Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Morderstwo tuż za rogiem

Aktualności

06.08.2020

Najlepsza książka miesiąca Lipiec 2020!

Z radością informujemy, że książka "Chciałbym nigdy cię nie poznać" została uznana przez czytelników serwisu hultajliteracki.pl za najlepszą książkę miesiąca Lipiec 2020 a Wiktor Krajewski za Autora Miesiąca oraz Wydawnictwo Prószyński za Wydawcę miesiąca.

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Morderstwo tuż za rogiem

Zofia Małopolska

(…)
Dopiero skręcając w lewo z mostu Grunwaldzkiego i zostawiając za plecami Zamek i Skałkę, zaczął się zastanawiać nad prowadzoną sprawą. Nie wiedział wiele więcej niż wczoraj. Technicy potwierdzili, że śmierć ofiary nastąpiła w miejscu, w którym znaleziono ciało. Poza nielicznymi śladami krwi, zachowanymi pod zwłokami, znaleziono w trawie guzik od marynarki denata i prawie pustą paczkę najtańszych papierosów, która mogła wypaść z jego kieszeni. Sekcja potwierdzała domniemania, że mężczyzna zginął na skutek pobicia. Sugerowano, że najpierw otrzymał silny cios w twarz, a potem, już leżącego, skopano dotkliwie, przy czym śmiertelny okazał się kopniak w skroń. Patolog ustalił również wiek zabitego na około pięćdziesiąt lat; stwierdzone wyniszczenie organizmu wpisywało się dobrze w domniemanie o jego bezdomności. Problem nadal stanowiła tożsamość ofiary – jej odciski palców nie figurowały w kartotece.
Zostawiwszy samochód przed domem Kokoszków, Marcin dla porządku zadzwonił do furtki. Odpowiedziała mu głucha cisza. Grzesiek, zgodnie z wcześniejszą deklaracją, sobotę i niedzielę spędzał u rodziny, co zresztą nie zmartwiło komisarza. Nie sądził, że usłyszy od kolegi coś nowego, a próba odwiedzin miała raczej charakter kurtuazyjny. Postanowił więc posprawdzać sąsiednie domki, oddalając się stopniowo od miejsca zdarzenia.
Tuż obok, na sąsiedniej posesji przy mizernej ulicy Uśmiech, zażywny jegomość w średnim wieku polewał energicznie samochód wodą z ogrodowego węża. Bartnik przedstawił się grzecznie, pokazał legitymację i został dopuszczony w pobliże odprawianego nabożeństwa.
– Panie, ja nic nie wiem! – kategorycznie oświadczył upajający się zabiegami przy aucie właściciel. – Byłem na delegacji w Białymstoku. Dopiero dziś rano żona mi powiedziała, że mieliśmy w okolicy morderstwo. Prawdę mówiąc, myślałem, że znowu tu kręcili W‑11, a jej się, jak zwykle, coś pomyliło.
– To może żona coś wie? – zasugerował komisarz.
– E tam, co ona może wiedzieć? Po kolacji obejrzy Na Wspólnej i wali się do łóżka, chyba że przed snem przypomni sobie jeszcze, że trzeba syna opieprzyć, bo się chłopak kiepsko uczy. A sen to ma taki, że jak dwa lata temu okradali nam parter domu, to ona spokojnie spała na piętrze z dzieciakiem. Zresztą nie ma jej. Poszła do fryzjera, a mnie zostawiła całą chałupę na głowie.
– A syn? – nie ustępował Bartnik.
– Panie, on chodzi do czwartej klasy i jak nie jeździ na rowerze, to kopie piłkę z kolegami. Zresztą – oświadczył znienacka wyniośle – dziecka proszę mi w kryminały nie mieszać.
