Strona główna / Fantastyka / Bezwzględna

Aktualności

19.06.2020

Spotkania z Tanyą Valko

Zapraszamy na spotkania autorskie z Tanyą Valko w dniach 8-9 lipca 2010 r.

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Bezwzględna

Gail Carriger

ROZDZIAŁ PIERWSZY
w którym lady Alexia Maccon się kolebie


Pięć miesięcy! Knuliście to od pięciu miesięcy i dopiero teraz raczycie mnie poinformować?! – Lady Alexia Maccon nade wszystko nie lubiła, gdy stawiano ją przed faktem dokonanym. Obrzuciła mężczyzn groźnym spojrzeniem. Dojrzali i ładnych parę stuleci starsi od niej, stropili się jak sztubacy.
Na przekór identycznie zbaraniałym minom pod względem ubioru i stanu trzej dżentelmeni dalece się od siebie różnili. Pierwszy był rosły i ździebko niechlujny. Nienagannie skrojony surdut opinał jego rozłożyste barki z pewną dozą rezerwy, jakby świadomy żywej niechęci właściciela. Pozostali dwaj sprawiali wrażenie bardziej pogodzonych z przyodziewkiem, przy czym dla jednego strój był wyrazem subtelności, dla drugiego zaś formą artystycznej, a wręcz zamaszystej autoekspresji.
Lady Maccon natomiast nie wzbudziłaby postrachu w nikim bez względu na jego zażyłość z modą, ósmy miesiąc ciąży wydatnie upodobnił ją bowiem do faszerowanej gęsi.
– Nie chcieliśmy cię martwić – zaryzykował burk­liwie jej małżonek, siląc się na łagodną perswazję. Wzrok miał wbity w podłogę, czoło jakby zwilgotniało mu nieco.
– Ach tak, a wieczne groźby wampirów są w moim stanie zbawienne? – Alexia ani myślała dać się udobruchać. Jej piskliwy głos zmącił spokój niewzruszonego zwykle kota lorda Akeldamy. Łaciaty tłuścioch otworzył jedno żółte oko i ziewnął.
– Ale czyż to nie wyborne rozwiązanie, koniczynko?! – wykrzyknął lord Akeldama, z powrotem wprawiając go głaskaniem w mruczący bezwład. Zakłopotanie wampira było najbardziej udawane ze wszystkich. Zdradzał go błysk w spuszczonych oczach, błysk kogoś, kto zamierza dopiąć swego.
– Co, mam się wyrzec własnego dziecka?! Na litość boską, może jestem bezduszna i, fakt, niezbyt ckliwa, ale bezwzględności mi nie zarzucicie. Jak mogłeś się na to zgodzić, Conallu? Nie pytając mnie o zdanie!
– Racz zauważyć, żono, że od pięciu miesięcy cała wataha musi cię bez przerwy pilnować. To wyczerpujące, moja droga.
Lady Maccon uwielbiała męża, szczególnie gdy w akcie rozgoryczenia paradował bez koszuli, w owej chwili odkryła jednak, że budzi jej najwyższą niechęć. Cymbał. Do tego jak na złość chwycił ją wilczy głód, odwracając uwagę od tematu rozmowy.
– Aha, a twoim zdaniem, jak ja się czuję, kiedy tak się za mną snują? Ale Conallu, adopcja?! – Alexia wstała i poczęła krążyć po pokoju. A ściśle rzecz ujmując, kolebać się po nim. Blichtr salonu lorda Akeldamy po raz pierwszy nie wywierał na niej żadnego wrażenia. Że też zgodziłam się tutaj przyjść, pomyślała. Salon lorda Akeldamy zawsze stawał się areną dziwnych zdarzeń.
– Zdaniem królowej to dobry plan – wtrącił ścichapęk profesor Lyall. Jego ubolewanie było szczere, gdyż nie znosił konfrontacji. Zapewne na nim też spoczywał główny ciężar odpowiedzialności za tę intrygę, chyba że Alexia myliła się w ocenie jego charakteru.
