Strona główna / Fantastyka / Strażniczka

Aktualności

07.11.2019

Teraz nasze książki zamówisz w Inverso.pl

Zapraszamy do naszej nowej księgarni internetowej!

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Strażniczka

Lee Carroll

Rozdział 2. Stłuczone szkło

– Poeta zaraz tu będzie! – powiedział Will Hughes.
– Co? – zapytała Bess.
– Chryste, kompletnie zapomniałem! – jęknął Will, szczupły kilkunastolatek z bladą cerą, i oparł się na łokciu w gęstej trawie. Leżeli z Bess w cieniu ulubionego zagajnika w Swan Hall, posiadłości jego ojca. Will wyjął kieszonkowy zegar solarny i ustawił go na słonecznej plamie: cień wskazywał, że minęła druga. Poeta na pewno czeka w holu. Dopóki Will się nie pojawi, służba nie wpuści nauczyciela do gabinetu, w którym zwykle pracował.
Wyobraził go sobie siedzącego na wielkiej drewnianej ławie koło wejściowych drzwi: nogi ma skrzyżowane, twarz przybrała wyraz udawanej cierpliwości, która wszakże nie do końca maskuje irytację wywołaną tym, że musi czekać. Irytacja, jako że poeta i nauczyciel byli jedną i tą samą osobą, znajdzie swój wyraz w kolejnym sonecie zawierającym skargi na „tego młodzieńca”, a lord Hughes od razu się zorientuje, że chodzi o syna. Will pomyślał, że lepiej będzie, jeśli się pośpieszy, zwłaszcza że najpierw musiał wyprowadzić Bess z terenu Swan Hall dość krętą, tajemną drogą. Ubrania mieli w nieładzie. W dodatku Will zapłaci za ponaglanie Bess, o tak, słono zapłaci. Mimo to nabrał powietrza w płuca i wstał.
– Naprawdę jestem spóźniony.
– Ten poeta jest dla ciebie strasznie ważny – poskarżyła się Bess, gdy Will pomógł jej się podnieść. Ułożyła swoje błyszczące czarne włosy i poprawiła stanik bez zwykłych pozorów skromności. – Nie pokładam wielkiej ufności w nasze wspólne życie! Pewnie byłoby ci lepiej z tym strasznym człowiekiem, chociaż jest dość stary, by być twoim ojcem.
Will uśmiechnął się przypochlebnie, a potem przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. Wiadomo, że długie pocałunki łagodzą gniew Bess – i nie tylko jej. I właśnie ten ostatni punkt leżał u źródeł problemu, do którego rozwiązania wynajęto poetę. Bess – ojciec Willa pod każdym względem uznałby ją za nieodpowiednią – miała rywalki. Ale żadna, Bess nie wyłączając, nie zajmowała w myślach Willa tyle miejsca, ile poeta i jego słowa. Kilka wersów krążyło mu w głowie, gdy śpieszyli ścieżką do furtki przysłoniętej wielkimi belami siana:

Prawda w miłości oszałamia jak wino,
Aż czas ujawni jej fałsz jak w wypadku górskiego śniegu,
Którym w istocie są białe obłoki, co znaczy,
Że nigdy nie znamy prawdy, o której myślimy, że ją znamy.
 

