Strona główna / Literatura światowa / Kłamstwa

Aktualności

30.09.2022

Spotkanie z Tanyą Valko i Igorem Kaczmarczykiem w Warszawie

W czwartek 6 października o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabskie opowieści. Historie prawdziwe" oraz Igorem Kaczmarczykiem, autorem książki "Islamskie fatum".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka

Kłamstwa

Diane Chamberlain

ROZDZIAŁ 1.

Maya

Niezliczoną ilość razy mijałam ten ogromny, rozłożysty budynek przy Capital Boulevard, ale nigdy do niego nie weszłam. Jednak dziś miałam ochotę się porozpieszczać. Wszystkie mamy z sąsiedztwa mówiły, że w tym starym magazynie można znaleźć świetne okazje. Nie potrzebowałam ich. Adam i ja mogliśmy sobie pozwolić na wszystko. Z zarobkami dwojga lekarzy – pediatry ortopedy i anestezjologa – nigdy nie mieliśmy problemów finansowych. Dopiero kiedy weszłam do budynku i owionął mnie zapach olejku cytrynowego, uświadomiłam sobie, po co tu przyszłam. Przypomniałam sobie, jak Katie Winston z mojego Klubu Książki z North Raleigh mówiła, że można tu znaleźć piękne dziecinne mebelki. Katie była wtedy w pierwszej ciąży. Teraz spodziewała się trzeciego dziecka. Nareszcie stanę się taka jak one, pomyślałam, stojąc wśród starych orientalnych dywanów na betonowej podłodze i ścian malowanych na pąsowo i złoto.
Każda z piętnastu pań z Klubu Książki miała dziecko – tylko nie ja. Zawsze traktowały mnie ciepło i serdecznie, ale kiedy zaczynały rozmawiać o kolkach, nianiach oraz wadach i zaletach szkolnego programu w Raleigh, czułam się pominięta. Wydawało im się, że mnie to nie obchodzi. Już sam fakt, że jestem lekarką, wyróżniał mnie spomiędzy nich i pewnie sądziły, że przedłożyłam pracę zawodową nad macierzyństwo. Wszystkie siedziały w domu z dziećmi. Rzuciły pracę po zajściu w ciążę. Niektóre wykonywały zlecenia w domu, ale wiedziałam, że uważają mnie za osobę spoza swojego kręgu. Nie miały pojęcia, jak bardzo pragnę stać się jedną z nich. Nikomu nie zdradzałam swoich uczuć, ale teraz dojrzałam, żeby je uwolnić. Postanowiłam, że powiem o tym moim sąsiadkom podczas następnego spotkania. Oby udało mi się przy tym nie popłakać.
Dziś mijał szesnasty tydzień. Położyłam rękę na moim wypukłym brzuchu i ruszyłam rzędem po lewej stronie budynku, mijając nisze pełnych pięknych starych mebli i ręcznie wykonanych przedmiotów. Czułam się bezpiecznie. Byliśmy bezpieczni. Ludzie na ogół zwlekają z wyjawieniem prawdy do końca pierwszego trymestru, ale Adam i ja nauczyliśmy się, że nawet po dwunastym tygodniu nie jest bezpiecznie. Ostatnim razem wytrzymałam dwanaście tygodni i dwa dni. Uznaliśmy, że tym razem odczekamy cztery miesiące. Szesnaście tygodni. Dopóki nie miniemy tego kamienia milowego, nie powiemy nikomu – z wyjątkiem mojej siostry, ma się rozumieć – i nie zaczniemy urządzać pokoju dziecinnego.
Ruszyłam spokojnie, uśmiechnięta, nie szukając niczego konkretnego. Niektóre nisze wypełniała przypadkowa zbieranina mebli, ściśniętych tak bardzo, że nie zdołałabym między nie wejść. Inne stanowiły studium minimalizmu: idealnie rozstawione półki, a na każdej – po jednym przedmiocie. W niektórych niszach nad wejściem umieszczono szyld, żeby stworzyć wrażenie sklepiku na małej uliczce, a nie klitki w magazynie. Wiklinowa Zatoka. Ładne Przedmioty. Hafty Krzyżykowe. W budynku nie było wielu innych klientów i wydawało się, że nikt nie pilnuje towaru. Jeśli chciało się wsunąć do kieszeni jakiś drobiazg, nikt by tego nie zauważył. Nikt by nie zaprotestował. Taka ufność w ludzką naturę przepełniła mnie nagłą radością. Wiedziałam, że to wpływ szalejących hormonów.