Na zdjęcie ofiary jegomość tylko wzruszył ramionami i zwiększył strumień wody, którą zawzięcie spłukiwał prawe przednie koło. Audiencja była skończona. W końcu miał całą chałupę na głowie…
Tymczasem sąsiadka z kolejnego domu z utęsknieniem oczekiwała wizyty przedstawiciela organów ścigania. Już wcześniej Bartnik zauważył jej ufarbowaną na niewinny blond główkę, wyłaniającą się z coraz to innego okna w poszukiwaniu najlepszego miejsca na podsłuch. Gdy tylko zadzwonił do furtki, gospodyni, ożywiona jak nastolatka, ubrana w różowe szorty i żółtą bluzeczkę wyszywaną błękitnymi diamencikami, wybiegła do ogródka. Marcin bez wahania ocenił ją na dobrą sześćdziesiątkę.
– Och, tak się cieszę, panie inspektorze…
– …komisarzu… – słabo zaprotestował Bartnik.
– …panie nadinspektorze, że pan do mnie trafił. Może wejdziemy do domu? Przecież to nie wypada, tak prawie na ulicy.
Początkowo Marcin uznał, że jego rozmówczyni naoglądała się Morderstw w Midsomer, ale gdy, minąwszy próg, znalazł się twarzą w twarz z wielkim obrazem Miłosierdzia Bożego, a w pamiętającym świetność PRL‑u saloniku przyszło mu zasiąść pod uważnym okiem świętej Faustyny, wyłaniającej się z ram zdobnych w polne kwiaty z plastiku, stwierdził, że gospodyni cierpi na schizofreniczne rozdwojenie jaźni. Spróbował uciec wzrokiem w bok, ale natknął się na polskiego papieża w kilku wersjach. Rzut oka w drugą stronę zafundował mu spotkanie z ojcem dyrektorem, pozdrawiającym rodzinę z wałów jasnogórskich. Nieco niżej, na niewątpliwie ręcznie malowanym dziele, z koszyka pełnego róż wystawiały słodkie pyszczki szczeniak i mały kotek.
– Ściszę tylko radio i już robię kawkę – nieoczekiwanie powiedziała pani domu głosem Krystyny Jandy.
– Bardzo dziękuję, ale nie pijam kawy w taki upał – dzielnie zaprotestował Marcin.
– To może winko? Mam domowej roboty.
– To bardzo mile, ale jestem na służbie – bronił się komisarz.
– A wodę mineralną? Z soczkiem!
– Jeśli pani uprzejma, to samą wodę. Bez soczku.
Nalewanie wody trochę trwało, ale kiedy czarująca gospodyni pojawiła się w końcu z miło oszronioną szklanką, jej nos pokrywała gruba warstwa pudru, a usta – świeża cyklamenowa szminka.
– Panie nadinspektorze, ja wiedziałam, że to się tak skończy. – Głos pani domu stał się jeszcze niższy i bardziej nosowy. – W końcu z narkotykami nie ma żartów.
– Z jakimi narkotykami? – Marcin osłupiał.
– Jak to z jakimi? Ten cały mecenas Kokoszko, ten milutki Grześ, to przecież narkoman. I jego żona też narkomanka. Może to ona go w to wciągnęła? Bo rodzice tacy porządni!
Komisarz Bartnik rozpaczliwie próbował znaleźć w tej przemowie jakiś sens. Trochę znał Grześka i trochę wiedział o życiu, a rewelacje zalotnej damy nijak nie przystawały do jego wiedzy.
– Proszę pani – zaczął dobitnie – ja prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa, a nie przeciwko panu Kokoszce.
– I to właśnie nie jest dobrze! – oświadczyła równie dobitnie rozmówczyni. – U Grzesia zawsze bywali różni podejrzani koledzy. Niby to grali w piłkę, niby to robili grilla, ale zawsze stamtąd było słychać krzyki i śmiechy. A czy dzisiaj młodzi umieją się bawić bez narkotyków?
