Strona główna / Literatura światowa / Świat w moich oczach

Aktualności

06.08.2020

Najlepsza książka miesiąca Lipiec 2020!

Z radością informujemy, że książka "Chciałbym nigdy cię nie poznać" została uznana przez czytelników serwisu hultajliteracki.pl za najlepszą książkę miesiąca Lipiec 2020 a Wiktor Krajewski za Autora Miesiąca oraz Wydawnictwo Prószyński za Wydawcę miesiąca.

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Świat w moich oczach

Tony Giles

Prolog

Ta książka jest przeznaczona dla tych wszystkich podróżujących po drogach świata, którzy przeżywają dobre i złe chwile, którzy śmieją się albo walczą do ostatka ze swoim plecakiem – przyjacielem i wrogiem równocześnie. Napisałem ją też dla swojej rodziny i bliskich przyjaciół, których nieustannie porzucam, kiedy wybieram się na wędrówkę, oddalam się od nich i zostawiam ich niespokojnych i zdenerwowanych, bo nie wiedzą, co się ze mną dzieje, czy jeszcze żyję, czy może już umarłem… Bez nich byłbym nikim i nie mógłbym podejmować swoich zwariowanych wypraw.
Wreszcie – ta książka jest dla całego mnóstwa ludzi, którzy chcą podróżować, a nie wiedzą jak. Dla rodziców, którzy nie mogą zrozumieć, dlaczego ich dzieci chcą zwiedzać świat – niezależnie od tego, czy są niepełnosprawne, czy nie. A może w gruncie rzeczy ta książka jest dla ludzi, którzy są po prostu niepewni siebie i nie wiedzą dokładnie, jak ani gdzie znajdą odpowiedzi na swoje pytania?
Ta książka mówi, że jeżeli czegoś pragniemy i mamy do tego serce, możemy osiągnąć dosłownie wszystko. Ja pragnąłem tak mocno, że samotnie objechałem dookoła świat… już dwa razy! A skoro mnie się to udało, uda się i wam. Nie jestem pierwszą osobą, która tego dokonała i prawdopodobnie również nie ostatnią.
To wyjątkowa historia szaleństwa, przygody, picia, narkotyków, seksu i emocji – od czasu do czasu dla równowagi okraszona jedną czy dwiema historyjkami z podróży. Mam nadzieję, że ci, którzy sięgną po moją książkę, będą się dobrze bawić, bo ja doskonale się bawiłem, zdobywając swoje doświadczenia!