– Co tam królowa. Wykluczone… stanowczo odmawiam.
– Alexio, najdroższa, bądźże rozsądna – mitygował ją małżonek. Z opłakanym skutkiem: perswazje nie licowały z jego posturą, o comiesięcznych skłonnościach nie wspominając.
– Rozsądna? Ja ci dam rozsądna!
Lord Akeldama spróbował z innej beczki.
– Zamieniłem już pokoik obok mojej sypialni w prześliczny pokój dziecinny, truskaweczko.
Lady Maccon nie posiadała się ze zdumienia. Urwawszy w pół kroku i wykrzyknika, wstrząśnięta wbiła wzrok w Akeldamę.
– Drugą garderobę? Nie wierzę.
– A jednak. Widzisz, jak poważnie to traktuję, kwiatuszku? Przeniosłem dla ciebie ubrania.
– Chciał pan powiedzieć, dla mojego dziecka. – Lecz musiała przyznać, że jest pod wrażeniem.
Spojrzała błagalnie na Lyalla, desperacko siląc się na spokój i pragmatyzm.
– I to położy kres zamachom?
Profesor Lyall potwierdził, podsuwając palcem okulary. Nie musiał ich nosić – jego wzrok nie pozostawiał nic do życzenia – ale miał się za czym schować. I czym zająć ręce.
– Tak mi się wydaje. Naturalnie nie zdążyłem jeszcze zasięgnąć opinii żadnej z królowych. Ule wypierają się wydania wyroku, a BUR nie zgromadził jednoznacznych dowodów na to, że wampiry usiłują… – odchrząknął z lekka – …zabić pani dziecko. A co za tym idzie, również panią.
Alexia wiedziała, że Biuro Ultranaturalnych Rzeczy ma związane ręce – jako instytucja sprawująca kontrolę nad światem nadludzkich i nadprzyrodzonych musiała przestrzegać własnych praw, nie wykluczając tych, które gwarantowały ulom i watahom pewną autonomię i niezawisłość.
– Mechaniczne biedronki monsieur Trouvé?
– Ślad urwał się na kontynencie.
– Wybuchowa sosjerka?
– Brak jakichkolwiek poszlak.
– Mongolski pudel w ogniu?
– Brak powiązań z żadnym ze znanych handlarzy.
– Zatruty posiłek na sterowcu, który pan Tunstell zjadł zamiast mnie?
– Cóż, zważywszy na parszywą jakość podniebnego jedzenia, mógł to być czysty przypadek. – Profesor Lyall zdjął okulary i przystąpił do polerowania czystych szkieł nieskazitelnie białą chusteczką.
– Sili się pan na dowcip, profesorze Lyall? To do pana nie pasuje.
Płowowłosy beta obrzucił lady Maccon pełnym urazy spojrzeniem.
– Badam niezbadane rejony swojej jaźni.
– Proszę natychmiast przestać.
– Tak jest, milady.
Alexia wyprostowała plecy na tyle, na ile umożliwił jej to wydatny brzuch, i przygwoździła profesora wzrokiem do krzesła, na którym przycupnął z godnością.
– Proszę mi wyjaśnić, jak pan na to wpadł. I skąd czerpie pan niezbitą pewność, że ule zaniechają swej zbrodniczej działalności i dadzą mi święty spokój?
Profesor Lyall łypnął bezradnie na wspólników. Lord Maccon rozwalił się z szerokim uśmiechem na złotej aksamitnej kozetce, która zaskrzypiała ostrzegawczo. Zarówno lord Akeldama, jak i jego trutnie zbudowani byli na znacznie mniejszą skalę niż hrabia. Pod kozetką aż się nogi ugięły z wrażenia. Wiele mebli miało za sobą podobne przeżycia.
Błysk w oku lorda Akeldamy trwał w najlepsze.
