Strona główna / Literatura polska / Chorwacka przystań

Aktualności

22.01.2021

Nie żyje Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel)

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 22 stycznia 2021 r. zmarł Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel).

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pięć Stawów. Dom bez adresu Beata Sabała-Zielińska
  2. Śreżoga Katarzyna Puzyńska
  3. Uciekłam z arabskiego burdelu Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Chorwacka przystań

Anna Karpińska

POWRÓT

Samolot z Zagrzebia wylądował na Okęciu około wpół do szóstej po południu. Marcowe muldy zdobiły krawężniki niczym niestaranne szlaczki pierwszoklasistów. Słońcu nie udało się przebić przez chmury, przedwiosenna szarość ogarniała brunatne, dawno nieremontowane ulice, kładąc na oskubanych kamienicach i zasłanych psimi odchodami skwerach cień pozimowego brudu. Poczułam lekkie wstrząsy. Może się zwali – przeszło mi przez myśl. Ogarnęła mnie obojętność. Niespodziewane marzenie rozlało się po świadomości, kojąc nerwy przed spotkaniem z moim mężem, Jerzym. Moje obie nogi jeszcze tkwiły na drugim pięterku zadarskiego domu z zielonymi okiennicami – lewa nie do końca się otwierała, wpuszczając rankiem nieproszone po nieprzespanej nocy promienie słońca. Wyglądam za okno. Blaż czeka w terenówce, ospały, jakby nie pamiętał, że ma mi pomóc wynieść bagaże. Wychodzę więc z torbiszczem rzeczy, ciągnąc je do samochodu, a on opuszcza go powoli, otwiera bagażnik i podrywa moje bambetle, jak gdyby właśnie przypomniał sobie o zasadach savoir-vivre’u. Wrzuca do środka walizy nieobecny, wskazując mi miejsce z przodu auta. Jedziemy szybko, cicho, w skupieniu. Skromne chorwackie lotnisko oferuje niewielki parking, na którym ledwie znajdujemy miejsce. Szukam słów, jakimi pożegnam Blaża. Nie będę go żegnać! Przecież zobaczymy się niebawem. Postaram się o to. Przyjadę, nie przeżyję, gdyby miało się stać inaczej. Przed oczami przemyka mi obraz Jerzego na warszawskim lotnisku. Matko, on o niczym nie wie. Czeka na mnie, wymalował mieszkanie.
Blaż spogląda na mnie z miną zbitego psa. Cudnie prezentuje się w cywilnej wersji munduru moro, spod którego wystaje kołnierzyk czarnej barchanowej koszuli. Nic nie jest w stanie pozbawić go męskości i wyglądu chorwackiego macho. Czekam na gest z jego strony. Mam nadzieję, że mnie szybko pożegna, odepchnie, zostawi na płycie lotniska, odejdzie, nie odwracając się za siebie. A ja popatrzę na jego oddalające się plecy, dźwignę torbę i powoli, oglądając się za siebie, pójdę w kierunku autobusu podwożącego pasażerów do samolotu. Marzę o takiej scenie, marzę, by wyzwolił mnie z odpowiedzialności decydowania o naszym losie. Marzę, by się na mnie wściekł, wzgardził mną za upór, sentymenty, poczucie odpowiedzialności za małżeństwo z Jerzym, za moją decyzję powrotu do Warszawy.