– No dobrze. – Marcin sięgnął po zdjęcie denata. – Czy widziała pani kiedyś tego człowieka?
– To nieboszczyk? – Kobieta wlepiła w fotografię zachłanne spojrzenie.
– Tak.
– Oczywiście, że go nie widziałam. Ja, panie inspektorze – stwierdziła z godnością – narkotyków nie kupuję. A przecież od razu widać, że to diler. Zabili go, bo im pieniędzy na to świństwo zabrakło.
Chwytając się resztek nadziei, Bartnik zadał rozpaczliwe pytanie.
– Czy pani tu mieszka sama? A może ktoś z domowników mógłby coś dodać?
– Nie, panie nadinspektorze. Owdowiałam pięć lat temu. Mój świętej pamięci mąż był ode mnie znacznie starszy – podkreśliła zalotnie. – Przeszłam na rentę. Byłam nauczycielką nauczania początkowego, ale mi guzki śpiewacze na strunach głosowych wyrosły – wyjaśniła ze wstydliwym uśmiechem.
Marcin się poddał.
Dopiero na ulicy pozwolił sobie na wesołość. Kątem oka dostrzegł, że oblewający teraz strumieniem wody lewe koło samochodu jegomość, choć udaje pochłoniętego pracą i wcale nie widzi komisarza, również uśmiecha się półgębkiem, jakby dobrze wiedział, co spotkało Marcina u pobożnej sąsiadki.
Bartnik zawrócił. Dla odmiany postanowił dowiedzieć się czegoś od ludzi mieszkających obok miejsca zdarzenia, ale od strony ulicy Dauna. W ogródku przed najbliższym domem bawiły się na trawniku dwie kilkuletnie dziewczynki, rzucając płowemu labradorowi piłkę. Zabawa szła niemrawo, bo dzieci miały wyraźną nadwagę, a i pies był niemiłosiernie zapasiony. W cieniu, pod obsypaną karminowymi owocami czereśnią, siedziała młoda kobieta o smutnym wyglądzie anorektyczki, odziana w zwiewną indyjską szatę. Próbowała coś czytać, ale raz po raz rzucała niespokojne spojrzenia to na dzieci, to na dom. Kiedy komisarz poprosił o chwilę rozmowy, uprzejmie otworzyła mu furtkę i zaprosiła go na ławeczkę pod drzewem, tłumacząc, że woli nie zostawiać dzieci bez opieki.
Zanim jeszcze Bartnik zdołał zadać pierwsze pytanie, drzwi domu otworzyły się z hukiem i w progu stanęła gigantyczna postać ogromnej staruchy, której kształty z trudem opinał niechlujny szlafrok. Z głowy sterczały jej nieliczne krótkie włosy, jakby ich właścicielka nie dowiedziała się nigdy, że ludzkość wymyśliła już grzebień. Potężne ciało wspierało się na góralskiej lasce z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. Nad górną wargą damy jeżył się siwy zarost. Powiało grozą – Marcin od dziecka bał się wąsatych kobiet.
– To babcia mojego męża – cichutko westchnęła wątła pani. – Ona trochę źle słyszy i niedowidzi.
– Kogoś tu znowu wpuściła? – zagrzmiała starucha.
– Ten pan jest z policji – odkrzyknęła młoda kobieta.
– Jasne! Ty pewnie myślisz, że jak ja jestem stara, to jestem i głupia. Przecież widzę, że gówniarz jakiś. – Miła babuleńka poczerwieniała ze złości. – Ledwie Loluś wyjechał, a ty od razu sobie chłopów spraszasz. Jak ja złapię tę lagę…!
Marcin nie zaczekał, co się stanie, tylko podsunął krewkiej staruszce legitymację przed oczy. Dama wyrwała mu dokument z dłoni i obejrzała dokładnie. Najdłużej – do góry nogami.
– Jak się nazywa? – zadudniło mu nad głową.
