Strona główna / Literatura światowa / Romans / Prawdy i zdrady

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Prawdy i zdrady

Nora Roberts

Rozdział 2.

Czasami najlepiej jest kierować się impulsem. Chociaż być może nie wychodzi to najlepiej, poprawiła się Kelsey, jadąc na zachód autostradą numer siedem przez łagodne wzgórza Wirginii. Ale spontaniczne działanie przynosi satysfakcję. Z pewnością postąpiłaby mądrzej, gdyby jeszcze raz porozmawiała z ojcem. Miałaby czas, żeby gruntownie przemyśleć sprawę. Lecz znacznie więcej zadowolenia przyniosła jej decyzja o niemal natychmiastowym wyjeździe na Farmę Trzech Wierzb, żeby stawić czoło kobiecie, która przez dwie dekady udawała umarłą.
Moja matka, pomyślała Kelsey. Morderczyni.
Żeby nie mieć przez cały czas przed oczami tego obrazu, włączyła radio; muzyka Rachmaninowa popłynęła przez do połowy otwarte okno samochodu. Był piękny dzień, idealny na podróż. Właśnie to sobie powiedziała, kiedy pośpiesznie wyszła z mieszkania tego ranka. Wtedy jeszcze nie przyznawała się sama przed sobą, dokąd zamierza jechać, chociaż odszukała na mapie najlepszą trasę do Bluemont.
Nikt tam jej się nie spodziewał. Nikt nie wiedział, dokąd się wybrała.
Poczuła się naprawdę wolna. Nacisnęła pedał gazu i rozkoszowała się szybkością, powiewem chłodnego powietrza, które wpadało przez okno, muzyką. Mogła pojechać wszędzie i zrobić wszystko. Nie musiała nikomu się tłumaczyć, nikt nie zadawał jej pytań. Teraz to ona będzie mogła pytać o wszystko.
Możliwe, że ubrała się trochę staranniej, niż tego wymagał wypad na farmę. Jedwabny żakiet i szerokie spodnie w kolorze brzoskwiniowym podkreślały jej urodę, a ich zwiewność – jej szczupłą sylwetkę. Ale przecież każda kobieta, która wkrótce miała spotkać się z niewidzianą od ponad ćwierć wieku matką, chciałaby wyglądać jak najlepiej. Kelsey zaplotła włosy w luźny warkocz i spędziła więcej czasu niż zwykle na robieniu makijażu i wybieraniu dodatków.
Wszystkie te przygotowania uspokoiły ją trochę. Kiedy jednak zbliżyła się do Bluemont, znowu była spięta.
Jeszcze mogę zmienić zamiar, powiedziała sobie w duchu Kelsey, zatrzymując samochód przed małym wiejskim sklepem, gdzie sprzedawano prawie wszystko. Nawet jeżeli zapyta o drogę do Farmy Trzech Wierzb, to wcale nie znaczy, że musi tam pojechać. Przecież w każdej chwili może zawrócić do Marylandu. Albo po prostu ruszyć dalej, przez Wirginię do Karoliny Południowej lub Północnej. Trzeba skręcić na zachód albo na wschód, w stronę wybrzeża. Jedną z ulubionych rozrywek Kelsey była jazda samochodem tam, gdzie ją oczy poniosą. Po rozstaniu się z Wade’em spędziła bardzo miły weekend w ślicznym pensjonacie na Wschodnim Wybrzeżu.
– Mogę znowu tam pojechać – powiedziała głośno do siebie. – Trzeba tylko zatelefonować do pracy, a potem zatrzymać się w jakimś centrum handlowym, żeby kupić ubranie na zmianę, i będę gotowa.
To nie była żadna ucieczka, tylko zwykły wyjazd. W takim razie dlaczego czuła się tak, jak gdyby uciekała?
Niewielki sklepik był tak zapchany półkami i pojemnikami z nabiałem oraz narzędziami, że trzech klientów tworzyło tłum. Staruszek za ladą miał obok siebie pełną niedopałków popielniczkę. Jego łysina błyszczała jak nowa dziesięciocentówka. Z ust zwisał mu następny papieros. Spojrzał na Kelsey przez obłok dymu, mrużąc oczy.
– Czy mógłby mi pan powiedzieć, jak dojechać do Farmy Trzech Wierzb?
Sklepikarz wpatrywał się w nią przez następną minutę oczami zaczerwienionymi od dymu papierosowego.
– Czy szuka pani panny Naomi? – zapytał w końcu.
Kelsey zrobiła dobrze sobie znaną minę swojej babki, minę, która miała wskazać pytającemu, gdzie jego miejsce.
– Szukam Farmy Trzech Wierzb. To gdzieś w tej okolicy.