– Powiedz coś. – Nie wytrzymuję milczenia.
– Coś – mimo woli wymyka mu się żart, rozładowując atmosferę.
– Teraz lepiej – złapałam oddech.
Nie dołuj mnie, ledwie się trzymam. Napiszę zaraz po przyjeździe. Pisz do mnie na redakcję. Uważaj na siebie. Pamiętaj, że cię kocham.
– Ana. – Przytulił mnie mocno. – Ana. Wracaj.
– Witamy na pokładzie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT. – Stewardesa informowała o parametrach lotu, sącząc do uszu pasażerów wszystkie „niezbędne” dane.
Ludzie zapinali pasy, wiercąc się na swoich siedzeniach, poprawiając bagaż, łykając tabletki, uspokajając dzieci. Patrzyłam w przestrzeń, nie znajdując siły, by sięgnąć po pasy.
– Proszę zapiąć pasy.
– Tak – zdobyłam się na wysiłek.
– Czy dobrze się pani czuje? – Stewardesa pochyliła się w moją stronę.
– Oczywiście. – Dajcie mi wszyscy święty spokój! – przeleciało mi przez głowę, ale usta grzecznie odpowiedziały: – Dziękuję, wszystko w porządku.
W najlepszym, kurwa! Właśnie zostawiam miłość swego życia, mojego Blaża, jadę do domu, do mojego męża Jerzego, i nie rozumiem dlaczego, ale czuję, że to jest błąd, i nie mogę temu zapobiec. Co ja robię? Matko, muszę wytrzeć oczy, bo Jerzy zobaczy, że ryczałam. Po mnie zawsze widać. Dlaczego wlazłam do tego głupiego samolotu? Dlaczego wracam do starego i wiadomo jakiego. Dlaczego będę jadła z Jerzym kolację, a potem pójdziemy do łóżka? Dlaczego w sobotnie popołudnie przyrządzę kolacyjkę i zaprosimy naszych rodziców, którym będę opowiadać, co się działo w Chorwacji? Nie chcę wylądować. Mam nadzieję, że będziemy latać w przestworzach w nieskończoność, nie dając rzeczywistości zgarnąć nas w swoje objęcia. Niestety, nie jest to możliwe. Kobieta, która jest w ciąży, musi w końcu urodzić, samolot musi osiąść na lotnisku.
Płyta lotniska w zasięgu ręki, lusterko też. Wklepuję krem nivea w policzki, próbuję przypudrować twarz, kręcę oczami, by wyglądały świeżo, przeczesuję włosy dłońmi. Wystarczy jeszcze obciągnąć bluzkę, by ułożyła się wzdłuż linii spodni, zarzucić torbę na ramię i z podciągniętym krawatem wyjść z samolotu.
Widzę go z daleka. Stoi z wiechciem tulipanów. Żółte, moje ulubione. Niech to! Pamiętał. A nie chciałam, żeby pamiętał. Mógłby przynieść garść różowych goździków.
– Nareszcie, Anuś. – Jego słowa sprowadzają mnie na ziemię.
– Cześć, Jurek – próbuję udawać radość. – Długo czekałeś?
– Dobrze, że jesteś. Daj torbę, poniosę. Dobrze, że jesteś.
Nie wiem, Jerzy, czy dobrze, że jestem. Poczułam kamień w sercu. Moje ciało lata w przestworzach, nogi kroczą po Okęciu, plecy podparte przez Blaża lekko opadają na miękkie poduszki, zapadając w nasz wspólny sen.

