Strona główna / Literatura światowa / Romans / Ukąszenie

Aktualności

21.01.2020

Spotkanie z synem Seweryny Szmaglewskiej

W niedzielę 2 lutego o godz. 16.30 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul.Tłomackie 3/5) na spotkanie z Jackiem Wiśniewskim, synem Seweryny Szmaglewskiej, autorki książki "Dymy nad Birkenau".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Ukąszenie

Lynsay Sands

Rozdział 1.

Mmm. Uwielbiam zapach twoich włosów.
– Ojej, Bob, dziękuję. – Lissianna Argeneau rozejrzała się ostrożnie po ciemnym parkingu i z ulgą stwierdziła, że oprócz nich nie było tam żywego ducha. – Czy mógłbyś jednak zabrać dłoń z mojej pupy?
– Dwayne.
– Słucham? – Skonsternowana Lissianna zerknęła na przystojniaka.
– Mam na imię Dwayne – wyjaśnił, uśmiechając się szeroko.
– Och – westchnęła. – Zatem, Dwayne, czy możesz zabrać dłoń z mojej pupy?
– Myślałem, że ci się podobam – rzekł, nie odklejając dłoni od jej lewego pośladka. Co gorsza, zaczął ją podszczypywać w zdecydowanie zbyt poufały sposób.
Choć w pełni na to sobie zasłużył, Lissianna powstrzymała nagłą chęć zadania mu ogłuszającego ciosu i porzucenia w krzakach. Zamiast tego przywołała na twarz wymuszony uśmiech.
– Owszem, ale poczekajmy może, aż dojdziemy do twojego wozu…
– Ach, tak. Mój wóz… – przerwał jej. – No więc…
Lissianna zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na Dwayne’a badawczo. Na widok zmieszanej miny chłopaka jej oczy zamieniły się w wąskie szparki.
– Co znowu?
– Nie mam samochodu – wyznał Dwayne.
Lissianna zamrugała, powoli przyswajając tę rewelację. W Kanadzie każdy, kto kończy dwadzieścia pięć lat, ma samochód. No, prawie każdy. Nawet jeśli było to stwierdzenie nieco na wyrost, większość samotnych mężczyzn w wieku randkowym dysponowała jakimś pojazdem. Tak brzmiała niepisana zasada.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Dwayne dodał szybko:
– Myślałem, że to ty masz samochód.
Lissianna nachmurzyła się, usłyszawszy pobrzmiewające w tym zdaniu oskarżycielskie tony. W niektórych dziedzinach życia emancypantki naprawdę wyświadczyły kobietom niedźwiedzią przysługę! Gdzie te czasy, w których Dwayne, jako mężczyzna, albo miałby samochód, albo bez zastanowienia wziąłby na siebie ciężar znalezienia im ustronnego miejsca. Tymczasem to on wyglądał na niezadowolonego. Zupełnie jakby to Lissianna go zawiodła!
– Owszem, mam samochód – powiedziała obronnym tonem. – Ale dziś wieczorem ktoś mnie tutaj podwiózł.
– Ta laska z różowymi włosami?
– Nie, to moja przyjaciółka, Mirabeau. Przywiózł nas tu mój kuzyn, Thomas – odparła Lissianna, błądząc myślami gdzie indziej. Analizowała sytuację.
Dwayne nie miał wozu, jeep Thomasa zaś stał zamknięty na parkingu. Mogłaby pobiec do baru, odnaleźć kuzyna i poprosić go o kluczyki. Z drugiej strony jednak nie chciała wykorzystywać jego samochodu do…
– Nic nie szkodzi. Nie mam nic przeciwko zabawom na świeżym powietrzu.
Dwayne przyciągnął Lissiannę za biodra, kładąc kres jej rozmyślaniom. Wzdrygnęła się i odsunęła odruchowo, unikając bliższego kontaktu z jego torsem. Mimo to udało mu się wymusić kontakt na wysokości lędźwi i od razu stało się jasne, że i on nie miał nic przeciwko zabawom na świeżym powietrzu. Co więcej, napotkana twardość zdradziła Lissiannie, że ta perspektywa zdecydowanie go podniecała. Cóż, najwyraźniej kręci go byle co, stwierdziła w duchu. Jej samej świeże powietrze nie wydawało się pociągające, a już z pewnością nie w środku kanadyjskiej zimy.
– No, chodź. – Dwayne puścił jej biodra, chwycił ją za dłoń i pociągnął za sobą na koniec parkingu.
