Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / Anoda i katoda. Tom II

Aktualności

06.12.2019

Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty

W czwartek 19 grudnia o godz.18:00 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul. Tłomackie 3/5) na spotkanie wokół książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe "Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Anoda i katoda. Tom II

Melchior Wańkowicz

PROSTO OD KROWY

(…)
Artyzm

Reporter rusza na wyprawę w głąb jakiegoś zagadnienia i zdarza się z nim to, co z eksploratorami Arktyki.
Przygotowali wyprawę niezwykłe starannie.
Są świetnie zaopatrzeni i zaaprowidowani. Dietetycy dobrali im produkty żywno-ściowe, bacząc, aby w nich była przewidziana ilość węglowodanów, proteiny, fosforu, białka, tłuszczów roślinnych, tłuszczów zwierzęcych. A tymczasem – zęby im się ruszają. Szkorbut!... Zabrakło nieuchwytnego, a niezbędnego „extra” – witamin.
Reporter zapewnił sobie środki lokomocji, zabrał aparat fotograficzny z wymien-nymi obiektywami, magnetofon, wgryzł się w mapy, naczytał się na temat, z któ-rym się zetknie, ma oną poszukiwaną przez wydawców dociekliwość, macha gład-ko piórem, opanował język obcy potrzebny dla danego reportażu.
Książka stała się bestsellerem. Ale minie dziesiątek lat i nikt do niej nie zajrzy. Nie nastąpił jej zrost z czytelnikiem.
Czego tu zabrakło? Właśnie tego, co reportażowi zarzucają ci, którzy go trzymają w przedsionku literatury. „Przekazywanie wizji bez talentu jest rzeczą niemożliwą” – stwierdzał Max Bellot. Zabrakło komponenty artystycznej, zabrakło talentu, zabrakło osobistego zaangażowania się.
Aby oddać czytelnikowi całą złożoność zagadnienia, nie wystarczy to zagadnienie zobaczyć i przekazać centrum mózgowemu czytelnika. Należy uchwycić zapach, melodię i przekazać zmysłom ludzkim, przekazać odczuciom artystycznym i zata-jonej podświadomości. Wielki reporter jest artystą. Szeroka klawiatura środków, którymi się posiłkuje, wymaga surowej dyscypliny. Wówczas dyskusje, czy jest literatem, stają się anachronizmem.
Bo, odwrotnie, nie tylko reportaż obecnie dociąga do powieści, ale powieść do reportażu. „Im lepsza powieść, tym jest cieńsza linia, która przedziela ją od repor-tażu” (Hal Barband, krytyk amerykański).