ANNA
wrzesień 1991

Aniu, możesz do mnie podejść? – Szef włożył głowę we wpółotwarte drzwi. – Jest sprawa.
Był lekko po czterdziestce, miał szpakowate, rzedniejące włosy, a gdy się postarał, całkiem miły uśmiech. Tym razem jednak chyba nie było mu do śmiechu, bo kąciki ust opadały mu w kierunku brody, a oczy wydawały się zmęczone.
– Siadaj, Anka.
Wskazał mi krzesło przed biurkiem, gdy po chwili zjawiłam się w jego gabinecie. Sam zajął miejsce na jego blacie.
– Siadaj, słuchaj i się nie odzywaj, a już na pewno nie podejmuj żadnych decyzji.
Wstrzymałam oddech. Czułam przez skórę, że ze szpitala nici, a może, Matko Boska, coś gorszego? Chce mnie zwolnić? Pracowałam w gazecie od zawsze, sam mnie zatrudnił. Ta dupa Miśka na mnie nagadała? Myśli gnały jak opętane, nie znajdując mety. Tylko kłopoty mi teraz potrzebne. W ciągu trzech lat dwa poronienia, badań, że ho, ho! Ostatnia szansa w tym profesorze Douglasie, sławie endokrynologicznej, na którą dostałam namiar od ginekologa prowadzącego mnie od ośmiu lat. „Proszę pani”, powiedział w trakcie kolejnej wizyty, „nic nie mogę już zrobić w pani przypadku, to poza moimi kompetencjami. Polecę pani starszego kolegę, profesora Douglasa. To Amerykanin, będzie w Warszawie przez miesiąc. Dam pani kontakt do doktora Wziętego, proszę się do niego udać i za jego pośrednictwem załatwić wizytę u profesora. Niech się pani nie martwi. Jest pani młoda, w końcu się uda”. Wzięłam do ręki kartkę z telefonem do Wziętego. Wstałam z krzesła, starannie wsunęłam je pod biurko i wyszłam z gabinetu. „Dziękuję panu, doktorze”, powiedziałam już do siebie na korytarzu, biegnąc do wyjścia, by żadna z pacjentek nie zauważyła moich łez.
Jestem młoda. No nie wiem, trzydzieści jeden lat, osiem lat starań o dziecko. Amerykanin. I co z tego? W Ameryce też są bezpłodne kobiety, którym nie można pomóc. Profesor, doświadczony. A może po prostu stary i już nic nie umie?
Wyszłam na jesienną deszczową ulicę. Spadające liście przylepiały się do butów, popędzana wiatrem mżawka ścierała łzy z policzków. Zapomniałam, gdzie zaparkowałam samochód. Nie chciałam, by Jerzy jechał ze mną. Instynktownie czułam, że potrzebuję czasu w wieczornych korkach, by uporać się z kolejną złą wiadomością.
Douglas – przypomniałam sobie. Nadzieja. Kolejna? Rozum pokonywał nadzieję. Tak, kolejna – nadzieja pokonywała rozum. Tylko się trzymaj! Jesteś młoda, powiedział doktor, nie poddawaj się.
Wzięty przyjął mnie miło, zainkasował, umówił na spotkanie. Jerzy był pełen optymizmu. Wspierał mnie, jak mógł, chociaż czułam, że chęć posiadania dziecka nie determinuje jego działań. „Kochanie, będzie dobrze. Pójdziesz do tego Amerykanina...”. „Douglasa” – przypomniałam. „Tak, Douglasa, i on ci coś poradzi”. „Chyba nam?” – uniosłam się ze zniecierpliwieniem. „Oczywiście, że nam, kochanie”.
– Anka, jesteś tu? – Stary stuknął nogą w stół. – Co się tak zamyśliłaś? Puk, puk, wracaj do żywych.
– Co mi miałeś do powiedzenia? – wysiliłam się na inteligentne zagajenie, przywołując siebie do porządku.
– Powtórzę. Nic nie mów, słuchaj i nie odmawiaj, zanim się nie zastanowisz.