Widząc, że pozostawili go samego sobie, profesor Lyall zaczerpnął tchu.
– A skąd pani wie, że to był mój pomysł?
Alexia skrzyżowała ręce na bujnej piersi.
– Nie docenia mnie pan, łaskawco.
Profesor Lyall z powrotem wcisnął okulary na nos.
– No cóż, wiemy, że wampiry obawiają się pani dziecka, ale chyba zdają sobie sprawę, że przy zastosowaniu odpowiednich środków ostrożności nawet urodzony drapieżnik może zachowywać się w cywilizowany sposób. Weźmy panią, na przykład.
Alexia uniosła brew.
Jej małżonek parsknął drwiąco.
Profesor Lyall nie dał się zastraszyć.
– Bywa pani co nieco skandaliczna, lady Maccon, ale cywilizowana – zawsze.
– Słuchajcie, słuchajcie! – Lord Akeldama wzniósł kieliszek na długiej nóżce i upił łyczek różowego płynu z bąbelkami.
Lady Maccon skłoniła głowę.
– Uznam to za komplement.
Profesor Lyall mężnie brnął dalej.
– Z głębi swej natury wampiry wierzą, iż każdy z nich, nawet… bez urazy, milordzie… pan, lordzie Akeldamo, wpoi dziecku właściwe zasady. Ojciec wampir uchroni malca przed zgubnym wpływem Amerykanów, templariuszy oraz innych jednostek antynadprzyrodzonych. No i przed wami, lordzie i lady Maccon. Prościej rzecz ujmując, ule odzyskają poczucie panowania nad sytuacją i zamachy ustaną.
Alexia przeniosła wzrok na lorda Akeldamę.
– Czy podziela pan zdanie profesora?
Lord Akeldama pokiwał głową.
– Bezwzględnie, najdroższa prymulko.
Irytacja na twarzy hrabiego ustąpiła miejsca zamyśleniu.
– Uznaliśmy, że lord Akeldama to najlepsze rozwiązanie – podsumował profesor Lyall.
Na te słowa lord Maccon zmarszczył nos i prychnął szyderczo.
Profesor Lyall, lord Akeldama i Alexia udali, że nie słyszą.
– Jest najpotężniejszym ze wszystkich tułaczy w regionie. Dysponuje licznym gronem trutni. Mieszka w centrum stolicy, a jako potentat działa z ramienia królowej Wiktorii. Niewielu ośmieliłoby się naruszyć jego terytorium.
Lord Akeldama figlarnie trzepnął profesora po plecach wierzchem dłoni.
– Dolly, mój ty pochlebco.
Profesor Lyall nie zareagował.
– I jest pani przyjacielem.
Lord Akeldama wzniósł oczy do sufitu, jakby widok uwiecznionych tam rozanielonych cherubinów zafrapował go bez reszty.
– Poza tym za sprawą pewnego incydentu, o którym teraz nie wspomnę, ule mają wobec mnie dług honorowy. Mój poprzednik potentat wziął sprawy w swoje białe rączki, co nie zmienia faktu, że ule winny przywołać go do porządku we własnym imieniu. Porwanie mojego skarbeńka było absolutnie niewybaczalne, o czym doskonale wiedziały. Teraz odpłacę im pięknym za nadobne.
Alexia zerknęła na przyjaciela. Jego zachowanie i słowa zdradzały zwykłą nonszalancję, lecz zaciśnięte wargi świadczyły, że bynajmniej nie żartuje.
– To poważna deklaracja, milordzie.
Wampir w uśmiechu błysnął kłem.
– Dobrze ją zapamiętaj, cukiereczku, bo może więcej się nie powtórzy.
Lady Maccon przygryzła wargę i przysiadła na jednym z prostych krzeseł z oparciem. Ostatnimi czasy wstawanie z wszelakiego rodzaju miękkich sof i kozetek kosztowało ją niemało trudu, więc starała się unikać pluszowych mebli.