Jego intencje pojęła w pełni, dopiero gdy zaprowadził ją za duże, metalowe kontenery na śmieci w najciemniejszym rogu.
Zmełła w ustach złośliwy komentarz na temat jego romantycznej duszy i podziękowała losowi, że jest dopiero wczesna zima. Jeszcze nie spadł pierwszy śnieg, chłód zaś skutecznie zapobiegał rozprzestrzenianiu się fetoru gnijących resztek.
– Tu będzie dobrze. – Dwayne przyparł ją do lodowatej powierzchni pojemnika.
Lissianna westchnęła w duchu i szczerze pożałowała, że płaszcz pozostawiła w samochodzie. Choć znosiła chłód lepiej niż przeciętni ludzie, nie była nań uodporniona całkowicie. Zimny metal pod plecami wysysał z niej ciepło, zmuszając ciało do dodatkowej pracy przy utrzymywaniu temperatury. Lissianna była głodna i odwodniona i dodatkowy wysiłek był ostatnią rzeczą, której jej organizm potrzebował w tej chwili.
Z zamyślenia wyrwał ją niespodziewany i niezdarny pocałunek. Uznała, że najwyższa pora przejąć kontrolę nad sytuacją. Zignorowała nieśmiało ocierający się o jej zaciśnięte wargi język, zacisnęła palce na połach kurtki Dwayne’a i wykonała obrót, przypierając go do kosza nieco mocniej, niż zamierzała.
– Ho, ho! – zachichotał, a w jego oczach pojawił się błysk. – Dzikuska!
– Podoba ci się? – spytała sucho. – Zatem to spodoba ci się jeszcze bardziej!
Rozpięła jego kurtkę i przesunęła palcami wzdłuż karku. Przeczesała dłonią jego włosy i chwyciła za krótkie kosmyki. Odchyliła mu głowę do tyłu i zbliżyła usta do szyi.
Gdy delikatnie przesuwała wargi wzdłuż żyły szyjnej, Dwayne pomrukiwał z rozkoszy. Znalazłszy najdogodniejsze miejsce, Lissianna otworzyła usta, nabrała powietrza przez nos, wysunęła okazałe kły, a następnie zatopiła je w szyi ofiary.
Dwayne stęknął cicho. Nagle cały spięty, na ułamek sekundy ścisnął ją z całej siły, chwilę później jednak jego mięśnie rozluźniły się, a ciało opadło na zimny kontener. Lissianna przekazywała mu własne doznania – satysfakcję z przepływu krwi wprost do jej ciała, które, pobudzone i oszołomione, chciwie przyjmowało zdobycz.
Jedyne zjawisko, do którego potrafiłaby przyrównać to uczucie, to niebezpieczny przechył statku wywołany przejściem wszystkich pasażerów na jedną burtę. Ciało Lissianny reagowało podobnie – wygłodniała fala ruszyła ze wszystkich jej kończyn wprost do głowy, by wchłonąć życiodajny płyn, wpompowywany przez kły do jej organizmu. W niczym nie przypominało to nieprzyjemnych zawrotów głowy. Lissianna wyobrażała sobie, że podobne doznania towarzyszą przyjęciu dawki narkotyku. Z tym że w jej przypadku nie był to żaden psychotrop, a substancja niezbędna do życia.
Dwayne wydał z siebie cichy jęk rozkoszy. Odgłos był jak echo jej niemego westchnienia w reakcji na powoli obejmujące ciało rozluźnienie.
Za wolno!, zdała sobie sprawę. Coś jest nie tak!
Nie wyjmując kłów z szyi ofiary, zaczęła czytać w myślach chłopaka. Szybko zidentyfikowała źródło problemu. Dwayne wcale nie był takim zdrowym i krzepkim okazem, na jaki wyglądał. Jego myśli zdradziły, że twardość wpierająca się w jej podbrzusze to schowany wcześniej w spodniach ogórek, szerokie ramiona – zasługa wszytych do kurtki poduszek, apetyczna zaś, sportowa opalenizna to wynik działania samoopalacza. Miała ukrywać spowodowaną anemią naturalną bladość…
Lissianna, klnąc pod nosem, oderwała się od jego szyi. Szybko schowała kły i przyjrzała się ofierze. Odruchowo ponownie wśliznęła się w jej myśli, by odpowiednio zmodyfikować wspomnienia. Była wściekła.