Musnęłam opuszkami palców gładki, wypolerowany blat stołu w jednej niszy, dotknęłam brzeżka kołdry w drugiej. Minęłam malutką wnękę, w której stał tylko stolik z dzbankiem na kawę, talerzem opakowanych mufinków z jagodami i kartką z napisem: kawa za darmo, mufiny: 1.50 $, oraz koszykiem, w którym leżało sześć banknotów jednodolarowych. Nie mogłam się oprzeć. Wzięłam dwa ciastka na śniadanie i położyłam w koszyku pięciodolarówkę. Poszłam dalej, przepełniona irracjonalną radością. Ludziom można zaufać, że zapłacą za poczęstunek. Co za wspaniały świat!
Zapragnęłam zadzwonić do Adama tylko po to, żeby usłyszeć jego głos. Kiedy ostatnio to zrobiłam? Kiedy zadzwoniłam do niego bez powodu? Nie widziałam się z nim, zanim wyszedł rano do szpitala, i przez cały dzień przyjmowałam pacjentów. Jeśli wyrobi się z operacjami, wróci do domu wystarczająco wcześnie, żebyśmy wyszli coś zjeść. Razem uczcimy magiczny szesnasty tydzień. Dziecko miało się urodzić w Nowy Rok. Czy można znaleźć bardziej odpowiednią datę? Początek nowego roku. Początek nowego życia dla naszej trójki. Nasze układy się poprawią. Odkąd Adam dowiedział się o mojej ciąży, pojawiło się między nami napięcie, o którym nie mówiliśmy, bo nie wiedzieliśmy, jak się go pozbyć. Gdybym była ze sobą szczera, musiałabym przyznać, że właściwie to napięcie istnieje od dawna. Ale teraz na pewno zniknie. Porozmawiamy dziś przy kolacji, mając przed sobą wspaniałe widoki na przyszłość. Może sporządzimy listę imion. Do tej pory nie mieliśmy na to odwagi. Potem pójdziemy do domu i będziemy się kochać – w całym znaczeniu tego słowa, jak wtedy, gdy miłość nie zamieniła się jeszcze w prokreację. Dawno, dawno temu było nam dobrze w łóżku. Chciałam, żeby to wróciło.
Nad niszą oddaloną o parę metrów zobaczyłam wiszący szyld z napisem: „Rzemiosło dla Dzieci”. Ruszyłam prosto w tamtą stronę. To właśnie o tym miejscu mówiła Kate, na pewno. Wewnątrz podłużnej wnęki cytrynowy zapach stał się mocniejszy. Było w niej ciasno, choć meble ustawiono według planu. Białe kołyski, komody i fotele na biegunach po jednej stronie, kawowe – po drugiej. Zadrżałam z zachwytu. Nie wiedziałam, na co spojrzeć najpierw. Każdy mebel był zaopatrzony w karteczkę stwierdzającą, że dostosowano je do współczesnych norm bezpieczeństwa. Usunięto z nich ołowiową farbę. Szczebelki łóżeczek zbliżono do siebie. Wszystkie wyglądały cudownie. Choć Adam i ja powstrzymaliśmy się przed przerobieniem którejś z sypialni na pokój dziecinny, leżąc bezsennie w nocy i rozmawiając, zaplanowaliśmy w nim wszystko do ostatniego szczegółu. Ilu mężczyzn interesowałoby się tym aż tak? Łatwiej było nam wyobrazić sobie to, co namalujemy na ścianie pokoju dziecka niż samo dziecko. To się miało zmienić.
Spędziłam niemal godzinę w tej niszy, wpisując do mojego BlackBerry informacje o meblach. Ceny. Namiary na właściciela sklepu. Wszystko. I w końcu, niechętnie, wyszłam. Nie mogłam nic kupić. Jeszcze nie. Nie chciałam kusić losu.
Miałam urodzić dziecko tuż przed trzydziestym piątym rokiem życia. Wolałabym wcześniej, ale na tym etapie było mi wszystko jedno. Mój pierworodny! Pojawią się następne dzieci, przynajmniej jeszcze jedno, żeby wykorzystało meble. Może dwoje. A może cały dom, pomyślałam, znowu rozdygotana ze szczęścia.