Zamknęłam się, nadstawiłam uszu i przestałam myśleć. Wyduś to z siebie.
– Ha! Ale cię nabrałem! Już myślałem, że będę musiał wzywać karetkę. Jest robota! – Stary z zadowoleniem rozwarł przede mną ramiona. – Mam dla ciebie wspaniałą propozycję. Pojedziesz do Chorwacji jako korespondent wojenny.
– Kiedy?
– Za kilka dni, gdy tylko zdążysz zapakować walizkę – emocjonował się, wyrażając to szerokim uśmiechem.
– Ale ja nie mogę – szepnęłam cicho.
– Co to znaczy „nie mogę”? – nachmurzył się. – No dobrze, rozumiem, wojna, niebezpieczeństwo jakieś jest, ale myślałem, że to ci się spodoba! Anka, jesteś najlepsza. Kogo mam tam posłać? Miśkę?
Wiedział, stary skurczybyk, jak mnie podejść. Miśkę, no na pewno, pomyślałam, głupią siusiumajtkę. Niech sobie sztyftuje ile wlezie w gazecie i tak nic z tego nie będzie. Myśli galopowały jak tabun koni. Adrenalina mi się podniosła. Przez głowę przeleciał dom, Jerzy, Douglas, wszystkie smutki i niedawne zniechęcenie. Poczułam krew krążącą prędzej w żyłach, zobaczyłam przygodę, wziął mnie pod włos.
– Na jak długo, Harry? – spytałam spokojnie.
– A co, czy ja jestem Duchem Świętym, żeby ci powiedzieć, jak długo wojna będzie trwała? – Widząc pytanie w moich oczach, zreflektował się i dodał: – No, na razie na trzy miesiące. Pasuje? Nic nie mów. Powiesz mi jutro.
Po wyjściu z redakcji opanowało mnie podniecenie. Jadę! Do licha ze wszystkim. Jadę! Matko, przecież ja jeszcze nigdzie nie byłam. Pamiętam, jak przekraczaliśmy z rodzicami granicę z Czechosłowacją w Libercu. Co to było za przeżycie! Zagranica, inny język, nobilitacja. Za rok wypuściliśmy się na wczasy do Warneműnde w ramach dobrych stosunków ze wschodnimi Niemcami. Mama była nauczycielką i udało się jej załapać na związkowe wczasy. W osiemdziesiątym pierwszym odwilż. Niemcy wpuścili Polaków na saksy, a potem halt!, delegalizacja Solidarności i znowu siedzimy, drodzy panowie i panie, na własnych śmieciach, pozostawiając imperialistom ich rubieże. Kto wyjechał, to jego, reszta została bez prawa wyboru. A tu taka okazja!
Gdy dobiegłam do domu, decyzję już miałam za sobą.
– Jurek! Jadę do Chorwacji! – krzyknęłam od progu.
– Gdzie?! – nie dosłyszał, telewizor zagłuszał mój głos.
– Stary zaproponował mi wyjazd do Chorwacji. Potrzebują korespondenta.
– Chyba żartujesz! Nie pozwolę ci – oburzył się Jerzy. – Ty nie wiesz, co tam się dzieje. Mowy nie ma.
– Jurek, nie mów tak. Może do końca nie wiem, ale się dowiem. Jureczku, dam sobie radę i ty też, prawda? – Zalotnie spojrzałam mu w oczy.
– Porozmawiajmy. – Jerzy poważnie podszedł do tematu. – Nawet się nie orientujesz, jakie to jest niebezpieczne. – Spojrzał mi w oczy i świadom podjętej już przeze mnie decyzji, postanowił wytoczyć najcięższe armaty: – A profesor Douglas?
– Misiu, nie przepadnie. On tu będzie jeszcze nieraz. A poza wszystkim jesteśmy młodzi, nie ma się o co martwić.
Złożył broń. Długo rozmawialiśmy tej nocy. Skończyło się na tym, że trzeba mi przygotować odpowiedni ekwipunek i nie rezygnować z okazji. Aha, i mam na siebie uważać. 