Will na razie nie uważał siebie za poetę, ale ta strofa nauczyciela tak uparcie do niego przylgnęła, że podejrzewał, iż pewnego dnia chyba sam zechce napisać wiersz. A może wpływała tak na niego charyzma poety. Miał błyszczące oczy, na bladych ustach igrał przelotny uśmiech, lecz nie o to chodziło: Will nie potrafił się oprzeć wrażeniu niemal niezmierzonej głębi.
I chyba ta głębia sprawiała, że poeta pisał i mówił tak przekonująco o nieśmiertelności, o tym, że spłodzenie dziecka to dla ojca gwarancja życia wiecznego.
Naturalnie w tym celu go zatrudniono; Will wiedział, że ojciec pragnie, by porzucił romanse i skupił się na jedynej, wyjątkowej wybrance w interesie zarówno prokreacji, jaki przypuszczalnie lukratywnej umowy między rodzinami, którą lord Hughes zawrze z okazji ślubu jedynaka.
Ostatnio wszakże poeta flirtował z innym motywem, nieśmiertelnością zapewnioną przez poezję, a z jakiegoś powodu to z jeszcze większą siłą pociągało Willa.
Nagle fraza „nigdy nie znamy prawdy, o której myślimy, że ją znamy” ustąpiła miejsca świadomości, że stracił poczucie czasu. Bess mierzyła go płonącym wzrokiem.
– Will! – Ten wykrzyknik, któremu towarzyszyło tupnięcie, wyrwał go z zadumy. Wyciągnęła ręce, czekając na pocałunek. Spełnił jej życzenie, dodał jeszcze pieszczotę i wreszcie się rozstali. Odprowadzał wzrokiem Bess ze stosownym, miał nadzieję, zaangażowaniem, aż zniknęła za wzgórzem.
Ostatnimi czasy coraz intensywniej domagała się wspólnej przyszłości, lecz nawet gdyby Will nie zważał na życzenia ojca, ta przyszłość i tak nie wchodziła w grę. Bess ze swoimi bujnymi krągłościami i błękitnymi oczami była rozkoszną kochanką, ale musiałby poczuć do niej przynajmniej to samo, co czuł do wiersza: Prawda w miłości oszałamia jak wino. Musi się w taki sposób zakochać, jeśli w ogóle ma się zakochać. Skropione perfumami ciało i zmysłowe usta Bess nie wzbudzały w nim takich emocji. Kierując się do Swan Hall, wypowiedział na głos wers w emfatycznym jambicznym metrum, na którego punkcie oszalała Anglia; w całym kraju sonet zdobywał niezwykłą popularność.
Wiersz zabrzmi jeszcze lepiej, gdy za kilka minut na prośbę Willa padnie z pięknych ust poety.