Rozdział 1. Jak to się zaczęło

Zaczęło się, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Miałem jakieś dziewięć, może dziesięć lat, gdy starzejący się już tata opowiadał mi historie ze swojego życia na morzu i lądzie. Nie zdając sobie z tego sprawy, rozbudził w moim nieuporządkowanym jeszcze umyśle pewną świadomość, która poruszyła jakiś nerw i wykształciła pasję przygody, która kolei rozbudziła moją już wtedy niezmiernie żywą wyobraźnię i zasiała ziarenko, które wiele lat później wydało owoce. Chociaż tata próbował mnie chronić, to właśnie on, choć nie bezpośrednio, jest w znacznym stopniu odpowiedzialny za moje podróżnicze wyczyny. Urodził się w końcu lat dwudziestych XX wieku, a poszedł na morze tuż przed zakończeniem drugiej wojny światowej. Zaciągnął się do marynarki handlowej jako radiotelegrafista i służył w niej nadal już w czasach pokoju. Dzięki tej pracy podróżował do rozmaitych miejsc na świecie: do Australii, Kanady, Indii… Opowiadał mi, jak płynął w górę Rzeki Świętego Wawrzyńca w Kanadzie, gdzie ogromne, przerażające góry lodowe dosłownie o włos mijały jego statek. Przejechał pociągiem całą Australię, od wschodniego wybrzeża po zachodnie. Przebył wtedy równinę Nullarbor – trasę, o której ja wciąż marzę.
Opowiadania mojego ojca – prawdopodobnie nieco upiększone – urzekały mnie i ukształtowały moje pojęcie o podróżach. Obudziły we mnie pasję przygody. Ojciec i jego koledzy marynarze, przez długie tygodnie z dala od domu, borykali się z okrutnym, niebezpiecznym morzem w zimne, ciemne noce… Jego przygody dodają mi odwagi do walki z wszelkimi trudnościami, jakie napotykałem podczas swoich samotnych podróży. Ojciec był dobrym człowiekiem, a pęd do przygód miał zakodowany w sercu.
Moje podróże tak naprawdę zaczęły się, kiedy jeszcze byłem nastolatkiem. Mój najbliższy przyjaciel, Will Harris, widzący tylko na jedno oko i z niesprawną ręką, wprowadził mnie w tajniki pomieszkiwania w hostelach. Miałem wtedy dziewiętnaście lat: przepełniały mnie entuzjazm i energia, a język miałem bardziej niż niewyparzony. Wyobraźcie sobie, że byliśmy wtedy w drodze, ni mniej ni więcej, tylko do Norwich! To przypominało wędrówkę na koniec świata i z powrotem. Norwich to odległe, na pozór bez znaczenia, zimne, rolnicze miasto. Szliśmy tam na koncert rockowy – coś, co przez kilka lat było moją pasją. Z plecakami na ramionach ruszyliśmy więc w kierunku chłodnego Norwich. Po długiej podróży pociągiem zameldowaliśmy się w naszym, zawczasu zarezerwowanym hostelu. Wychodząc na koncert, poprosiliśmy właściciela, żeby zostawił otwarte drzwi, bo planowaliśmy wrócić bardzo późno. Koncert odbywał się daleko od centrum, na uniwersytecie, w pobliżu lotniska, ale ostatecznie znaleźliśmy to miejsce i doskonale się bawiliśmy. Sprawy przybrały nieciekawy obrót, kiedy William zaproponował, żebyśmy wracali piechotą. Pomysł był idiotyczny: po ciemku, w dodatku w mieście, którego nie znaliśmy! Jednak posłusznie szedłem za nim, klnąc w żywy kamień.
W końcu dotarliśmy do hostelu. Do wnętrza dostaliśmy się dość łatwo, ale kiedy chcieliśmy wejść do sypialni, okazało się, że jest zamknięta. Próbowaliśmy obu kluczy, jednak drzwi ani drgnęły. Była już pierwsza w nocy, wobec czego wdarliśmy się do innej, pustej i na szczęście otwartej sypialni. Dopiero rano właścicielowi udało się sforsować uparty zamek. Zabraliśmy nasze graty i wynieśliśmy się. Cóż za wstęp do życia w młodzieżowych hostelach i podróżowania! Niemniej nadal zatrzymywałem się w hostelach i do tej pory to robię. Nawiasem mówiąc, powinienem chyba zaznaczyć, że jestem kompletnie niewidomy i w osiemdziesięciu procentach głuchy na oba uszy!
Tamto doświadczenie otworzyło przede mną drzwi do nowego, podniecającego świata, a nigdy nie oglądałem się za siebie. Nie mam zamiaru korzystać z żadnych innych rodzajów zakwaterowania, bo przecież hostele to miejsca wyjątkowo ciekawe i z reguły niedrogie. Zawsze kłębi się w nich tłum najrozmaitszych ludzi. To wspaniały sposób, by poznać nowe, fascynujące osoby ze wszystkich środowisk. Hostele są idealne dla każdego turysty. Te, należące do Międzynarodowego Stowarzyszenia Schronisk Młodzieżowych , i inne, niezależne hostele są teraz prawie we wszystkich krajach, włącznie z tak zwanym rozwijającym się światem.