Adam zadzwonił na moją komórkę, ledwie weszłam do domu.
– To będzie długa noc – powiedział. – Parę wypadków, no i padło na mnie. Radzisz sobie?
– I to świetnie – oznajmiłam, otwierając rozsuwane tylne drzwi, żeby wypuścić Chaunceya na podwórko. O sekundę za późno zauważyłam cztery sarny, skubiące nasze azalie. Chauncey rzucił się pędem przed siebie, zanosząc się wściekłym szczekaniem. Roześmiałam się, kiedy sarny spojrzały obojętnie na psa. Wiedziały, że nie zrobi kroku za niewidzialne ogrodzenie.
– Co się stało Chaunceyowi? – spytał Adam.
– Sarny – wyjaśniłam, nie wspominając o azaliach. Adam uważał sarny za śliczne i zabawne, dopóki nie zabrały się do naszego ogrodu. – Zjesz coś w szpitalu? – spytałam. Nasza uroczysta kolacja musiała poczekać do jutra.
– Jasne. – Przez chwilę milczał. – Dziś będę pracował z Lisą – dodał. Lisa była chirurgiem i naszą wspólną koleżanką. – Mogę jej powiedzieć o Kijance?
Uśmiechnęłam się. Adam ostatnio zaczął tak nazywać nasze dziecko. Był pewien, że tym razem wszystko pójdzie dobrze. Poczułam delikatne ukłucie niepokoju, ale je stłumiłam. Pora podzielić się naszym szczęściem ze światem.
– Oczywiście – powiedziałam.
– Świetnie. Kurczę! – Usłyszałam w jego głosie uśmiech. – Nie kładźmy się dziś spać i gadajmy do rana, dobrze?
O tak.
– Nie mogę się doczekać.

Nakarmiłam Chaunceya, zjadłam sałatkę i poszłam na górę, żeby posiedzieć w pokoju, który przeznaczyliśmy dla dziecka. W tej chwili stał w nim tylko fotel na biegunach. Jego jednego nie musieliśmy kupować, a jeśli ten odrapany grat nie pasowałby do reszty mebli z Rzemiosła dla Dzieci, to mnie to nie obchodziło. Ten bujak pamiętałam z dzieciństwa. Mama karmiła i tuliła w nim Rebeccę i mnie. Był to jeden z niewielu mebli, które odziedziczyłam po rodzicach. Rebecca oczywiście ich nie chciała. Mieszkała na pierwszym piętrze wiktoriańskiego domu Dorothei Ludlow, wśród przypadkowych mebli. Rzadko tam bywała i otoczenie mało ją obchodziło, ale żałowałam, że nie miałyśmy dość rozsądku, żeby zachować więcej przedmiotów należących do naszych rodziców. Miałyśmy wtedy po kilkanaście lat i takie sprawy nas nie interesowały. Ten fotel zachowałyśmy tylko dlatego, że pracownica opieki społecznej powiedziała nam, że pewnego dnia będziemy go potrzebować. Byłyśmy zbyt odrętwiałe, żeby się z nią kłócić.
Siedząc w fotelu, wyobrażałam już sobie, jak ustawię meble z Rzemiosła dla Dzieci. Pasowały doskonale i jeszcze zostawiały miejsce na mural na ścianie. Położyłam ręce na brzuchu.
– Co sądzisz, maleństwo? Ssaki? Coś w rodzaju arki Noego? A może ryby? Ptaki? – Śnię na jawie, pomyślałam. Kiedy ostatnio sobie na to pozwoliłam?
– Jesteś rzadkim zjawiskiem – powiedział mi kiedyś Adam, gdy jeszcze nie znaliśmy się za dobrze i nasz związek lśnił nowością. – Lekarka i marzycielka. Naukowiec i romantyczka, a wszystko w uroczym opakowaniu. – O, trafił w sedno! To dziwne połączenie cech potrafiło mi sprawiać kłopoty. Widziałam się jako przesiadująca w domu matka, taka jak moje sąsiadki, podporządkowana potrzebom moich dzieci. A jednocześnie uwielbiałam wyzwania, jakie stawiała przede mną praca. Wiedziałam, że potrafię się sprawdzić w obu rolach. Na najbliższe pięć miesięcy zaplanowałam pracę niemal do dnia porodu, o ile wszystko pójdzie dobrze. Szesnaście tygodni. Tym razem się uda.