– Marcin Bartnik – przedstawił się uprzejmie.
– Niech nie mamrocze pod nosem, tylko raczy powiedzieć, jak się nazywa! To chyba nie tajemnica! – wrzasnęła babunia, która, jak większość osób źle słyszących, uważała najwyraźniej, że to otoczenie jest przygłuche.
– Marcin Bartnik! – wydarł się nieszczęsny komisarz.
Upiorna staruszka nie miała pojęcia, że trafiła w jego czuły punkt. Otóż Marcin nigdy nie opanował właściwej artykulacji głoski „r”. Owszem, wymawiał ten dźwięk, ale tylnojęzykowo. Nigdy też nie opuściło go wspomnienie wstrząsającego przeżycia z podstawówki, kiedy to na ślubowaniu klas pierwszych wychowawczyni wyznaczyła go do recytacji poematu ku czci tarczy szkolnej, noszonej wówczas obowiązkowo na fartuszkach. Wiersz zaczynał się od słów: „Maleńka tarcza, ale wystarcza…”, kończył zaś równie patetycznie: „…bo jak prawdziwa rycerska tarcza, promiennie srebrem świeci”. W środku też było nie lepiej. Gdy Marcin zakończył deklamację, cała szkoła patrzyła na niego z podejrzanym zachwytem. Opanował więc trudną sztukę mówienia głosem stonowanym, przy którym wada wymowy mogła przejść niezauważona. Dbał o to zwłaszcza podczas prezentacji własnej osoby, skoro los i rodzice obdarowali go imieniem i nazwiskiem z tak dobrze wyeksponowanym fatalnym dźwiękiem.
Stara dama nie sprawiła mu zawodu.
– Aha, Maciej Bacik – skonstatowała z zadowoleniem i wreszcie oddała legitymację. – No to, panie Bacik, co ona zrobiła?
– Kto? – Marcin postanowił udawać naiwnego.
– Jak to: kto? Przecież widzę, do kogo pan przyszedł i z kim rozmawia. – Babcia dźgnęła laską w kierunku bladej kobiety. – Ja, panie Bacik, jestem stara, ale głupia nie jestem – powtórzyła swoje credo.
– Ależ ja przesłuchuję wszystkich w związku z zabójstwem na tej ulicy! – wykrzyczał komisarz, któremu udało się błyskawicznie zbudować zdanie z wyrazów pozbawionych „r”.
– Jak wszystkich, to ona tu niepotrzebna. Ja panu wszystko lepiej powiem. Hanka! – zwróciła się do żony wnuczka. – Do kuchni. Pora obiad gotować, nie żeby dzieciątka głodne chodziły. Jak Lolusia nie ma, to ciebie taki leń ogarnia…
– Bardzo przepraszam, ale pani Anna też jest potrzebna – zaprotestował Marcin. – Domyślam się, że mąż jest nieobecny? – zwrócił się do udręczonej młodej kobiety.
– Tak, Karol pojechał na giełdę do Poznania i wróci dopiero jutro. Mąż kupuje uszkodzone samochody, naprawia je i sprzedaje – wyjaśniła zażenowana, jakby małżonek uprawiał nielegalny proceder. Niewykluczone, że straciła orientację, co jest naganne, a co nie.
– A teściowie? – zapytał Bartnik z nadzieją, że w domu jest ktoś jeszcze, kto potrafi zapanować nad straszną babunią.
– Oni już z nami nie mieszkają. Kiedy babcia zaczęła niedomagać, uznali, że trzeba jej stworzyć lepsze warunki, zapewnić opiekę. Sprowadzili ją tutaj, a sami przenieśli się do jej mieszkania na Starowiślnej, żeby nie było nam za ciasno…
– Syna mam dobrego – zahuczała starucha, jakby nagle odzyskała słuch. – Tylko synowa wywłoka! To co chce pan w końcu wiedzieć? Nie mamy czasu tak w nieskończoność, obiad trzeba gotować, widzi pan, że tu są dzieci. Moje aniołki…
(…)