– O, tak. – Uśmiechnął się do niej szeroko; papieros w jakiś sposób utrzymał się na jego dolnej wardze, jak gdyby rzucał wyzwanie grawitacji. – Oto, co powinna pani zrobić. Pojedzie pani kawałek tą drogą. Powiedzmy, jakieś trzy kilometry. Dotrze pani do białego płotu. Potem skręci pani w lewo na Chadwick Road i przejedzie kolejne osiem kilometrów albo coś koło tego. Minie pani Longshot. Jest tam wielki żelazny płot z nazwą, więc musi ją pani zauważyć. Za następnym zakrętem zobaczy pani dwa kamienne słupy ze stającymi dęba końmi na szczycie. To właśnie jest Farma Trzech Wierzb.
– Dziękuję panu.
Mężczyzna wciągnął w płuca dym, wydmuchnął go i zapytał:
– Czy pani przypadkiem nie nazywa się Chadwick?
– Nie. – Kelsey wyszła ze sklepu tak energicznym krokiem, że drzwi same się za nią zamknęły. Czuła na sobie spojrzenie staruszka jeszcze wtedy, gdy z powrotem wyjechała na drogę.
To całkiem zrozumiałe, tłumaczyła sobie w duchu. Bluemont to małe miasteczko, a ona jest tu obca. Jednak nie spodobał jej się sposób, w jaki ten mężczyzna się w nią wpatrywał.
Znalazła biały płot i skręciła w lewo. Za miasteczkiem domy stały w większej odległości od siebie. Dominowała wolna przestrzeń; falujące wzgórza nadal tkwiły między zimową mgiełką a wiosenną zielenią. Na łąkach pasły się konie, wiatr unosił im grzywy. Klacze, wciąż pokryte grubą zimową sierścią, szczypały trawę, źrebaki hasały na patykowatych nogach. To tu, to tam rozciągało się zaorane pole; ciemnobrązowe kwadraty przeplatały się z zielonymi.
Przy Longshot Kelsey zwolniła. Nie była to droga, jak dotąd przypuszczała, tylko jakaś posiadłość. Na ozdobnej żelaznej bramie zobaczyła nazwisko właściciela. Poprzez wysmukłe pręty widziała długi podjazd wysypany żwirem. Prowadził do okolonego drzewami i krzewami kamiennego domu na szczycie wzgórza. Ładny, pomyślała głośno. Imponujący. Miał dużo okien i kilka tarasów. Po obu stronach podjazdu rosły szpalerem wiązy. Drzewa wydawały się znacznie starsze i bardziej przesiąknięte tradycją niż sam dom, który sprawiał wrażenie niemal arogancko nowoczesnego i wznosił się na szczycie wzgórza niczym udzielny władca okolicznych ziem.
Kelsey zatrzymała samochód i stała tam przez jakiś czas. Nie dlatego, że tak bardzo zainteresowała ją architektura lub krajobraz, który jednak robił ogromne wrażenie. Po prostu dobrze wiedziała, że jeśli pojedzie dalej tą drogą, to już nie zawróci. Uznała Longshot za punkt, z którego nie ma odwrotu. Jak na ironię, wydawało się to stosowne. Zamknęła oczy i zmusiła się, by spokojnie pomyśleć. Powinna podejść do tej wizyty na zimno, trzeźwo i rozsądnie. To nie jest sytuacja, kiedy ona, córka, rzuci się z płaczem w objęcia dawno utraconej matki. Są dla siebie obcymi kobietami i obie muszą zdecydować, czy tak ma zostać. Nie, poprawiła się w myśli. To ona zdecyduje, jaki będzie rezultat tego spotkania. Przyjechała tutaj, żeby uzyskać odpowiedzi na konkretne pytania, a nie miłość matki. Nawet nie po to, by poznać powody jej dramatycznych decyzji.
A nie otrzyma odpowiedzi, przypomniała sobie Kelsey, jeżeli nie pojedzie dalej i nie zada pytań.
Nigdy nie byłam tchórzliwa. Tę cechę mogę dodać do listy swoich prawdziwych lub urojonych zalet, myślała, uruchamiając na powrót auto. Ale gdy chwyciła kierownicę, ręce miała lodowate. Po chwili wjechała między dwa kamienne słupy z figurami koni i pojechała żwirową drogą w stronę domu matki.
W lecie budynek osłaniałyby trzy pełne wdzięku wierzby, od których posiadłość otrzymała swoją nazwę. Teraz jednak pochylone gałęzie drzew zaledwie muskały delikatne źdźbła trawy, zwiastujące nadejście wiosny. Poprzez tę wiotką zasłonę Kelsey dostrzegła białe kolumny szerokiej zadaszonej werandy i zaokrąglone kształty dwupiętrowego domostwa w stylu sprzed wojny secesyjnej. Budowla miała kobiecy, niemal królewski wdzięk i podobnie jak czasy, z których pochodziła, była majestatyczna i okazała. Kelsey wyobrażała sobie, że są tutaj ogrody, które w ciągu najbliższych tygodni wybuchną feerią barw. Z łatwością mogła dodać do tego widoku brzęczenie pszczół, śpiew ptaków i oszałamiający zapach glicynii lub bzu.