Zaangażowanie

Wielki reporter musi być zaangażowany ideowo w swojej tematyce, powinien na niej odcisnąć swoje piętno indywidualne. Przed bitwą o Monte Cassino zebrałem konferencję korespondentów, proponując podzielenie się odcinkami i napisanie zbiorowego Bielmor Kanał. Nic z tego nie wyszło. Może wówczas dokumentacja byłaby lepsza, ale może zatarłaby się prawda o bitwie.
Według wielu reporter ma być zimny jak chirurg. Kisch twierdzi, że „reporter nie ma żadnej tendencji, nie powinien nic usprawiedliwiać, nie powinien mieć żadnego punktu widzenia. Powinien być bezstronnym świadkiem”.
To znaczy tym chirurgiem, który po sekcji tragicznej samobójczyni tyle miał do powiedzenia, że skonstatował interesujące zmiany na wątrobie.
Sądzę, że Kisch, wygłaszając tę opinię, myślał o zalewie miernoty, w której nieu-dolni reporterzy, nie mający istotnych zainteresowań, niezdolni do kontrastu zestawień, nie rozporządzający puentą ani metaforą, ani skrótem, ani sylogizmem, ani plastyką języka, rozrabiają tematykę wodą ideologiczną. Bo przecież ten sam Kisch pisze gdzie indziej, że „dobry reporter powinien mieć zdolność przeżywania”.
Na ogół w chwili obecnej reportaż nie używa tej wody ideologicznej, ale to nie znaczy, że nie jest zaangażowany. Amerykanom rozwścieczonym, na co idą ich dolary, wystarcza na przykład podanie przez reportera bez żadnych komentarzy faktu, że Ibn Saud ma cadillaca ze złota.
„Life” zamieścił fotografię gęsi tuczonej na pasztet, w którą kijem wpycha się karmę, zaciskając obrączką szyję, aby torturowany ptak nie mógł jej zwrócić. Na listy z oburzeniem redakcja odpowiedziała, że przecie sam fakt ma swoją wymowę.
Kiedy bez dodawania swoich trzech groszy napisałem o dziedzicu, który zsiadł z traktora i „usmolonym palcem pokazywał portrety przodków”, czytelnicy doszukiwali się we wzmiance o portrecie snobizmu, a dziedzic w brudnym palcu – wyśmiewania.
Gorszono się, kiedy pisałem o innym dziedzicu, który żydowskim nędzarzom kazał dzwonić w dzwon, gdy nadjeżdżał, i prezentować drewniane karabiny. Że bez komentarza potępiającego. Po co?
„W technice Wańkowicza komentarz wypływa z kompozycji” – zauważa pewien recenzent emigracyjny.
Im mniej komentarzy i im więcej zaangażowania, tym lepiej. Sztuka jest może jedną z nielicznych dziedzin, w których kompleksy są pożądaną siłą napędową.
Mackiewicza kompleks w Londyniszczu wszczął się ze zrozumiałej rozpaczy. Niech kto inny odwrotnie, na napędzie kompleksu filoangielskiego, napisze, byle dobrze, apologię Anglików. W kupie te dwie książki poszerzą nasze spojrzenie.
Mierzi mnie pisarz ubezpieczający się co krok w pisaniu. Wróciwszy z Meksyku, zamieszczałem w „Kurierze Warszawskim” artykuły relacjonujące argumenty strony katolickiej, a w „Epoce” – antyklerykalne. Żadne z tych pism nie widziałoby chętnie materiału przedstawionego bona fide. Próbowano w obu obozach na mnie się oburzać. Tymczasem wydanie książkowe dało syntezę.
I tu dochodzimy do cechy reportażu, którą bym nazwał „puentylizmem”.


Puentylizm

Seurata Poranek nad Sekwaną jest w tonacji złocistozielonej. Ale malowany jest punkcikami czerwonymi i niebieskimi, które zlewają się w tę tonację.
Na taki puentylizm może sobie pozwolić reporter-eklektyk, który, smakując egzo-tykę kultu Madonny z Guadalupe, świadomość, że tym kultem posiłkuje się krzywda społeczna, pozostawia dla innego reportażu. W jednym kładzie jedną plamkę, w drugim całkiem inną – wprost z tubki (obserwacji). Nie rozciera tego na palecie.
Na tle tego miewam rozmówki:
– Nie we wszystkim się zgadzam, co pan napisał – mówi czytelnik.
– To zupełnie tak samo jak ja.
Do pewnego pisma posłałem cztery reportaże o USA, zastrzegając, że mogą być drukowane tylko wszystkie. Mimo to redaktor wydrukował dwa. Tak oto „puentylista” naraża się, że mu z pamfletu zrobią paszkwil.
– Ale czy pan u nas zechce drukować? – pytają.
– Drukować mogę wszędzie; tylko mało gdzie zechcą mnie drukować... w całości.