– Och, nie mogę zebrać myśli. – Potarła brzuch, ­zirytowana opornością własnego umysłu, wynikającą z braku snu, dolegliwości fizycznych i głodu. Wydawało się, że ostatnio nic tylko je lub śpi; zdarzało się, że zasypiała w czasie jedzenia, a raz czy dwa jadła w czasie snu. Innymi słowy, ciąża otworzyła przed nią nowe rejony obżarstwa. – Tam do licha, umieram z głodu!
Wszyscy trzej jak na komendę sięgnęli do wewnętrznych kieszeni kamizelek i dobyli z nich prowiant. Profesor Lyall miał przy sobie zawiniętą w brązowy papier bułkę z szynką, lord Maccon obtłuczone jabłko, lord Akeldama zaś paczkę chałwy. Miesiące usługiwania coraz bardziej marudnej Alexii nauczyły wszystkich mieszkańców Woolsey, że w razie braku natychmiastowej przekąski poleci sierść lub, co gorsza, lady Maccon wybuchnie płaczem. W rezultacie paru gorliwców szeleściło przy każdym kroku papierem śniadaniowym, gdyż wszędzie mieli poupychane kanapki.
Alexia sięgnęła po wszystkie trzy przysmaki i zaczęła pałaszować, rozpoczynając od chałwy.
– Zatem naprawdę chce pan adoptować moje dziec­ko? – zapytała lorda Akeldamę między jednym kęsem a drugim, po czym zwróciła się do męża: – A ty się na to zgadzasz?
Hrabiemu przeszła ochota do żartów i ukląkł przed żoną, żarliwie wpijając w nią wzrok. Oparł dłonie na jej kolanach. Alexia czuła ich szorstkość przez wszystkie warstwy spódnicy.
– BUR i wataha stają na głowie, aby zapewnić ci bezpieczeństwo, najdroższa. Myślałem nawet, aby wezwać jednostki Coldstream Guards. – Ależ był przystojny, kiedy tak się kajał. Alexia czuła, że mięknie jak masło. – I zrobiłbym to, dla twojego dobra. Ale królowa Wiktoria dostałaby białej gorączki, gdybym wykorzystał znajomości w osobistej sprawie. I tak mam z nią na pieńku po zabiciu potentata. Musimy działać rozważnie. Oni są starsi i bardziej przebiegli; nie spoczną, póki nie osiągną celu. Nie możemy żyć w strachu o dziecko.
Czyżby zaraził się moim pragmatyzmem? – pomyślała Alexia. A niech go diabli za ten rozsądek! Powściągnęła gniew, że samowolnie podjął decyzję. Wiedziała, że poczucie bezsilności to dla Conalla najsroższa kara: lubił myśleć, że jest wszechmocny.
Dłonią w rękawiczce pogłaskała go po policzku.
– Ale to nasze dziecko.
– Masz lepszy pomysł? – spytał szczerze. Naprawdę liczył, że znajdzie lepsze rozwiązanie.
Alexia potrząsnęła głową w nadziei, że nie wyjdzie na zbyt sentymentalną. Następnie zacisnęła usta.
– Doskonale. – Zwróciła się do lorda Akeldamy. – Jeśli chce pan zagarnąć moje dziecko, w takim razie ja też się wprowadzam.
Lord Akeldama nawet okiem nie mrugnął. Rozłożył ramiona, jakby chciał ją objąć.
– Kochana Alexio, witaj w rodzinie.
– Czy zdaje pan sobie sprawę, że być może zarekwiruję kolejną garderobę?
– Czego się nie robi dla przyjaciół.
– Co takiego? Wykluczone. – Lord Maccon wstał i zgromił małżonkę spojrzeniem.
Mina lady Maccon mówiła sama za siebie.
– I tak dwie noce w tygodniu spędzam w Londynie na obradach gabinetu cieni. Będę przyjeżdżać w środy i zostawać do poniedziałku, a resztę czasu spędzać w Woolsey.