Wieczorem przeszłam się z Chaunceyem pustymi uliczkami dzielnicy. Księżyc w pełni zasnuły cienkie jak tiul chmurki, pojawiła się delikatna mgła, która opadła mi na włosy niczym woal. Tegoroczny sierpień był wilgotny. W świetle ulicznych latarni na sierści psa lśniły malutkie kropelki. Utrzymane w zróżnicowanych stylach domy stały daleko od krętych, pozbawionych chodników ulic. Niektóre zbudowano w stylu kolonialnym, z cegły, inne z cedrowego drewna. Działki były rozdzielone zagajnikami, szpalery drzew ocieniały drogi między domami. Na ogół na tych późnych spacerach towarzyszył nam Adam, a i wtedy mrok naszej zupełnie bezpiecznej dzielnicy budził we mnie dreszcz. Ale Chauncey był dużym psem. Ważył pięćdziesiąt kilo. W jego żyłach płynęła krew owczarka niemieckiego i szwajcarskiego psa pasterskiego. Czarny i groźny, tak naprawdę był łagodny jak owieczka. Cudownie sprawdzał się w kontaktach z dziećmi, a właśnie ta cecha liczyła się dla nas najbardziej, kiedy trzy lata temu znaleźliśmy go w schronisku. Nie przewidzieliśmy, że dziecko każe na siebie tak długo czekać.
Początkowo ból był tak słaby, że kto inny mógłby go nie zauważyć. Ale ja go już znałam, ten ucisk palców zaciskających się powoli i nieubłaganie na mojej macicy.
Stanęłam przed długim jodłowym zagajnikiem.
– O nie – szepnęłam. – Nie. Zniknij.
Chauncey spojrzał na mnie; zasłoniłam usta dłonią, cała wsłuchana w ledwie wyczuwalny ból.
Przeszedł? Wytężyłam uwagę. Może go sobie wyobraziłam. Może to tylko skurcz? Może boli mnie żołądek?
Chauncey oparł się o moją nogę. Położyłam rękę na jego wielkim łbie. Chciałam bardzo powoli wrócić do domu, ale stopy wrosły mi w chodnik. Znowu! Te podstępne, ukradkowe paluszki.
Drżącą ręką sięgnęłam po przypiętego do paska Black­Berry. Adam odebrałby, jeśli już skończył operację. Ale ja wybrałam numer siostry.


ROZDZIAŁ 2.

Rebecca

– Orientujesz się, z iloma obecnymi tu mężczyznami spałaś? – Dorothea rozejrzała się po ogromnej hotelowej restauracji. Rebecca z irytacją poszła za jej spojrzeniem.
– Co? Dot, nie wygłupiaj się. Spałam dokładnie z jednym. Z Brentem.
Brent, płowowłosy i opalony, siedział przy stole nieopodal z grupą znajomych. Wyglądał jak podstarzały surfer, choć wiedziała, że ten miedziany odcień skóry to pamiątka po słońcu Peru, gdzie pracował w wiosce zniszczonej przez lawinę błota, nie po wylegiwaniu się na plaży. Znała go od lat. Może nie omdlewała z rozkoszy na jego widok, ale czuła przepełniające ją ciepło, jak wtedy, gdy się zauważy przyjaciela.
– Nie w tym tygodniu. – Koniec długiego siwego warkocza Dorothei kołysał się niebezpiecznie blisko jej talerza. – Z iloma mężczyznami spośród tych paru setek, które przyjechały na konferencję, spałaś w ostatnich latach?
– Mówisz serio? – Rebecca roztarła gołe ramiona. Tego ranka ćwiczyła niemal godzinę w hotelowej siłowni i nadal czuła przyjemne napięcie mięśni. – Dlaczego w ogóle pytasz?
Uwielbiała Dorotheę, ale ta kobieta potrafiła być wredna.
– Z ciekawości. Twoje libido zawsze mnie zdumiewało. Jesteś jak studnia bez dna.
Prawda wyglądała tak, że Rebecca musiałaby się zastanowić. Musiałaby spojrzeć na listę obecności konferencji w sprawie pomocy ofiarom katastrof – konferencji, na którą jeździła do San Diego od dziesięciu lat – i z wysiłkiem przypomnieć sobie, z którym z jej uczestników łączył ją przelotny romans. Prawdopodobnie nie sypiała z więcej niż jednym na konferencję. Choć zdarzył się też ten rok, kiedy przespała się z pediatrą z Kalifornii i jednym niewiarygodnie atrakcyjnym doktorem z pogotowia z Gwatemali, ale to było co najmniej dziesięć lat temu, kiedy miała dwadzieścia parę lat i jej kodeks moralny musiał ustąpić seksualnemu temperamentowi. No i można by znaleźć czterech czy pięciu facetów, z którymi połączył ją przygodny romans, kiedy przecięły się ich ścieżki zawodowe. Ta myśl przejęła ją lekkim niesmakiem. Może jednak powinna rozważyć niespodziewaną propozycję Brenta.
(…)