Strona główna / Literatura polska / Siódmy rok

Aktualności

09.03.2021

Spotkanie online ze Wiktorem Krajewskim

We wtorek 9 marca o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Seksoholicy".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski
  2. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach
  3. Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani Henryk Jerzy Chmielewski

Fotogaleria

więcej »

Siódmy rok

Agata Kołakowska

Rozdział II

Zamek zazgrzytał dwukrotnie i po chwili otworzyły się drzwi, co zasygnalizował dźwięk zawieszonego tuż nad nimi dzwonka. Ten jasny, wesoły odgłos już od niemal dwóch lat obwieszczał Elizie rozpoczęcie kolejnego dnia pracy. Dźwięk miał za zadanie zwiastować nadejście nowego klienta, jednak ostatnio rozlegał się coraz rzadziej. Jeśli pokusić się o absolutną szczerość, to trzeba przyznać, że prawie w ogóle. Najwyżej trzy, cztery razy dziennie. Po raz pierwszy za sprawą listonosza. Drugi raz, gdy Iwonie, przyjaciółce Elizy, udało się wcześniej wyrwać na lunch i wpadała powiedzieć: „Cześć”. Trzeci oznajmiał kogoś, kto chciał tylko rzucić okiem i wychodził zazwyczaj szybciej, niż wszedł, mamrocząc coś pod nosem o szalonych cenach. Po raz ostatni dzwonek rozlegał się, gdy Eliza wychodziła do domu. Bardziej znużona niż zmęczona.
Teraz przechadzała się zamyślona po niewielkim pomieszczeniu. Kiedy się wprowadzała, wydawało się całkiem spore, lecz gdy tylko zaczęła w nim ustawiać meble i dekoracje, nagle wyraźnie się skurczyło. Tuż pod oknami drewniana podłoga wydawała stłumione skrzypnięcia. Deski jeszcze nie jęczały donośnie i irytująco, najwyraźniej postanowiwszy kurtuazyjnie zasygnalizować swój zaawansowany wiek. Ileż Eliza włożyła serca w stworzenie tego miejsca. Stara kamienica opodal rynku wydawała się wymarzoną lokalizacją na tego rodzaju działalność. Do Komody, bo tak nazywał się sklep, schodziło się po dwóch stopniach. Pomieszczenie pomalowano na biało. Niby banalnie, niby prosto, ale uroku miejscu dodawały drewniane skrzynie ustawione na nisko osadzonych parapetach. Rosła w nich lawenda, roztaczając jasnofioletowy czar i kojący zapach, który wypełniał cały lokal. Zamysłem Elizy było stworzenie przytulnego kąta, w którym będzie można kupić nietuzinkowe rzeczy z duszą, o unikatowym charakterze. Sklep oferował stylowe i oryginalne dekoracje do domu. Zastawę stołową, figurki, świeczniki, obrusy, narzuty, obszywane materiałem wieszaki, a także pudełka, kufry, zegary zdobione techniką decoupage. W stojącej w rogu bielonej szafie wisiały swetry, spódnice, szaliki i czapki, robione ręcznie przez lokalne artystki. To był nowy pomysł, o który Eliza chciała rozszerzyć działalność, licząc, że zainteresuje nim większą liczbę klientów. Kobiety, owszem, ciekawiło oryginalne wzornictwo, ale nie potrafiły zrozumieć, dlaczego ręcznie robiony sweter jest droższy niż ten kupowany w galerii handlowej. Argumenty o solidnej, ręcznej robocie, oryginalnym pomyśle i dobrej wełnie na niewiele się zdawały, dlatego większość pięknych wytworów ludzkiej pracy nadal wisiała na kolorowych wieszakach. Bezlitosne cyfry, do których nie trafiał lawendowy urok sklepiku, jasno przemawiały za przeniesieniem Komody do świata wirtualnego, i to im prędzej, tym lepiej. W Internecie Eliza nie musiałaby płacić za czynsz, którego wysokość, zważywszy na lokalizację, raczej nie pomagała jej w osiągnięciu płynności finansowej. Kiedy jednak zorientowała się, ile sklepów o podobnym profilu znajduje się w sieci, straciła animusz. Jeszcze jeden internetowy sklep z bibelotami i ręcznie robionymi ciuchami, pomyślała. Jeśli w to wejdzie, niczym