkami na oczkach, do radia. Zatem dotarłem na miejsce spóźniony. „No to cię Rzeszewski op…li”. Przygotowany na najgorsze pomyślałem, że najwyżej mu się odszczeknę. A jak mnie „wyp…li” z programu, trudno. Wyobraź sobie, że wchodzę, mówię: „Przepraszam bardzo, ale pociąg…” i dalej coś nawijam… Na co on: „Dobrze, dobrze, nie ma sprawy”. I widzę, że wszystkich zatkało. A potem ktoś w studiu rzucił: „No taaak, gość z Krakowa”. Pamiętam to jak dziś. Miała Warszawa kompleks Krakowa. 

Ma do dzisiaj.

I Bogu dziękować. Zawsze będę podkreślał, że to wielkie szczęście, że się tu urodziłem, gdzie było tak znakomite środowisko i jedyna taka cyganeria… To sprawiało, że patrzono na nas trochę krzywo, a zarazem z zazdrością. I tak zaśpiewałem pierwszy raz na antenie telewizji „Poszukaj muszli na brzegu morza, w brunatnych algach, zielonej wodzie…” i wkroczyłem w progi polskiej rozrywki. Bo jak się już było w telewizji, to w ślad za tym pojawiały się propozycje festiwalowe. 

Dostawałeś takie zaproszenie i…
…potwornie się denerwowałem. Było dla mnie oczywiste, że muszę odnieść sukces. Grałem w poważnej, liczącej się orkiestrze, tak więc nieprzywiezienie jakiejś nagrody byłoby po prostu klęską! Skrzypek, muzyk, sam sobie napisał, zaaranżował – nie ma na kogo zwalić, że zła muzyka albo zły aranż – i nie dostał żadnej nagrody… Wolałbym wpaść pod pociąg. 

Nigdy nie wracałeś z poczuciem klęski czy niedocenienia?
Był taki festiwal w Opolu, kiedy zaśpiewałem walca Już teraz sam. Do dzisiaj uważam, że ta piosenka powinna być zauważona. 

Śpiewasz ją teraz w swoich recitalach?
Nie, nie. 

To może słaba była, jeśli jej nie zachowałeś w repertuarze…
Proszę?! 

To może słaba była, skoro sam z niej zrezygnowałeś.
Nie, nie. To był ładny walc – bardzo duży, z oddechem… 

Ukazał się na longplayu Opole 75.
Dzięki, Wacio, jesteś wielki. Ja tego oczywiście nie pamiętam. To był walc w klimacie Delilah Toma Jonesa. Może to nie był czas na tego typu piosenki? A może nie mieściła się w konwencji festiwalu? To już niemal była pieśń… Niemniej byłem wkurzony, że jurorzy jej nie zauważyli. Właś¬nie wtedy powiedziałem sobie, że nigdy nie zasiądę w żadnym jury!
(…)