Odruchowo podniosła oczy na okna drugiego piętra. W którym pokoju to się stało, zadała sobie pytanie. Który pokój był niemym świadkiem morderstwa?
Po plecach przeszły jej ciarki. Zatrzymała samochód. Chociaż pierwotnie zamierzała skierować się prosto do frontowego wejścia i zapukać, teraz zdała sobie sprawę, że stoi z boku, na kamiennym patio, skąd wysokie przeszklone drzwi prowadziły do wnętrza domu.
Z tego miejsca widziała nieopodal jakieś zabudowania. Schludne szopy i stodołę, która wyglądała niemal równie imponująco jak dom mieszkalny. A dalej, na zboczach wzgórz, dostrzegła pasące się konie i wodę, w której odbijał się blask promieni słonecznych.
Nagle inna scena przesłoniła jej ten widok. Pszczoły brzęczały, ptaki śpiewały. Słońce świeciło jasno i wokoło ulatywał zapach róż, mocny i słodki. Ktoś śmiał się głośno, podnosząc ją do góry, coraz wyżej i wyżej, aż poczuła pod sobą bezpieczny grzbiet konia. Krzyknęła cicho i przycisnęła rękę do ust. Przecież nie pamięta tego miejsca. Nie pamięta niczego. To tylko jej wyobraźnia. Wyobraźnia i zdenerwowanie, to wszystko. Ale Kelsey mogłaby przysiąc, że usłyszała tamten śmiech, dźwięczny, szczęśliwy, porywający.
Objęła się ramionami, czując chłód, i cofnęła się o krok. Powinna była włożyć płaszcz. Musi go wziąć z samochodu. Nagle zza domu, ramię w ramię, wyszli mężczyzna i kobieta.
W blasku słońca byli tak piękni, tak oszałamiająco urodziwi, że przez chwilę Kelsey pomyślała, że ich także sobie wyobraziła.
Mężczyzna był wysoki, pewnie miał ze sto osiemdziesiąt parę centymetrów wzrostu. Poruszał się z wrodzoną gracją. Wiatr rozwiał mu ciemne włosy, które zwijały się w loki ponad kołnierzykiem wyblakłej bawełnianej koszuli. Kelsey zobaczyła jego niebieskie oczy, błyszczące w pociągłej, wyrazistej twarzy. Na moment otworzył je szerzej z zaskoczenia.
– Naomi – powiedział z lekkim akcentem charakterystycznym dla mieszkańców południowych stanów. Miał głęboki głos, miękki i aksamitny jak stare wytrawne wino. – Masz gościa.
Historia opowiedziana przez ojca nie przygotowała Kelsey na widok, który przed sobą ujrzała. Przez chwilę miała wrażenie, że ogląda samą siebie w bliżej nieokreślonej przyszłości. W lustrze tak wypolerowanym, że na moment ją oślepiło. Kelsey czuła się tak, jakby patrzyła na swój postarzony portret. I nawet przez kilka sekund obawiała się, że tak jest.
– No cóż. – Naomi z całej siły zacisnęła rękę na ramieniu towarzysza. Nie była świadoma własnej reakcji i nie potrafiłaby nad sobą zapanować. – Nie sądziłam, że zareagujesz tak szybko, a tym bardziej, że się pojawisz. – Przed wielu laty przekonała się, że łzy w niczym nie pomagają, więc jej oczy pozostały suche, kiedy przyglądała się córce.
– Wezmę jeszcze jeden bilet na tę imprezę… – zaczął mężczyzna, ale Naomi przylgnęła do jego ramienia, jak gdyby był jej tarczą lub wybawicielem.
– To nie będzie potrzebne. – Kelsey jak gdyby z dużej odległości usłyszała własny głos. – Nie mogę zostać tu na dłużej.
– W takim razie wejdź do środka. Nie będziemy tracić twojego cennego czasu.
Naomi poprowadziła ich przez taras do salonu równie pięknego i eleganckiego jak jego właścicielka. Na kominku płonął ogień, żeby odpędzić chłód przedwiośnia.
– Usiądźcie, proszę, rozgośćcie się. Zaraz będzie herbata. – Obrzuciła mężczyznę szybkim spojrzeniem i wy­biegła.
Jej towarzysz wydawał się przyzwyczajony do trudnych sytuacji. Usiadł, wyjął cygaro i posłał Kelsey czarujący uśmiech.
– Naomi jest trochę zdenerwowana.
Kelsey uniosła brwi. Jej matka sprawiała wrażenie równie niewzruszonej jak rzeźba z lodu.
– Naprawdę?
– Powiedziałbym, że to zrozumiałe. Widok pani wstrząsnął nią do głębi. Ja sam aż cofnąłem się o krok. – Zapalił cygaro i zastanowił się, czy napięcie, które wyraźnie wyczytał w oczach młodej kobiety, pozwoli jej usiąść. – Jestem Gabe Slater, sąsiad Naomi. A pani ma na imię Kelsey. (…)