się nie odróżni od masy. Przeskakując z jednej strony na drugą, nie widziała żadnego indywidualizmu, żadnego klimatu. Tutaj przynajmniej klient może zadzwonić dzwoneczkiem nad drzwiami, obejrzeć rzeczy i ich dotknąć, poczuć aurę miejsca. A co można poczuć, do licha, na stronie WWW? Chyba tylko mdłości, zirytowała się Eliza, podlewając wrzos stojący na stylowej, jasnej toaletce, która odgrywała rolę zarówno lady z kasą, jak i biurka właścicielki. Na samą myśl o tym, że będzie musiała zamknąć sklepik, łzy napłynęły jej do oczu, choć rozstanie z Adamem tylko przyśpieszyło nieuniknione. Będąc z nim, mogła sobie pozwolić na dawanie Komodzie kolejnych szans, bo praca męża zapewniała obojgu stały i pewny dochód. Teraz Eliza musi pewniej stanąć na nogach i sama zadbać o swoje finanse. A sklep, niestety, w tym nie pomoże.
W samo południe, kiedy zaczęła właśnie wyobrażać sobie świetlaną przyszłość pod którymś z mostów i już budowała w wyobraźni tekturowy domek z widokiem na rzekę, w drzwiach sklepu stanęła Iwona. W ręce trzymała dwa plastikowe pojemniki, w których zieleniła się sałata.
– Cześć, jak leci? – zaświergotała, jak zawsze nabuzowana energią.
– Jakoś – odparła Eliza. – Ale miło cię widzieć.
– Oho! Aż tryskasz entuzjazmem! – zawyrokowała przybyła, jak zwykle bezbłędnie odczytując stan emocjonalny przyjaciółki.
– Cóż. Faktycznie, do szampańskiego nastroju jakoś mi daleko. I bilans wychodzi marnie. Niedługo zostanę rozwódką, a w dodatku muszę zamknąć sklep i kompletnie nie wiem, co dalej robić.
Iwona postawiła pojemniki z sałatkami na toaletkoladzie i usiadła na podsuniętym krześle.
– Czyli jednak?
– Nie musisz udawać zaskoczonej, Iwona. Klamka przecież zapadła już dawno. Tylko my szamotaliśmy się, licząc, że ignorowanie takiego stanu rzeczy i terapia są w stanie jakoś temu zaradzić. Oboje z Adamem wiemy, że nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Wciąż jeszcze każde z nas może ułożyć sobie życie na nowo. Prawda?
– No, niby prawda… – przytaknęła Iwona, obserwując, jak oczy przyjaciółki napełniają się łzami. Pierwsza wymknęła się z prawego oka Elizy, a później nastąpił potop. Nie można było określić, z którego oka leje się więcej i w jakiej ilości. – Kochanie. – Przytuliła ją. – Przecież sama tego chciałaś. Tyle razy mówiłaś, że masz dość zabiegania o jego uwagę i czas.
Eliza skinęła głową potakująco i wykrzywiła usta w niezgrabną podkówkę, łkając coraz rozpaczliwiej. W końcu udało się jej zaczerpnąć powietrza.
– Przecież ja to wszystko wiem – jęknęła. – Mało tego, od dawna miałam dość tej pustki między nami. Iwona – zwróciła się do przyjaciółki – ja nie chciałam być wyłącznie jego koleżanką, na Boga. Dobrą wtedy, kiedy mu pasuje. Chciałam być żoną, partnerką, kochanką… – zawyła, a jej drobnym ciałem wstrząsnęła kolejna fala płaczu. – Nie mogłam wytrzymać tego ciągłego dopraszania się, aby zechciał spędzić ze mną popołudnie. I wiesz co? – Spojrzała zapuchniętymi oczami.
– Co? – Iwona pogłaskała ją po głowie.
– Ja doskonale pamiętam, jakie to wszystko było dla mnie nieznośne, i zdaję sobie sprawę, że robię to dla siebie i dla swojego dobra – chlipnęła. – Tylko to tak bardzo boli! To rozczarowanie. Ta porażka na całej linii i to, że zostaję zupełnie sama. – Eliza rwała przemokniętą chusteczkę na drobne kawałki. Wyglądała jak mała, zagubiona dziewczynka.