ANNA
wrzesień 1991

Następnego dnia, tuż po kolegium redakcyjnym pomknęłam do szefa obwieścić swoją decyzję. Harry nie wydawał się zaskoczony. Szczwanemu lisowi wystarczył rzut oka, by zyskać pewność, że zasiane ziarno nadziei na przygodę przyjęło się. Nie odzywał się, pozwalając mi wygłosić przygotowaną kwestię.
– Zdecydowałam się, szefie. Pogadaliśmy z Jurkiem, jadę.
– Nie wątpiłem, że tak się stanie. Słuchaj, od lipca tam siedzi Julek. Wysłaliśmy go po pierwszych starciach w okolicach Vukovaru, miesiąc po tym, jak Chorwacja i Słowenia proklamowały niepodległość. On obskakuje Krajinę i okolice Zagrzebia, jednym słowem, północno-wschodnią Chorwację. Ciebie chcę posłać na wybrzeże. Porty są bardzo ważne. Spodziewamy się, że z czasem może nastąpić ich blokada. Jeżeli prognoza się nie sprawdzi, wesprzesz Julka. Polecisz do Zagrzebia, jeszcze nie wiemy, jaką trasą, a potem do Zadaru. Tam się ulokujesz. Skontaktowaliśmy się z kolegami z „Zadarskiego Listu”, pomoże ci też Julek. Ale prawda jest taka, że musisz sobie radzić. Na wojnie nikt nikogo nie niańczy. Zrozumiano?
– Tak jest. Co mam robić?
– Codzienne depesze, jeśli będzie się coś działo, i reportaże na ważne tematy. Dam ci kontakty do ludzi, a sama znajdziesz sobie własne.
– Dobra, Harry, ale muszę ci się do czegoś przyznać...
– Wiem, dlatego postanowiłem, że teraz nie będziesz pisać, tylko zamienisz się w pilną studentkę. Leć do archiwum i dowiedz się, co się dzieje na Bałkanach. Poczytaj nasze artykuły, popatrz na konkurencję i bez kompleksów, na miejscu złapiesz klimaty.
– Dzięki, Harry, za zaufanie. Postaram się.
– Gdybym wątpił, nigdy bym ciebie nie wysyłał – uśmiechnął się. – Tylko mi tam nie zostań! – pogroził palcem na pożegnanie.
Jak bumerang wróciły studenckie czasy w bibliotece, książki, gazety, notatki, fiszki, czytanie, notowanie, przyswajanie. Dawniej nie potrzebowałam dużo czasu, by ogarnąć wiedzę do egzaminu. Tydzień wystarczał na wykucie kilku podręczników i otrzymanie niezłej oceny. Grunt to motywacja i krótki termin. Harry przekazał mi prosty komunikat: w każdej chwili możesz się spodziewać biletu do Zagrzebia, nie zmarnuj czasu. I nie marnowałam. Zabrałam się do czytania gazet, relacji z Jugosławii, reportaży. Nie było ich zbyt wiele i dotyczyły na ogół pojedynczych zdarzeń. Brakowało opracowań ogólniejszej natury. Julek, jedyny człowiek w temacie, siedział na miejscu, poza moim zasięgiem. Grzebałam w artykułach o Jugosławii za rządów Tity, które kojarzyłam z opowiadań znajomych rodziców spędzających tam wczasy. Przypomniałam sobie relacje kolegów wyjeżdżających na saksy do RFN w osiemdziesiątym pierwszym, o Jugosłowianach pracujących tam, a nawet prowadzących firmy i za zarobione pieniądze budujących w ojczyźnie pokaźne domy. Dlaczego nagle na Półwyspie Bałkańskim miała się zacząć wojna?
Lata osiemdziesiąte mogłam sobie odpuścić – w prasie dominowały jedynie słuszne poglądy rządzącej partii. Ale miało to dobre strony, zawęziło obszar poszukiwań do lat dziewięćdziesiątych. Po godzinach wertowania miałam już pewne pojęcie. Rozpad systemu socjalistycznego dotknął też tamtych terenów, ale przecież Jugosławia zawsze kroczyła własną drogą i jej zależność od Moskwy była znacznie mniejsza aniżeli innych krajów. Jej otworzenie się na mechanizmy rynkowe sprawiło, że ludziom żyło się coraz lepiej, a państwo się bogaciło. Jugosłowianie nie mieli kłopotów z uzyskaniem wizy na przykład do Niemiec, z czego skrzętnie korzystali, jeżdżąc tam po marki, które wydawali u siebie. Rządy Broz-Tito budowały w nich poczucie odrębności od Wschodu i Zachodu.
Problemy zaczęły się pojawiać po śmierci Tity, gdy wprowadzono system kolektywnego kierownictwa, zgodnie z którym co rok zmieniał się człowiek na najwyższym stanowisku w państwie. Jak się można domyślać, system ten był nieefektywny i prowadził do pogłębiania się różnic pomiędzy sześcioma republikami. W Słowenii poziom życia zbliżał się do austriackiego czy włoskiego, w Kosowie panowała bieda i bezrobocie. Okazało się też, że trudno iść tą samą drogą prawosławnym Serbom, katolickim Chorwatom i muzułmańskim Bośniakom. I gdy na czele federacji stanął Slobodan Milošević, Serb preferujący swój naród, wystarczyło już tylko podpalić lont. Chorwaci w majowym referendum opowiedzieli się za niepodległością swojej republiki, a kiedy dołączyli do nich Słoweńcy, zaczęła się regularna wojna.
Wiedziałam już, o co się biją. Reszty powinnam się dowiedzieć na miejscu.
– Widzę, że połknęłaś przynętę. – Jurek nie miał już siły na moją gorliwość. – Miałem jeszcze nadzieję, że się zniechęcisz, ale teraz widzę, że płonną.
– Wiesz co? Jugosłowiańska marynarka wojenna zbliża się do portów chorwackich. Chyba wyjadę w najbliższych dniach. Harry załatwia bilet na samolot. Jurek, jestem już spakowana.
– Będę się bał o ciebie każdego dnia. Obiecaj, że zachowasz ostrożność. – Przytulił mnie mocno.
– Wiesz, ilu tam jest dziennikarzy? Słyszałeś, żeby któremuś się coś stało? – odpowiedziałam pewnym głosem, chociaż nie była to prawda. Ale co tam! Mnie nic się nie stanie. Po co Jurek ma się martwić. Jeszcze nie zgodzi się na wyjazd.
Na kolację zadowoliłam się kanapką i do gazet. Jurek szedł spać. Kiwnęłam mu ręką na pożegnanie. Z politowaniem pokręcił głową.