Kiedy wszedł do holu, poeta siedział w miejscu, w którym go sobie wyobraził, lecz na jego twarzy malowała się rozpacz, nie irytacja.
– Przepraszam za spóźnienie – rzekł Will sztywno, zakłopotany miną nauczyciela. – Zatrzymano mnie... – Mrugnął znacząco, by zasugerować ryzykowny charakter sprawy, która go zatrzymała. – Straciłem poczucie czasu. – Kłamstwa nie miały sensu. W kwestii miłości i jej mniej potężnych kuzynów oczom poety nie umykał najmniejszy szczegół.
Nauczyciel nie zareagował na słowa Willa. Był czymś poruszony, marszczył okrągłe czoło, policzek miał wilgotny, może przed chwilą wytarł łzę, a oczy rozbiegane, jakby wypatrywał wściekłego nietoperza. Oburącz ujął dłoń Willa.
– Przybyłem tu dzisiaj z ekscytującymi nowinami – zaczął – spodziewałem się też, że jak zwykle pięknie spędzimy godzinę, któż wszakże czekał na mnie, jeśli nie twój ojciec? Dobrze, pomyślałem, lecz nasza rozmowa nie miała pomyślnego przebiegu.
– Mój ojciec! Miał wrócić dopiero po zachodzie słońca. Jest tutaj? – Will w żadnym razie nie ryzykowałby schadzki z Bess, gdyby wiedział, że ojciec jest w domu; zważywszy na obsesję starego zgryźliwego arystokraty na punkcie małżeństwa oraz to, że mógł wydziedziczyć syna, zbyt dużo miał do stracenia. Zniósłby podejrzliwość służby, ale nie przypadkowe natknięcie się na lorda, kiedy Will spędzał czas z nieodpowiednią damą, jak Bess.
– Znowu wyjechał, ale niedługo wróci. Jako przyczynę wczesnego powrotu podał interesy w Londynie, wygląda jednak, że tak naprawdę powodem jesteś ty.
– Ja!
Edgar, lokaj ojca, wyłonił się z korytarza i z nadmierną gorliwością zaczął pucować rękojeść wiszącego na ścianie miecza. Will i poeta dłużej niż zwykle zwlekali z przejściem do gabinetu, a ich przyciszone głosy niosły się pewnie po rozległym, pełnym przeciągów domu. Chwila nie była odpowiednia na nietypowe zachowania. Will w milczeniu wstał, puszczając dłonie poety, i ruszył w stronę gabinetu. Poeta podążył za nim. Edgar obrzucił ich spojrzeniem, po czym wrócił do swojego zajęcia. Dobrze, że chyba nie zauważył ich splecionych dłoni.
W gabinecie Will usiadł w fotelu przy dębowym biurku, na którym jego ulubione onyksowe pióro połyskiwało na marmurowej podstawce, a poeta zajął miejsce na prostym klonowym krześle naprzeciwko, skąd miał doskonały widok na twarz ucznia, choć jego rysy skrywał cień.
– Lord Hughes rzekł, że powinniśmy pozostać tu do jego przyjazdu, nawet jeśli potrwa to kilka godzin. Jaśnie pan życzy sobie, żebyś poznał kogoś wyjątkowego.
Will jęknął.
– Mam też przekazać ci jego przestrogę, byś pojawiał się punktualnie na wszystkich naszych spotkaniach w przyszłości. O ile jakieś będą.
– Dlaczego jesteś poruszony? Przywiezie kogoś dla mnie! Albo raczej coś.
– Jestem poruszony, ponieważ przybyłem tu dzisiaj, by nie tylko odbyć lekcję, ale też podzielić się niezwykłą wiadomością. Niestety, zdradziłem ją przed nim. Przyjął ją tak, jak młot traktuje szkło, teraz więc wydłubuję odłamki z mojej duszy.
Will wzdrygnął się. Poeta nigdy dotąd nie używał równie dramatycznego języka. Więc w czym rzecz? Nic nie rozumiał.
– Co rozpadło się w proch?
– Moje życie, jako że twój ojciec nie zapłaci mi za udzielane ci nauki.
– Prosiłeś teraz o zapłatę? Nasze studia potrwają do końca roku, a dopiero jest maj.
Poeta wstał, jakby w tej pozycji mocniej zabrzmiały następne słowa. Wyciągnął ręce w błagalnym geście.
– Mój związek z Anne nie należy do udanych, Willu. Musiałeś domyślać się tego sto, tysiąc razy z rzeczy, które mówiłem. Sednem mojego przesłania do ciebie jest, byś sam wybrał sobie żonę i nie pozwolił okolicznościom decydować, jak na nieszczęście ja uczyniłem, aczkolwiek rozumiem, że przenikliwość twojego ojca jest brzemieniem, z którym nie musiałem się zmagać. Popełniłem błąd i zapłaciłem zań cierpieniem, choć nie mogę przysiąc, że wszystkie chwile spędzone z Anne były złe, przeżyliśmy też okresy szczęścia...