Iwona przygarnęła ją i przytuliła mocno. Słyszała to już wielokrotnie. Wiedziała, że ten rozwód powinien zostać przeprowadzony już dawno temu. Eliza potrzebowała uwagi i poczucia, że jest ważna, a Adam głównie przygód i adrenaliny. Miał silną potrzebę samotności i odrębności, z czym jego żona nigdy nie mogła się pogodzić. Skoki spadochronowe, wyprawy z kumplami na safari – nie można było patrzeć, jak Eliza się męczy, spędzając kolejny wieczór samotnie. Była typową domatorką, podczas gdy on dom traktował jak odległą ideę, nie do końca zgodną z jego systemem wartości. Jak to się stało, że w ogóle wpadł na pomysł, aby się ożenić? Przyczyną musiało być gorące i szalone uczucie do Elizy, które wybuchło, kiedy tylko się poznali, nagłe i silne. Iwonie zawsze się wydawało, że Adam traktował to małżeństwo trochę jak jedną ze swoich wypraw w nieznane, a kiedy rozeznał się już w terenie, znudził się i zaczął szukać adrenaliny gdzie indziej. W swoich pasjach, podróżach. Miejsca dla Elizy w jego życiu było coraz mniej.
Dlatego w głębi duszy Iwonie ulżyło, kiedy przyjaciółka zaczęła przebąkiwać o rozwodzie. Nareszcie zazna spokoju i znajdzie kogoś odpowiedniego! Wyjęła z opakowania nową chusteczkę.
– Weź to. Wiem, musisz czuć się podle.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała Eliza, wycierając nos.
Iwona popatrzyła pytająco.
– Chcę tego rozwodu, ale czuję się, jakbym traciła grunt pod nogami. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nie wiem, czy dam sobie radę. Jak będzie wyglądało moje życie?
Iwona już miała zapewnić ją, że wszystko się ułoży i że wątpliwości są zupełnie naturalne w jej sytuacji, gdy zadzwonił dzwonek przy drzwiach, oznajmiając czyjeś nadejście. O dziwo, nie był to listonosz.
– Rety, klient! – Przeraziła się Eliza, starając się wytrzeć rozmazany tusz wokół oczu.
– Idź, ja się nim zajmę – szepnęła Iwona, spoglądając na czarne ślady makijażu na twarzy przyjaciółki.
Eliza znała Iwonę piętnaście lat i dobrze wiedziała, co oznacza ten błysk w oku. Nie mogła zaprzeczyć, że przyjaciółką powodowała chęć pomocy, ale widać było jak na dłoni, że mężczyzna, który właśnie wszedł do środka, najwyraźniej jej się spodobał; delikatnym gestem poprawiła grzywkę. Eliza, mimo wszystko, uśmiechnęła się pod nosem i spokojnie ruszyła na zaplecze. Była pewna, że klient nie opuści sklepu z pustymi rękami…
Mężczyzna rozejrzał się uważnie po wnętrzu.
– Bardzo klimatyczne miejsce! – zwrócił się do Iwony, a na jego policzkach pojawiły się ujmujące dołeczki.
– Prawda? – Dziewczyna zaprezentowała najbardziej czarujący z bogatego wachlarza ujmujących uśmiechów, ćwiczonych latami przed lustrem. – Wprawdzie to dzieło mojej przyjaciółki, ale ja jej pomagałam.
– Jak to dobrze mieć przyjaciół – zauważył.
– Może w czymś panu pomóc? Coś doradzić?
Eliza na zapleczu za pomocą chusteczki i nawilżającego kremu do rąk próbowała zmazać z twarzy charakteryzację smutnego klowna. Z zaciekawieniem śledziła jednak poczynania Iwony w roli sprzedawcy. W duchu robiła zakłady sama ze sobą, w którym momencie facet odpuści i zrejteruje. Czy nastąpi to w okolicach obrusów, czy jednak wykaże się hartem ducha i wysoką kulturą osobistą i dotrwa aż do swetrów, cały unurzany w oceanie słów.
Zza drzwi, nieco stłumiony, dobiegał dwugłos.
– W zasadzie tak. – Klient przyjął propozycję z wyraźną ulgą. – Szukam prezentu.
– Dla mamy? Dla babci? – podpytywała Iwona, sądząc, że wykazuje się niebywałym sprytem.
– Dla żony – odparł, rozglądając się wokół, wyraźnie przytłoczony mnogością możliwości.
– Ooo… – Z ust Iwony wyrwał się jęk zawodu. – Obawiam się, że dla żony nic ciekawego pan tutaj nie znajdzie – dodała, gubiąc cały entuzjazm.
Eliza, usłyszawszy, jak jej przyjaciółka właśnie marnuje rzadko nadarzającą się okazję sprzedania czegokolwiek, musiała zrezygnować z przypudrowania nosa i czym prędzej opuściła zaplecze.
