Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Bilbord

Aktualności

30.09.2019

Film o Grzesiuku na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Z radością informujemy, że film dokumentalny o Stanisławie Grzesiuku "Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” w reżyserii Jarosława Wiśniewskiego został zakwalifikowany do 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, który odbędzie się w dniach 9-24 listopada w Chicago.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Bilbord

J.D. Bujak

DWIE GODZINY PÓŹNIEJ

Przywieźli syna Kowalskich. – Wysoki, tęgi policjant pojawił się na chwilę w drzwiach kuchni.
– Nie Kowalskich, tylko Kowalczyków – odruchowo poprawiła go młoda psycholog, siedząca przy stole naprzeciwko pana Mariusza.
Stary mężczyzna kulił się na krześle, kiwając się w przód i w tył. Na skroni naklejony miał dość szeroki plaster, którego zewnętrzna warstwa lśniła ciemną czerwienią.
– Tato, co się stało? – Do kuchni wpadł zdyszany trzydziestolatek.
– Nic, Adasiu. Wpadłem pod rower. – Starszy pan mówił słabym głosem. Miał wyraźne problemy z utrzymaniem spojrzenia w jednym punkcie. – Mama… wróciła – dodał zrezygnowany.
– Pana ojciec bardzo się przestraszył i wybiegł z domu prosto pod koła – wyjaśniła policjantka.
– Dobrze, że to nie był samochód – mruknął pan Mariusz, zdecydowanym ruchem próbując się wyzwolić z objęć syna.
– Żałuję, że nie zostałeś u mnie na noc. Nie musiałbyś tego oglądać. Tak mi przykro…
Psycholożka odwróciła głowę i spojrzała na stojących w drzwiach dwóch funkcjonariuszy.
– Panie Adamie… – zaczął jeden. – Zanim zabierzemy ciało, chcielibyśmy, żeby pan potwierdził tożsamość kobiety.
– Oczywiście. – Młody Kowalczyk odsunął się od ojca, ocierając zaczerwienione oczy rękawem wiatrówki. – Zaraz wrócę, tato, i pojedziemy do… domu.
W asyście policjantów wspiął się powoli do sypialni rodziców. Minął po drodze dwóch fotografów, jakąś młodą kobietę ubraną w wojskowy uniform oraz jeszcze jednego funkcjonariusza. Wreszcie zatrzymał się przed drzwiami pokoju i rozejrzał niepewnie.
– Nie wiem, czy dam radę…
Poczuł na ramieniu dłoń policjanta i lekki uścisk.
– Chodzi tylko o potwierdzenie, że to pana matka. Zaraz potem będzie pan wolny.
Adam Kowalczyk gapił się na drzwi i zastanawiał, jak wygląda ludzkie ciało po dwóch tygodniach w grobie. Ostatnie dni były wyjątkowo ciepłe. Zapewne skóra odpada płatami, z wnętrza wylewają się resztki płynów ustrojowych, a makabrycznego widoku dopełnia gryzący smród. Zdecydowanie wolał nie oglądać matki w takim stanie.
Nie chciał do końca życia nosić tego obrazu pod powiekami.
Pamiętał ją jako zawsze uśmiechniętą starszą kobietę, z upiętymi za pomocą dwóch grzebieni siwymi włosami, ubraną w kwiecistą podomkę przy robieniu niekończących się pokładów wiśniowych konfitur dla całej rodziny…
Oparł rękę o gładkie drewno.
Policjanci za jego plecami czekali cierpliwie.
Wreszcie mężczyzna zdecydowanym ruchem otworzył drzwi na oścież.
Najpierw poczuł zapach róż. Ulubione perfumy matki.
Wdychając kwiatowy aromat, spojrzał na łóżko. Zaskoczony głęboko zaczerpnął powietrza. Pani Kowalczykowa leżała na wznak, ubrana w błyszczącą, długą koszulę. Jej pogodna twarz wyglądała pięknie, a kręcone włosy jaśniały na tle pościeli niczym korona. Szczupłe dłonie nie miały żadnych oznak martwicy.