Była wściekła i na Mirabeau, bo poderwała chłopaka na przekąskę wyłącznie ze względu na jej nalegania. Lissianna doskonale wiedziała, że jej matka trzyma coś w zanadrzu, i chciała poczekać z ucztą do przyjęcia urodzinowego, lecz jej kuzynka Jeanne Louise i Mirabeau martwiły się, że widząc bladość córki, Marguerite Argeneau umieści ją w domu pod kroplówką.
Cała historia zmierzała w kierunku nieszczęśliwego finału. Gdy Dwayne zaczął się do niej zalecać, Lissianna dała się namówić Mirabeau i wciągnęła go na przekąskę. Dopiero po chwili zorientowała się, że coś z nim nie tak, a potem potrzebowała kolejnych kilku minut, by doszukać się informacji o jego anemii. Miała tylko nadzieję, że w tym czasie nie pozbawiła go zbyt dużej ilości krwi.
Skończywszy modyfikować pamięć Dwayne’a, Lissianna spojrzała na niego z troską i poirytowaniem jednocześnie. Mimo sztucznej opalenizny wyglądał blado, lecz był w stanie stać o własnych siłach. Przyłożyła palce do jego nadgarstka, zmierzyła mu puls i uspokoiła się nieco; tętno, choć przyśpieszone, było łatwo wyczuwalne. Do rana powinien wydobrzeć. Przez pewien czas zapewne będzie się czuł słabo, choć z drugiej strony zasłużył sobie na to, usiłując podrywać dziewczyny na ogórki i poduszki na ramionach. Idiota.
Niektórzy ludzie to straszni głupcy, pomyślała ze złością. Dzieci przebierają się, żeby udawać starszych, a dorośli prowadzają się w gorsetach, z poduszkami na ramionach czy z innymi silikonowymi dodatkami, udając kogoś, kim w rzeczywistości nie są, lub by przydać sobie cech, które uważają za atrakcyjne. Z czasem to się tylko pogarsza. Zastanawiała się, dlaczego do śmiertelników nie dociera, że są wystarczająco dobrzy tacy, jacy są. Powinni wiedzieć, że osoby, które wpędziły je w poczucie niższości, mają z tym jeszcze większy problem.
Lissianna wprowadziła do pamięci Dwayne’a wspomnienie, że gorzej się poczuł i wyszedł, by zaczerpnąć powietrza. Nakazała mu zostać na zewnątrz, aż minie osłabienie, a potem wrócić taksówką do domu. Zamknęła mu powieki i na zakończenie wymazała z jego wspomnień swoją osobę. Upewniwszy się, że dobrze wykonała zadanie, zostawiła go na chwiejnych nogach tam, gdzie był, i omijając śmietniki, wróciła na parking.
– Lissi? – Z mroku wyłoniła się ciemna postać.
– Ojciec Joseph? – Lissianna uniosła brew i skręciła w kierunku starszego pana.
Duchowny był jej zwierzchnikiem w ośrodku dla bezdomnych, w którym pracowała na nocną zmianę. Przesiadywanie w barach po nocy raczej nie należało do jego rozrywek.
– Co ojciec tu robi?
– Bill powiedział mi, że na ulicach pojawił się nowy dzieciak. Jego zdaniem ma najwyżej dwanaście lub trzynaście lat i prawie na pewno żywi się resztkami z tych śmietników. Miałem nadzieję, że go tu spotkam i namówię na przenosiny do naszego przytułku.
– Och. – Lissianna rozejrzała się po parkingu.
Bill bywał w ośrodku częstym gościem i nierzadko wskazywał im osoby, które mogły potrzebować pomocy. Jeśli powiedział, że na ulicy pojawił się nowy dzieciak, to znaczyło, że się pojawił. W tych sprawach Bill był niezawodny. Z kolei ojciec Joseph był równie niezawodny w kwestii odnajdywania zagubionych dzieci, zanim w odruchu desperacji zrobią coś głupiego lub dadzą się wciągnąć w narkotyki albo prostytucję.
– Mogę pomóc. – Zaoferowała się Lissianna. – Pewnie jest gdzieś tutaj. Ja…
– Nie, nie trzeba. Masz dzisiaj wolne – powiedział ojciec Joseph, po czym spoważniał. – Co więcej, nie masz na sobie płaszcza. Co tu robisz o tej porze bez okrycia?
– Och. – Lissianna zerknęła w popłochu na śmietniki, zza których docierały głuche łomoty.