– Ależ koleżanka sobie żartuje! Zaraz znajdziemy coś odpowiedniego. Proszę powiedzieć, jakie żona ma preferencje. Co lubi?
Szatyn speszył się nieco. Eliza zmierzyła go od stóp do głów uważnym spojrzeniem i natychmiast zrozumiała reakcję Iwony. Mężczyzna zdecydowanie mógł się podobać. Był wysoki, ładnie zbudowany. Lekki zarost dodawał mu szorstkości, a zielone oczy roztaczały tajemniczy urok. Z pewnością nie był to typ modela z reklam ekskluzywnych garniturów, nie tak niepodważalnie przystojny. Nie zapierał tchu w piersi. Był męski tym typem męskości, który kojarzył się ze stabilizacją, pewnością i bezpieczeństwem.
– Cóż… – zamyślił się. – Moja żona lubi różne rzeczy. A zwłaszcza te oryginalne i drogie.
Eliza uśmiechnęła się pod nosem. A jednak nici z transakcji. Kobieta luksusowa. Typ, którego raczej nie zadowolą artykuły z jej sklepu.
– W takim razie… Do jubilera trafi pan, idąc do końca tą ulicą. Przy kawiarni należy skręcić w lewo – poinstruowała.
Zielone oczy rozjaśniło rozbawienie.
– I tak zupełnie bez walki odsyła pani klienta do konkurencji?
– Po prostu chcę być pomocna. Nie wydaje mi się, aby coś w moim sklepiku mogło zaspokoić wymagający gust pańskiej żony.
– Zaryzykuję – odparł. – Proszę coś wybrać, a ja to ocenię.
Eliza skinęła głową i obróciła się wokół własnej osi, jak gdyby chciała sobie przypomnieć, co ma na półkach. Zupełnie jakby nie znała na pamięć położenia każdego pojedynczego przedmiotu. Podeszła do szafy i z otwartej dolnej szuflady wyjęła szmaragdowy szal.
– Jedwab, ręcznie malowany. Bardzo wysoka jakość – rzekła, prezentując delikatny materiał.
Mężczyzna przebiegł palcami po tkaninie i z uznaniem pokiwał głową.
– Bardzo piękna rzecz. Myślę, że będzie zadowolona. Biorę.
– Tak? – Eliza nie potrafiła ukryć zdziwienia.
– Może jeszcze wziąłbym jeden z tych obrusów… Wyglądają na solidną robotę. I jeszcze tę fioletową narzutę, i parę tych świeczników. Przydadzą się. To kryształ, prawda?
– Tak, to kryształowe świeczniki. Zaraz wszystko zapakuję.
Elizę ogarnęło bezbrzeżne zdumienie. Taki traf! I to właśnie wtedy, gdy była już przekonana o radykalnym i nieodwołalnym zamknięciu Komody! Ten zielonooki klient musiał zachwiać jej postanowieniem, wzbudzając nadzieję na nowe, lepsze życie jej sklepu. Może odczyni wreszcie zły urok i przyniesie mi szczęście?, pomyślała, pakując szal w ozdobne pudełko.
– Mam nadzieję, że prezent się spodoba – powiedziała, podając torbę z zakupami.
– Ja również – odparł. Wychodząc, odwrócił się jeszcze. – Było mi niezmiernie miło.
– Cała przyjemność po naszej stronie! – zawołała Eliza.
Iwona podeszła do drzwi i wzrokiem odprowadzała mężczyznę, który wsiadł do zaparkowanego opodal samochodu i odjechał.
– Widzisz, i tak to jest. Nam się nie układa, a inne dostają jedwabne szale – podsumowała i zarzuciła torebkę na ramię. – Muszę wracać do pracy. Kredyt hipoteczny pana Bielskiego nie może czekać – rzuciła, otwierając drzwi.
– Nawet nie zjadłaś lunchu. – Eliza wskazała nietknięte opakowania z sałatką.
– Daj – Iwona wyciągnęła dłoń. – Może uda mi się zjeść w firmie. To lecę, i nie martw się. Wszystko się ułoży.
– Dzięki! Kochana jesteś!
Kiedy za Iwoną zamknęły się drzwi, Eliza spojrzała w stronę szafy. Tuż obok niej, na stoliku, leżała skórzana aktówka. Skąd się to tu wzięło?, pomyślała, podchodząc bliżej. Nagle przypomniała sobie, że mężczyzna w jednej ręce trzymał torbę z laptopem, a pod pachą właśnie taką teczkę; wzięła ją do ręki. Czarna, pachnąca skórą. Położyła na biurku pewna, że zapominalski szatyn przypomni sobie o zgubie i zaraz wróci. Pomyliła się jednak – mijały godziny, a przedmiot nadal zajmował miejsce na wielofunkcyjnej komódce…
(…)