Hrabia umiał rachować.
– Dwie noce? Dajesz mi dwie noce?! To niedopuszczalne!
Alexia ani myślała ustąpić.
– Sam też przesiadujesz w BUR-ze. Będziemy się widywać.
– Alexio – warknął złowróżbnie hrabia. – Nie będę zabiegał o audiencje u własnej żony!
– No to feler. Tak się składa, że jestem również matką dziecka. Każesz mi wybierać.
– Czy można? – wtrącił profesor Lyall.
Lord i lady Maccon rzucili mu wściekłe spojrzenia. Cenili swoje utarczki na równi z zapasami innego rodzaju.
Z właściwym sobie wdziękiem profesor wzniósł się na wyżyny mediacji.
– Sąsiedni dom jest do wynajęcia. Gdyby Woolsey wynajęła go na miejską rezydencję, milordzie…? Pan i lady Maccon mieliby pokój u lorda Akeldamy, ale udawaliby, że mieszkają obok, co po narodzinach dziecka pomogłoby zachować pozory odosobnienia. Lord Maccon mógłby jeść posiłki i przebywać z watahą, nie opuszczając miasta. Oczywiście w niektóre dni wszyscy musieliby wracać do Woolsey ze względów bezpieczeństwa, do tego dochodzą polowania i przebieżki. Ale na tymczasowy kompromis, dziesięć lat lub dwadzieścia, będzie jak znalazł.
– Wampiry nie zgłoszą zastrzeżeń? – Pomysł przypadł Alexii do gustu. Zamek Woolsey leżał kawał drogi od stolicy, a te łuki przyporowe… co za dużo, to niezdrowo.
– Nie sądzę. Zwłaszcza jeśli lord Akeldama przejmie całkowitą władzę rodzicielską, potwierdzoną glejtem i tak dalej. I zachowamy pozory.
Lord Akeldama nie krył rozbawienia.
– Dolly, skarbie, jakie to rozkosznie niebywałe: wataha po sąsiedzku z wampirem takim jak moi.
Hrabia zmarszczył brwi.
– Nasz ślub też był niebywały.
– Co prawda, to prawda. – Lord Akeldama był w siódmym niebie. Zerwał się na równe nogi, bezceremonialnie strząsając kota, i począł wirować po salonie. Tego wieczoru miał na sobie brązowe oficerki wypolerowane na błysk oraz białe bryczesy z aksamitu i czerwoną kurtkę do konnej jazdy. W celach czysto dekoracyjnych, oczywiście. Wampiry rzadko jeździły konno – większość koni nie życzyłaby sobie tego stanowczo – poza tym lord Akeldama gardził tym sportem z uwagi na jego gorszący wpływ na fryzurę. – Uroczy plan, Dolly! Alexio, perełko, koniecznie musisz urządzić dom pod kolor mojego. Co powiesz na błękit i srebrne dodatki? Posadzilibyśmy krzaki bzu. Uwielbiam bez.
Profesor Lyall uparcie trwał przy swoim.
– Myśli pan, że to wypali?
– Błękit i srebro? No ba! Będzie bosko.
Alexia skryła uśmiech.
– Nie. – Profesor Lyall dysponował nieograniczonymi zasobami cierpliwości, czy to w obliczu cholerycznego usposobienia lorda Maccona, czy oślego uporu lorda Akeldamy, czy też sztuczek Alexii. Ta ostatnia doszła do wniosku, że beta to ktoś na podobieństwo najbardziej wyrozumiałego lokaja świata. – Mam na myśli pana sąsiedztwo z watahą.
Lord Akeldama uniósł monokl. Podobnie jak okulary Lyalla, było to zwykłe szkiełko, lecz właściciel wprost za nim przepadał. Miał kilka na różne okazje, z różnymi kamieniami szlachetnymi pod kolor surdutów.
Zlustrował przez szkło dwóch wilkołaków w swoim salonie. (…)