Szybko podejrzała myśli Dwayne’a. Idiota, uderzył głową o pojemnik, na którym się wspierał. Odwróciła się i pochwyciła wzrok ojca Josepha, badawczo przyglądającego się kontenerom.
– Zostawiłam coś w samochodzie kuzyna – powiedziała szybko, próbując odwrócić jego uwagę od hałasów.
Było to bezczelne kłamstwo. Lissianna miała szczerą nadzieję, że mężczyzna nie zauważył, skąd dokładnie wychodziła, i uzna, że wysiadła z małej, czarnej mazdy zaparkowanej w pobliżu śmietników. Nie chcąc kłamać więcej, niż było to konieczne, zaczęła rozcierać ramiona.
– Jednak ma ojciec rację. Strasznie tu zimno!
– Zgadza się – spojrzał z troską. – Lepiej wracaj do baru.
Lissianna skinęła głową i życząc mu spokojnej nocy, salwowała się ucieczką. Energicznym truchtem pokonała parking, skręciła za rogiem i zwolniła dopiero, gdy weszła do zatłoczonej i głośnej przestrzeni.
Nie była w stanie wyłowić z tłumu Thomasa, lecz za sprawą cyklamenowego balejażu na końcówkach czarnych włosów przyjaciółki niemal od razu zauważyła przy barze Mirabeau i Jeanne Louise.
– Hm, wyglądasz… – Zawiesiła głos ta pierwsza.
– …dokładnie tak samo. Co się stało? – spytała.
– Anemik – rzuciła poirytowana Lissianna.
– A wyglądał tak zdrowo! – westchnęła Jeanne Louise.
– Wypchane ramiona i samoopalacz – odparła. – Ale to jeszcze nie wszystko.
– Aż się boję zapytać – stwierdziła sucho Mira.
– Włożył sobie ogórek w spodnie – oznajmiła Lissianna, krzywiąc twarz.
Jeanne popatrzyła na nią z niedowierzaniem i zachichotała, Mirabeau zaś tylko stęknęła.
– To musiał być chyba ogórek wąż, bo wyglądał imponująco…
– Przyglądałaś mu się? – Lissianna otworzyła szeroko usta.
– A ty nie?
Jeanne Louise wybuchnęła dzikim śmiechem. Lissianna pokręciła głową i rozejrzała się po barze.
– Gdzie jest Thomas?
– Tutaj.
Poczuła jego dłoń na ramieniu i odwróciła głowę.
– Dobrze słyszałem? Wasz Romeo paradował z ogórkiem w gaciach? – zapytał, wyraźnie rozbawiony, rozmasowując ramię Lissianny.
Skinęła głową z obrzydzeniem.
– Nie do wiary, prawda?
Thomas się roześmiał.
– Choć nie jest to szczególnie zabawne, nie jest niemożliwe. Kobiety zaczęły od wypychania staników, to teraz mężczyźni wypychają bokserki. – Pokręcił głową. – Co za świat!
Jego słowa sprawiły, że usta Lissianny powoli rozciągnęły się w uśmiechu i zupełnie przeszło jej poirytowanie. Nie była zła, że Dwayne paradował z ogórkiem; w gruncie rzeczy mało ją interesowała zawartość bokserek. Nawet nie chciała robić sobie z niego przegryzki. Złościł ją zmarnowany czas oraz fakt, że zużyła więcej energii na dogrzewanie się na zewnątrz, niż udało jej się uzyskać ze słabej krwi ofiary. Teraz była jeszcze bardziej głodna niż przed wyjściem. Całe przedsięwzięcie jedynie podrażniło jej apetyt.
– Kiedy będziemy ruszać do mamy? – spytała z nadzieją w głosie.
Mirabeau i kuzyni jednak już wcześniej postanowili zabrać ją do klubu tanecznego, a dopiero stamtąd na organizowane przez matkę przyjęcie urodzinowe. Wtedy pomysł ten przypadł Lissiannie do gustu, lecz teraz była wygłodniała jak wilczyca i najchętniej jak najszybciej pojechałaby na imprezę i skonsumowała cokolwiek, co mama trzymała w zanadrzu dla swojej córeczki. Osiągnęła stadium, w którym pozwoliłaby się nakarmić dożylnie, a to już coś znaczyło. Lissianna nienawidziła karmienia przez kroplówkę.
– Jest dopiero parę minut po dziewiątej – stwierdziła Mirabeau, zerkając na zegarek. – Marguerite zabroniła nam przywozić cię przed dwudziestą drugą.