W zeszłym roku jednak poznałem w Londynie kobietę moich marzeń, towarzyszkę duchową, nieskończenie uroczą i czułą lady Marguerite D’Arques. Umysł i krew wzywają mnie, bym z nią był. A jeśli teraz tego nie zrobię, ona za dwa tygodnie wróci do Francji z powodu rodzinnego sporu. Jej siostra, niewiasta z gruntu zła, knuje intrygi mające na celu przejęcie rodzinnej posiadłości w Bretanii. Błagałem Marguerite, by odłożyła na bok wszelkie myśli o bogactwach przodków i swój los związała ze mną, lecz muszę przynajmniej zapewnić jej dach nad głową. Nie mogę pójść do niej z pustymi kieszeniami! – Na tę myśl jęknął i zacisnął dłonie w pięści. Spojrzenie utkwił w Willu, ale oczy miał zasnute łzami.
Wstrząśnięty Will milczał. Sytuacja wydawała się poważna, acz dobra nowina dotyczyła nie jego, a poety. Po krótkiej przerwie złożył mu gratulacje i wyraził nadzieję, że sprawy przybiorą pomyślny obrót, a potem z rosnącym gniewem wywołanym bliskim zakończeniem znajomości z poetą, która tak wiele dla niego znaczyła, zapytał:
– A co ze wszystkimi twoimi przemowami o świętości węzłów małżeńskich? O potomstwie jako sposobie na nieśmiertelność? Masz dzieci z lady Marguerite?
Pożałował zaraz, że nie okazał większego współczucia, z drugiej zaś strony pragnął, by poeta pozostał jego nauczycielem. Wiedział, że ojciec wszelkie kontrakty, także małżeńskie, traktuje jak świętość. W świecie lorda Hughesa nie było odcieni szarości, wykluczał miłość romantyczną.
– Twój ojciec zatrudnił mnie, bym takie poglądy głosił, znużyło mnie jednak zwodzenie ciebie, choć mi za to płacono. Istotnie, dzieci zapewniają rodzaj nieśmiertelności, acz podatny na kaprysy losu. Trwalszą nieśmiertelność daje miłość, która powinna poprzedzać spłodzenie potomstwa, a także inspirować wielką sztukę. Niechaj jako przykład posłużą moje sonety, które nie opiewają wojen, wypadków, chorób. Nie żywię nadziei na zbawienie obiecywane w niedziele, tak więc moją wiarą są miłość i sztuka, a kryjąca się w nich nieśmiertelność jest wspanialsza, gdy się łączą, by stworzyć wielką miłość i sztukę. Tę prawdę odkryłem w życiu, nie zaś banały, za których powtarzanie płaci mi twój ojciec. Nawet aktor recytujący na scenie wspaniałe wersy osiąga nieśmiertelność, słowa bowiem żyją w umysłach widzów. To zbrodnia, że mówiłem ci o płodzeniu potomstwa, do czego jest zdolny byle kundel czy królik. Za długo wszakże przemawiam. Muszę wyjechać ze Stratfordu do Londynu, bo jeśli tego nie zrobię, Marguerite, jedyna kobieta, którą kiedykolwiek kochałem, odejdzie. To sedno sprawy.
– A twoja rodzina?
– Susanna i Judith będą miały środki na życie. Kocham je, choć Anne przestałem darzyć uczuciem, lecz nie mogę dłużej żyć w kłamstwie. Jeśli twój ojciec nie wypłaci mi tych dziesięciu tysięcy funtów, przyjmę w Londynie posadę aktora i pisarza, którą mi zaoferowano. Miałem nadzieję, iż zapewnię jej dostatniejsze życie, ale ona nie dba o rzeczy materialne, wierzę więc, że to wystarczy. Coś jednak musimy mieć...
A potem poeta z błyszczącymi oczami zbliżył się do Willa. Wyciągnął ręce i ujął dłonie podopiecznego. Will pozwolił mu na to z ociąganiem; rozumiał siłę jego uczuć, ale był zdruzgotany nagłym końcem ich przyjaźni i kryjącą się w tym obojętnością nauczyciela wobec ucznia. Prawdziwa miłość wszystko zniesie.
– Nie sądź, iż zaniedbuję więź między nami – ciągnął poeta. – Twojej przyszłości poświęciłem nowy sonet, stworzyłem go w gorączce dzisiaj rano i zapisałem jeno w pamięci.
Patrzył mu w oczy, recytując wiersz. Drżenie jego głosu powiedziało Willowi, że każde słowo jest szczere:

Kiedy Londyn ocieka nijakością,
Twoja obecność na scenie zadziwi, podnieci
I uratuje następną zimę od zniechęcenia:
Ty będziesz królem komediantów. Na twej skroni korona!
Ulice późną zimą są tam ciemne, panuje na nich ziąb,
Lecz nawet cienie nauczą się twego imienia,
Sława grzać cię będzie na starość,
Takie aktorstwo, taka pisarska sława
Przechytrzy śmierć. Willu Hughes, jesteś słońcem,
Które świecić będzie nad całą Anglią! – silniejszym światłem
Niż zwykły dziedzic, jedyny syn familii Hughesów:
Schedą tego utalentowanego człowieka
Powinien być ogień płonący w jego wnętrzu, który nigdy nie zmienia się w popiół,
Krew, która wiecznie płynie. Moje pragnienie!


Uwolnił dłonie chłopaka, jakby władzę nad nim przejęły uczucia, i cofnął się o parę kroków. Willa oszołomiły niezłomne przekonanie poety i perspektywa katastrofy, która go spotka, jeśli słowa przyjmie dosłownie.
– Nalegam więc z całego serca – ciągnął poeta – byś towarzyszył mi do Londynu i razem ze mną wstąpił do trupy teatralnej, która zaproponowała mi angaż. Mój sąd o twoim talencie jest tak obiektywny jak powierzchnia trójkąta Pitagorasa. Opuść tę prostacką posiadłość, tę świątynię mamony. Poetycki talent i sama twoja obecność uczynić cię mogą nieśmiertelnym i pozwolą ci wyrwać się ze szponów istoty, z którą w tej chwili lord Hughes tu jedzie.
Wiara poety w jego możliwości ucieszyła Willa. Podniecająca konkluzja wiersza, odniesienia do nieśmiertelnej krwi i ognia wywołały mgliste przeczucie przeznaczenia. Intuicyjnie wiedział, iż przeznaczenie owo sięga korzeniami w zamierzchłą rodzinną przeszłość, przy czym wiedza ta opierała się na dość wątłych podstawach: podsłuchanych w dzieciństwie szeptach służących, dwuznacznych słowach, które jego dawno zmarła matka kiedyś do niego wyrzekła. Tak czy owak teraz do ożywienia takich myśli wystarczyło samo brzmienie wyrazu „krew”. Może któryś z jego dawnych przodków niegdyś osiągnął wielką chwałę i Will powinien – musi! – powtórzyć jego wyczyn. Krew – niewykluczone, że w jego żyłach płynie wyjątkowa jej odmiana.
Usiłował zlekceważyć te myśli, wydawały się bowiem dziwacznie zarozumiałe, a przecież miał do rozważenia względy praktyczne. Nie chciały jednak odejść, nawet gdy ze swoich rozterek zwierzył się poecie.
– Swan Hall może i jest świątynią mamony, ale to mój dom. Pochlebia mi twoja prośba, bym towarzyszył ci w podróży do Londynu, lecz ojciec wydziedziczyłby mnie, gdyby wiedział, że się nad tym zastanawiam. – Z każdym słowem wymiana ziemi i bogactw, które dostanie w spadku, na sławę opiewaną w sonecie wydawała się Willowi czynem bardziej lekkomyślnym.
– Mógłbyś za sporą gażę zatrudnić się jako aktor u samych King’s Players – przekonywał poeta. – Właśnie oni są moją nową trupą. Możemy kontynuować prywatne lekcje. Zostaniesz wielkim poetą i aktorem, jesteś do tego predestynowany. – Entuzjastycznie ścisnął Willa za ramię. – Będziesz moim protegowanym, Willu Hughesie, moim następcą w królestwie piękna, którym byłby mój rodzony syn Hamnet, gdyby przeżył. Zastanów się nad tym, człowieku! Nieśmiertelność! Wieczne życie na kartach ksiąg i w sercu narodu angielskiego! Świata!
(…)