Zasłaniając usta dłońmi, stanął przy łóżku.
– Boże, mój – szepnął, walcząc z kolejną falą łez.
– Czy to jest pani Agata Kowalczyk? – zapytał stojący obok policjant.
– Oczywiście – odparł Adam, nie odrywając wzroku od twarzy matki. – Nie spodziewałem się, że będzie wyglądać… tak…
– Wbrew pozorom, ciało w trumnie nie od razu ulega rozkładowi… – wtrącił drugi funkcjonariusz.
I zaraz oberwał w kostkę od wyższego współpracownika.
– Ktoś ufarbował jej włosy na blond, ubrał ją w tę koszulę, nałożył grubą warstwę makijażu i ułożył w pościeli – wyliczał wysoki. – Że o zbezczeszczeniu grobowca i wciągnięciu zwłok na górę nie wspomnę.
– Ale kto? – Adam bezradnie rozłożył ręce.
Dyskusja toczyła się szeptem, jakby uczestnicy obawiali się, że kobieta lada moment otworzy oczy i zapyta, co robią w jej sypialni.
Policjant pokręcił głową.
– Właśnie tego musimy się dowiedzieć.
Adam nie mógł oderwać oczu od twarzy matki.
– Po co ktoś to wszystko zrobił? – zapytał ponownie.
Mężczyźni wzruszyli ramionami.
– Zejdźmy na dół – zaproponował jeden. – Na korytarzu czeka na ciało ekipa.
Powoli pokonali wąski korytarz na piętrze i zeszli do kuchni.
Już w drzwiach Adam natknął się na pytający wzrok ojca.
– Czy ktoś mógłby odwieźć do mnie tatę? – poprosił panią psycholog.
– Oczywiście, zwłaszcza że pan jeszcze musi zostać. Mamy kilka pytań. Poza tym potrwa chwilę, zanim pracownicy zbiorą wszystkie dowody tej… Tego… – Wzruszyła ramionami. – Grzesiek, zawieź pana Kowalczyka pod wskazany adres – zwróciła się do stojącego najbliżej policjanta.
Kiedy pan Mariusz wyszedł z domu, jego syn usiadł na wolnym krześle i ponurym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym spędził tyle szczęśliwych chwil. Przy tym niewielkim białym stole zawsze zasiadał do śniadania, a mama przygotowywała mu jego ulubione jajko sadzone ze szczypiorkiem. Do tego zawsze świeży chleb, który ojciec kupował w piekarni na rogu ulicy, i prawdziwe wiejskie mleko przywożone dwa razy w tygodniu od zaprzyjaźnionej gospodyni z nieodległej wioski.
– Staramy się zebrać jakieś dowody, ale prawdę mówiąc, nie ma tego wiele…
Kobieta mówiła cicho i łagodnie; ciemnozielone oczy w oprawie gęstwiny rzęs wyrażały smutek i współczucie.
Adam zastanowił się, ile razy dziennie ta kobieta musi przybierać zbolały wyraz twarzy, ułatwiający jej współpracę z ofiarami podobnych wypadków.
Wziął głęboki oddech i przetarł twarz zimnymi dłońmi. Było już późno, a on miał za sobą bardzo ciężki dzień.
– Panie Adamie, czy pana rodzice mieli jakichś wrogów?
Kowalczyk prychnął, choć spodziewał się tego pytania. W końcu policjanci też muszą od czegoś zacząć…
– Moi rodzice mieszkają w tym domu od sześćdziesięciu lat. Znają w tej dzielnicy każdy metr kwadratowy. Przyjaźnią się z każdą osobą z sąsiedztwa. Są zżyci ze wszystkimi ekspedientkami, lekarzami, nawet ze śmieciarzami. Nie. Nie mają żadnych wrogów.
Przez uchylone drzwi zobaczył, jak znoszą ciało jego matki zamknięte w specjalnym, ciemnym worku, i usłyszał, jak przy każdym ruchu plastik nieprzyjemnie szeleści.
Nie wytrzymał.
Rozpłakał się, chowając twarz w dłoniach.