– Hm. – Lissianna skrzywiła usta. – Czy ktoś z was wie, dlaczego przyjęcie zaczyna się tak późno?
– Ciocia Marguerite powiedziała, że musi jeszcze odebrać coś na mieście i że może to zrobić dopiero po dziewiątej – wyjaśnił Thomas. – Trzeba doliczyć czas na powrót, co oznacza, że wszystko zacznie się nie wcześniej niż po godzinie – wzruszył ramionami.
– Na pewno pojechała po prezent – uznała Mirabeau.
– Nie sądzę – rzekł Thomas. – Wspominała coś o karmieniu Lissianny. Podejrzewam, że odbiera jakiś specjalny deser. Albo coś w tym guście.
– Specjalny deser? – Znienacka zainteresowała się Jeanne Louise. – Na mieście? Po dziewiątej? – Spojrzała na podekscytowaną pomysłem jubilatkę. – Czyżby „słodki ząbek”? – Podsunęła życzliwie.
– Niewątpliwie. – Zgodziła się Lissianna i wyszczerzyła się w uśmiechu na samą myśl o niespodziance.
Odziedziczyła po matce słabość do słodyczy, a „słodkie ząbki”– jak określało się niezdiagnozowanych diabetyków z niebezpiecznie wysokim poziomem cukru we krwi – uchodziły za najlepsze. Jednak przysmak stanowił prawdziwą rzadkość, bo wskutek wampirzej działalności ich liczba malała z roku na rok. Po przekąsce krwiopijcy zawsze zostawiali ofiarę z myślą, że powinna umówić się na badanie, czym na trwale usuwali ten konkretny „słodki ząbek” z menu.
– Rzeczywiście, może i o to chodzi – stwierdził Thomas. – To by wyjaśniało nagłą ochotę ciotki Marguerite na przejażdżkę po Toronto. Przecież ona nie znosi jazdy po mieście i unika jej jak ognia.
– Mogła poprosić Bastiena, żeby podesłał jej samochód służbowy z kierowcą – powiedziała Mirabeau.
Na wspomnienie o bracie Lissianny, szefie Argeneau Enterprises, Thomas tylko pokręcił głową.
– Nie. Prowadziła wóz samodzielnie i nie wyglądała na szczęśliwą z tego powodu.
Lissianna kręciła się zniecierpliwiona.
– To jak? Kiedy możemy ruszać? – spytała.
Thomas się zawahał.
– Jest piątkowy wieczór i mogą być korki. Wszyscy jadą na weekend za miasto… – Zamyślił się. – Sądzę, że możemy się zbierać za kwadrans, bez ryzyka, że przyjedziemy za wcześnie.
– A może wyruszymy zaraz, tylko będziesz jechał powoli? – Podsunęła Lissianna.
– A co, tacy jesteśmy nudni? – zapytał rozbawiony.
– Nie, nie chodzi o was. To ten bar. Czuję się tutaj jak na mięsnym targu. – Zmarszczyła nos Lissianna.
– W porządku, małolatko. – Thomas z rozczuleniem zmierzwił jej włosy.
Był od niej cztery lata starszy, ale bliższy niż rodzeni bracia. Cóż, w końcu razem dorastali.
– Jedziemy. Będę nas wiózł najwolniej, jak się da.
– Jasne! – Prychnęła Jeanne Louise. – Już to widzę.
Zebrali płaszcze i ruszyli do wyjścia, a Lissianna uśmiechnęła się szeroko. Thomas lubił szybką jazdę i sceptycyzm Jeanne Louise był w pełni uzasadniony. Ona sama zaś miała pewność, że dotrą do domu przed czasem i zezłoszczą matkę, była jednak skłonna ponieść to ryzyko.
Gdy proponowała opuszczenie baru, zdążyła już niemal zapomnieć o spotkaniu z ojcem Josephem. Nie natknęli się na niego również po drodze do jeepa. Najwyraźniej poddał się albo kontynuował poszukiwania w innym miejscu. Kolejna myśl Lissianny dotyczyła Dwayne’a. Już z samochodu rzuciła okiem na mijane śmietniki, wypatrując siedzącej postaci, lecz nie było po niej śladu. Cóż, też sobie poszedł. Lissianna była wprawdzie nieco zaskoczona, że chłopak tak szybko doszedł do siebie, lecz zbyła sprawę wzruszeniem ramion. W końcu nie leżał nieprzytomny na środku parkingu, musiał więc złapać taksówkę.
(…)