Za granicą początkowo zatrzymywałem się w hostelach YHA-HI, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że panuje w nich nieco zatęchła atmosfera. Miałem wrażenie, że obowiązuje za dużo przepisów, takich jak zakaz picia alkoholu, zakaz palenia czy obowiązek wracania nie później niż o określonej godzinie. Niezależne hostele są zwykle w tych sprawach o wiele bardziej tolerancyjne, chociaż ostatnio też gwałtownie się zmieniają. Co prawda, specjalnie mnie to nie martwi, bo zazwyczaj zależy mi tylko na łóżku, a panującego wokół bałaganu i tak nie widzę! Jednak, kiedy nie mam żadnej innej możliwości, nadal korzystam z usług hosteli YHA.
Pierwszy raz byłem za granicą bardzo wcześnie, już jako mały chłopiec. Gdy miałem czternaście lat, pojechałem z rodzicami na grecką wyspę Rodos. Uwielbiałem pocić się w upale, pływać w Morzu Egejskim, czuć pod stopami pył zakurzonych ulic i zjadać tyle spaghetti, ile tylko było mi wolno. Jako piętnastolatek pojechałem do Stanów na wakacje szkolne, a pięć lat później, tuż przed rozpoczęciem studiów uniwersyteckich – razem z przyjacielem przez dwa tygodnie wędrowaliśmy po Stanach z plecakami.
W tym samym roku odwiedziłem też Trier, niewielkie miasteczko w południowych Niemczech – w ramach zorganizowanych wakacji. Moją pierwszą samodzielną podróżą był wyjazd do Karoliny Południowej, na wschodnie wybrzeże Ameryki – jako część moich studiów. Cóż to było za doświadczenie!
Te pierwsze wyprawy pomogły mi uporać się z takimi przeszkodami, jak przepełnione lotniska, znajdowanie kwater, szukanie miejsc, w których mogłem uzyskać informacje o wycieczkach i otrzymać materiały do przestudiowania.
Pragnienie podróżowania przejąłem od rodziców, a umiejętność podejmowania takich wyzwań zdobyłem dzięki wierze w siebie. Tę wiarę zyskałem w specjalistycznej szkole z internatem dla dzieci z wadami wzroku. Szkoła była daleko od domu. Dzięki temu wcześnie stałem się niezależny, a to z kolei przyspieszyło moje poznawanie świata. Szkoła z internatem, do której chodziłem, stała się potem instytucją dla dzieci z wszelkiego rodzaju problemami. To była dodatkowa korzyść: przebywanie wśród ludzi z najrozmaitszymi upośledzeniami było ogromnie pouczające, gdyż dowiodło, że chociaż niektórzy różnią się od innych, ich kalectwo nie wpływa na ich inteligencję czy emocjonalność.
Mój ówczesny najlepszy przyjaciel cierpiał na dystrofię mięśni, chorobę powodującą stopniowy ich zanik – właściwie ten chłopak codziennie po trochu umierał. Jego śmierć w wieku zaledwie szesnastu lat była dla mnie wstrząsem, pozostawiła w moim życiu próżnię. Aby przed nią uciec, zacząłem pić. Dopiero później uświadomiłem sobie, że właśnie wpływ jego życia na moje i późniejsza śmierć były moim najbogatszym doświadczeniem. W wędrówkach po świecie często spotykam samotnie podróżujących nieznajomych. Wypijam z nimi parę drinków, czasami wspólnie coś organizujemy, a potem się rozchodzimy – każdy w swoją stronę. Śmierć mojego przyjaciela nauczyła mnie, że muszę radzić sobie z tymi krótkotrwałymi znajomościami i z ich – często błyskawicznym – zakończeniem.
Edukację kontynuowałem na uniwersytecie. Studiowałem amerykanistykę, co pozwoliło mi jednocześnie podróżować, zdobywać wykształcenie i korzystać z rozkoszy życia: głównie z alkoholu, narkotyków i seksu! Zacząłem pić, kiedy miałem osiemnaście lat, i prawdopodobnie zacząłbym wcześniej, gdyby nie ograniczenia obowiązujące w internacie. Piłem dlatego, że to angielski zwyczaj, i dlatego, że alkohol pomagał mi wyjść z depresji po stracie najlepszego przyjaciela, a także po śmierci taty, który zmarł rok wcześniej. Potrzebowałem czegoś, co przywróciłoby mi spokój, a cydr świetnie się do tego nadawał. Zacząłem dość przyzwoicie, ale później często bywałem tak pijany, że wyrzucali mnie z barów. Nawet do mojego miejscowego pubu miałem zakaz wstępu przez sześć miesięcy!
Kiedy już w dużym stopniu zgłębiłem geografię, a jeszcze bardziej gruntownie historię, byłem w stanie zrozumieć świat. Połączenie miłości i zachęty ze strony rodziny oraz specjalistyczne wykształcenie, które otrzymałem, umożliwiły rozszerzenie ogólnej wiedzy o świecie, pozwalając mi w późniejszych latach stosunkowo łatwo po nim podróżować.