I

Kazimierz Dolny jest wprawdzie niewielkim, za to bardzo dobrze znanym miasteczkiem, położonym w malowniczym powiecie puławskim, nad samą Wisłą.
O jego popularności decyduje nie liczba mieszkańców (marne trzy i pół tysiąca) czy tragiczna historia, która mog­łaby przyciągnąć ciekawskich, lecz słynny rynek i jego przepiękne, oryginalne kamienice, obiekt licznych obrazów, grafik, fotografii, wierszy oraz fantastyczna scenografia dla filmowców.
Gdyby uważnie rozejrzało się dokoła, wprawne oko dostrzegłoby, że sklepów z ubraniami, butami czy meblami jest tutaj jak na lekarstwo. I, broń Boże, nie uświadczy się ogromnego centrum handlowego mieszczącego pod dachem setki przeróżnych butików.
Kazimierz to miasto artystów – malarzy, rzeźbiarzy, architektów, poetów i wszelkich wrażliwców o artystycznej duszy. Wielu z nich przeprowadziło się tutaj na stałe lub przynajmniej często odwiedza to specyficzne miejsce, które przyciąga ich nieznaną, magnetyczną siłą niepozwalającą łatwo zapomnieć o urokliwych uliczkach i nadwiślańskim deptaku.
To właśnie artyści w dużym stopniu decydują o magicznym charakterze miasta. Dlatego, gdy oderwie się wzrok od rzeźbionych attyk, pracowicie wykutych gzymsów, portali czy płaskorzeźb i spojrzy na witryny, ciasno upchane jedna przy drugiej, zobaczy się, że niemal każda z nich jest zaproszeniem do galerii, do intymnego świata sztuki.
Niekiedy ten ciąg ekspozycji przerywa piekarnia, księgarnia czy restauracja, gdzie można nieco odpocząć i napić się zimnego piwa przyjemnie chłodzącego gardło w upalne dni.
Nie ma w Polsce drugiego, tak na wpół czarodziejskiego miasta, gdzie na powierzchni zaledwie kilkudziesięciu metrów pojedynczej ulicy można nabyć wspaniałe olejne pejzaże, akwarelowe portrety, różnych rozmiarów witraże, ręcznie robione kolczyki, wisiorki, kubistyczne rzeźby, drewniane aniołki, haftowane obrusy i oprawne w wymyślne ramki fotografie. Można przebierać w tych cudeńkach, pogryzając rumianego koguta z pysznego, lekko słodkiego ciasta…
Pomiędzy tymi wszystkimi sklepikami tkwi sobie niewielka kwiaciarnia Przy Rynku, w jego południowej pierzei, wciśnięta pomiędzy dużą galerię pejzażu a butik z pamiątkami.
Łukowata witryna przyciąga wzrok kolorową wystawą tonącą w pięknych roślinach, kokardach, gałązkach i bibelotach, zmienianych przez troskliwego właściciela niemal codziennie. Przed wejściem wystawiany jest w ciepłe dni wielki kosz z sezonowymi kwiatami, a nad witryną, na żelaznych, stylizowanych wysięgnikach wiszą w donicach purpurowe surfinie…
Przybycie gościa ogłasza delikatny dźwięk posrebrzanego dzwonka. Przybysz natychmiast zostaje otulony magicznym kwiatowym zapachem, a jego oczy rozszerzy zdziwienie na widok mnóstwa różnobarwnych roślin. Zza lady uśmiechnie się do niego wysoki, ciemnowłosy młodzieniec, układający właśnie bukiet o nazwie „Wiejski pejzaż”. Wyciągnie przyjaźnie rękę.
– Mam na imię Krzysztof i witam w mojej magicznej kwiaciarni!

(…)