Wszystkoizm

Przeciwieństwem puentylizmu jest „wszystkoizm”, który wymaga, żeby każdy utwór, nie wyłączając form drobnych, był jak próbka z oceanu świa-to­poglądowego: choćby najmniejszy kubeczek powinien zawierać wszystkie składniki.
Pisarz więc wędruje do celu, jak w wiekach średnich do Rzymu: trzy kroki w przód i zaraz jeden wstecz: „Owszem, doceniam i tamto, ale...”. Po co ten balast? Znowu robi trzy kroki i natychmiast: „Mówiąc to, naturalnie nie zapominam przez chwilę, że...”. Po co ta kołowacizna?
Publicystyka w Polsce stała się przez to nudna i tasiemcowa, wielu znarowiono tak pisać, nawet księży w „Tygodniku Powszechnym”.A czytelnik bezsilnie się wścieka, że go odinteligentniają. Masy wchodzących w życie młodych ludzi z dyplomami są „odcentryfugowywane”. Coraz mniej śmietanki. Podobno śmietanka przeciąża trawienie.
Reporter nie może użyć najprostszego pars pro toto, bo zaraz wyłazi namaszcze-niec, który poucza go o tym zapomnianym toto. Raz po raz spotykałem się z ta-siemcami krytyk, pouczających, że o tym zapomniałem, a tego nie uwzględniam.
Pierwszy z brzegu przykład – obszerna recenzja Tworzywa, w której autor, roz-ważając moje studium o osadnikach w Kanadzie, poucza: „Miernika dojrzałości i wartości społecznej narodu nie można upatrywać w warunkach wyabstrahowa-nych, przeniesionych w jakąś modelową rzeczywistość pio­nierską”.
Zupełnie się zgadzam. Nie można. No więc co?
„Takie trzeba by odnieść sprostowanie zasadnicze do wyłożonej w Tworzywie koncepcji losu polskiego” – konkluduje „wszystkoista” z namaszczeniem, nie rozumiejąc sprawy tak jasnej, że historia Polaków w Kanadzie jest ułamkiem polskiego losu.
Tenże sam „wszystkoista” w dalszym ciągu recenzji gorszy się moim stwierdzeniem większej odporności gospodarstw prymitywnych w czasie kryzysu. Naturalnie cieszę się przejściem przez kryzys mego bohatera Gąsiora, ale jego zacofanie bynajmniej mnie nie „wprawia w zachwyt”, jak mi to imputuje autor zaprawiony na hiperkomentatorstwie.
Mógłbym bez końca cytować takie czepianie się mełamedów – recenzentów różnorodnego pokroju. Ileż nawydziwiano się, że Ziele na kraterze nie maluje dwudziestolecia. Nawydziwiano wbrew widocznemu założeniu książki tak zawężającej temat, że przeczytawszy ją, czytelnik nie wie nic nawet o życiu zawodowym jej autora, bo już to wykracza poza rodzinę. Krytycy, którzy grymaszą, że tego im za mało, przypominają mi mego znajomego mecenasa, który malarzowi Henrykowi Weyssenhoffowi wzbraniał się zapłacić sto rubli za widoczek Zadymka.
– Bo cóż tu jest – mówił – płot i dwie wrony.
– Mogę domalować jeszcze dwie, wówczas zapłaci pan tylko po dwadzieścia pięć rubli za wronę.
Tego rodzaju krytycy podchodzą do Sienkiewicza i miodopłynnym głosem go chwalą:
– To dobrze, to bardzo się chwali, że pan napisał Quo vadis o Rzymie. Ale należało pamiętać, że Rzym, właściwie, duże walory zawdzięcza hellenizmowi, że Grecja to wielki temat, że nie należało go zapoznawać i brekekeks, i bre­kekeks...
Pan z bródką, wynalazca zwrotu „taki synu”, powinien by odpowiedzieć:
– No i zapoznałem, no i co? Napucz się i sam o tym napisz, taki synu.
(…)