Rozdział 2. Pytanie – dlaczego?

Zwiedziłem wiele miejsc na świecie, dzięki podróżom zdobyłem mnóstwo doświadczeń, poznałem rozmaitych, cudownych ludzi różnych narodowości i z najróżniejszych środowisk. Mimo to nadal zadaję sobie pytanie – dlaczego?
– Dlaczego podróżujesz, Tony?
– Jaką masz z tego przyjemność, skoro nie widzisz?
To dobre pytania z perspektywy osób widzących. Te i wiele innych. Jest mnóstwo powodów, dla których podróżuję, niektóre całkiem banalne. Jest jednak parę przyczyn absolutnie koniecznych. Każda z moich podróży ma swój własny, szczególny cel: poznanie nowego kraju albo jakieś inne wyzwanie. Pytanie zadawane osobie niewidomej przez widzącą jest jednoznaczne, natomiast odpowiedzi na nie może być kilka. Osoba widząca chce po prostu wiedzieć, dlaczego ktoś niewidomy pragnie „zobaczyć” inny kraj. I natychmiast nasuwa się odpowiedź: „A dlaczego nie?” Można też odpowiedzieć, że podróżowanie to nie tylko oglądanie własnymi oczyma pięknych krajobrazów. Podróże angażują nie tylko wzrok, lecz wszystkie ludzkie zmysły. Dają możliwość nawiązania kontaktu z ludźmi, pozwalają wyczuwać dotykiem różne struktury ziemi i roślin, smakować nieznane potrawy czy słuchać innego rodzaju muzyki – słowem, dają możliwość zetknięcia się z odmienną, fascynującą kulturą i wniknięcia w osobliwości danego kraju, a na koniec – powrót do domu z większym bagażem wiedzy niż ten, który zabieraliśmy w drogę.
Ja podróżuję w jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny sposób, i tym samym postrzegam świat z nieco odmiennej perspektywy. Jednak, podobnie jak wielu innym podróżnikom, chodzi mi o osobiste wyzwanie, o zrealizowanie wyimaginowanej idei albo wręcz przeciwnie – przetrwanie przy codziennym zaspokajaniu tylko najpilniejszych potrzeb, czasem prawie bez jedzenia i/albo pieniędzy. Chciałem znaleźć odpowiedzi na te pytania, a ze swoich wypraw wracałem nieco starszy i mądrzejszy – z reguły bez odpowiedzi, za to z coraz większą liczbą pytań.
Ta książka podkreśla sposób, w jaki podróżuję: szybko, często rozpaczliwie, jak szukające schronienia ścigane zwierzę. Wielu ludziom czterdziestogodzinna podróż autobusem wyda się wyczerpująca i wariacka, dla mnie stanowi część nowego doświadczenia. Poruszanie się, zmuszanie umysłu i ciała do pracy na najwyższych obrotach, zadawanie pytań i zdobywanie odpowiedzi – to dla mnie największa przyjemność. Często zdarza mi się zagalopować i wtedy sobie mówię: „No, dosyć”. Wtedy już wiem, że osiągnąłem wyznaczony cel. Dla mnie każdy dzień jest wyzwaniem i podniecającą wędrówką. Każdy ranek przynosi nową motywację: poznam nowych ludzi albo doświadczę większych emocji niż te wczorajsze – a przede wszystkim zdobędę nowe doświadczenia i dowiem się czegoś nowego o życiu i o sobie samym. Taki jest właśnie najważniejszy powód wszystkich moich wędrówek.