ANNA
wrzesień 1991

Jugosłowiańska marynarka wojenna zablokowała wszystkie chorwackie porty. Julek nadał newsa. Jutro wrzucamy go na jedynkę – Harry bez zbędnych wstępów poinformował mnie o tym przez telefon, gdy zamierzałam kłaść się spać. – Federalni blokują wjazd do Zadaru. Anka, szykuj się.
– Jestem gotowa.
Jugosłowiańska Armia Federalna, broniąca w rezultacie interesów Serbów, ostrzeliwała dwa chorwackie miasta: Vukovar i Osijek. Julek na bieżąco relacjonował przebieg walk. Czytając jego doniesienia, próbowałam wyobrazić sobie realia, w jakich przyjdzie mi żyć w Chorwacji.
– Poczekamy na kolejny rozejm pomiędzy Chorwatami i Serbami i wtedy pojedziesz – kontynuował Harry – żeby wślizgnąć się do Zadaru bez ryzyka. To może nastąpić w każdej chwili.
– Dobra, Harry, jestem gotowa. Co z biletem na samolot?
– Jeśli nie polecisz LOT-em, znajdziemy inne rozwiązanie. Tym się nie martw. Do jutra, wyśpij się dobrze.
Nawet o tym nie myślałam. Na podłodze leżały sterty nieprzeczytanych jeszcze gazet i czasopism. Wzięłam się do roboty. Poczułam przedegzaminacyjne emocje i konieczność maksymalnej koncentracji.
– Nie za dużo tej pracy? Nie wybierasz się spać? – Jerzy kierował się do łazienki.
– Idź, idź, ja jeszcze popracuję. Jestem kompletnie zielona, nie czekaj na mnie.
– Jak chcesz. Nie siedź zbyt długo.
Nie patrzyłam, czy wzruszył ramionami, czy się do mnie uśmiechnął. Porwałam notatnik, by na własny użytek spisać informacje o ostatnich wydarzeniach na półwyspie. Gdy zgasło światło w pokoju Jurka, zrobiłam sobie kawę i zaczęłam zapełniać treścią stosik kartek w kratkę.

Gdy Warszawa zaczęła powoli budzić się do życia, wyszłam na balkon zapalić ostatniego tej nocy papierosa. Trzeba się położyć i oddalić na kilka godzin nie do końca realne obrazy bałkańskiej wojny, które niebawem będę oglądać z bliska. Wrześniowy poranek był jednak nieco zimny. Postanowiłam umyć się po drzemce. Usunęłam jedynie cień z powiek i wyszorowałam zęby. Wsunęłam się pod kołdrę do śpiącego spokojnie Jerzego. Sen nie kazał na siebie długo czekać.

(…)