Mitomania

W dalszej kolejce trudności i niebezpieczeństw na reportera czyha – mitomania. A oto przykład:
„Reader’s Digest”, mający nakład 12 milionów egzemplarzy, zamieszcza w każdym numerze skrót powieści. Jest to dla autora swoisty Nobel.
Pewnego razu, zamiast rytualnych trzydziestu minut do poduszki, utknąłem, czytając taką powieść aż do trzeciej w nocy, nim jej nie skończyłem. Była to relacja jednego z najlepszych reporterów amerykańskich, Quentina Reynoldsa. Kiedyś ten Reynolds zyskał wielki rozgłos za reportaż o siedemnastoletnim Grynbergu, który zabił Petlurę; w czasie ostatniej wojny wsławił się reportażem z rajdu Kanadyjczyków na Dieppe w 1942 roku, w którym wziął udział. Teraz „Reader’s Digest” podawał skrót jego książki, spisanej z opowiadania byłego oficera wywiadu brytyjskiego, który był zrzucony do Francji, ujęty przez gestapo, torturowany.
Historia była frapująca, ale gasząc światło, pomyślałem, że lipna. Delikwentowi leją wrzątek w gardło, dają mu lewatywę z kwasu siarkowego, a on sobie żyje i jest nauczycielem w Calgary w Kanadzie. Ale Reynolds? Ale „Reader’s Digest”?
Po dwóch tygodniach wybucha niesłychany skandal. Reportaż trafił do rąk wywia-du w Anglii, który powiadomił wydawnictwo, że bohater książki pracował w czasie wojny w biurze wywiadu, gdzie nasłuchał się różnych opowiadań.
Równocześnie ukazało się wydanie książkowe reportażu Reynoldsa. Wydawca ogłosił, że zwraca pieniądze za sprzedane egzemplarze.
Cóż się stało? Okazało się, że wytrawny reporter padł ofiarą mitomanii. Jego in-formator, stary działacz skautowy, po zdemobilizowaniu wrócił do pracy w skau-tingu. Przy ogniskach dzielił się zasłyszanymi opowiadaniami, dla ożywienia stop-niowo wprowadzał swoją osobę, opowiadanie przez dziesięć lat coraz się bardziej szlifowało, wreszcie tak przywarło do niego, że sam w nie uwierzył.
Faktura mitomanii powinna być przepracowywana w szkołach dziennikarskich.
Pomyślmy o jakimś zdarzeniu, które lubimy od lat opowiadać. Jakiś nasz popisowy kawałek. Najlepiej pochodzący z dna żywych przeżyć, z dzieciństwa, z niezwykłych sytuacji, w których się znaleźliśmy. Na przykład, jeśli zdarzyło się opowiadającemu jako ośmioletniemu chłopcu, że wszczął alarm, gdy w pokoju dwuletniej siostrzyczki wybuchł pożar, za co był wielbiony jako istotny zbawca dziecka. Czy to zdarzenie, opowiadane przez czterdzieści lat, nie ukształtowało się tak, że ten sam ośmioletni chłopiec wyniósł dziecko z morza płomieni? I, co najciekawsze, sam w to święcie wierzy?
Cóż za bogaty kompleks mitomanii dawały rozmowy z uczestnikami powstania 1863 roku? Jak wspaniale są zabrązowywane już nie wyczyny jednostek, ale całe kompleksy spraw? Choćby Makryna Mieczysławska. Zapewne sama wierzyła w to, co opowiadała Słowackiemu.
Na terenie walk majora Hubala trafiłem na zakrystiana, świadka zdarzeń. Z wielkimi detalami, których nie można zmyślić, w które sam opowiadający musi wierzyć, opowiadał mi, jak w lesie podniósł rannego Hubala, jak go przetransportował, przenocował i leczył.
Otóż major Hubal ani razu w czasie swej partyzantki raniony nie był. A jakże pla-styczne, jak obfitujące w szczegóły było opowiadanie zakrystiana!
Co ma robić reporter w takim wypadku?
Co ma robić, jeśli innych relacji nie ma?
Tym bardziej że mitomania jest jak kwarc, jak otoczka, która tai w sobie złote samorodki autentyzmu? Jak to odróżnić?
Po pierwszym natarciu na Monte Cassino, kiedy już minęło trzydzieści sześć godzin i wszystkie niedobitki ściągnęły do baz wyjściowych, przybrnął do macierzystego batalionu wynędzniały szeregowiec Kiszulko.
Według jego wersji, kiedy ujrzał się okrążony przez Niemców, wskoczył do rozbi-tego czołgu.
Usadowiwszy się w wieży pancernej, ostrzeliwał się Niemcom z rozwagą i skutecznie przez całą dobę, wreszcie, kiedy wystrzelał ostatnie naboje, musiał się poddać. Niemcy wywlekli go z baszty, otrzymał uderzenie kolbą w plecy, ale wyrwał się, skoczył w krzaki, uciekł.
Słuchano go z drwinami. Na pewno zaszył się za jakimś głazem, nie decydował się wyleźć.
– Pokaż ładownice.