Celem życia mnóstwa ludzi jest znalezienie pracy, kupno domu, założenie rodziny – moim celem są podróże. Kocham swoją rodzinę i najbliższych przyjaciół, oni jednak nie są w stanie pomóc mi w odnalezieniu mojego prawdziwego „ja”. Właśnie po to, żeby je odnaleźć, musiałem uciekać przed nimi na koniec świata.
Mam własne poglądy i cechuje mnie determinacja, dlatego przy odpowiedniej wiedzy i sporadycznej pomocy innych jestem w stanie osiągnąć dosłownie wszystko. Pewnego razu mój serdeczny przyjaciel, człowiek raczej ubogi i zajmujący się czymś, co nie daje mu zadowolenia, powiedział:
– Ty to masz cudowne życie! W każdej chwili możesz spakować plecak i zniknąć, pojechać na parę miesięcy w podróż dookoła świata.
Tak, to właśnie absolutna wolność, której doświadczam. Uwielbiam takie wyzwania: bez problemu mogę przenosić się z miejsca A do miejsca B, jedynie od czasu do czasu polegając na innych.
Oczywiście moi przyjaciele mają rację, mówiąc, że często korzystam z pomocy, że ktoś kieruje mnie w odpowiednie miejsce, że podają mi jedzenie i że wszędzie, gdziekolwiek się znajdę, wszyscy okazują mi ogromną serdeczność. Jednak to ja sam przyjąłem taką postawę, a całej reszty dokonują moja osobowość i dobroć innych. Stawiłem czoła własnym lękom i wiele z nich udało mi się pokonać. Inne natomiast wykryłem i, gdzie tylko mogłem, pokonywałem stojące przede mną bariery.
Na udaną podróż składa się wiele elementów, a im większe doświadczenie, tym mniej kłopotów. Zawsze należy pamiętać, że niezależnie od tego, jak długo i dokładnie wszystko zaplanowaliśmy, w podróży muszą wyniknąć jakieś nieprzewidziane trudności. W moim przypadku z reguły były one rezultatem zmęczenia i picia. Często kłopoty zdarzają się dlatego, że jesteśmy w nieodpowiednim miejscu albo mamy problemy z nagłą zmianą klimatu lub środowiska. Ale wszystko to razem składa się na nowe doświadczenie: trzeba poradzić sobie z zaistniałą sytuacją albo… wracać do domu.
Zdarzyło się, że odbyłem dwie długie podróże, podczas których odwiedziłem kilka krajów i potrzebowałem waluty używanej w każdym z nich. Często spotykam się z pytaniem, jak radzę sobie z pieniędzmi. Z reguły odpowiadam wtedy, że wszystkie oddaję kobietom – niech się martwią, jak je wydać! Ale, mówiąc poważnie, noszę gotówkę w specjalnym pasku, a oddzielnie trzymam karty kredytowe. Kiedy korzystam z bankomatu, towarzyszy mi inny pieszy turysta albo pracownik hostelu. A jeżeli nikogo nie mogę znaleźć, wchodzę do banku, a tam pomaga mi ktoś z obsługi. Oczywiście, żaden z tych sposobów nie jest niezawodny, ale przez te wszystkie lata tylko raz ukradziono mi kartę: byłem wtedy zresztą w Anglii i mogłem natychmiast ją zablokować.