Były puste (wyrzucił, drań, naboje, aby sobie ulżyć).
– Pokaż karabin.
Owszem, lufa zakopcona (no, jak natarcie ruszyło, to każdy z samego strachu strzelał).
– Ściągnij koszulę.
Na plecach zobaczyliśmy siniak precyzyjnie odpowiadający piętce kolby. Takie piętki stalowe są przykręcane dwoma śrubkami. Były odbite nawet owe dwie śrubki.
A jednak przez cały dzień nie mógłby się ostrzeliwać.
Reporter musi rozeznać, gdzie, w którym miejscu zaczyna się mitomania. Ta piętka kolby odbita na plecach Kiszulki nauczyła mnie nie odrzucać w całości opowiadań zalatujących mitomanią. Dzięki temu uratowałem dwa fakty.
Pierwszy: trzydziestu żołnierzy, znalazłszy się bez amunicji pod bunkrem obsadzonym bronią maszynową, zaległszy za głazami, śpiewało Jeszcze Polska.
Taka brechta wydawała się dobra akurat na akademię. Żołnierz w walce kombinu-je, żeby zabijać i nie być zabitym, a na różne orły białe nie ma czasu. W imię Polski wzywał pułkownik Kamiński skrwawioną resztkę swego trzynastego batalionu, aby wszedł pod obstrzał – nie poderwał, sam się rzucił i zginął. Kiedy i idący za trzynastym batalion szesnasty zaległ, jego dowódca podpułkownik Stańczyk, wyprostowany na całą wysokość, podniósł nogę, obejrzał but i kiedy skupiła się na nim uwaga żołnierzy, krzyknął:
– Dobry znak! W gówno wdepnąłem!...
I batalion – ruszył.
Więc kto by tam uwierzył w te patriotyczne śpiewanki.
Ale miałem już doświadczenia takie jak z Kiszulką. Dogryzałem się prawdy i prawda potwierdziła, że sierżant Czapiński, poległy w miesiąc potem, zaintonował hymn i inni go podchwycili.
A druga pozorna lipa to szeregowiec Bułat. Kiedy mina urwała mu nogę, podniósł się na drugiej, opierając się o skałę, dojrzał przed sobą na wąskiej ścieżce między skałami dwie inne miny, a za sobą na łunie artyleryjskiej czarne sylwety biegnących za nim.
– Tędy, droga wolna! – krzyknął, padł na miny i, polski Winkelried, rozbroił je swoim ciałem.
Gdybym nie zdobył już pewnego doświadczenia, machnąłbym ręką na opowiadanie o Bułacie. Pomyślałbym, że żołnierz wychowany na cywilizacji śródziemnomorskiej nie nadaje się na kamikaze, ma wstręt do samobójstwa.
Tymczasem to była prawda. Do doświadczeń reporterskich należało dodać jeszcze jedno: o narkotyku bitwy.
Widzimy, że fach reportera musi uwzględniać psychoanalizę.
Na jedną z ankiet otrzymałem gruntowną informację na kilka stron. W przypisku była prośba, aby nie odpowiadać bezpośrednio, bo mój informator jest palony przez bolszewików promieniami wysyłanymi na odległość. Innym razem majster Polak w jednej z kanadyjskich fabryk rzeczowo pouczył mnie o technice pracy. Zarządzał zespołem kanadyjskich robotników, niewątpliwie miał ład w głowie. Ale nagle zaproponował mi spółkę pisarską; mianowicie, wzięty przez anioła, mieszkał dwa tygodnie na Wenus.
W obu tych schizofrenicznych wypadkach informacje nie objęte schizofrenią były cenne. Ale częstować nimi czytelnika, to poczynać sobie tak jak myśliwy, który częstuje kolegę kiełbasą położoną na wilki, twierdząc, że odciął koniec, w którym była strychnina.
A przecież nie wszystkie wypadki są tak ostre. Cała gama schorzeń ludzkiej psychiki – mitomania, nienawiść, lęk, zemsta, chciejstwo, doktryneryzm, tęsknota, pożądanie – całe oceany niewyżytych kompleksów są chlebem codziennym reportera.
Reporter nie zawsze może być przyjemny, skoro dokonnuje na indagowanym operacji.
W szpitalu w Campobasso podpisano zbiorowy raport do władz, aby mi zabronić wstępu do szpitala, bo ubliżam bohaterom, podając w wątpliwość ich opowiada-nia. A bohaterowie opowiadali mi o tym, że widzieli lądujących spadochroniarzy niemieckich, co było w tamtych okolicznościach jawną bzdurą łatwą do stwierdze-nia obiektywnie, sztabowo.
(…) 

1. To niezgrabne określenie utarło się w językach zachodnich dla odróżnienia od reportera obsłu-gującego kronikę zdarzeń. W Polsce próbowano dać określenie „reportażysta”. Ale zdaje się, że ta końcówka brzmi w języku polskim raczej derogatywnie (nudysta, kuplecista, arriwista, pamflecista... za przeproszeniem pana dentysty).