A co do gotówki, to angielskie pieniądze na szczęście mają rozmaite rozmiary. Niestety często używam też dolarów amerykańskich i, kiedy muszę policzyć pieniądze, mam problem, bo tych banknotów nie jestem w stanie rozróżnić. Ale, dzięki Bogu, bankomaty amerykańskie prawie zawsze wydają banknoty dwudziestodolarowe. Jeżeli po wyciągnięciu pieniędzy wejdę do sklepu i kupię coś za, powiedzmy, 15 dolarów, wiem, że powinienem dostać resztę albo w postaci jednego banknotu pięciodolarowego, albo pięciu jednodolarówek. Teoretycznie mogliby mi zamiast banknotu pięciodolarowego wydać jeden dolar, ale to się właściwie nigdy nie zdarza, bo dookoła jest pełno ludzi. Większe ryzyko, że zostanę oszukany, istnieje, gdy płacę za taksówkę lub negocjuję wysokość depozytu za klucz w hostelu.
Już słyszę kolejne pytanie, Czytelniku:
– A w jaki sposób się odżywiasz?
Wtedy odpowiadam:
– Dziękuję, w bardzo smaczny!
Prawdę mówiąc, kupowanie, szykowanie jedzenia i samo zjadanie go nastręcza chyba największych trudności w czasie moich podróży: strategia tych działań zależy od kraju, w którym jestem. Jeśli jedzenie jest niedrogie – jak na przykład w Południowo-Wschodniej Azji – dogadzam sobie i jadam w restauracjach. Kiedy podróżuję autobusem po Ameryce Północnej, zadowalam się McDonaldami albo otwartymi wcześnie rano barami śniadaniowymi. Te ostatnie szczególnie lubię. A po wypróbowaniu rozmaitych miejscowych specjalności kupuję najprostsze produkty, takie jak ryż, zimne mięso, rybę albo fasolę w puszce. Czasem zdarza się, że proszę innych turystów o pomoc w zakupach. Kiedy planuję wyjście na miasto, sprawdzam stan swoich finansów i proszę o adresy najbliższych barów i sklepów spożywczych. A tak naprawdę po trzech miesiącach podróżowania tracę zainteresowanie jedzeniem: odżywianie staje się już tylko koniecznością. Do tej pory nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Możliwe, że z powodu tempa, w jakim podróżuję, a może na skutek ciągle takiej samej diety? Jeżeli któryś z Czytelników zna odpowiedź, proszę, niech mi mądrze poradzi, zanim wyruszę w kolejną długą podróż…!
Z domem kontaktuję się e-mailami. W szkole nauczyłem się pisać „na ślepo” na komputerze, zanim jeszcze dorobiłem się komputera z dźwiękowym oprogramowaniem. Koledzy-turyści czytają mi otrzymane e-maile, następnie włączają „odpowiedz”, po czym powalam ich na kolana szybkością, z jaką piszę.
Podróżnicy i turyści z plecakami pochodzą z rozmaitych środowisk. Studenci najczęściej podróżują w czasie wakacji albo w przerwie pomiędzy studiami. Kilka dziewczyn czy trójka kolegów potrafi objechać świat dookoła, nie rozstając się z flaszką. Z reguły odwiedzają Australię, Nową Zelandię albo coś w tym rodzaju. Większość ludzi robi to tylko raz w życiu, po czym uznaje, że podróżowanie jest wprawdzie niezapomnianym, ale trudnym i strasznym przeżyciem. Ja inaczej podchodzę do dalekich wypraw, przede wszystkim dlatego, że dzięki studiom mogłem poznać Stany Zjednoczone.
Kiedy tylko wyrwę się do obcego kraju, nikt ani nic nie jest w stanie mnie zatrzymać.